Nowakrytyka http://www.nowakrytyka.pl/ fr SPIP - www.spip.net Jerzy Drewnowski http://nowakrytyka.pl/spip.php?article686 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article686 2016-05-01T20:52:23Z text/html pl Poezja historyk nauki, filozof, etyk Były pracownik PAN, Akademii Lessinga i Uniwersytetu Technicznego w Chociebużu, kilkakrotny stypendysta „Deutsche Forschungsgemeinschaft” (Niemiecka Fundacja Badawcza) i Biblioteki Księcia Augusta w Wolfenbüttel. Członek Senatu Założycielskiego Europa-Universität Viadrina Frankfurt (Oder)[1]. Członek Komitetu Honorowego Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów. <br />Wychowywał się w polskim i niemieckim środowisku rodzinnym. Ukończył VI Liceum Ogólnokształcące im. Jana (...) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique24" rel="directory">Poezja</a> <div class='rss_texte'><p class="spip">historyk nauki, filozof, etyk Były pracownik PAN, Akademii Lessinga i Uniwersytetu Technicznego w Chociebużu, kilkakrotny stypendysta „Deutsche Forschungsgemeinschaft” (Niemiecka Fundacja Badawcza) i Biblioteki Księcia Augusta w Wolfenbüttel. Członek Senatu Założycielskiego Europa-Universität Viadrina Frankfurt (Oder)[1]. Członek Komitetu Honorowego Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów.</p> <p class="spip">Wychowywał się w polskim i niemieckim środowisku rodzinnym. Ukończył VI Liceum Ogólnokształcące im. Jana Kochanowskiego w Radomiu. Absolwent studiów filologii klasycznej w Warszawie. W okresie nauki interesował się problematyką społeczną. Pracę doktorską poświęcił Mikołajowi Kopernikowi. W swej pracy habilitacyjnej zajmował się etyczną samoświadomością uczonych polskich XIV i XV wieku. Na terenie Polski prowadzi wraz ze Stanisławem Matułą tzw. „Stałe seminarium w stodole” w miejscowości Jedlnia-Letnisko. Przedmiotem seminariów są badania nad utopiami społecznymi oraz filozofią radości. W tym zakresie współpracują z filozofem i teologiem, Adamem Ciochem.</p> <p class="spip">Wspólnie ze Stanisławem Matułą oraz z Agatą i Adamem Sochaczewskimi redaguje portal internetowy „Antybarbarzyńca”[2]. Publikuje eseje filozoficzno-polityczne i z zakresu historii etyki w „Forum Klubowym” redagowanym przez Leszka Lachowieckiego. Opublikował wiele artykułów i książek w Polsce i zagranicą M. in. <i class="spip">Mikołaj Kopernik w świetle swej korespondencji</i>, Wrocław 1978, s. 399 <i class="spip">Uczony w świadomości polskiego środowiska naukowego pierwszej połowy XV wieku</i>, Wrocław 1986, s. 286. Pisze i publikuje wiersze i utwory prozatorskie.</p> <p class="spip">Jerzy Drewnowski</p> <h3 class="spip">Palec Boży. Z dziennika zamożnego przedsiębiorcy</h3> <p class="spip">Dobrze, że, choć z opóźnieniem, zająłem się tą sprawą. Trochę mimo wszystko Marka zaniedbałem! Dzięki Ci, Boże, za wczorajszą myślową pomoc w tej jego sprawie! Często tu piszę o nim, o tym moim Jedynaku-Dziwaku, ale po prostu czasem boję się o niego, a miewam do tego dość poważne powody. Potrafię mu wybaczyć prawie wszystko. Jeśli zechce, proszę bardzo, niech zostanie choćby jehowcem, islamistą, hinduskim ateistą, ruskim weganem, hiszpańskim marksistą! Nie zniosę jednak deklasacji, nienawidzę biedy, nędzy, prolectwa, podklasy, własnoręcznego psucia sobie swojej własnej pozycji. Cholera mnie bierze i krew zalewa, kiedy o tym myślę nawet w odniesieniu do całkiem obcych mi osób.</p> <p class="spip">O Marka niepokoję się już od bardzo dawna, co chyba widać to wyraźnie i z moich wcześniejszych zapisków. Bywa rzeczywiście dość dziwny. Na przykład i w szczególności - zamiast grać w piłkę nożną, choćby z synami naszych znajomych, zawsze przy nim jakieś dziewuchy, dziewczątka, dzieweczki! I to, prawie od dziecka i do tej pory! Z jednej strony – z pewnym pożytkiem, bo dzięki temu i mniej głupich męsko-młodzieńczych wybryków, z drugiej – czas leci, dziewczęta rosną i tylko można zgadywać, jak tam u nich w domu z finansami. A jeśli taka z biedoty, to o czym od samej swej, by tak rzec, zygotowej fazy życia najusilniej marzy, dobrze wiadomo: przylepić się do bogatego chłopaka, szybko brzucha dostać, wejść do naszego grona, oblepić, omazać nas wszystkich prolectwem swoim i rodzinki. I cóż mi z tego, że tatuś panienki - panem profesorem na uczelni, jeśli najpodlejszą taniochą jeździ, wstydu przysparza. Ach, pies z nim i guano!</p> <p class="spip">Chodzi mi to po głowie i złości od niedawna coraz częściej, bo coś się ostatnio bez mojej wiedzy w naszym domu dzieje. Przede wszystkim, sam nasz Mareczek zmienił się w jakiś dziwny sposób i aktywny strasznie! Poza tym, te zabawy w teatr kukiełkowy, wszędzie jakieś laleczki, szycie kostiumików, performanse, „happeningi nowych typów”! „Będzie bardzo śmieszne, Tatusiu!” Ale nie, to chyba nie to jest tak podejrzane, nie wiem. Od dziecka przecież lubił lalki, kukiełki i tak dalej. Niepokoi mnie raczej i najbardziej ta cała jego Klotylda, Aurelia czy jak jej tam - coraz częściej u nas bywa. Ciekawe też, z jakiego to powodu mój synek tak mocno w ostatnim czasie wypiękniał, jeszcze bardziej niż zwykle dba siebie, czasem wprost promienieje jakąś nową wiarą w siebie. Przecież nie z tego powodu, że niebawem dostanie najmodniejszą terenówkę na osiemnastkę! Kochany chłopak, mimo wszystko należy mu się zabawka.</p> <p class="spip">Nie wiem, czy naprawdę wierzę w Opatrzność. Ale coś mnie niespodzianie tknęło po wczorajszym wyjeździe z domu, jakby ktoś pokazał mi palcem, że nie dopełniam kontroli. Nagle przypomniałem sobie, jak to parę dni temu byłem przez przypadek świadkiem, kiedy Marek pożyczał pieniądze jej właśnie, Klotyldzie, a ona mu dziękowała jak za jakąś sporą przysługę. Pot mnie oblał zimny, kiedy - dzięki Ci Opatrzności, za wskazówkę! - zdałem sobie sprawę, o jak śmiesznie małą chodziło jej kasę. Biedaki, nieudacznicy, podklasa, tak jak sobie właśnie od dawna myślałem!!! Kto pożycza tak niewiele!!! Straszne!!! Zawróciłem z drogi, choć jechałem między innymi na ważne biznesowe spotkanie. Popędziłem do domu na najwyższych obrotach, ale potem przez te cholerne korki – tama, dotarłem dopiero po trzech godzinach. Stojąc w miejscu, ruszając i znowu czekając, zestawiałem w myśli listę co ładniejszych dziewcząt z niebiednych znajomych domów. Jak tylko żona wróci do kraju, trzeba stanąć na głowie, by bywały u nas jak najczęściej … Przyjechałem spięty jak struna. Marek otworzył nie od razu, zaskoczony, ale i jakoś dziwnie promienny! Ale może mi się tak jedynie wydawało. Miałem wrażenie, że nie jest sam.</p> <p class="spip">Gorączkowo, szybko, dokładnie zacząłem przeszukiwać wszystko. Łazienki, ubikacje, cały parter. Ale wszędzie nic. Tylko rzecz śmieszna - pod zabytkowym łóżkiem Marka w jego stylowej sypialni - to chude dziwadło, nasz nowy wikary. Zaróżowiony na buzi, śpi słodko jak aniołek. Nie budziłem, choć może o Marka sentymentach mógłby mi powiedzieć coś instruktywnego… Przeszukałem i wszystkie pokoje na górze. Nie, Klotyldy czy jak jej tam na pewno nie ma nigdzie! Była u ciebie dzisiaj Klotylda, Marku, zapytałem bardzo serio. Tak, Aurelia była u nas dzisiaj, ale już dawno temu wyszła, jest na pewno w domu u siebie, chcesz jej komórkę? Nie chciałem.</p> <p class="spip">Zrobiło się późno, zależało mi na tym, by, chociaż z ogromnym spóźnieniem, zdążyć do mego klubu przed zamknięciem spotkania. Uścisnąłem Marka, wsiadłem, pojechałem. Po drodze pojąłem sytuację w całej jej grozie – mój syn gotów się związać z nieprzyzwoicie niezamożną rodziną! Ale spokojnie! Najpierw – podziękować Losowi za ten Palec Boży! Ale i nie zwlekać z neutralizowaniem zagrożenia, krok po kroku! Zatrzymawszy się na parkingu, wystylizowałem skrajnie energiczny SMS: „Wybieraj, Marku – terenówka albo wizyty panny profesorówny w naszym domu”. Dzięki Ci Boże za wczoraj! Zobaczymy, co dalej (6 kwietnia 2016, 10.13)</p> <p class="spip">Jerzy Drewnowski</p> <h3 class="spip">Niemożliwy ciąg dalszy</h3> <p class="spip">Rozesłany przyjaciołom „Palec Boży” wywołał takie mnóstwo żywych reakcji”, jak bodaj żaden spłodzony przez mnie tekst filozoficzny. Zarówno pochwały pod adresem tej mocno niepoważnej opowiastki, jak i liczne pytania o dalsze losy jej bohaterów mocno mnie wzruszyły. Któż nie lubi, by go proszono o kontynuację?</p> <p class="spip">Lecz z tym właśnie powstał problem, jak sie zdawało, nie do rozwiązania: znaleziony przeze mnie ów cudzy dziennik, z którego treść zaczerpnąłem, urywa się, niestety, na wpisie, który w „Palcu Bożym” wykorzystałem. Wyjście z sytuacji podpowiedzieli mi moi najserdeczniejsi przyjaciele, Staszek i Adam: wykorzystaj, Jurku, poradzili jednogłośnie, ten niesamowity elektroniczny program profetyczny, który przesłała nam z Brunszwiku, nasza nieoceniona Sabina, „do wypróbowywania przez długie zimowe wieczory”.</p> <p class="spip">Zgoda! Przez pięć ostatnich dni i nocy nie robiłem nic innego, tylko studiowałem resztę dziennika, by wydobywanymi zeń danymi nakarmić profetyczny program wedle jego - niemałych zresztą - wymogów. Program, jak łatwo zgadnąć, nosi amerykańską nazwę „Your Future”. Oto, co wedle „korygowanego rachunku prawdopodobieństwa” przewiduje on dla dalszych losów czterech głównych bohaterów. To znaczy: ojca o niedającym się ustalić imieniu, jego syna Marka, Markowej przyjaciółki Aurelii oraz zaprzyjaźnionego z Markiem księdza Mateusza, co, jak pamiętamy, nie gardzi drzemką pod Markowym łóżkiem. Jeśli nie popełniłem jakiegoś większego błędu, będzie z nimi działo bardzo wiele pięknych rzeczy, chyba żeby było inaczej.</p> <p class="spip">Co szczególnie istotne, ojciec nabiera coraz większej sympatii do młodego wikarego (którego imię – Mateusz – wymienił w starszych częściach swego dziennika). Dostrzega także wielką wartość gorącego uczucia, którym Mateusz darzy Marka. Nie może, notabene, nie patrzeć życzliwie na młodego księdza, odkąd zna lepiej jego tajemne pasje i zamiłowania: przez swoich detektywów dowiaduje się o jego bajecznych wprost zdolnościach ekonomicznych; wedle wielu zgodnych ze sobą relacji skromny, cichy młodzieniec dysponuje niewiarygodnym wprost talentem do błyskawicznego przemieniania każdej niemal rzeczy w Pieniądz. W Pieniądz i w tak zwane dojścia. Podobno już w momencie opuszczania seminarium spekulował tak potężnie i pięknie, że niemal każdy spotykający go duchowny, choćby o jego interesach niczego nie wiedział, odczuwał w jego towarzystwie coś jakby zapach świętości. Ojciec, choć człowiek o podobnej wrażliwości religijnej, odczuł to z opóźnieniem - dopiero po tego rodzaju relacjach. Jednakże z takich to właśnie mistycznych, a nie innych, pobudek polubił teraz Mateusza całym sercem. I daje temu wyraz bardzo konkretny i praktyczny - uruchamia, na przykład, wszystkie swoje moce, by zorganizować dlań watykańskie stypendium na dokończenie pracy doktorskiej u boku papieża Franciszka. Mateuszowa dysertacja - wedle przewidywań programu Your Future - będzie nosiła tytuł mniej więcej taki „Ludzkie prawa osoby ubogiej w perspektywie ekonomi Bożej i Kościelnej”. Stypendium zostaje przyznane.</p> <p class="spip">Wspieraniu genialnego księdza sprzyja realizacja nieco wcześniejszego zamiaru ojca, by ze względów biznesowych zamieszkać w Rzymie. Niebawem wszyscy sprowadzają się do sporej willi z ogrodem w pobliżu tego świętego miasta: czynią to nie tylko Marek, ojciec, Mamusia i padre Matheo, lecz także Aurelia której imienia ojciec już nie przekręca na Klotyldę; żyzne pole nowych wspólnie rozwijanych biznesów jej prolecko-profesorskie pochodzenie czyni zupełnie nieważnym.</p> <p class="spip">Ojciec przechodzi zresztą głęboki przełom wewnętrzny w reagowaniu na biedę i biedotę. Coraz częściej przypomina synowi, jak „wielkim naszym skarbem są nasi biedni”. W uporczywej pracy nad sobą uwewnętrznił sobie prawdę, iż w biznesie charytatywnym naturalną i nieprzezwyciężalną ludzką abominację do nędzarzy, biedaków i nieudaczników szata empatii musi przesłaniać idealnie szczelnie. Permanentna, na kształt wolnomularskiej, praca nad emocjami krzepi go wewnętrznie, a nabyte przez rodzinę spore udziały w realizacji nowych, bardzo intratnych, form pośrednictwa charytatywnego przynoszą krocie.</p> <p class="spip">Tym jednak, na czym bohaterowie znalezionego dziennika zaczną zarabiać prawdziwe kokosy, będzie ich „filantropia dobrego imienia”. Mimo skromnych początków wyrośnie z niej, szczególnie dzięki pomysłom księdza Mateusza, globalna sieć organizowania fikcyjnych skandali. Rzec jasna, nazwą ją optymistycznie i po angielsku - Your Image 3000”. Nie wykluczając szerszego profilu na przyszłość, zaczną od skandali czysto obyczajowych. Koneksje z centrami wiedzy pijarowskiej, ubezpieczeniowej, spowiedniczej i psychoterapeutycznej nadadzą ich skandalom znamiona solidnej pracy naukowej. Będzie to zarazem twórczość prawdziwie artystyczna, w której Marek i Aurelia znajdą fascynującą kontynuację swych happeningowych pasji.</p> <p class="spip">Fingowane przez firmę skandale – to rodzaj ochronnej szczepionki. Stosowana wielokroć i przez dłuższy czas, działa doskonale przeciw skandalom znacznie bardziej niebezpiecznymi, którym na czas i skutecznie zapobiega. Nasi bohaterowie zarobią tu najwięcej na bogatych mężczyznach, którym ujawnienie pewnych obyczajowych inwersji może poważnie zaszkodzić w życiu. Zauważyli dość szybko, że do najintratniejszych należą skandale opisujące męską niewierność w małżeństwie, przy czym maksymalnie melodramatyczny przebieg rodzinnych awantur ma znaczenie priorytetowe. Nieudane samobójstwa, samooskarżenia i wybuchy agresji - z krzykiem, płaczem, biciem najdroższej rodowej porcelany przy osobach trzecich i t d. - dają niewyobrażalnie wiele. Nie mniej istotny jest sposób, w jaki bohater zobrazowanego skandalu jawi się jako mężczyzna: jako straszny drań, ale dbający o swe legalne i nielegalne potomstwo; potrafi wprawdzie porzucić ukochaną kobietę dla innej, ale każdej pożąda namiętnie do granic szaleństwa. Demon opętania kobiecością!</p> <p class="spip">I tutaj, na tej pogodnej, beztroskiej, a nierzadko i wesołej fazie życia naszych bohaterów trzeba by zakończyć referowanie prognozy. To bowiem, co program Your Future kreśli na następne lata, może podziałać deprymująco. Kto o to nie dba, niech jednak czyta dalej.</p> <p class="spip">Z pozoru całość spraw jest w najlepszym porządku i zmierza ku sukcesom jeszcze większym. Rzeczona „filantropia dobrego imienia” z zasadą „skandal skandalem przebijaj”, wyrafinowane pośrednictwo dobroczynnościowe z niezliczoną ilością krypto-happeningów, jak też genialne sposoby wprzęgania skrajnego kiczu i piękna moralnego do zyskownego zarządzania wartościami wedle najnowszych odkryć estetyki i etyki ewolucyjnej sytuują wszystkie firmy naszych przyjaciół w światowej czołówce. Bliskimi znajomymi i firm, i ich samych stają się coraz to nowi etycznie wrażliwi bankierzy, tacyż politycy i duchowni, nie wyłączając biskupa Rzymu, który championom miłości bliźniego nie szczędzi prywatnych audiencji.</p> <p class="spip">Pojawiają się wokół nich i ogromnie wpływowi i zawrotnie bogaci ludzie, głównie Włosi, gotowi zainwestować wielkie miliony w naukę społeczną Kościoła. Konkretnie w to, by wzywała głównie i nieustannie do troski o biednych i do okazywania im szacunku. Przenikliwa Aurelia wyniucha niebawem i potwierdzi przy pomocy jednej ze swych najsubtelniejszych prowokacji, iż w szeroko zakrojoną aktywność na rzecz tego akcentu ważności w nauce Kościoła chcą ich wciągnąć sui generis masoni. Dziwne, przedziwne!</p> <p class="spip">Dlaczego jednakże zależy im tak bardzo na tej dobroci Kościoła i co to są właściwie za ludzie, nie od razu było jasne. Najpierw Marek i Mateusz spostrzegli jednocześnie, że „ci ludzie”, wyrażając swój moralny sprzeciw wobec niedawnej beatyfikacji pewnego znanego arcybiskupa z El Salwadoru, czynią to dziwnie często i to w taki sposób, jakby wygłaszali uzasadnienie jakiegoś wyroku. Enuncjacja któregoś z nich, że psim obowiązkiem każdego Piotra jest wzbudzać takiego rodzaju dbałość o biedotę, by nie rwała się ona do cudzych pieniędzy, pachniała podobnie. W pewnym momencie wątpliwości się rozwiały i dla całej czwórki stało oczywiste i pewne: w Rzymie na ich oczach i w ich najbliższym otoczeniu konstytuuje się Propaganda5, następczyni P2, P3 i P4. Będzie się starała, jak jej poprzedniczki, zapobiegać nieporządkom, także w Watykanie.</p> <p class="spip">Zrobiło się niebezpiecznie i niemiło. Tylko Mateusz nie obawia się tych koneksji, znając jak rzadko kto ludzkie motywacje, nie traci wiary w papieża. Nie, w teologię wyzwolenia ten rozumny człowiek nie wdepnie nigdy i nikt przez nikogo nie zostanie ukarany! Bez przesady!! Mimo takich i innych Mateuszowych uspokojeń, po wizytach „tych ludzi” Aurelii i Markowi robi się czasem nieswojo. Gdy nadchodzi noc, boją się i nie chcą spać sami. Marek idzie do Mateusza, Aurelia - ponieważ matka zazwyczaj za granicą - do ojca. To znacznie pomaga.</p> <p class="spip">Co będzie dalej ze szczęściem i zawrotną karierą ich wszystkich, Your Future nie umie powiedzieć. Mimo to dziękuję w myślach mojej brunszwickiej przyjaciółce za podarowanie mi tego niezwykłego programu: haben Sie, Sabine, nochmals riesengroßen Dank für dieses anregende Spielzeug. A Ty, Drogi czytelniku, wybacz mi proszę, że pewne afery polityczne – w tle przedstawionych wydarzeń – mimo ich moralnej obrzydliwości - z braku miejsca pominąłem.</p> <p class="spip">Jerzy Drewnowski</p> <p class="spip">w Jedlni Letnisku o bladym świcie 11 kwietnia 2016 roku</p></div> Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek http://nowakrytyka.pl/spip.php?article441 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article441 2016-04-24T17:36:08Z text/html pl Brun Julian NK on-line Julian Brun, pseud. Antonowicz, Bronowicz, Spis, Juliański, ur. 21 kwietnia 1886 w Warszawie, zm. 28 kwietnia 1942 w Saratowie (ZSRR), działacz robotniczy, publicysta, krytyk literacki. Członek SDKPiL, KPP, jeden z najwybitniejszych teoretyków i działaczy lewicy komunistycznej. Współredaktor „Nowego Przeglądu", autor artykułów, manifestów, odezw, rozpraw społeczno-politycznych. W 1925 za działalność polityczną skazany został na osiem lat więzienia. Nie zaprzestał jednak pracy publicystycznej. W więzieniu (...) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique46" rel="directory">NK on-line</a> <div class='rss_chapo'>Julian Brun, pseud. Antonowicz, Bronowicz, Spis, Juliański, ur. 21 kwietnia 1886 w Warszawie, zm. 28 kwietnia 1942 w Saratowie (ZSRR), działacz robotniczy, publicysta, krytyk literacki. Członek SDKPiL, KPP, jeden z najwybitniejszych teoretyków i działaczy lewicy komunistycznej. Współredaktor „Nowego Przeglądu", autor artykułów, manifestów, odezw, rozpraw społeczno-politycznych. W 1925 za działalność polityczną skazany został na osiem lat więzienia. Nie zaprzestał jednak pracy publicystycznej. W więzieniu mokotowskim napisał rozprawę krytyczno-literacką „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek". W 1926 Brun, zwolniony z więzienia w ramach wymiany więźniów politycznych z ZSRR, udał się do Moskwy, potem do Paryża i Wiednia jako korespondent TASS. Wojna zastała go w Belgii, gdzie został aresztowany. Po przewiezieniu do Francji osadzony został w hitlerowskim obozie koncentracyjnym, skąd zdołał zbiec. W 1941 przedostał się do ZSRR. Należał do inicjatorów, publicystów i komentatorów polskiej redakcji przy rozgłośni ukraińskiej w Saratowie. Imię Bruna nosi doroczna nagroda dla publicystów przyznawana przez Stowarzyszeniem Dziennikarzy PRL.</div> <div class='rss_texte'><p class="spip"><i class="spip">Pierwodruk w odcinkach "SKAMANDER" marzec-grudzień 1925 pod pseudonimem Juljan Bronowicz; pierwsze wydanie książkowe "NAKŁADEM SPÓŁDZIELNI KSIĘGARSKIEJ 'KSIĄŻKA' 1926", również pod pseudonimem Juljan Bronowicz.</i> <a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_Julian_BRUN.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L83xH111/jpg_Julian_BRUN-3fdf1-42200.jpg' width='83' height='111' style='height:111px;width:83px;' class='' alt='Julian BRUN 1886-1942' /></a></p> <p class="spip">Julian Brun, pseud. Antonowicz, Bronowicz, Spis, Juliański, ur. 21 kwietnia 1886 w Warszawie, zm. 28 kwietnia 1942 w Saratowie (ZSRR), działacz robotniczy, publicysta, krytyk literacki. Członek SDKPiL, KPP, jeden z najwybitniejszych teoretyków i działaczy lewicy komunistycznej. Współredaktor „Nowego Przeglądu", autor artykułów, manifestów, odezw, rozpraw społeczno-politycznych. W 1925 za działalność polityczną skazany został na osiem lat więzienia. Nie zaprzestał jednak pracy publicystycznej. W więzieniu mokotowskim napisał rozprawę krytyczno-literacką „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek". W 1926 Brun, zwolniony z więzienia w ramach wymiany więźniów politycznych z ZSRR, udał się do Moskwy, potem do Paryża i Wiednia jako korespondent TASS. Wojna zastała go w Belgii, gdzie został aresztowany. Po przewiezieniu do Francji osadzony został w hitlerowskim obozie koncentracyjnym, skąd zdołał zbiec. W 1941 przedostał się do ZSRR. Należał do inicjatorów, publicystów i komentatorów polskiej redakcji przy rozgłośni ukraińskiej w Saratowie. Imię Bruna nosi doroczna nagroda dla publicystów przyznawana przez Stowarzyszeniem Dziennikarzy PRL.</p> <p class="spip"><strong class="spip">SPIS TREŚCI</strong></p> <p class="spip">Wstęp - J. Kurowicki</p> <p class="spip">Słowo wstępne - L. Kruczkowski</p> <p class="spip">Przedmowa</p> <p class="spip">I. Wezwanie trzeciego cudu</p> <p class="spip">II. Drogi i bezdroża</p> <p class="spip">III. Syzyfowe prace</p> <p class="spip">IV. Uwagi na marginesie</p> <p class="spip"><strong class="spip">WSTĘP</strong></p> <p class="spip">Jan Kurowicki</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_Kurowicki.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L200xH150/jpg_Kurowicki-9fbd3.jpg' width='200' height='150' style='height:150px;width:200px;' class='' alt='' /></a></p> <p class="spip"><strong class="spip">INTELIGENCI STANU PERYFERYJNEGO</strong></p> <p class="spip">Po prawie trzydziestu latach od momentu wznowienia w Polsce Ludowej wraca dziś „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek" — Juliana Bruna-Bronowicza. Wraca — ale czy i jak będzie żyła? Bo gdy po raz pierwszy ukazała się w międzywojniu po przewrocie majowym — zdawała się przede wszystkim demaskacją intelektualnego, politycznego i ideowego statusu polskiego inteligenta. Inteligenta — w gruncie rzeczy ukształtowanego jeszcze przez rzeczywistość przedrozbiorową i rzuconego w nowy kontekst układów klasowych Polski niepodległej. Kiedy zaś wznowiono ją po październikowych wydarzeniach 1956 roku — była przypomnieniem intelektualnych perspektyw lewicy międzywojnia i stosowanych przez nią metod poznawania kultury. Z drugiej strony natomiast — była wydarzeniem intelektualno-politycznym w tym znaczeniu, iż poprzez fakt jej wydania został wyrażony powrót do niedogmatycznych tradycji marksizmu, dokonało się przekreślenie intelektualnego sekciarstwa w polskim ruchu robotniczym. Ale — zapytam po raz wtóry — czy i jak „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek" żyła będzie po przełomie, który nastąpił na początku lat osiemdziesiątych? Przyszło nam bowiem żyć w swoistej sytuacji. Nie tylko nie ma potrzeby zwalczać jakikolwiek odłam sekciarstwa teoretycznego (po prostu każda jego odmiana jest już tylko historią), ale przychodzi upominać się o obecność intelektualną marksizmu w życiu umysłowym kraju. Lewica, jej metody poznawcze, dorobek istnieją niestety tylko jako zapoznana tradycja. Znają ją ledwie poniektórzy badacze przeszłości. Ogół zaś czytających nie ma o niej zielonego pojęcia. Ponadto podziały polityczne są u nas nieporównywalne z popaździernikowymi.</p> <p class="spip">Można wprawdzie na fakt wznowienia książki Bruna-Bronowicza spojrzeć z innej perspektywy. Wszak wznowienie z 1958 roku ukazało się w nakładzie zaledwie pięciu tysięcy egzemplarzy. Książka więc jest praktycznie niedostępna zarówno dla badaczy, studentów, jak i nauczycieli języka polskiego. A przecież proponuje ona oryginalny i osobny (nawet na tle współczesnego dorobku naukowego) punkt widzenia na intelektualną i ideową sylwetkę autora „Przedwiośnia”, jak i całą jego twórczość.</p> <p class="spip">To wszystko prawda. Niepełna jednak. Każde bowiem dzieło literackie czy naukowe z zakresu humanistyki odbierane jest nie z punktu widzenia jakoś idealnie pomyślanych jego treści, lecz czyta się je ze względu i poprzez konteksty współczesne. W przypadku dokonania Bruna-Bronowicza — nie tylko poznawcze czy kulturowe, ale też polityczne i ideologiczne. Wracamy więc tym samym do punktu wyjścia. Do pytania: Czy i jak „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek" będzie żyła dzisiaj?</p> <p class="spip">1.</p> <p class="spip">Pomińmy jednak na razie konteksty bezpośrednio współczesne. By bowiem w nich i poprzez nie czytać tę książkę — trzeba zająć się sprawami bardziej ogólnymi.</p> <p class="spip">Oto panuje dzisiaj potocznie (i przez Bruna-Bronowicza w dokonaniach twórczych Żeromskiego jest krytykowany), swoisty stosunek do społeczeństwa i historii. Mówiąc najzwięźlej polega on na tym, że zdarzenia życia społecznego, jak i fakty historii odnosi się nie do określonych, kreujących je mechanizmów, lecz do norm i wartości. Życie społeczne staje się dzięki temu li tylko obszarem ścierania się dobra ze złem, historia zaś — kalaniem lub lśnieniem jakości etycznych i „wiecznie słusznych" zasad postępowania. Oczywiście, nie chodzi tu tylko o postępowanie tej lub innej jednostki, lecz o zachowania grup społecznych, ścieranie się orientacji politycznych czy grup społecznych. Brun przeciwstawia się takiej postawie. Powiada, iż „żeby w przeszłości dziejowej znaleźć sondę i miarę spraw bieżących, trzeba wprzód w tę przeszłość zapuścić sondę krytyki z bezlitosnością chirurga: nie szczędzić niczego, co rozsiadło się w duszy wraz z pierwszymi wrażeniami z dzieciństwa, a raczej względem tych właśnie pojęć, ochranianych przez samozachowawczość umiłowań, stosować szczególną podejrzliwość". Tymczasem Żeromski postępuje wręcz odwrotnie. Przeszłość dla niego to zbiór luźnych zdarzeń, które mocą artystycznej woli łączyć może w takie lub inne konfiguracje. Hasa więc wśród nich pisarz swobodnie. Miarą teraźniejszości staje się „szaleństwo polskie". Historia stoi nierządem. Jednemu i drugiemu — przeciwstawia się „wielkość", której uosobieniem zdaje się hetman Żółkiewski i „dwunastu niezłomnych". Oni mogą Polskę odkupić. Dzieje Polski w tym układzie stają się wiecznie się dziejącą Cecora. Moralistyczny stosunek do historii i teraźniejszości jest źródłem mistyfikacji nie tylko na tym polegającej, że poza polem widzenia pozostają prawa i prawidłowości. Stosunek ten może — i w przypadku Żeromskiego jest — przyczyną mistycznego ujmowania zjawisk bezpośrednio politycznych. Tak więc pokazuje Brun, że dla moralistycznie nastawionego Żeromskiego „zbyt upokarzające byłoby przyznanie: Polskę zgładzono, gdyż zawadzała dominującym niegdyś w Europie potęgom; Polskę przywrócono, gdy dziś panującym w Europie potęgom stała się potrzebna". Co więc pisarz czyni? — Głosi, że fakt odzyskania niepodległości jest „cudem", zdarzeniem niezwykłym, podstawowym. „«Cud» rzuca zasłonę na tę sprawę i pozwala pełną piersią napawać się dniem dzisiejszym". A skąd ten cud? — Brun odpowiada: z prościutkiej, naiwnej wizji „trzynastu niezłomnych", których miała uosabiać legionowa garstka. Ona to skupiła w sobie wszystko, co szlachetne, czyste i idealne. W niej i poprzez, nią dokonała się tradycyjna danina składana ojczyźnie przez każde pokolenie czasu zaborów aż do momentu odzyskania niepodległości.</p> <p class="spip">Ów cud pozwalał prześlepiać fakty. Nurzać się w iluzjach. Nie dostrzegać ironii historii, której baczne, zimne obserwowanie winno skłaniać do rozbijania wszelkich złudzeń. Wszak wystarcza — rzecze Brun — przypomnieć nastroje burżuazyjnej inteligencji sprzed i podczas trwania I Wojny Światowej. Wówczas to wszyscy, zarówno więc ci, co głosili hasło niepodległości, jak i ci, co byli gotowi zadowolić się ochłapami autonomii — nie zauważyli, że wbrew ich nadziejom i dążeniom o wszystkim rozstrzygnęło to, co działo się na zewnątrz rozebranej Polski. Zatem: klęska mocarstw zaborczych i rewolucja w Rosji stanowiły rzeczywiste przesłanki niepodległości Polski. To było upokarzające — rzecze Brun. I ma rację. Lecz to, co upakarzające zmusza do odwracania się od realiów, uwagę każe kierować ku substytutom. Tym bardziej, że pozwalają one w złudzeniach trwać dalej już w Polsce niezawisłej.</p> <p class="spip">Inteligencja, a wraz z nią Żeromski, dają się zauroczyć mitem niepodległości i własnego państwa. Wszelkie wady materialne i duchowe Polaków, sprzeczności społeczne, rozdarcie polityczne zdawało się wynikiem wszetecznych działań zaborców. Wyobrażano więc sobie, że Rząd Narodowy nie tylko te wady i sprzeczności wypleni, ale też doprowadzi naród do świetności niebywałej. Brun wskazuje, że w swoim czasie mit ten był historycznie niezbędny do trwania całych pokoleń w tęsknocie za niepodległością. Żeromski wszakże bierze go za rzeczywistość. Wierzy, iż wola Polaków zorganizuje nowy, wspaniały ład. Stanie się to zaś za sprawą szlachty i inteligencji, które duchowo utożsamią się z ludem i zechcą wydźwignąć go z nędzy. Rewolucja społeczna w tym kontekście okazuje się zbędna. Filantropia zmieni układ sił klasowych. Porozumienie zastąpi walkę klas. Dobrowolne wyrzeczenie się przywilejów, zmowa klas, aby wyplenić nędzę — oto co zniszczy istniejące podziały. I za drobiazgami nawet (a wbrew widocznym, odmiennym od życzeń pisarza, działaniom klas posiadających) jest gotów widzieć przejawy urzeczywistniania się owego nowego, niepodległego ładu Polski</p> <p class="spip">Z biegiem czasu jednak musiało wystąpić rozczarowanie. Jego wyrazem staje się „Przedwiośnie". Ale rozczarowanie to nie przerywa pasma wszelkich iluzji. Mit niepodległości i świetlanej Polski niezawisłej niesie w sobie w drodze do ojczyzny Cezary Baryka. Ojczyzna ta nie jest czymś określonym konkretnie, lecz stanowi — użyjmy tu określenia Stanisława Ossowskiego — rozmazaną klasowo „ojczyznę ideologiczną", nietożsamą z „ojczyzną prywatną". Dlatego też i on sam, i całe pokolenie Polaków, którym dane było ujrzeć wreszcie ziemię obiecaną Polski rządzonej przez Polaków doznawało zawodu. Rząd polski okazał się ani gorszy ani lepszy od innych w świecie rządów burżuazyjnych. Rozczarowanie jednak, jak powiedziałem, nie przerywa pasma iluzji. Sycą się one innymi jeszcze cudami: odparciem bolszewików w 1920 r. i oczekiwaniem cudu trzeciego: nastania społecznego ładu, który nie będąc rewolucyjnym, komunistycznym ładem, stanie się przełamaniem aktualnego w czasach Żeromskiego bezruchu ideowego i władczego egoizmu klas posiadających. Drastyczna rzeczywistość nie zmienia bowiem generalnego, moralistycznego stosunku do historii i teraźniejszości. Wyzwalając z jednych złudzeń — prowadzi ku nowym.</p> <p class="spip">2.</p> <p class="spip">Skąd to się bierze? — Nie miejsce tutaj na udzielanie odpowiedzi generalnych. Znajdujemy je zresztą choćby w marksowskiej teorii ideologii. Interesujące jest coś innego: jakie jest źródło swoiście polskiego moralizatorstwa, które znalazło wyraz w pisarstwie Stefana Żeromskiego?</p> <p class="spip">Sądzę, że rozważania Bruna na ten temat dają się podciągnąć pod jedno zwięzłe określenie: inteligencji stanu peryferyjnego. Mówi on bowiem o tym, iż tak się nam w historii przydarzyło, iż w czasie rozbiorów, jak zresztą i przed nimi, społeczeństwo polskie znajdowało się poza głównymi nurtami rozwojowymi Europy. Na swoistym peryferium. Docierały tam tylko skutki gdzie indziej zachodzących zmian, jednakże bez całego ruchu, który do nich doprowadził, bez przeobrażeń społecznych, politycznych, gospodarczych, wyrażających się przez ten ruch.</p> <p class="spip">Rozbiorowa i przedrozbiorowa Polska doznaje tych skutków z dwu stron; z Zachodu i Wschodu.</p> <p class="spip">Brun ujmie to tak: „Mógł sobie gdzie indziej „stan trzeci siłą zdobywać naczelne miejsce, usuwać do rupieciarni uświęcone prawdy i odwieczne urządzenia, krwawić na barykadach, obalać trony. My wprawdzie „idziemy z Zachodem", ale inaczej. Wszystko mądrym zrządzeniem losu przychodzi samo. Jeszcze w 63 roku mieszczuch warszawski potulnie szedł za bracią szlachtą, myślał jak ona — na ogół biało w sprawie orężnej, czerwono w sprawie pańszczyzny — manifestował, spiskował, nawet walczył. Nie z jego woli szlachta zeszła politycznie z pola — sprawiły to obce bagnety i szubienice. Później ukaz o uwłaszczeniu — cios ekonomiczny — konkurencja rosyjska, amerykańska, spadek cen zboża — tyleż powodów zaćmienia Polski szlacheckiej. Wytworzyła się straszliwa próżnia: ruina ekonomiczna, strach w sercach, chaos w umysłach".</p> <p class="spip">W sytuacji tak określonego stanu peryferyjnego — inteligent polski okazać się musi stworzeniem specyficznym. Cały ruch umysłowy, który gdzie indziej zakorzeniony jest w stosunkach społecznych — tutaj zdaje się być migotaniem czystych idei. Jego treści na rodzimym, polskim gruncie uabstrakcyjniają się, tracą swą drapieżność i siłę oddziaływania. Stają się przed¬miotem deliberacji kawiarniano-akademickich. Albo — zostają przykrojone na miarę istniejących stosunków: „Nagość nędzy duchowej — powiada Brun — okrywano sprowadzonym na gwałt z zagranicy przyodziewkiem pozytywizmu, materializmu, ewolucjonizmu. Ale musiano te rynsztunki bojowe zachodniej burżuazji przykroić na podobieństwo szlafroku. Bo wszystko to w polskim przekładzie zaczęło oznaczać jedynie: godziwy zysk, sytość, drzemkę, dobre trawienie i jakoś to będzie. (...) Wystarczy codzienny kwadransik szeptanej na ucho polityki kawiarnianej i odrobina filantropii. O resztę troszczy się litościwe prawo ewolucja automatycznie narastający postęp..." Inteligent stanu peryferyjnego tkwi więc - z jednej strony - w zapyziałych stosunkach rodzimych, które nie dostarczają żadnych impulsów do duchowego rozwoju i podejmowania problemów autentycznych; z drugiej zaś — zdaje się sobie dzieckiem przez ptaka niesionym, stworzeniem niepodległym naciskowi żadnych systemów, niezobowiązanym do niczego i nie widzącym dostatecznych racji do podejmowania rzeczywistych zobowiązań.</p> <p class="spip">Żeromski, jak dowodzi tego Brun, jest na tym tle kimś wyjątkowym i autentycznym. Ale owa autentyczność również skażona jest ową peryferyjnością. I z niej właśnie wyrasta swoiste dlań moralizatorstwo. Mieści się ona bowiem, jeśli tak rzec można, w tym samym paradygmacie intelektualno-ideowym, tyle, że <i class="spip">a rebur</i>. <i class="spip">De facto</i> nie podważa istniejącego stanu, tylko istniejący bezruch i jałowość zastępuje krzykiem. Krzykiem, poprzez W' który często przebłyskują krwawe ślady rzeczywistości społecznej, ale nigdy nie są one opanowane intelektualnie. Pisarz przecież, mimo wszystkie swe wysiłki, nie jest w stanie z zewnątrz ujrzeć owej peryferyjności jako peryferyjności. Pozostaje, jak i inni, dzieckiem przez ptaka niesionym... Hasa po historii, wierzy w swych „trzynastu niezłomnych", wierzy w cuda. I — czeka na cud kolejny: cud Przedwiośnia, specyficznie polskiej idei, która po odzyskaniu niepodległości pozwoli, poza walką klas, poza realnymi sprzecznościami interesów, ziścić się ziemi obiecanej. Ani komunistycznej, ani burżuazyjnej. Polskiej. W związku z tym Brun napisze: „Tragizm położenia Polski nie na tym polega, że tu jest Armia Czerwona, tam — przyczajony niemiecki militaryzm. Straszne jest co innego: nasze nieprzystowowanie do rozmiarów sił żywotnych narastających poza naszymi granicami. Z jednej strony mamy kapitalistyczny Zachód, przewodzony przez klasę o olbrzymiej przeszłości i wciąż jeszcze niewyczerpanej energii. (...) Po drugiej stronie — nieznane tworzywo dziejowe, wykuwane w bryle ludzkości przez nową klasę społeczną, bulgocącą żywiołowym rozmachem, gotową wziąść się za bary z resztą świata, mającą za sobą krótką błyskawicową epopeę, przed sobą — wiarę w swój wszechludzki mesjanizm..."</p> <p class="spip">Co na tym tle reprezentują znajdujący się w środku Polacy? Zwłaszcza — polscy inteligenci? Dla większości, stwierdza Brun, problem ten nie istnieje, inni powtarzają frazesy o przedmurzu Zachodu, gdy pora pomyśleć o jakiejś własnej budowli. Pora — ale dla kogo? — Brun wskazuje na siły lewicy, rozumiejącej, że nic nie można zmienić chcąc zachować istniejący układ społeczny, ekonomiczny i polityczny. Wskazuje więc tam, gdzie Żeromski nie chce widzieć nic, a jeśli już coś dostrzega, to cofa się z przerażeniem. I trwa na peryferiach, które zafundowała nam historia.</p> <p class="spip">3.</p> <p class="spip">Wróćmy wszakże do współczesności.</p> <p class="spip">Zasygnalizowane wyżej wątki z eseju Bruna pozwalają, jak myślę, przybliżyć się do odpowiedzi na pytanie postawione na początku tych rozważań: Czy i jak „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek” będzie żyła dzisiaj? Nie będzie to jednak pełna odpowiedź, lecz tylko jej zarys. Jedno nie ulega dla mnie wątpliwości: Książka ta i dziś może wielu czytającym wydać się szokująca. Zwłaszcza po wydarzeniach lat ostatnich. Nie tylko zresztą tych, co rozgrywały się na ulicach, w fabrykach czy trybunach politycznych. Również tych, co rozkwitły w umysłach i zostały upowszechnione przez naszą inteligencję. Oto stało się coś — na pierwszy rzut oka — nieprawdopodobnego. Odżyło, mianowicie, moralistyczne myślenie o historii i teraźniejszości. Nie dość na tym: odżyły mity czasów rozbiorowych i międzywojnia. Można to tłumaczyć różnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że dwa czynniki odegrały tu rolę znaczącą. Po pierwsze — wraz z wycofywaniem się partii z kształtowania świadomości socjalistycznej w oparciu o teorię marksistowską — na pierwszy pian wysunęło się coś, co charakteryzuje kształcenie szkolne w dziedzinie humanistyki: literatura piękna. Ona zaś jest i była nosicielem moralistyki i moralizatorstwa a także kształtowanych przez pokolenia mitów i iluzji. Rezygnacja z krytycznego ich oglądu przez narzędzia marksistowskie — powodowała i powoduje, iż właśnie owe mity i iluzje stają się podstawą oglądu świata społecznego. Moralistyka zaś i moralizatorstwo zdaje się poręcznym wytrychem metodologicznym do porządkowania przeszłych i teraźniejszych zdarzeń i sytuacji.</p> <p class="spip">Po drugie — cofanie się partii z programu socjalistycznego budownictwa wiązało się u nas ze stopniowym uzależnianiem od Zachodu. Uzależnienie to z kolei — nie miało tylko charakteru ekonomicznego, lecz również duchowy. Nie tylko więc Polska stawała się elementem przetargowym, kimś kto nie „gra", lecz jest „granym" w międzynarodowym podziale pracy, na rynku, ale też inteligent polski zdawał się sobie emisariuszem „prawdziwej" nauki i kultury, którą utożsamiał z nauką i kulturą Zachodu. Wschód tymczasem (zwłaszcza Związek Radziecki) zdawał się mu tylko „czynnikiem geopolitycznym", nie zaś czymś, z czym związek jest warunkiem dalszego rozwoju. Tym samym, niejako po raz wtóry, inteligent polski znalazł się w sytuacji , inteligenta stanu peryferyjnego. To, co z zewnątrz (zwłaszcza z Zachodu) przychodziło, jak i za dawnych, opisanych przez Bruna czasów, żyło życiem wiotkich, czystych abstrakcji, lub było przykrawane na miarę nowo kształtujących się stosunków drobnomieszczańskich, których wyrazem stawał się socjalistyczny dorobkiewicz, nowy Połaniecki. Nie był on i nie jest zainteresowany historią we wszystkich jej dialektycznych, więc krwawo-drastycznych wymiarach, rozbijających złudzenia i iluzje, zmuszających do weryfikacji abstrakcyjnych kategorii moralistycznych.</p> <p class="spip">A stało się to wszystko możliwe dzięki, jak sądzę, sile resentymentu, który zjawił się u nas nieprzypadkiem. Zważmy bowiem, że awans, jaki się po rewolucji socjalistycznej u nas dokonał, miał co najmniej dwa wymiary. Pierwszy odnosi się do klas dotychczas upośledzonych i wiąże się z ich nowym miejscem w strukturze społecznej oraz nową, określającą rolą polityczną. Drugi - do jednostek w obrębie tych klas. Zahamowanie pierwszego, gdy odbywa się nadal drugi, rodzi swoiste konsekwencje w obrębie świadomości społecznej. Ten bowiem, kto jako jednostka awansuje, przechodząc z warstwy do warstwy (np. inteligenckiej) — nie tyle chce ruszyć świat z posad, co usytuować się w hierarchiach dotychczas uznanych za prestiżowe. Rewolucja zaś oznacza raczej niszczenie tych hierarchii i powstawanie nowych. Jeżeli wstrzymuje się postęp działań rewolucyjnych — rodzi się pragnienie zajmowania określonych pozycji w ich dawnym, przedrewolucyjnym kształcie. Kiedy to nauczyciel, lekarz, profesor „byli kimś", nie na dzisiejszą, ludową miarę. Ale owo pragnienie do odrodzenia owego dawnego kształtu nie wyraża się wprost, lecz w sposób zmistyfikowany, ideologiczny: jako konieczność „powrotu do źródeł", czyli zdawałoby się umarłych mitów i iluzji oraz dominujących niegdyś stylów myślowych. Przez utożsamianie się z jednym i drugim — następuje zastępcza identyfikacja z dawnym kształtem struktury społecznej.</p> <p class="spip">Dlatego właśnie — powiadam — Juliana Bruna „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek" może być dzisiaj lekturą szokującą. Pojawiając się w nowym momencie historii uderza w nawarstwioną skorupę resentymentów, może ją dotkliwie pokaleczyć, może jednak i rozbić, zmuszając, jak niegdyś, do nieszablonowego myślenia o historii narodowej i teraźniejszości.</p> <p class="spip">Świadomość naszej peryferyjności, zatem — peryferyjności rodzimej inteligencji — zwolna zdobywa sobie prawo obywatelstwa w naszym myśleniu. Dzieje się to, oczywiście, zbyt wolno, ale niczego się nie da zadekretować. Obowiązkiem podstawowym dzisiejszej lewicy intelektualnej jest jasne i precyzyjne uświadomienie tego faktu. Niezbędna jest także walka z resentymentów odrodzonymi złudzeniami 'i mitami. A także — ostra polemika z każdą postacią moralistycznego i moralizatorskiego stosunku do historii i teraźniejszości. W dziele tym — piękny esej Juliana Bruna oddać może usługi nieocenione.</p> <p class="spip">Leon Kruczkowski</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_Kruczkowski.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L141xH195/jpg_Kruczkowski-22b32.jpg' width='141' height='195' style='height:195px;width:141px;' class='' alt='Leon Kruczkowski' /></a></p> <p class="spip"><strong class="spip">SŁOWO WSTĘPNE</strong></p> <p class="spip">Wyznaję, że znalazłem się w pewnej rozterce wewnętrznej, kiedy zwrócono się do mnie z propozycją przedmowy do pierwszej po długich latach reedycji książki Juliana Bruna-Bronowicza o Żeromskim. Po pierwsze, mam do tej książki zupełnie szczególny stosunek osobisty, bez przesady mogę mówić o przełomowym jej znaczeniu w moim życiu. To od niej zaczęła się moja droga do marksizmu jako światopoglądu i dyrektywy działania. Myślę zresztą, że takich wypadków było więcej, Z drugiej strony, książka ta wydana po raz pierwszy w roku 1926, była zdarzeniem bardzo odrębnym i niezwykłym w naszym piśmiennictwie, zarówno literackim jak politycznym— i to nie tylko tamtego okresu. Od początku stała się przedmiotem gwałtownego sporu, który miał trwać długie lata i nie pozostał bez wpływu na losy tej właśnie pracy Bronowicza również i w Polsce Ludowej.</p> <p class="spip">Jeszcze dzisiaj, mimo 30-letniej przeszło perspektywy, ocena książki takiej jak „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek" nie należy do zadań łatwych. Cóż dopiero, gdy sam oceniający nie jest w stanie oderwać się od pamięci własnego, bardzo osobistego przeżycia tej książki przed laty! Uwolnić się od uroku tamtego intelektualnego i uczuciowego zdarzenia! Jak zdobyć się w takim wypadku na niezbędny przecież w „przedmowie" obiektywizm spojrzenia, obowiązujący wobec współczesnego czytelnika, dla którego książka może być raczej dokumentem literacko-politycznym dawno zamkniętej epoki? Otóż właśnie! Rzecz w tym, że książka Bronowicza bynajmniej ¡1 nie jest jeszcze — tylko dokumentem. Raz dlatego, że sam Żeromski nie przestał być, jak o tym świadczą choćby ankiety czytelnicze, pisarzem żywym i wciąż obecnym w naszym życiu, więcej jeszcze — jednym z najbardziej czytanych klasyków naszej prozy. Po wtóre również dlatego, że w książce Bronowicza nie chodzi tylko o Żeromskiego. Twórczość autora „Ludzi bezdomnych", a zwłaszcza ostatnie jego dzieło — „Przedwiośnie" — były w tym wypadku, wydaje się, raczej pretekstem, który pozwalał Bronowiczowi w ówczesnych warunkach cenzuralnych mówić o sprawach znacznie szerszych i gorętszych — o istocie rewolucji społecznej, a w szczególności socjalistycznej. Jest to chyba dostateczny powód, żeby w tej książce usłyszeć głos zasługujący na uwagę również w naszych dzisiejszych sporach i dyskusjach. I jeśli naturalnym biegiem rzeczy możemy dzisiaj — lepiej i słuszniej niż to było możliwe przed trzydziestu laty — korygować niektóre poszczególne sądy Bronowicza, to chyba też i odwrotnie, niejeden pogląd dzisiejszy zachwiać się winien w konfrontacji z nieodpartą logiką myśliciela-rewolucjonisty i pod żarliwym tchnieniem jego głębokiej, racjonalistycznej wiary w prawa rozwoju społecznego.</p> <p class="spip">„Żeromskiego tragedię pomyłek" napisał Bronowicz w roku 1925 w burżuazyjnym więzieniu na warszawskim Mokotowie. Już ta okoliczność przypomina nam sytuację historyczną, w jakiej książka powstała. W życiu Polski międzywojennej był to okres pełnego kryzysu rodzimej demokracji parlamentarnej pierwszych lat wtórej niepodległości — kryzysu, który poprzez zamach majowy Piłsudskiego miał utorować drogę do władzy dyktaturze wojskowo-sanacyjnej i faszyzmowi. Kryzys ten tylko pozornie mógł uchodzić za rezultat sporu dwóch odłamów burżuazji, w istocie rzeczy był on wyrazem zaostrzających się przeciwieństw klasowych, postępującej radykalizacji mas oraz pogłębiania się fermentu ideowego wśród postępowej inte¬ligencji i młodzieży. W tej właśnie atmosferze powstało i zdobyło niezwykły rezonans — „Przedwiośnie", dzieło czujności i trwogi obywatelskiej pisarza, który — jak żaden inny z jego środowiska . i pokolenia — uwrażliwiony był na wszystko, co dotyczyło losów ojczyzny, ściślej biorąc — jej określonej wizji społecznej.</p> <p class="spip">Rzecz znamienna, „Przedwiośnie" przyjęte zostało z mieszany¬mi uczuciami i podzieliło głosy nie tylko w opinii burżuazyjnej, ale i w środowiskach ówczesnej lewicy społecznej. W tej pierwszej skala sądów wahała się od kłopotliwego zażenowania aż do najbardziej brutalnych napaści na pisarza. W tych drugich; obok ocen zdecydowanie negatywnych czy niechętnych, rozległy się również głosy, które uznały ostatnią powieść Żeromskiego za utwór wręcz rewolucyjny. W obliczu takiej rozbieżności sądów jeden fakt w każdym razie należy chyba przyjąć za bezsporny: „Przedwiośnie" odegrało niepoślednią rolę w procesie zbliżania się części ówczesnej inteligencji polskiej, zwłaszcza młodego pokolenia ku pozycjom ideowym rewolucyjnego ruchu robotniczego. Stało się to, wbrew woli i intencjom autora, dzięki przejmującej sile jego oskarżeń, skierowanych przeciw rzeczywistości państwa burżuazyjnego.</p> <p class="spip">Wydaje się, jakby Bronowicz, trafnie wyczuwając zawarte w „Przedwiośniu" takie właśnie możliwości oddziaływania na wahające się umysły, postanowił wykorzystać je i znacznie pełniej rozwinąć przez krytyczne oświetlenie tych elementów pisarstwa Żeromskiego, które twórcy „Ludzi bezdomnych" do końca życia przeszkadzały w wyciągnięciu ostatecznych wniosków ideowych z długoletnich doświadczeń niezwykle wrażliwego na każdą krzywdę sumienia. Dał więc „Tragedii pomyłek" wyraźny adres społeczny: patriotyczno-niepodległościowej inteligencji. Świadczy o tym nie tylko błyskotliwy, pełen finezji styl publicystyczny najwyższej klasy, ale przede wszystkim sam sposób argumentacji, wybór motywu polemicznego, podjęcie sporu z Żeromskim na płaszczyźnie narodowego, patriotycznego właśnie charakteru rewolucji społecznej.</p> <p class="spip">Nie inaczej zresztą określił cel swojej pracy — i poniekąd również jej metodę — sam Bronowicz. Jak już wspomniałem, ukazanie się „Tragedii pomyłek" zapoczątkowało długotrwały spór w szeregach polskiego ruchu rewolucyjnego na temat tej książki. Zarzucano autorowi propagowanie poglądów określanych wówczas mianem „nacjonalbolszewizmu". Odpowiadają na ten zarzut, zrozumiały jedynie w ówczesnych skomplikowanych warunkach walki o marksistowsko-leninowską linię w ruchu robotniczym i jego partii, Bronowie z stwierdził, że w pracy o Żeromskim miał na względzie „zupełnie określonego czytelni¬ka: tę część inteligencji polskiej, która odczuwa już pustkę duchową burżuazyjnego społeczeństwa, jego beztwórczość kulturalną, ale nie może znaleźć wyjścia”.</p> <p class="spip">„Przecież cały bieg myśli w tej broszurze — pisał w liście do „Nowego Przeglądu" w roku 1926 — sprowadza się do tego, żeby, wychodząc z konsekwentnie nieklasowego stanowiska, tj. nie ze stanowiska pewnej klasy walczącej o swe interesy, lecz ze stanowiska „narodowego", „ponadklasowego", uwidocznić znaczenie walki klasowej jako czynnika rozwoju, oraz niemożliwość moralnego i kulturalnego „odrodzenia" bez przewrotu społecznego... Sądziłem, że w ten sposób dopomogę bodaj jednostkom z tego (inteligenckiego — przyp. L.K.) środowiska przemóc pierwsze trudności na drodze do prawdy, przełamać głęboko tkwiące opory umysłowe, że reszty dopracują się sami".</p> <p class="spip">Nie wchodząc w przebieg ówczesnej dyskusji, w niektórych punktach trudnej już do zrozumienia dla dzisiejszego czytelnika stwierdzić wypada, że książka Bronowicza w niemałym stopniu rzeczywiście odegrała rolę, jaką odegrać miała według intencji autora. Dla wielu ludzi ze środowiska patriotycznej inteligencji polskiej lat dwudziestych i późniejszych stała się naprawdę pomostem, ułatwiającym przejście na pozycje walki klasowej proletariatu, na stronę rewolucyjnego ruchu robotniczego. Dziś również, po trzydziestu dalszych latach rozwoju tego ruchu, po tylu jego ciężkich próbach i wielkich zwycięstwach, jesteśmy w stanie trafniej niż .kiedyś określić nie tylko takie czy inne błędy, ale i właściwe miejsce „Tragedii pomyłek" w naszym piśmiennictwie. Należy ona w nim do tego nurtu myśli postępowej, którego początek u nas sięga publicystyki jakobinów polskich, Mochnackiego i „Gromady Grudziaż".</p> <p class="spip">Idei, jaka przyświecała powstaniu i celowi tej książki, Julian Brun-Bronowicz poświęcił całe swoje życie działacza SDKPiL i KPP. Ale w bogatym dorobku jego wspaniałej publicystyki bodaj ta właśnie praca pozostaje dziełem najtrwalszej wartości — nie tylko dlatego, że dotyczy zjawiska tak trwałego, jak twórczość Żeromskiego. Pisana jakby nie piórem, lecz lśniącą szpadą, zdolna jest i dzisiaj zapalać iskry w umysłach i sercach, oświetlać na krytycznych zakrętach niejedną ścieżkę ludzką współczesnego pokolenia.</p> <p class="spip">W Polsce Ludowej niemało wydawano i wydaje się książek niepotrzebnych. Wznowienie książki Bronowicza o Żeromskim jest jednym z tych zdarzeń, jakich nam dziś potrzeba jak najwięcej. Książka ta mówi o podstawowych prawdach naszej historii narodowej — i zarazem o jednej z głównych prawd dzisiejszego czasu, współczesnej epoki. Mówi o istotnym dla rozwoju bytu narodowego znaczeniu pierwszej w naszych dziejach rewolucji społecznej — rewolucji socjalistycznej. I mówi o tym językiem, jakim przystoi w każdej epoce bronić każdej wielkiej prawdy.</p> <h3 class="spip">Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek </h3> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg__eromski.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L190xH170/jpg__eromski-c382e.jpg' width='190' height='170' style='height:170px;width:190px;' class='' alt='Stefan Żeromski' /></a></p> <p class="spip">Motto:</p> <p class="spip"><i class="spip">Istnieją całe systemy chytrze, choć bezwiednie, kombinowanych złudzeń, które zabezpieczają inteligencję polską przed zetknięciem się z istotnym, nie dającym się oszukać, światem.</i></p> <p class="spip"><i class="spip">Stanisław Brzozowski</i></p> <h3 class="spip">PRZEDMOWA </h3> <p class="spip">Ukazanie się „Przedwiośnia" Stefana Żeromskiego nie było w żadnym razie i w żadnym sensie „wydarzeniem" w życiu umysłowym Polski. Głosy — zupełnie odosobnione — które chciały w tej powieści dopatrzeć się czegoś, co powinnoby poruszyć umysły, grzeszą rażącą przesadą, a co gorsze, trącą staroświecczyzną, nieledwie reakcyjnością. Bo przede wszystkim czasy, kiedy dzieło literackie mogło w ogóle być „wydarzeniem", budzić namiętne spory, zakłócać spokój domowy polskich rodzin, wywoływać prądy, mody, a nawet żywe naśladownictwo typów literackich — czasy te należą, oczywiście, do odległej przeszłości. W szczególności zaś jest to sprawa przebrzmiała i niedzisiejsza, gdy autor uderzyć usiłuje nie samym nowatorstwem formy i ekspresji (w tej dziedzinie są jeszcze znawcy i smakosze, a nawet klany i kapliczki), lecz na modłę wybitnie archaiczną posługuje się ekspresją literacką dla „postawienia" wyczutych przez siebie zagadnień życia zbiorowego. Dla tego rodzaju spraw mamy dziś sejm, senat, stronnictwa, zrzeszenia „sfer gospodarczych". Literatura może sekundować czynnikom miarodajnym przez utwory patriotyczne. Ale jest dziś pewnego rodzaju uzurpacją z jej strony, gdy podejmować chce te tak zwane „zagadnienia". Wszak to nikt inny, tylko właśnie Stefan Żeromski w zaraniu niepodległości zapowiadał, że teraz oto literatura polska będzie mogła nareszcie wręczyć „całe dziedziny spraw politycznych i społecznych" w ręce powołane.</p> <p class="spip">Wbrew tej uroczystej abdykacji dopuścił się Żeromski w „Przedwiośniu" niewątpliwej recydywy społecznikostwa w literaturze. Ta okoliczność tłumaczyłaby może poniekąd ów ton pewnego zakłopotania, który wyczuć się daje we wszystkich niemal głosach krytyki o tej powieści. Odbiera się wrażenie, że wielki pisarz popełnił jakąś niewłaściwość, którą wszyscy widzą, lecz nie chcą wskazać palcem ze względu na czcigodną osobę autora. Przebija to między innymi w wytrwałym ignorowaniu przez recenzentów i krytyków myśli przewodniej „Przedwiośnia", w dowolnym zwężeniu interpretacji powieści i pomijaniu jej strony drażliwej. Więc będzie „Przedwiośnie" tylko „monografią" Cezarego Baryki (p. Piwiński). „Kluczem do genezy powieści" ma być spostrzeżony przez Stefana Żeromskiego na czele manifestacji komunistycznej młodzieniec „w lejbiku żołnierskim". „Skąd się wziął i co przeżył" ten młodzian, zanim się tam znalazł? Oczywiście musiał wyróść na obcej glebie itd. Trudno sobie wyobrazić bardziej typowo bezceremonialne pogmatwanie myśli autora. Ominąwszy w ten sposób niejeden szkopuł, doświadczony krytyk wykona zręczną rejteradę w dziedzinę techniki powieściowej i wyjdzie obronną ręką. Inny — pan Zygmunt Kisielewski — z właściwą sobie przenikliwością dojrzy w „Przedwiośniu" „przestrogę przed zrosjanizowaniem duszy polskiej”. „Przestroga” taka nie jest zmyśleniem: znajduje się ona w „Przedwiośniu" tak samo niewątpliwie, jak „monografia polskiego bolszewika". Ale podnoszenie tej przestrogi do godności „idei" powieści świadczyć musi, że recenzent socjalistycznego „Robotnika", zarówno jak jego kolega z reakcyjnej „Warszawianki", pragnie przemilczeć niedogodną „resztę" i z możliwą gracją przejść nad „Przedwiośniem" do porządku dziennego. Owa „reszta" jednak, starannie przykrywana przez pp. krytyków, zachowuje się niesfornie i bodliwie jak przysłowiowe szydło w worku. Tę „resztę" ma na myśli p. Kisielewski, gdy daje do zrozumienia czytelnikowi, że wszystko wypadłoby inaczej, gdyby Żeromski nie był zapomniał o ... PPS. Nie dopatrzył, zapomniał... Ale mamy, chwała Bogu, PPS — i to zupełnie zmienia postać rzeczy. Istnienie owej „reszty" zdradza na swój sposób sejsmograf niezmiernie czuły (od strony zagrożonego stanu posiadania) obozu „narodowego". Karol Irzykowski musi uspokajać p. Dębickiego z „Kuriera Warszawskiego", że Żerom¬ski bynajmniej nie „bolszewizuje". Bo w „kołach narodowych" konsternacja jest widoczna: „Znakomity talent, panie dzieju, zacny przy tym patriota, tylko duch niespokojny... Reminiscencje młodzieńczych radykalizmów... warto by mu, panie dzieju, coś tego, w rodzaju nagrody Nobla, Ca oblige..."</p> <p class="spip">Oczywiście Irzykowski ma słuszność: Żeromski z pewnością nie „bolszewizuje". Ale Irzykowski zachował się odrobinę jak filut. Wypowiedziawszy kilka cennych spostrzeżeń o twórczości i stylu Żeromskiego, rzuciwszy słówko ukojenia pod adresem zaniepokojonego p. Dębickiego, poklepawszy mimochodem po ramieniu p. Zygmunta Kisielewskiego, nie mógł sobie odmówić przekornej satysfakcji w końcowym zdaniu: „Czy (Żeromski) sprawił czytającej Polsce niespodziankę? Tak. Bo z odwagą i siłą, na którą nie stać było najmłodszych poetów, sięgnął w dialektykę współczesnej rzeczywistości polskiej, tam gdzie się ona rozstrzyga, i nie cofnął się nawet przed zobrazowaniem możliwości, że syn podniesie rękę na własną matkę". Kropka. Ta kropka oznacza: więcej nie powiem, bo nie chcę naruszać przyjętego tonu, a zresztą — to nie z mojej branży. „Kiedy już tak — powiedział sobie p. „Advertiser" — to trzeba chyba szydło siłą wepchnąć na powrót do worka". „Advertiser" jest właśnie z branży codziennego „sięgania w dialektykę współczesnej rzeczywistości", bo robi artykuły polityczne w „Warszawiance". Chwycił też od razu za szydło w artykule: „Zagadnienie komunizmu w „Przedwiośniu" („Warszawianka z dnia 30.1.1925 roku). „Książka... porusza kwestie najbardziej zasadnicze i ciążące na każdym sercu polskim ogromem troski. Ostatnia dramatyczna scena książki, gdy Baryka w swym starym wojskowym mundurze spotyka się piersią w pierś z ostoją państwowości polskiej — oddziałem jej armii — stanowi groźne i pełne bólu memento". Lecz „Advertiser" zabiera właśnie głos po to, żeby bóle uśmierzyć i zdjąć ogrom troski z polskich serc. Bo, na szczęście, Żeromski padł ofiarą nieporozumienia. Cezary Baryka to jest sobie tylko „tragedia jednej młodzieńczej duszy, której Polska odrodzona przygarnąć nie potrafiła". Ogół zaś młodzieży komunistycznej w Polsce składa się z osobników zupełnie innego pokroju. Są to „natury par excellence mózgowe", a nie uczuciowe. Dowodem tego jest „przygniatający procent młodzieży semickiej na ławach oskarżonych". Ponieważ zaś procent „mózgowców" jest wśród rdzennych Polaków, Bogu dzięki, bardzo znikomy, procent Semitów w Polsce również ograniczony, więc nie ma powodu do alarmów. Nic tu nie ma groźnego, bo wpływy komunizmu ograniczone są z natury rzeczy do kontyngentu „mózgowców" i Semitów. „Z założenia swego — reasumuje autor — miała być ta książka groźnym memento nad ogólnym zagadnieniem komunizmu wśród młodzieży, a dała natomiast piękny, miejscami wstrząsający do głębi obraz tragedii jednego, zwykłego sobie — Cezarego Baryki, co wychowany na Półwyspie Apszerońskim, innego domu w swym ojczystym kraju niż szklanego uznać nie chciał i nie mógł". Zarzuca też ..Advertiser" Żeromskiemu, że nie przeciwstawił Cezaremu Baryce nikogo z bohaterskiej falangi młodzieży polskiej, „nikogo z tych, którzy szli ożywieni w 1920 roku innymi uczuciami niż Baryka, a nawet Wielosławski, stawiać czoło komunizmowi w polu”. Żeromski, piewca żołnierza polskiego, tego, co był niegdyś, i tego, którego jeszcze nie było, wie aż nadto dobrze, że tężyznę żołnierską łatwo wykrzesać z każdego polskiego młodzieńca. Wszak i półbolszewik Baryka, i paniczyk Hipolit Wielosławski byli pierwszorzędnymi wojakami. Żołnierka — to najistotniejszy i najgłębiej w psychice narodu tkwiący spadek kultury szlacheckiej. „Na Samosierrę — pisał Artur Górski w „Monsalvat" — odwagi nam nigdy nie zabraknie; czego nam nie dostaje, to tej odwagi duchowej do samodzielnego pędu w otchłań prawdy, odwagi, co na całym świata obszarze ma w sobie tylko oparcie..."</p> <p class="spip">Właśnie po to wdałem się w dość szczegółowe zobrazowanie przyjęcia, jakiego doznało „Przedwiośnie" ze strony oświeconej opinii polskiej, aby uwydatnić ten rys tchórzostwa intelektualne¬go, które doskonale iść może w parze z odwagą fizyczną. Jasno bowiem z przytoczonych cytat wynika, że nie przez wskrzeszenie niemodnego genre'u powieści przetkanej ideą społeczną zawinił Żeromski w oczach tej szanownej opinii. Zgorszenie spowodowała odwaga — odwaga oświetlania przepastnych zagadnień bez dania na nie natychmiastowej, jasnej i kojącej odpowiedzi. Takich zagadnień ogromnie nie znosi myśl polska. Musi ona za wszelką cenę (zazwyczaj za cenę na pół świadomego kłamstwa) bujać w jasności i niezmąconej pogodzie ducha, musi mieć przeświadczenie, że to, co jest, stoi jak mur, a na wszystkie niedomagania istnieć gdzieś muszą gotowe, poszufladkowane lekarstwa, po które wystarczy sięgnąć w odpowiedniej chwili. Mimo woli przychodzą na myśl najbardziej sarkastyczne stronnice Stanisława Brzozowskiego o „Polsce zdziecinniałej".</p> <p class="spip">Dlatego jednostki, jak Stefan Żeromski, skazane są na wielkie osamotnienie. Ich duchowe zwycięstwa i klęski nie stają się dorobkiem ogółu. Ich spowiedź publiczna odbija się o głuchy mur: o zmowę pogodnej bezmyślności. Myśl Żeromskiego można lepiej albo gorzej zrozumieć. Można się z nim zgadzać, albo nie zgadzać. Ale na takie traktowanie (jak wyżej) Żeromski sobie nie zasłużył. To nie jest fair play, panowie! <a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_zeromski.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L170xH242/jpg_zeromski-d42a1.jpg' width='170' height='242' style='height:242px;width:170px;' class='' alt='Żeromski' /></a></p> <h3 class="spip">I. WZYWANIE TRZECIEGO CUDU</h3> <p class="spip">Nie trzeba chyba dowodzić, że Żeromski nie ma w sobie nic z literata polującego na „tematy” z dezynwolturą pszczoły przelatującej z kwiatka na kwiatek. W całą jego istotę wrośnięte jest przeświadczenie o misji narodowej, o niezastąpionej funkcji społecznej pisanego słowa. Nie jest to wulgarna tendencyjność ani tania podszewka patriotyzmu, którą podszyta była bez mała cała literatura Polski trójzaborowej, lecz głębokie credo określające podstawę duchową wobec warunków i przekształceń polskiej rzeczywistości. Mamy tu do czynienie ze zrodzoną, wskutek utraty samoistności państwowej, osobliwą polską „metapolityką", tą samą, którą uprawiali nasi wielcy romantycy. Stałym celem tej „metapolityki", jej marzeniem, jej mrzonką, było pojęcie „rządu dusz", w przeciwstawieniu do materialnej władzy zaborców. Dzieła Żeromskiego, z bardzo nielicznymi wyjątkami, noszą na sobie tchnienie „Dziadów" i „Ksiąg Pielgrzymstwa". Jest on „wieszczem narodowym" w pełnym znaczeniu tego romantycznego terminu. W ostatnich dziesiątkach lat Polska miała dwóch ludzi tej miary i tej ambicji twórczej: Żeromskiego i Wyspiańskiego. Trzecim być usiłował — ale już nie środkami artystycznego wzruszenia, lecz drogą konstrukcji ideologicznej — Stanisław Brzozowski. To właśnie nadaje pismom krytycznym i filozoficznym Brzozowskiego, zupełnie w innych warunkach, niezrozumiałą cechą żartobliwości proroczej jakiegoś religijnego objawienia.</p> <p class="spip">Nie chodzi w tym miejscu o ocenę twórczości tego typu. Wolno ją uważać za przeżytek, za anachronizm. Chodzi o stwierdzenie, że takim jest Żeromski i on jeden w dzisiejszej Polsce. Czytelnik, który sobie tego nie uprzytomni, będzie czytał w dziełach Żeromskiego zajmującą najczęściej fabułę, nie treść istotną. Krytyk, który przystępuje do Żeromskiego tylko jako do wy¬bitnego, czy nawet genialnego producenta charakterów, sytuacji i rozwiązań literackich, dyskwalifikuje się beznadziejnie.</p> <p class="spip">Ten rys zasadniczy, zawsze w dziełach Żeromskiego obecny, przechodzi z wiekiem w świadomie uprawiany narodowo-społeczny utylitaryzm, co nakłada, rzecz jasna, bolesne nieraz więzy na twórczość wielkiego artysty. W wielu powieściach Żeromskiego szarpanie .tych więzów jest widoczne. Po drodze do wytkniętego z góry zamierzenia, które zawsze sprowadza się do wzmocnienia (w jego pojęciu) tego czy innego „frontu" mocy narodowej, autor napotyka kuszące głębie, w które duch jego radby się pogrążyć bez pamięci. Najczęściej głębią tą jest dusza kobieca, jedyna dziedzina mogąca w twórczości Żeromskiego współzawodniczyć z założeniami społeczno-narodowymi. (Rzecz to szczególna, że w naszej literaturze krytycznej nie mamy, zdaje się, ani jednego studium poświęconego specjalnie postaciom kobiecym Żeromskiego). Kiedy indziej sprowadzają Żeromskiego z gościńca jego myśli nie głębie i nie knieje, lecz skąpane w jasności polany, od których słonecznej pogody szczególnie trudno oderwać się wędrowcowi. Wszystkie dygresje Żeromskiego i tylekroć wytykane mu wady konstrukcji powieściowej mają swe źródło w tej walce swobody twórczej z własnowolnie, z góry przyjętymi ograniczeniami. Z tego samego źródła pochodzą też nierówności odwrotne: jak gdyby zatrwożony nagle, że zmitrężył tyle czasu na włóczędze beztroskiej po czarownych manowcach, autor śpieszy gorączkowo ku swoim celom dydaktycznym, porzucając cenny balast sztuki. Tak po¬wstają rozdziały z artystycznego punktu widzenia jałowe, ten tak częsty u Żeromskiego „bodzantyzm", gdy spieniony nurt opo¬wieści wyrzuca nagle czytelnika na mieliznę suchej dysputy, przypominającej „dialogi ewangelika z papieżnikiem".</p> <p class="spip">W odczycie wygłoszonym w zaraniu niepodległości wypowiedział Żeromski nadzieję, że literatura polska uwolni się nareszcie » od samoograniczenia, jakie dobrowolnie przyjęła pełniąc służbę narodową, że odtąd będzie mogła przynosić światu „wiadomość artystyczną o zawiłościach duszy człowieka", a nie „wciąż tylko o zawiłościach duszy Polaka". Istotnie literatura polska ostatniej doby te wyzwoliny z obowiązków patriotycznych dość skwapliwie wykorzystała. Żeromski nie zdołał. W ostatnich jego dziełach widzimy coraz bardziej świadomy nawrót do przenikających całą jego poprzednią twórczość „metapolitycznych" zagadnień. „Ponad śnieg" nie stoi jeszcze na tym poziomie. Zdaje się być pospolitą daniną złożoną na rzecz obrony granic w związku z wypadkami 1920 roku. Natomiast „Toruń" wprowadza nas znowu w dawny świat Żeromskiego, a nawet w świat dawnych jego bohaterów. Wreszcie „Przedwiośnie" — to cały historycznie ukształtowany Żeromski. Mamy więc w tej książce, jako myśl 3 przewodnią, głęboką troskę o jakiś zagrożony „odcinek frontu" mocy narodowej. Mamy te momenty, gdy artysta marudzi w ustroniach przydrożnych ponad słuszną miarę konstrukcji powieściowej. Mamy także nadrabianie publicystyką z uszczerbkiem harmonii artystycznej.</p> <p class="spip">Część pierwsza („Szklane domy"), zawarta w formie treściwego opowiadania, jest jak miarowy, grzmiący krok dzielnego piechura. Nawet w języku, bujnym i jakby muskularnym, jest ta radość prężenia mięśni, głębokiego oddechu i rytmicznie tętniącego serca, którą młody piechur (goniący wstęgę szosy w skośnych promieniach poranku) odczuwa jako cielesną i duchową doskonałość w najdoskonalszym ze światów. Tą tężyzną formy pisarz wynagradza sobie powściągliwość wobec szybko mijających obrazów. Zaledwie raz jeden daje się uczuć mocniejsze przylgnięcie sercem do mijanego zjawiska i bolesność zbyt szybkiego rozstania: są to przeżycia Jadwigi Barykowej. Jeszcze jedna siostrzyca korowodu postaci kobiecych Żeromskiego. Nieprzeniknione dla samej siebie medium tajemnych i przemożnych nakazów gatunku. Z większą słusznością niż o najofiarniej-szych bohaterach wojny czy bojownikach idei można o tych istotach powiedzieć, że są jak „kamienie przez Boga rzucone na szaniec".</p> <p class="spip">W tym samym tempie rozpoczyna się druga część powieści — „Nawłoć". Forsownym marszem — na kilku stronicach — załatwiamy się z pierwszymi doświadczeniami Cezarego Byryki w kraju i — z uciekającymi bolszewikami. Tu następuje olbrzymia dygresja.</p> <p class="spip">Czytelnik ma wrażenie, że wszystko dotychczasowe było prologiem, a sprawa główna rozgrywa się w nawłockim dworze. Albo też wydaje mu się, że widzi teatr na scenie teatru: do tego stopnia wystaje epizod nawłocki z ram powieści jako rzecz sama w sobie. Z tego jesteśmy skłonni sądzić o znaczeniu tej części dla całości. Otóż „Nawłoć" jest istotnie elementem ważnym i niezbędnym w powieści. Styl odrębny tej części cudownie uplastycznia zetknięcie się bohatera z polską rzeczywistością. Ale jej Wybujałość w stosunku do innych daje się objaśnić jedynie tym, że oto w południowej godzinie nasz dzielny piechur zabrnął w szczególnie miłe sercu strony i nie-rad zbierać tobołki w dalszą drogę. Po wybijanej twardą stopą krainie bólu, krwi, nędzy i tęsknoty, tak nieodparcie miło jest rozgościć się w tym swojskim zakątku. O ludziskach, u których gościmy, o ich nicości, samolubstwie, wprost zbrodniczej w pewnych warunkach bezmyślności, mamy zdanie wyrobione, które jutro sformułujemy z całą surowością. Dziś jednak jest nam błogo w gronie tych ludzi i gotowiśmy śmiać się pogodnie, i niemal bez rezerwy myślowej, z pociesznych podrygów Maciejunia i konceptów zażywnego księżulka. Dopiero bliski zmrok przypomni nam, że komu w drogę, temu czas, i ruszymy nadrabiać przydługi wypoczynek. Trzecia część powieści — „Wiatr od Wschodu" — jest już gnaniem do celu bez oglądania się na krajobrazy, ale i bez pierwotnej rozkoszy marszu. Automatycznie „odwalane" dystanse. Mechaniczne szeregowanie przesłanek brakujących od założenia do wniosku.</p> <p class="spip">Żeby dojrzeć myśl autora w kształcie właściwym, zamierzonym, trzeba użyć szkieł, które by niwelowały nierówności w wykonaniu. W części pierwszej autor przychodzi z pomocą czytelnikowi, nadając całej tej części tytuł „Szklane domy". I pomimo tej wskazówki krytyka zaledwie zauważyć raczy fantastyczną opowieść Seweryna Baryki, traktując ją jedynie jako współczynnik, który mógł pogłębiać i zaostrzyć uczucie zawodu Cezarego po przyjeździe do kraju.</p> <p class="spip">Ta sprawa nie jest taka prosta. Męczeńska pielgrzymka Baryków do kraju przez nieobjęte stepy rosyjskie, pod surowym władztwem niezrozumiałego, straszliwie obcego żywiołu, jest nie tylko podróżą w przestrzeni, ale zarazem wyobrażeniem pielgrzymki w czasie innego męczeńskiego szlaku — tego — którym tęsknota gnała ku Polsce niepodległej szereg wymarłych pokoleń. Tylko w tym rozumieniu opowieść o „Szklanych domach" nabiera właściwej treści. Jest to „mit" w znaczeniu tego terminu ustalonym przez Jerzego Sorela, a za nim w Polsce przez Stanisława Brzozowskiego. Pokolenia całe pielęgnowały ideę Polski niepodległej i musiały ją myśleć w kształtach i barwach tak różnych od rzeczywistości, w których żyły, jak Barykowa Polska „szklanych domów” różni się od Polski trędowatych miasteczek i zapleśniałych wsi. Nie darmo wszak utarło się w ciągu dziesięcioleci zwalanie na zaborców winy i odpowiedzialności za wszystkie ułomności materialne i duchowe, za wszystkie rany i wrzody życia polskiego. Musiał wytworzyć się mit zmartwychwstania politycznego, wiara w cudowne następstwa samoistności państwowej. Kto z patriotów okresu niewoli narodowej ośmieliłby się, na przykład, podać w wątpliwość, że Rząd Narodowy, ów cel tylu urojeń, planów i spisków, będzie składał się z najlepszych i najzdolniejszych w kraju ludzi, że będzie w ogóle najlepszym z możliwych rządów. Jeżeli w innych krajach u steru rządów znajdują się ambicje prywatne, cynicznie brutalne interesy jednej klasy lub wprost koterie na żołdzie potęg finansowych, to dzieje się tak dlatego — myślał patriota polski — że nie umieją oni ocenić skarbu niepodległości. Równie pewne i niewątpliwe dla czołowych bojowników owych czasów zdawało się i to, że patriotyzm w chwili odzyskania ojczyzny buchnie przeogromnym płomieniem, przepali, stopi egoizm jednostek i klas społecznych; miliony staną zgodnie do pracy dla ogółu, jasność dobrobytu i oświaty opromieni całą Polskę.</p> <p class="spip">Mit tej Polski „szklanych domów” był historycznie niezbędny, aby z pokolenia w pokolenie utrzymać w napięciu tęsknotę za niepodległością; był psychologicznie niezbędny, aby Cezary Baryka trwał w nadanym mu przez zmarłego ojca pędzie do kraju. Cezary Baryka — ileż to razy recytowali pp. krytycy — był obcy Polsce, znał ją bowiem tylko z opowiadań matki o urokach siedleckich mokradeł i z majaczeń ojca o szklanych domach. Lecz i ci wszyscy przeciętni Polacy, którzy wkroczyli pewnego dnia do Polski niepodległej nie w pociągu „tiepłuszek", lecz w pociągu wypadków dziejowych, znali z niej tylko ograniczoną szarzyznę swego bytowania — właśnie jakby jakąś „sekułę" Jadwigi Barykowej — i jeszcze - wizję ze szkła czy z kryształu wycyzelowaną przez „długie nocne rodaków rozmowy”.</p> <p class="spip">Pokolenie, któremu danym było ujrzeć „ziemię obiecaną” Polski rządzonej nareszcie przez Polaków, zobaczyło marzenie całego stulecia rozlane w najpowszedniejszą rzeczywistość. Rychło musiało wyjść na jaw, że rząd polski nie jest z przyrody swej ani gorszy, ani lepszy od innych. To, co było niedawno jeszcze zaprzysięgłym trwaniem na placówce ideowej, stało się „odwalaniem” przepisywanych przez instrukcję „kawałków” swojskiej biurokracji. Życie polityczne nie poszło po wymarzonej linii powszechnego zespolenia w imię dobra powszechnego, lecz potoczyło się, najzwyczajniej w świecie, po wypadkowej wynikającej z ustosunkowania sił i apetytów grupowych i klasowych. Co gorsze, nie uległo nawet zasadniczej zmianie ustawodawstwo zaborców i w wielu dziedzinach życia duch ich rządzi dalej za pośrednictwem polskich sądów i polskiej administracji. Stan duszy Cezarego Baryki w atmosferze tych stosunków niekoniecznie uwarunkowany być musi przez jego apszerońskie pochodzenie. W taki sam sposób reagować może na otaczającą rzeczywistość spory zastęp młodzieży, której nie obce były ' marzenia o „szklanych domach". Można nawet twierdzić, że na przykład dzielnice żydowskie właśnie na mieszkańcu Kaukazu nie wywarły szczególnego wrażenia, gdyż w biedocie żydowskiej rozpoznałby po prostu dobrze mu znanych, klasowo nie określonych i nieproduktywnych pauprów ery przedkapitalistycznej, zapełniających miasta wschodu. Bakiński rodowód Baryki potrzebny był autorowi z innych racji. Po pierwsze — żeby rzucić rzecz całą na tło wschodniej zawieruchy, co jest bardzo potrzebne, między innymi, i dla podcieniowania sielanki nawłockiej; po wtóre — w celu uzmysłowienia męczeńskiej wędrówki do opromienionej tęsknotą niepodległej ojczyzny; po trzecie — jako pretekst do wyjaśnienia przybyszowi (przez usta Gajowca) wielu spraw „przestarzałych" i „zaśniedziałych", co do których autor słusznie podejrzewa, że są one równie mało wiadome ogółowi dzisiejszych, wcale nie azerbejdżańskich, Polaków.</p> <p class="spip">Zapewne, nie wszyscy w Polsce przeżywają rzeczywistość podobnie, jak Baryka. Są Buławniki — jest ich legion wielki — którzy nigdy się nie rozczarują, bo nigdy, nawet we śnie, „szklanych domów” nie oglądali. Są Hipolity — poczciwe chłopaki, utożsamiające swój dobrobyt z błogostanem Polski. Są wreszcie szare miliony tych, z którymi Baryka zapoznał się na Chłodku: co nigdy jeszcze głów nie podnieśli od troglodyckiego bytowania w wiecznej pogoni za codzienną strawą. Beznadziejna poziomość i czerstwość duszy, błoga bezmyślność przy nieświadomym uczestnictwie w krzywdzie społecznej i ten suro¬wy, milczący żywioł, który jutro przemówić może i zażądać obrachunku — w tym zestawieniu i przeciwstawieniu ta część młodzieży, która w ogóle zdolna jest do rozczarowań, nabiera szczególnej wartości. Jak zarysuje się przyszłość, jeżeli ci, co czują wewnętrzną potrzebę przymierzania życia do wyższej skali dobra i piękna, jedyni świadomi tej przyszłości budowniczowie odwrócą się od tej cudem odzyskanej Polski? Jeżeli wdychać poczną z upojeniem powiewy idące od wschodu? Pytanie to nasuwać się musi ostro i nieubłaganie zwłaszcza z punktu widzenia na wskroś idealistycznych, a raczej „prometeistycznych” zapatrywań Żeromskiego, upatrującego jedyną dźwignię postępu w świadomej woli i mężnej inicjatywie jednostek. Bez tych drożdży życie jest tylko kłębowiskiem ślepych żywiołów.</p> <p class="spip">Wprawdzie wojna z bolszewikami ujawniła w młodszym pokoleniu imponującą prężność instynktu zachowawczego i niespożyty animusz rycerski. Ale to nie rozprasza cieniów, nawet jeżeli wraz z Gajowcem przyjmiemy, że na tę prężność liczyć można w potrzebie. Walka toczy się nie tylko orężna. Nie tylko o słupy graniczne, ale i o dusze ludzkie. A przede wszystkim o dusze młodzieży, tej zwłaszcza w każdym społeczeństwie szczupłej garści, która nie może „poradzić swej duszy, żeby się uległa jak pies u jakowegoś proga”, która ma ambicję, wolę i odwagę przeinaczania rzeczywistości.</p> <p class="spip">Dlatego epopea „cudu nad Wisłą" nakreślona jest w „Przedwiośniu" tylko z grubsza, wielkimi, mocnymi sztychami. I ona na¬leży do tła, i ona jest w pewnym sensie tylko prologiem. Kto sądzi, że przez orężne odparcie wroga wszystko, jest już dokonane, stać się może bezwiednie współsprawcą przyszłej porażki moralnej. W Polsce kwitnie, jak nigdzie, sztuka przymykania oczu na rzeczywistość, bo tylko w ten sposób można było dawniej we wszelkich warunkach żyć i prosperować. Poczucie, że istnieje nareszcie polski rząd i polskie wojsko, napełnia wszystkich milusińskich we wszystkich pod słońcem Nawłociach spokojnym przeświadczeniem, że jest oto mur młodych piersi, gotowych zawsze obronić ich stajnie cugowe, chlewki, kurniki, oranżerie i całożyciową sympatyczną wyżerkę.</p> <p class="spip">W tej Nawłoci wchodzi Cezary Baryka w bezpośrednią styczność z wielką i bardzo swoistą połacią życia polskiego. Zmieniony nagle w barwną i szczegółową „teraźniejszość" styl powieści uwypukla proces nagromadzenia się osadu wrażeń i refleksji w duszy bohatera. Bo zetknięcie nie jest wcale twarde i nie wywołuje natychmiastowej reakcji. Przeciwnie. Cezary pogrąża się w przyjemne ciepło tego środowiska niby w puchową pierzynę.</p> <p class="spip">To samo poniekąd wydarzyło się samemu autorowi, związanemu wszystkimi fibrami duszy z tym światkiem szlacheckim. Straciło przez to na wyrazistości to, co stanowi w logicznej strukturze powieści rację bytu całego nawłockiego epizodu — podkreślenie ciemnego tła tej dworskiej sielanki. Nie uprawnia to jednakże twierdzenia jednego z wybitnych krytyków, że ironia autora w traktowaniu scen nawłockich jest niejako tylko „zastrzeżeniem na boku . Nie jest zastrzeżeniem na boku, lecz szramą w poprzek całej fizjonomii nawłocczyzny z przyległościami takie oto przeciwstawienie balującemu na rzecz „kadłubków" pałacowi w Odolanach:</p> <p class="spip">„Ksiądz wskoczył do wolanta. Za nim Cezary. Konie ruszyły. Dzień szarzał... Za parkiem i aleją ukazała się wieś włościańska, Odolany. W oknach chat widać było światła naftowych kaganków. Skrzypiały drzwi domostw, słomą krytych, niskich i małych.</p> <p class="spip">Rżały konie. Porykiwały krowy, kwiczały świnie, gęgały gęsi. Koguty piały i psy naszczekiwały zajadle. Ludzie zadawali bydłu, krzątali się dokoła przyziemnych chlewów, nosili wodę i paszę. Praca ciężka, ordynarna i pozioma, wrzała w każdym osiedlu. Czasami ktoś w biegu przystanął, wywłócząc wielkie buciory z głębokości bajora. Popatrzył na mknący pojazd, na zaprzęg cugowy, buchający kłębami pary, i biegł do swej roboty. Głębokie błoto traktu wlewać się zdawało na podwórka i łączyć, spajać z gnojówkami. Nieznośny smutek na widok nędzy byto¬wania ludzkiego wśród tych bajorzysk i gnojówek powiał na Cezarego. — Szklane domy... — wycedził przez zęby”.</p> <p class="spip">Jeżeli pewne sfery nie odczuwają tych kontrastów, nieledwie jak Jędrkowego trzaśnięcia „w kufę", względnie „w mordę", zawdzięczają to chyba swej szlacheckiej tężyźnie.</p> <p class="spip">Dalsze spostrzeżenia krajoznawcze, czynione przez Barykę na Chłodku, nie pozostawiają wątpliwości co do intencji autora. Krytyka kładzie również silny nacisk na zawód miłosny Cezarego jako przyczynę jego rewolucyjnych nastrojów. To, co się z tą tezą nie godzi, przedstawiane bywa jako wpływ moskiewski. Nie jest — nawiasem mówiąc — wcale wywyższaniem polskości, jeżeli się uważa, że ekspansja serca ku człapiącym żydkom i chłopom, która ogarnęła Cezarego na bryczce w drodze do Chłodka — a więc przed zadzierzgnięciem dramatu miłosnego, w chwili najbardziej radosnego wypoczynku duszy — to „nalot moskiewszczyzny". Ten sąd zwraca się bowiem przeciw samemu Żeromskiemu, który w dziele całego życia tą właśnie ekspansją serca ogarnął — jak nikt ze współczesnych — Polskę i polskość w przestrzeni i czasie. Cały splot spraw miłosnych, wykwitły z odrębnych racji artystycznych, leży na uboczu od głównego prądu rzeczy. Epilog zaś tych spraw wraca nieco kunsztownym kanałem do tego prądu. „Wpływ" motywów osobistych, czyli wlewanie się ich do łożyska, gdzie kształtuje się nasza postawa wobec życia, odbywa się w rzeczywistości w sposób mniej sztuczny, bo podświadomy i żywiołowy. Ale nicość czerpanej stąd przez pp. krytyków dusznej pociechy ukaże się natychmiast, gdy pomyślimy, jak straszne, niemniej osobiste przeżycia powinny były uodpornić duszę Baryki na „wiatry od wschodu".</p> <p class="spip">Walka Gajowca z tym wschodnim podmuchem wypełnia trzecią część powieści. I tu należy wniknąć z uwagą w stosunek Żeromskiego do bolszewizmu. Jest on bezwzględny i nieprzejednanie wrogi. Zaledwie godzi się uznać, że i rewolucja rosyjska miała gdzieś u swego punktu wyjścia jakąś „swoją prawdę". A przecież właściwością Żeromskiego jest, między innymi, zdolność wyczuwania jakichś „własnych prawd" nawet we wrogich stanowiskach. Szela w „Turoniu" ma własną, silnie wyrażoną prawdę, której przeciwstawia się inna prawda, prawda powstańców, jako wyższa i trwalsza. Prawda rewolucji bolszewickiej ukazuje się raz jeden tylko w rozmyślaniach Cezarego, w potężnym obrazie odwiecznej krzywdy społecznej: „Jest to jakowyś kontynent pogrzebionych za życia, cmentarzysko bez końca, gdzie każda grudka ziemi wzywa o pomstę nad Kainem. Gdyby to grudki martwej ziemi mogły przemawiać, albo znalazły możliwość dawania zrozumiałych znaków, to każdy kamień cerkwi i kościołów wydawałby jęk, każda kolumna sal ociekałaby krwią, a bruk ulic zroszony by był łzami". Ale prawdę tę rewolucja pogrzebała bezpowrotnie pod ogromem własnych zbrodni: „Ten to trupi zaduch przeszkadza — mówi Seweryn Baryka — ażeby moskiewskie powietrze można było wciągnąć wolnymi i szczęśliwymi płucami... W Moskwie cuchnie zbrodnia". To wyczerpuje sprawę. Wypaczona idea społeczna ginie, uszargana we krwi. Pozostaje tylko dzicz, moskiewskie barbarzyństwo tak dobrze znane Polakom.</p> <p class="spip">Można nawet uczynić zarzut, że dla zgęszczenia grozy tego krwawego odmętu ułatwia sobie zadanie, obierając, na przykład, za punkt obserwacyjny nie ośrodki kierownicze: Petersburg lub Moskwę, lecz Baku, gdzie rewolucja ukazać się mogła wyłącznie od strony rozpętanego żywiołu! Bardziej jeszcze ulegającym tendencji autora ułatwieniem jest opis straszliwych scen wojny angielsko-tureckiej — jednego z epizodów wojny światowej — które autor szmugluje niejako do umysłu czytelnika na konto bolszewików.</p> <p class="spip">W bolszewizmie, któremu Żeromski zaprzecza jakichkolwiek pozytywnych i twórczych wartości, kryje się jednakże, poza jego zewnętrznymi potwornościami, jakaś fatalna siła przyciągania. Moskiewszczyzna zdegradowała idee społeczne, które chce realizować, lecz nie pozbawiła ich potęgi oddziaływania na umysły. Jakżeby mógł nie wyczuwać tej siły Stefan Żeromski, gdy uderzyła ona nawet p. Izabelę Lutosławską podczas spotkania z jakimś komisarzem bolszewickim w jej łomżyńskiej Nawłoci. Fascynujący wpływ rozgardiaszu rewolucyjnego na Cezarego Barykę nie daje należytej miary tej siły. Bardziej już jego wrażenia charkowskie. Ale cała władcza zachłanność wschodniej wichury wyrażona jest raczej pośrednio.</p> <p class="spip">Krytycy, którzy lekce sobie ważą wypadek, że Polska nie zdołała przygarnąć duchowo obcego bakińskiego przybłędy, powinni Między Cezarym Baryką a bolszewizmem legła rzecz straszna — śmierć obojga rodziców. Zwłaszcza — sponiewieranie matki. Jest to dość dziwne, że Żeromski, który analizuje szczegółowo uczucia Baryki wobec trupa pięknej Ormianki, nie mówi nic o tym, co przeżył Cezary, gdy matka jego skazana została na katorżną robotę. Dowiadujemy się tylko, że zdarta obrączka z martwego palca matki nasunęła mu myśl o kindżale, przechowywanym niegdyś w kaukaskiej pieczarze. Ale co czuł Cezary, gdy żywą jego, schorowaną matkę bito potężnie „po mordzie"? Latał po urzędach, żeby jej ulgę wyprosić. Być może, że dopiero po stracie matki całą tę potworność ogarnął i zgłębił. Faktem jest jednakże, że pozostał nadal pod urokiem przewrotu, przechował w duszy ten posiew w męczeńskiej drodze ku granicom Polski i nawet w kampanii wojennej przeciwko czerwonym. W końcu, po ciężkiej rozterce wewnętrznej, po skonfrontowaniu Polski z Rosją na froncie, gdzie się ścierają idee, Baryka staje po stronie bolszewizmu. Nie tylko przestępuje przy tym przez zaporę koszmarnych wspomnień, ale odwraca te wspomnienia przeciw Polsce, gdy rzuca w twarz Gajowcowi: „Moja matka umarła nie z biedy i nie z bicia, i nie z samych chorób, lecz z tęsknoty za Polską. Mój ojciec... Mój ojciec i moja matka! A wy, wielkorządcy, coście zrobili z tego utęsknienia umierających?"</p> <p class="spip">Polskę w tej walce idei reprezentował Gajowiec. Któż lepiej, niż ten niestrudzony, pełen wiary budowniczy mógł rzucić na szalę wielkość i moralny majestat odrodzonej ojczyzny? A jednak — przegrał... Jakie są właściwe przyczyny tej przegranej? Bezpośrednimi antagonistami Gajowca, reprezentantami strony przeciwnej, są komuniści. Próżno byśmy jednak doszukiwali się w nich siły, którą wyczuwać możemy w rewolucji rosyjskiej. Widzimy tylko prostolinijną doktrynę, zaprawioną pewną dozą żółci. Tym Żeromski bardziej jeszcze kategorycznie niż bolszewikom rosyjskim odmawia wszelkiej „własnej prawdy". Bolszewizm miał swoją, lecz utopił we krwi. Ci nie mieli i nie mają żadnej. W stosunku do nich najdalej idąca ustępliwość autora od oficjalnej w Polsce opinii — to tylko tyle, że są ideowcami, a nie płatnymi agentami, i że nawet przywódcy polskiego komunizmu mogą być Polakami, a nie koniecznie Żydami. Nic ponadto. Nie przekonali oni Baryki swoją doktryną i nie wymowny komunista Lulek wydarł Gajowcowi tę duszę. Wstrząsnęły nią dopiero fakty.</p> <p class="spip">Nie fakty materialnej nędzy, bo wszak te dobitniej jeszcze przemawiają w Rosji. Tu argumenty Gajowca -żądające czasu na zaleczenie ran i uregulowanie życia gospodarczego, zachowują całą moc przekonania. Nie! Gajowcowi wytrącają broń z ręki fakty świadczące o moralnym bezruchu życia polskiego, o tym, że nastanie nie zostało opromienione przemianą dusz ludzkich, że w nazbyt wielu dziedzinach nie było przełomem, nową erą, lecz tylko zmianą etykiety. „Tu się mało robi, żeby skasować wewnętrzną niewolę biednych ludzi — mówi Baryka. A w ostatniej rozmowie z Gajowcem, która jest kulminacyjnym punktem powieści, wybucha z pasją: „Jesteście mali ludzie — i tchórze!" „... Boicie się wielkiego czynu, wielkiej reformy agrarnej, nieznacznej przemiany starego wiezienia. Musicie iść w ogonie „Europy". Nigdzie tego nie było, wiec jakżeby mogło być u nas? Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować, plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtych ludzi, virtus niezłomną, która może być omylną, jako rachuba, lecz jest niewątpliwie wielką próbą naprawy ludzkości? Nikt nie myśli o tym, żebyście się stać mieli wyznawcami, naśladowcami, wykonawcami tamtych pomysłów, żebyście byli bolszewikami, lecz czy wy posiadacie ich męstwo?"</p> <p class="spip">„...Polsce trzeba na gwałt wielkiej idei! Niech to będzie reforma rolna, stworzenie nowych przemysłów, jakikolwiek czyn wielki, którym ludzie mogliby oddychać jak powietrzem. Tu jest zaduch. Byt tego wielkiego państwa, tej złotej ojczyzny, tego świętego słowa, za które umierali męczennicy, byt Polski — za ideę! Waszą ideą jest stare hasło niedołęgów, którzy Polskę przełajdaczyli: „jakoś to będzie!”</p> <p class="spip">Uważny czytelnik zauważy różnicę między tą przemową Baryki a retoryką komunistów. Tamtym autor nie przyznaje « żadnej swoistej prawdy, podczas gdy Baryka głosi mocną, żylastą i prawdę. Baryka, który nie jest tu jeszcze bolszewikiem bez zastrzeżeń, lecz poszukiwaczem polskiej idei, zdolnej przeciwstawić się tamtej, znajduje się jakby w posiadaniu tej prawdy, którą wyobrażeni przez Żeromskiego komuniści mieć by mogli, „gdyby nie kierowali się wyłącznie nienawiścią ku Polsce”. Krytyka, której nie bardzo chciało się wnikać w te rzeczy, przeoczyła między innymi także i to, że ta ostatnia rozmowa Baryki z Gajowcem nie jest dysputą dwóch wyłączających się stanowisk, lecz wyraża dwustronnie, a raczej dwubarwnie myśl autora. Dominują jaskrawe oskarżenia Baryki, podczas gdy bardziej matowe repliki Gajowca brzmią chwilami jak prośba o uwzględnienie okoliczności łagodzących. Nie mógł Gajowiec wydobyć ze siebie tego „mocarnego tonu, jakim przemawia Wincenty w „Ponad śnieg": „To Polska powstała z mogiły. To ona, wielki i wzniosły wasz wróg, święty Jerzy, który wewnętrzną świętością, cnotą i potęgą porazi w was smoka wiekuistej moskiewskiej tyranii". I dlatego, że tak przemówić nie mógł, w walce o duszę Cezarego Baryki — przegrał.</p> <p class="spip">Jest to tak oczywiste, że można zrobić pp. krytykom ustępstwo i przyjąć, że spotkanie z Laurą mogło być ostatnią wypełniającą wezbrane serce kroplą goryczy. Ale to nic ani na jotę nie zmienia. Sprawa była już przesądzona i rozstrzygnięta.</p> <p class="spip"><strong class="spip">***</strong></p> <p class="spip">Z całej książki bije poczucie groźnego niebezpieczeństwa, głęboka troska o przyszłość. Lecz kto by chciał pomawiać autora o pesymizm, natknie się na sam tytuł, który przeczy z ostentacją wnioskom defetystycznym.</p> <p class="spip">Dlaczego „przedwiośnie"? „Wierzymy, że doczekamy się jasnej wiosenki naszej” — mówi Gajowiec. Na czym opiera się ta wiara? Że syzyfowej pracy garści Gajowców, zmagających się z bezruchem moralnym społeczeństwa, przyjdzie na odsiecz jakaś nagła rewolucja moralna? Co uprawnia do nadziei, że rozmach sił twórczych, który nie wytrysnął ze słomianego entuzjazmu pierwszych dni niepodległości ani z zapału wojennego, znajdzie się właśnie w nadchodzącym okresie i zatryumfuje nad „wiatrem od wschodu”?</p> <p class="spip">Odpowiedzi wyraźnej na to pytanie nie ma. A raczej jest jedna: Gajowiec wierzy w cuda.</p> <p class="spip">Wierzył w tajemnicze opiekuństwo nad tym krajem. W rozmowach z Cezarym wskazywał palcem na kilka cudów. Pierwszym „cudem" pana Gajowca było, rzecz prosta, wskrzeszenie państwa polskiego. Drugim „cudem" było odparcie bolszewików w roku 1920.</p> <p class="spip">Nie dajmy się złudzić lekką ironią, brzmiącą w tych słowach. To „realizm" pana Gajowca sili się na drwiny z jego „mistycyzmu". Ale wiemy skądinąd dobrze, że ten realizm chwytał się nieraz pajęczej nici „teorii nieprawdopodobieństwa".</p> <p class="spip">„Cud" wyrazi się w czymś, co wstrząśnie duchem całego narodu. Sprawić go może garść ofiarnych i nieustraszonych. Albo objawi się w geniuszu jednostki. „Ogień Dana" unicestwi zmorę najazdu. Twórczy geniusz doktora Baryki, wynalazcy „szklanych domów", mocą swej woli, cudem swego czynu odkupi ! małość i gnuśność współziomków. „Przedwiośnie" to oczekiwanie, wzywanie trzeciego cudu.</p> <h3 class="spip">II. DROGI I BEZDROŻA</h3> <p class="spip">Gdyby dzieła Edwarda Abramowskiego udostępnione zostały publiczności europejskiej, uznano by w nim niewątpliwie jednego z epigonów Proudhona i zaliczono do którejś z odmian pokojowego, konstruktywnego anarchizmu. Najsumienniejszy czytelnik-cudzoziemiec nie odgadłby, że antypaństwowość tego polskiego anarchisty jest negacją jedynie państwa obcego, a tęsknotą do własnej, polskiej państwowości. Spółdzielczo-syndykalistyczne idee Abramowskiego przedstawiają tylko nową formę konspiracji ogólnonarodowej irlandzkiego bojkotu, lub Rządu Narodowego 63 roku. Gajowiec w kilku zdaniach wyjaśnił Baryce ten paradoks powstały na podłożu niedawnej polskiej rzeczywistości.</p> <p class="spip">Każda idea i każda sztuka, mała czy wielka, posiada swoją treść względną, to jest zależną od środowiska i czasu. Każda bowiem, jako forma myślenia i odczuwania rzeczywistości, może być jedynie uogólnieniem stanów psychicznych, powstałych na gruncie określonych warunków. Wyżej wspomniany proudhonizm, na przykład, tworząc doktrynę przebudowy społecznej oraz pewien kompleks pojęć filozoficzno-etycznych, nie przestał być z istoty swojej szamotaniem się drobnego rzemiosła i uprzywilejowanych warstw robotniczych, ich próbą wymknięcia się z kleszczy potężniejącego we Francji kapitalizmu. W takiej nadbudowie rozumowej czy artystycznej tkwi zazwyczaj pewna doza bezwiednej mistyfikacji wskutek podnoszenia do absolutu lub co najmniej do miary wszechludzkiej tego, co jest przeważnie względne i przejściowe. Jednakże za zgoła wyjątkowy uznać trzeba wypadek, gdy samozłuda dochodzi do takiej sprzeczności wewnętrznej, żeby treść konkretna stała się aż przeciwieństwem treści formalnej, żeby teoretyczna negacja państwa ukrywać miała... marzenie o państwie. W Polsce nie jest to wszakże zjawisko odosobnione. Podobnie dwa różne oblicza mają dawniejsze utwory Żeromskiego. Mogą one wywierać głębokie wrażenie i wzbudzać szczery zachwyt, gdziekolwiek ludzie żyją i cierpią. Ale jak będą pojęte? Oto odnajdzie w nich siebie świadomość ludzka w najpowszechniejszym, odwiecznym starciu z przeraźliwą, obojętną na ból i śmierć przemocą żywiołu. Rozpozna siebie w nich duch ludzki, wzięty w tryby pozaludzkich mocy, oscylujący między rozkoszą a męczarnią, narodzeniem a konaniem, i wciąż zatracający — z rozkoszą lub męką — śmieszną znikomość swoich chceń i zamierzeń w niespożytym kołowrocie życia. Z żywiołu wyrasta i w nim a znajduje wszechpotężnego sprzymierzeńca zło, przyczajone w ciemni każdej duszy ludzkiej, gwałt i podłość w stosunku do człowieka, niezawiniony, każący wyrok ślepego losu. Do walki z tym potworem występuje i niezmiennie ponosi klęskę donkiszoteria świadomej woli ze swymi kruchymi normami dobra i sprawiedliwości, z powierzchownym (bo nie przyrodzonym a nadprzyrodzonym) dorobkiem uczuć szlachetnych, solidarności i miłosierdzia.</p> <p class="spip">A więc poezja bólu i beznadziei, daremnych porywów, strzaskanych skrzydeł. Winrych rzucony na pastwę wronom i krukom. Ślepy przypadek wylęgły z nędzy i ciemnoty splugawi i unicestwi szczęście dwojga ludzi („Promień"). Judym pogrzebie swoje i Joasi szczęście w czarnych zapadlinach i gliniankach Zagłębia. Korzecki sam wykona planowy odwrót w śmierć. Rycerze Samosierry po drodze do niepodległej ojczyzny jawią się na drugim końcu Europy w roli rozbestwionego najeźdźcy. Ewa z marzeń dziewczęcych zepchnięta zostanie do rynsztoka, w ręce Pochroniów. Mózg Huberta Olbromskiego rozniosą szabliska kozackie. Niemniej twarda przemoc konwenansów społecznych ciśnie kiesą złota w poświęcenie i miłość Salomei...</p> <p class="spip">Lecz tak samo, jak anarchizm Abramowskiego, wszystko to miało inne, a nawet poniekąd paradoksalnie przeciwne znaczenie w swoim miejscu i czasie — w Kongresówce, na schyłku zeszłego i w pierwszych latach bieżącego stulecia. Aby tę różnicę zrozumieć, trzeba uprzytomnić sobie atmosferę duchową, z którą mierzyć się musiał młody Żeromski. Dobiegał właśnie końca jedyny w dziejach Polski okres nie¬podzielnego niemal przodowania w narodzie mieszczaństwa. Później w 1905 roku zakłóciło idyllę nagłe i zgoła nieprzyzwoite wtargnięcie do „narodu" proletariatu. Także szlachta, przeobrażona w „ziemiaństwo", zgłaszać poczęła swoje uprawnienia „warstwy historycznej". I z kmiotkiem musiano już się liczyć. Ale zanim powstał ten kłopotliwy zamęt, przez cztery dziesięciolecia rej wodził mieszczuch warszawski — przeważnie zagnany świeżo do przemysłu i handlu szlachetka - nie znając innego pana nad sobą prócz generał-gubernatora (i policmajstra jego, i cenzora jego, i wszystkiego, co jego jest). Ba, nawet arcybiskupa próbowano kwestionować, dopóki światłe umysły nie wyjaśniły, że w Polsce nawet August Comte i Herbert Spencer powinni regularnie chodzić do spowiedzi.</p> <p class="spip">Burżuazja polska dostąpiła tego zaszczytu nie w wyniku walki. Mógł sobie gdzie indziej „stan trzeci" siłą zdobywać naczelne miejsce, usuwać do rupieciarni uświęcone prawdy i odwieczne urządzenia, krwawić na barykadach, obalać trony. My wprawdzie „idziemy z Zachodem", ale inaczej. Wszystko mądrym zrządzeniem losu przychodzi samo. Jeszcze w 63 roku mieszczuch warszawski potulnie szedł za bracią szlachtą, myślał jak ona na ogół biało w sprawie walki orężnej, czerwono w sprawie pańszczyzny — manifestował, spiskował, nawet walczył. Nie z jego woli szlachta zeszła politycznie z pola — sprawiły to obce bagnety i szubienice. Później ukaz o uwłaszczeniu — cios ekonomiczny — konkurencja rosyjska, amerykańska, spadek cen zboża — tyleż powodów zaćmienia Polski szlacheckiej.</p> <p class="spip">Wytworzyła się straszliwa próżnia: ruina ekonomiczna, strach w sercach, chaos w umysłach. W tej próżni, niejako automatycznie i z konieczności, rozsiadło się <i class="spip">absolutum dominium</i> warszawskiego mieszczaństwa, lego niedołęstwo gospodarcze osłaniali Żydzi i Niemcy, torując drogi i urabiając środowisko społeczne na modłę kapitalistyczną. Nagość nędzy duchowej okrywano sprowadzonym na gwałt z zagranicy przyodziewkiem pozytywizmu, materializmu, ewolucjonizmu. Ale musiano te rynsztunki bojowe zachodniej burżuazji przykroić na podobieństwo szlafroku. Bo wszystko to w polskim przekładzie zaczęło oznaczać jedynie: godziwy zysk, sytość, drzemkę, dobre trawienie i jakoś to będzie. Nie trzeba żadnych dążeń, wysiłków, ofiar i tym podobnych romantycznych fantasmagorii. Wystarczy codzienny kwadransik szeptanej na ucho i polityki kawiarnianej i odrobina filantropii. O resztę troszczy się litościwe prawo ewolucji, automatycznie narastający postęp...</p> <p class="spip">Odgrodzeni chińskim murem wygodnictwa duchowego od wszystkich zagadnień świata, żebrali ówcześni ojcowie narodu o słowa pokrzepienia, błagali, by im wytłumaczono, że (mówiąc słowami Stanisława Brzozowskiego) „są komuś, czemuś potrzebni, aby mieli i nadal prawo wisieć w tej dziwnej próżni ponad polską pracą, pod osłoną praw zabezpieczonych przez najeźdźcę: by wierzyli, że... ten kojec, w którym wolno im siedzieć na jajach z gipsu, jest istotnie orlą strażnicą”.</p> <p class="spip">To słowo ukojenia dał im — i tym sobie ich wdzięczność dozgonną zasłużył — Henryk Sienkiewicz.</p> <p class="spip">Dziś po prostu trudno uwierzyć, że światek Połanieckich nie jest satyrą, lecz apologią i drogowskazem. A przecież tak było. „Nie zdarzyło nam się spotkać powieści współczesnej... rozumniejszej, zdrowszej, lepszej, jak „Rodzina Połanieckich" — pisał ówczesny koryfeusz krytyki, Stanisław Tarnowski. A obdarzył Sienkiewicz burżuazyjną Warszawkę tą ewangelią rozumu, zdrowia i moralności w dziesięć lat po „Ogniem i mieczem". Bo wbrew temu, czego się później próbowano w „Trylogii" doszukać, co może nawet istotnie, niezależnie od intencji autora, znaleziono, była ona pisana dla tychże Połanieckich. Konterfekty rycerskich przodków wielce tu były potrzebne, aby robieniu w perkalikach i spekulacjom giełdowym nadać godność posłannictwa narodowego, w odróżnieniu od takich samych spekulacji i perkalików niemieckich czy żydowskich.</p> <p class="spip">Połanieccy istnieją wszędzie, w każdym narodzie, w każdej klasie, w każdym czasie, jako „obszar gnuśności zalany odmętem". Rozpaczliwa nizina upadku i marazmu zaczyna się tam, gdzie połaniecczyzna przoduje narodowi jako arbiter jego kultury — pojęć i ideałów, wzór cnót obywatelskich i patriotycznej zasługi.</p> <p class="spip">W tym specyficznym środowisku trucizną być musi wszelki pogodny optymizm w stylu Sienkiewicza. Tylko coś biegunowo przeciwnego mogło tu oddziałać ożywczo na zaśniedziałość ducha i pogrążone w prostracji energie. Tym przeciwieństwem był Żeromski. Jego krzyk bólu i rozpaczy był krzykiem prawdziwego życia, ostrym powiewem wdzierającym się do zawatowanego i zaryglowanego na cztery spusty domowego zaduchu Połanieckich. To, co poza miejscem i czasem wydaje się tylko jeremiadą na ruinach i wieszczeniem klęski w walce z wszech-mocą zła, było przede wszystkim aktem odwagi, apostolstwem prawdy. Dlatego w ówczesnej atmosferze życia polskiego ten pozorny głos puszczyka zabrzmiał jak radosna pobudka bojowa. Żeromski stał się chorążym młodych, zwiastunem burzy 1905 roku.</p> <p class="spip">„Poważna" publiczność i krytyka widziała w nim sensata i skarżyła się na jego okrucieństwo. W owym „okrucieństwie" było wówczas niemało „szewskiej pasji", tej samej, której doświadczył Judym wobec gospodarki zakładu leczniczego w Cisach. Kierownik tej instytucji, lekarz i światły obywatel, uważał za rzecz naturalną i bynajmniej nie zdrożną, że jego „uzdrowisko" jest rozsadnikiem febry na całą chłopską okolicę. Jest to obrazek typowo „połanieckiej", bezmyślnej i trochę łajdackiej nieodpowiedzialności za dalsze konsekwencje swojego sposobu bytowania.</p> <p class="spip">Odruch przeciwko połaniecczyźnie przybierał wówczas coraz hardziej zabarwienie socjalistyczne. Stąd i Żeromski błyska czasem czerwienią. Napisał kilka pięknych stronic o „świętym proletariuszu". Dziś jednakże można uważać za pewnik, że socjalistą nigdy nie był. Obdarzony cudownym darem intuicyj¬nej wiedzy życia, najmniej może zrozumienia miał właśnie dla myśli przewodniej ruchu robotniczego. Wszelka klasowość, a tym bardziej klasowość świadoma, propagowana, podniesiona do godności zasady, ukazywała mu się jako nowy rozbiór Polski, tym razem w kierunku poziomym. Ideą, w której jak w soczewce zbiegają się wszystkie uczuciowe i intelektualne zainteresowania Żeromskiego, była niezmiennie najszerzej pojęta wszechpolskość. Cała jego praca literacka i publicystyczna jest niezmordowanym zbieraniem Polski, skrzętnym poszukiwaniem w przestrzeni i w czasie wszystkich jej elementów składowych. Proletariat mógł w pewnych chwilach przykuwać uwagę Żeromskiego, podobnie jak wszelki inny klasowy lub terytorialny odłam narodu, jak szlachta, chłopi, jak ostatnio inteligencja lub Kaszubi — zawsze tylko od tej strony: co dasz ojczyźnie, co wniesiesz do wspólnego skarbca?</p> <p class="spip">Ta zasadnicza wszechpolskość (której mieszać nie należy z tym terminem w słownictwie demokracji narodowej), jako dążność do wszechstronnego wyczucia życia narodu i najdosko¬nalszego wyrażenia jego oblicza duchowego, nasuwa w stosunku do Żeromskiego ciekawe i ważne pytanie.</p> <p class="spip">Przypuściwszy, że Żeromski najlepiej reprezentuje duchową syntezę polskości na przełomie XIX i XX stulecia — jakie elementy ideologiczne złożyły się na tę syntezę?</p> <p class="spip">Jest to punkt widzenia, który można metaforycznie nazwać „gleboznawczym".</p> <p class="spip">Gdybyśmy mieli radioaparaty zdolne rejestrować wszelkie rodzaje hipotetycznej radioaktywności różnych ciał mineralnych, moglibyśmy w każdym miejscu otrzymać przybliżony obraz pokładów i warstw współrzędnych skorupy ziemskiej.</p> <p class="spip">W dziedzinie fizyki i geologii jest to dziś jeszcze fantazją. Lecz w społeczeństwie ludzkim takim aparatem jest sztuka. Dusza artysty jest czymś w rodzaju mniej lub bardziej potężnej radiostacji odbiorczej, wrażliwej na wielorakie drgania atmosfery społecznej. Ten radioaparat duchowy tym się bardzo istotnie różni od fizykomechanistycznego, że nie oddaje z gramofonową dokładnością drgań pewnej tylko określonej długości, na którą jest nastawiony, lecz dokonywać musi wyboru i sharmonizowania fal rozmaitych. To jest właśnie twórczość. Z drugiej zaś strony psychika zbiorowa danego społeczeństwa w danym czasie przesycona jest nie tylko drganiami bezpośrednio uzależnionymi od podłoża stosunków społecznych, lecz zawiera także fale napływowe, powstałe na gruncie innych, odmiennych społeczeństw, oraz fale przekazane przez struktury kulturalne, odpowiadające nie istniejącym już formom współżycia. Te ostatnie można porównać z falami świetlnym: gwiazd dawno zgasłych, a dla oka wciąż jeszcze jaśniejących na niebie. Ten pogląd może się nie podobać „pięknoduchom", którzy sądzą, że wysoko trzymają „sztandar sztuki", gdy jedyny jej cel i rację bytu widzą w łechtaniu czyichś zmysłów lub wyobraźni. Podnosi on natomiast i wyjaśnia niczym nie dające się zastąpić znaczenie sztuki, jako narzędzia społecznego samopoznania [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb1" name="nh1" id="nh1" class="spip_note" title='[1] * Nędzny nad wszelki wyraz stan samopoznania w społeczeństwie polskim (...)' >1</a>]</p> <p class="spip">Dzieciństwo i młodość Żeromskiego przypada w okresie po-powstańczego zaćmienia hegemonii szlacheckiej w Kongresówce. Jednakże w mniejszej jego ojczyźnie, dla której przez całe życie zachował tkliwość prawdziwie synowską — w ziemi kieleckiej — zaćmienie to musiało być bardzo względne i z pewnością nie tak nagłe, jak w ośrodkach życia umysłowego. Na złagodzenie przełomu, oprócz prowincjonalnego konserwatyzmu, wpływała okoliczność, że w górach i lasach kieleckich powstanie zapisało się najchlubniej w pamięci ludzkiej junactwem długiej i niejednokrotnie zwycięskiej walki z radomskim satrapą Uszakowetn i wojskami Czengerego. Stosunki pańszczyźniane w tych okolicach na pół górskich i górniczych od dawna uległy złagodzeniu. Najstraszniejsza tragedia powstania — wrogość lub podejrzliwa neutralność chłopa — zdarzała się tu rzadziej niż gdzie indziej. Wyniósł więc stamtąd młody Żeromski tradycję szlachecką jeszcze bujną i żywotną, nie zgorzkniałą w ściskach podwójnego antagonizmu — między rządem a chłopstwem.</p> <p class="spip">Pomimo tego pozytywizm warszawski musiał w pewnej epoce życia wywrzeć nań wpływ decydujący. W dawniejszych utworach można wyczuć niemal namacalnie wolę wżycia się w psychikę nowoczesną, wolnomyślną i radykalno-demokratyczną. Został też Żeromskiemu na całe życie pewien osad „organicznictwa" — bezgraniczna wiara w potęgę techniki i indywidualną inicjatywę gospodarczą — przy naiwnym wiązaniu przedsiębiorczości kapitalistycznej z misją społeczną i filantropią.</p> <p class="spip">Szybko przyszła reakcja. Zbyt bezmierny dla wrażliwej duszy był kontrast między nalotem światowładnej i bogoburczej myśli zachodnioeuropejskiej, a niewolniczym zginaniem karku przed carskim stupajką i filisterską krzątaniną dorobkiewiczowstwa [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb2" name="nh2" id="nh2" class="spip_note" title='[2] Niegdyś istniały nadzieje, że dzieło potężnie szarpnięte (ale tylko (...)' >2</a>]</p> <p class="spip">Serce i umysły otwarły się szeroko na świat tych właśnie zjawisk' i zagadnień, które były jakby wykreślone z rachunku i pola widzenia ówczesnych wodzirejów opinii. Teza, że „całość sama się złoży" z tego, co każdy w swojej norze dla własnego dobrobytu wydłubie, napotykała jaskrawe zaprzeczenia, w nagiej rzeczywistości. Rzeczywistość istotnie „sama" się zmieniła. Ale rozluźnienie dawnych spoideł społecznych i narost kształtów nowych w niczym nie przypominały automatycznego pochodu ku lepszemu. Owrzodziałe strupy przeszłości — ghetta żydowskiego i ciemnoty chłopskiej — wypychały się na powierzchnię, hamulce moralne pękały w dzikim procesie pierwotnej akumulacji kapitału. Brud, zabobon, zdziczenie otaczały cuchnącym koliskiem zaciszne i prosperujące gniazdka Połanieckich. A przy tym — Polska... Jak i czym miała ostać się i odrodzić w jedności Polska, gdy właśnie w automatycznym procesie życia krwawiące człony zaborów zastrupiały się oddzielnie od siebie, a wrastały w obce organizmy państwowe? Tu ma swoje źródło i ściśle swoiste znaczenie najpowszechniejszy motyw twórczości Żeromskiego: bezsilność wobec żywiołu. Bezsilność człowieka jest tu tylko poetycką metaforą bezsilności Polaka. Władza nad żywiołowością życia niekoniecznie musi być niedosiężna dla rodzaju ludzkiego. Tragizm polega po prostu na tym, że władzą tą rozporządza ktoś inny — wróg. najeźdźca. Okazało się to później dowodnie w gruntownej zmianie nastrojów Żeromskiego, po ziszczonym „cudzie" niepodległości.</p> <p class="spip">Z buntu przeciwko zasklepionej, wegetującej „Polsce bez — skrzydłych" zrodziła się forma poetyckiego realizmu. Wpatrzenie się Żeromskiego w życie nie jest czynnością obserwatora. Wzrok jego przenikliwy, jakby przykuty hypnozą do rzeczy widzialnej, jest wizją wzburzonych uczuć i umysłu opanowanego ideą prześladowczą.</p> <p class="spip">Strasznym przeciwstawieniem miarodajnej podówczas postawy życiowej jest pochód powstańca ku zatracie („Rozdziobią nas kruki, wrony"), bez bohaterskiego patosu, pod naciskiem jakiegoś musu, równie nieubłaganego jak wraża przemoc. Ten motyw „kategorycznego imperatywu powtarza się wielokrotnie („Doktór Piotr", „Siłaczka", „Ludzie bezdomni" i in.). W złudne oazy szczęścia i pogody uderza „Promień". W jasnym kręgu takiej oazy urządzili swe życie doktorstwo Poziemscy. Lecz z czarnej nocy, rozpostartej poza tym koliskiem światła, wypełza zguba. Chciwość i ciemnota chłopa zdzierającego skórę z konia padłego na nosaciznę rozbija i strąca w otchłań ohydy szczęście tych dwojga.</p> <p class="spip">Oprócz buntu jest szukanie ratunku, oparcia. W mroku, który dla rodzin bytujących w jasności dobrobytu jest tylko jakąś obojętną przestrzenią międzyplanetarną, tam gdzie wre praca a króluje nędza, tworzą się może mgawice przyszłości. Czujne ucho chwyta kroki bezimiennych pracowników podziemia. „Ty kto jesteś? Czym będziesz dla narodu?" — „Jest naród bardziej nieszczęśliwy niż Polska, to naród proletariuszów" — odpowiada z ławy oskarżonych Ludwik Waryński. W „Mogile" — pierwsze starcie z ideą proletariacką. Nie mieszczą się w niej bóle i tęsknoty ziemi deptanej stopą najeźdźcy. Nie odnajdą w niej siły moralnej ludzie, przeznaczający synów do carskiej służby, oddający Jagódkę beznosemu oficerzynie moskiewskiemu, nie znajdzie jej męczeństwo unickie, krwawiące w obronie pacierza. Z tej ziemi podlaskiej droga nie prowadzi pod sztandar walki klasowej, lecz na pobojowisko maciejowickie. Do tych mogił czołem przypaść trzeba, z nich poczerpnąć siłę.</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_228747.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L200xH286/jpg_228747-0429b.jpg' width='200' height='286' style='height:286px;width:200px;' class='' alt='okładka' /></a></p> <p class="spip">Ale ruch robotniczy jest w pustkowiu ówczesnego życia czymś zbyt nowym i silnym, by ten z nim porachunek mógł być ostatni. Choć dopiero w zawiązkach, ujmował od razu świat jakąś tytaniczną miarą, właśnie jak dziecko, co już „w kolebce łby urywa hydrom". Odstręczał swym klasowym separatyzmem, pociągał młodzieńczym rozmachem i energią. Przez szereg lat Żeromski znajdował się w peryferii tego ruchu, nie mogąc się z nim zjednać ani odeń oderwać. Tę samą niezdolność wewnętrzną przeżywały dość liczne koła inteligencji, przeważnie szlacheckiego pochodzenia, o żywych lub odświeżonych tradycjach powstańczych, i one to powołały do życia, zamiast czysto klasowej ideologii „Proletariatu" i „Związku Robotników Polskich”, kierunek socjalistyczno-patriotyczny. Z tym obozem Żeromski zidentyfikował się niemal ideowo w latach poprzedzających rok 1905. Nie będąc działaczem politycznym, wyrażał jego myśli przewodnie z pełną swobodą i prawdą. Klasowe cele proletariatu grają tu rolę najzupełniej podrzędną i nieistotną. Ruch robotniczy jest narzędziem do zrealizowania idei wszechpolskiej. Proletariusz staje się nowoczesnym rycerzem walki o niepodległość, której nie może już podjąć szlachta, a nie chce podjąć społeczeństwo mieszczańskie. Przez niego „Sen o rycerskiej szpadzie" ma się stać ciałem.</p> <p class="spip">Rok 1905, który zdawał się otwierać wszelkie możliwości i uprawniać najbardziej strzeliste marzenia, przyniósł Żeromskiemu oczywistość klęski i szereg bolesnych rozczarowań. Rozczarowaniem było nie tyle okupione ochłapami parlamentaryzmu zwycięstwo rządu carskiego, ile sam obrót rewolucji, zaprzeczający pokładanym w niej nadziejom. Uwydatniły się bowiem jaskrawo dwie rzeczy: po pierwsze — własna wewnętrzna logika ruchu robotniczego poszła, wbrew wymogom ideologów, po linii klasowej i — w ścisłej łączności, a nawet zależności od wrzenia rewolucyjnego w samej Rosji — zwracała się przeciw polskim klasom posiadającym z nie mniejszą silą niż przeciw rządowi carskiemu; po drugie — polskie klasy posiadające nie przejawiły żadnych aspiracji niepodległościowych, a zagrożone w swych interesach materialnych, schroniły się jawnie i cynicznie pod skrzydła władzy zaborczej.</p> <p class="spip">Odłam przedrewolucyjnego obozu niepodległościowego, który , nie postawił był stawki na proletariat (narodowo-demokratyczna „liga Narodowa”), narzucił się wprawdzie bez oporu zaskoczonemu burzą i pozbawionemu busoli społeczeństwu, ale wyzbył się przy tym doszczętnie idei niepodległości i wszedłszy na ścieżkę ugody, stał się wkrótce stronnictwem państwowo lojalnym i moskofilskim. Z kierunku zaś niepodległościowo-proletariackiego pozostała po rozłamie jedynie „organizacja bojowa", oderwana od mas robotniczych, werbująca do swych szeregów przeważnie jednostki wytrącone z kolei życia przez zawieruchę rewolucyjną.</p> <p class="spip">Niezależnie od bilansu politycznego sama brutalność fenomenu zwanego rewolucją przejęta Żeromskiego lękiem i odrazą. Przed wstrząsem rewolucyjnym odczuwał on żywioł życia, jako coś molekularnie narastającego pod powłoką codzienności. Przerażało go wewnętrzne, nieopanowane prawo procesu, mogącego tworzyć kształty potworne i nienawistne. Szukał jednakże dźwigni do opanowania tego procesu nie poza nim, lecz w nim samym. Wierzył, że znalazł go w klasie robotniczej. Ruch robotniczy podmuchem swojej mocy rozżarzy przekazaną mu iskrę wielkiej tradycji dziejowej i roznieci ją w jasny płomień. Lecz kiedy pożar przyszedł, Żeromski nie dojrzał w nim blasku umiłowanej idei. Szatan jakiś zamienił tę wymarzoną promienność w czerwień rozkiełznanych chuci, owinął ją w duszące dymy brutalnych pożądań, wszystko zbrukał i spopielił. Żywioł potocznego życia przerażał swym utajonym, zagadkowym tworzywem; żywioł rozpętany przejmował śmiertelną grozą. Przez krótką chwilę zdawało się, że sprawę ocali falanga „bojowców”, że ciężką kurzawę i opary walki klasowej rozświetli szlachetny błysk szabli wskrzeszonego żołnierza-powstańca. Lecz „akcja zbrojna" forsowana metodą spiskową, bez związku z ruchem masowym, w atmosferze opadającej już fali rewolucyjnej stoczyła się w bagno moralnego rozprzężenia, pospolitego bandytyzmu f prowokacji. Nikczemne zachowanie się Polski posiadającej dopełniło rozpaczy. Tortury moralne, które przebyć musiał Żeromski w tych litach, wyryte zostały w „Róży" z obłędną odwagą samoudręki. Przedtem jeszcze kielich goryczy wysączył do dna w „Dziejach grzechu". Jak słusznie wskazał Wilhelm Feldman, powieść ta - zrozumiana przez czytającą publiczność niemal równie pokracznie, fałszywie i głupio jak dziś „Przedwiośnie" — jest wyrazem rozpaczliwego nastroju, „gdy nadzieje roku 1905 ii brud i proch padły", jest wyrazem owego pogromu idealizmu. Stąd obraz owej Ewy, którą poznajemy jako „przeczystą, z Bogiem rozmawiającą dzieweczkę”, a żegnamy jako „zżartą chorobami morderczynię i uliczną kochankę bandytów". Tak porywa człowieka wezbrany potok górski, by porzucić gdzieś w mule nizin odrażającą bezkształtną maszkarę.</p> <p class="spip">Zamieć zatarła wyraźne do niedawna drogi i zniosła drogowskazy. Dusza zbłąkana na manowcach zwraca się instynktownie ku miejscom, skąd wyszła, owianym zapachem rzeczy dawnych, umiłowanych a opuszczonych w zamglonej pozłocie wspomnień dzieciństwa. Z galerii „reprezentatywnych" bohaterów Żeromskiego Judym jest bodaj jedynym człowiekiem „podłej kondycji". Późniejsi związani są zawsze pochodzeniem i kulturą z tradycją szlachecką. Nawrót do szlacheckiej spuścizny duchowej widzimy już w „Popiołach". Być może, że powieść tę chciał Żeromski przeciwstawić sienkiewiczowskiej „Trylogii" — zarówno w obrazie wojny, jak w stosunku do teraźniejszości. Epoka napoleońska zazębia się o teraźniejszość. Epoka napoleońska zazębia się o teraźniejszość głębiej i inaczej niż wojny kozackie czy szwedzkie. W każdym bądź razie, gdy Żeromski sięgał w przeszłość szlachecką, to wybierał momenty jej najwyższego napięcia duchowego, a nie nurzał się w tym drugim polskim średniowieczu, jakim była większa część XVII stulecia.</p> <p class="spip">Momentem przełomowym w stosunku Żeromskiego do współczesności jest niezrównane arcydzieło splendoru mowy polskiej — „Duma o hetmanie". Jest to ucieczka od rzeczywistości, ale ucieczka połowiczna — myślą i wyobraźnią, nigdy sercem. Serca wyrwać z dziś tworzących się dziejów narodu Żeromski nie może. Nie potrafi zbudować sobie wieżyczki z kości słoniowej; nie umie ani zająć się smakoszowskim kolekcjonowaniem nagromadzonych przez wieki bibliotek kultury, ani uwstecznić swego intuicyjnego odczuwania życia do traktowania duszy indywidualnej jako bezdziejowego, nie związanego z rzeką bytu przypadku. Na stepach cecorskich, pod starodawnymi murami Moskwy myśl jego szuka sondy do zgruntowania teraźniejszości, której nurt — teraz zmącony i czarny — przepływa przez całą jego istotę. Metoda w zasadzie słuszna i celowa. Bez historycznego myślenia i historycznego podejścia zrozumienie teraźniejszości jest w ogóle niemożliwe. Ale żeby w przeszłości dziejowej znaleźć sondę i miarę spraw bieżących, trzeba wprzód w tę przeszłość zapuścić sondę krytyki z bezlitosnością chirurga: nie szczędzić niczego, co rozsiadło się w duszy wraz z pierwszymi wrażeniami dzieciństwa, a raczej względem tych właśnie pojęć, ochranianych przez samozachowawczość umiłowań, stosować szczególną podejrzliwość. Żeromski czyni coś wręcz przeciwnego: nie bada przeszłości, lecz hasa po niej myślą w poczuciu swobody i nieprzymuszoności zupełnej, jakby w tej przeszłości nie rządziły żadne prawa, żadne niezłomne konieczności. Historia dla Żeromskiego „nierządem stoi". Jedyną miarą teraźniejszości, jaką tam znalazł, jest „szaleństwo polskie", nie znające granic ani w porywach szlachetnych, ani w upodleniu, spychające w przepaść każde własne, w zapale najwyższym stworzone dzieło. Tym atrybutem rasowym tłumaczą się więc krwawe wiry rewolucji robotniczej i jej krnąbrność wobec zaklinań ideologów niepodległości, zarówno jak nicość moralna i ideowa burżuazyjnego społeczeństwa.</p> <p class="spip">Obroną, tarczą przed pogardą, a nawet pewnego rodzaju tytułem do uwielbienia jest „wielkość" tego rzekomego „szaleństwa" polskiego, jego heroiczna „nieobliczalność" i magnacka rozrzutność. Więc hetman Żółkiewski rzuca się do nóg upiorowi Samuela Zborowskiego. I Żeromski czerpie stąd moc, by spojrzeć w twarz Polsce dzisiejszej i nie wzgardzić. Ponieważ poczuł w sobie moc przebaczenia, zdaje mu się, że zrozumiał. Zdaje mu się także, że odnalazł w hetmanie Żółkiewskim polskie, odrębne, swoiste, nigdzie na świecie nieznane i niemożliwe prawo rozwoju historycznego, jedyny czynnik twórczy dziejów Polski: „W barłogu — mówi bohater cecorski — często rodzi się dusza wybrana. A jak człowiek nigdy tak mocno nie nienawidzi cudzoziemca, jak nienawidzi podłego rodaka, tak znowu cześć dla cichych a wielkich w Polsce dusz za wszystko na szerokości ziemskiej starczy. W nich to mieszka ojczyzna. Bywa i u w Polsce zamurowana dozgonna wierność dla przegranej sprawy, nieznana nigdzie na świata obszarze, uniesienie prawego serca... niesplamiony honor, sam siebie niczym głodem ducha karmiący w podziemnych lochach nędzy bytu”.</p> <p class="spip">Odtąd będzie Żeromski rozwijał w swych utworach tę historię odkupienia i zbawienia przez poświęcenie się najlepszych. Dzieje Polski stają się ciągłą, nieustającą Cecora, gdzie w ciasnym, chmarą wrogów osaczonym taborze kłębi się szaleństwem opętana dusza tłuszczy szlacheckiej i podłe maruderstwo obozowych ciurów. W tej ciżbie wódz-bohater hetmani dwunastu mężom niezłomnym. „W nich to mieszka ojczyzna" i przez nich żyć będzie.</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_ulan.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_ulan.jpg' width='520' height='318' style='height:318px;width:520px;' class='' alt='Ułani' /></a></p> <p class="spip">W drobnym utworze poetyckim z tego samego czasu, pod tytułem „Nokturn" (1907), sam Żeromski przenosi wprost Cecorę do chwili bieżącej: „Rozsądek z cecorskiego taboru ucieka! Próżna jest rzecz w tym obozie dowcipnisiów i mędrków stać po nocy na czatach wysokich i nie zmarszczonym okiem w śmierci patrzeć przyłbicę. Stary to i zawsze ten sam Żółkiewskiego obóz!"</p> <p class="spip">„...Biegną w ciemnościach polscy ludzie, bełkocąc zaciekle o jadle, o napitku, o uciesze cielesnej i o dzieciach..."</p> <p class="spip">Pomimo nich i wbrew im legion bohaterski „wydźwignął z pohańbienia arkę Ojczyzny nowej".</p> <p class="spip">„...Z gołymi szyjami stali pod zorzą, patrząc w swe groby wykopane..."</p> <p class="spip">„...W ogrójcu usypanym z tej ziemi (na stokach Cytadeli) duma i milczenie pokoleń, honor, chwała i sztandar wieku".</p> <p class="spip">Później spod pióra Żeromskiego wyszedł cały cykl coraz nowych ucieleśnień „trzynastu niezłomnych". „Sułkowski", bohaterskie żywoty i zgony Olbromskich, ojca i syna, to wciąż dalszy ciąg Cecory. Z tej samej rodziny duchowej wywodzą się w zmienionych warunkach Gajowiec i mityczny doktor Baryka. Zawsze ta sama myśl: Jednostka albo znikoma garść staje za ogół znikczemniały i zmaluje jego winy bądź przez śmierć pełną chwały, bądź przez samotne dzieło poświecenia lub geniuszu.</p> <p class="spip">Zdjęty nieprzezwyciężoną odrazą do brutalnego żywiołu rewolucji, Żeromski chce nie widzieć konwulsji rewolucyjnych, które we wszystkich nowoczesnych społeczeństwach towarzyszyły wyzwalaniu się nowych sił twórczych. Przestają dlań istnieć Robespierre i Cromwell, powstania chłopskie i wojny religijne. A jeżeli nawet inne społeczeństwa inaczej tego załatwić nie umieją, to w Polsce nic podobnego dziać się „nie śmie", jak mówią w byłej Galicji. A gdzie użycie gwałtu jest nieuniknione, niechaj to już będzie w postaci wojny, gdzie żywioł tłumu ujęty jest w karby żelaznej dyscypliny. Wojna jest jedyną formą brutalnej przemocy, która znajduje łaskę w oczach Żeromskiego i której gotów jest nawet wiele wybaczyć.</p> <p class="spip">Taką zajmując pozycję Żeromski czynił, jak mu nakazywał instynkt samozachowawczy uczucia i wiary. Ale ocalił je za 1 cenę wyrzeczenia się raz na zawsze istotnego zrozumienia 1 tworzącej się historii. Ze swej wycieczki w głąb dziejów wyniósł beznadziejnie niehistoryczne nastawienie umysłu, czego nie wynagrodzi już dar intuicyjnej wszechwiedzy.</p> <p class="spip">Z wielką mocą, pod świeżym wrażeniem „Dumy o hetmanie", wytknął mu to wypaczenie Stanisław Brzozowski. „Żeromskiego „Duma o hetmanie" — pisał Brzozowski — służy utopijnym instynktom polskiej inteligencji. Dochodzi w niej do głosu zasadniczy dogmat dzisiejszej, bezdziejowej, niewolniczej psychiki, że życie dziejowe da się oprzeć na każdej podstawie, że wszelkie ukształtowanie duszy może służyć za podstawę zbiorowego istnienia. Zatracone zostało u nas pojęcie odpowiedzialnego, historycznego istnienia.</p> <p class="spip">...Światem estetycznych, etycznych itp. wartości jest dla Żeromskiego świat polskiej historycznej kultury. Świat ten może mieć życiowe znaczenie jedynie dla typów społecznego istnienia, które utrzymują się dzisiaj, podporządkowując ogólną zgubę swym osobistym klasowym interesom. Żeromski nie wierzy ani w szlachecką, ani w mieszczańską Polskę. Utrzymuje jednak jako swój grunt psychiczny świat duchowy, który jest świadomością odpowiadającą temu tylko życiowemu typowi. Chce on utrzymać ducha tego typu, odrzucając jego rzeczywistość. Cały zaś artyzm jego stwierdza, że samo życie — całe życie — jest źródłem ducha, jego podstawą. Światem jego więc staje się rozkładanie i zguba tego podłoża, z którym zrósł się psychicznie... Męka i groza tego położenia przesłaniają Żeromskiemu jego znaczenie dziejowe. Tworzy on sam dla siebie mesjaniczne usprawiedliwienie..."</p> <p class="spip">Do dziś dnia krytyka ta nic nie straciła ze swej mocy, przeciwnie, okazała się przenikliwie jasnowidząca zyskując dobitniejsze jeszcze potwierdzenie w późniejszej twórczości Żeromskiego. Dopiero po fantastycznej eskapadzie na „dzikie pola" ducha szlacheckiego, czuje się Żeromski na siłach stanąć oko w oko z klęską. Powiedziałem o „Róży", że jest w niej bezgraniczna odwaga samoudręki. Ale nie odwaga myśli. Myśl zasłoniła się już majakami przeszłości niby pancerzem. Męka — jak słusznie zauważył Brzozowski — staje się tu właśnie rzekomą wartością, którą myśl pragnie wykupić się od obowiązku zajęcia historycznie prawdziwego stanowiska wobec życia.</p> <p class="spip">Czarowic, bohater „Róży", to wprawdzie członek robotniczej bojówki, ale zarazem szlachcic w pełni świadomy tej swojej godności — ktoś z owej hetmańskiej drużyny. Mistyczne Bożyszcze oprowadza go po Polsce współczesnej niby po piekle dantejskim. Wszędzie widzi rozpasane „szaleństwo polskie". Zgniły i bezmyślny jest świat burżuazji, który bawi się hucznie w czasie, gdy siepacze carscy mordują swe ofiary. Nie mniejsza zgnilizna wżarła się w szeregi najnowszych bojowników o niepodległość: byli członkowie terrorystycznych bojówek stają się szpiegami, katującymi własnych towarzyszy. Robotnicy zebrani na wiecu mówią tylko o swoich bolączkach materialnych. Nikt — jak w obozie cecorskim — nie myśli o ratowaniu taboru — Polski. Poza demoralizacją we wszystkich sferach i obojętnością na sprawy ogółu otwarła się straszna przepaść nienawiści klasowej. Mamy więc tu znów dyskusję z przedstawicielem nieprzejednanej walki klasowej, który nie chce walczyć o Polskę „burżuazyjną", bo mu nie spieszno do „żandarmów z polskimi orzełkami". Ta sama sprawa, którą znamy z „Mogiły" i poznamy z „Przedwiośnia". Tylko że dawniej trudniej było określić, czy to jest „wiatr ze wschodu", czy wiatr z zachodu. Czarowic w celu zbliżenia klas w imię wspólnej idei występuje w trudnej roli superarbitra, sprowadzającej się do tego, że robotnikom doradza wstrzemięźliwość, trzeźwość, cnotliwe obyczaje i umiarkowanie w żądaniach ekonomicznych, do "burżuazji natomiast przemawia jak socjalista-klasowiec. Gdzie indziej wyraża nadzieję, że do złagodzenia walki klas przyczyni się... katowanie robotników w carskiej ochranie. Oczywiście pośrednio. Czarowic śmieje się, gdy w jego oczach znęcają się nad robotnikiem-bojowcem. „Po powstaniu — wyjaśnia naczelnikowi ochrany — byliśmy jedynie skatowaną szlachtą, społeczeństwem bez ludu. Wyście wtedy nam, szlachcie-narodowi, lud mądrze wydarli. Teraz w tej rewolucji, którą pan uważasz za skończoną i zdławioną, myśmy wam lud nasz ze szponów wyrwali... Wasze tortury obudzą z martwych dusze. Wasza szubienica pracuje dla niepodległej Polski”.</p> <p class="spip">Trudno zrozumieć, dlaczego męczarnie doznane w carskiej ochranie mają rzucić lud w objęcia „szlachty-narodu". Przecież robotnik mógł być nieubłaganym wrogiem cara i jego katów, pozostając na stanowisku nieprzejednanie klasowym. A „szlachta-naród" w tymże czasie, w obawie strajków rolnych, obsadzała folwarki kozactwem, które szczodrze rozpijała spirytusem. A ..społeczeństwo", jak autor sam przyznaje, balowało w najlepsze. W Łodzi, pod ochroną sławnego z krwawych orgii Kaznakowa, srogi lokaut fabrykancki dławił dziesiątki tysięcy rodzin robotniczych. Za to w Częstochowie luminarze „społeczeństwa" podejmowali tegoż Kaznakowa z okazji otwarcia wystawy przemysłowej. Goszczono tam też serdecznie „braci Czechów" na benefis polityki „słowiańskiej" carskiego imperializmu. Ale Żeromski, choć nie szczędzi sobie w tym najboleśniejszym ze swoich utworów widoku twardych, okrutnych faktów, nie pozwala tym faktom mieć żadnego logicznego związku. Przeciwko logice faktów zakłada swoje szlacheckie veto. Czyni z nich majaki, bez przyczyn i bez następstw, które jutro mogą się rozwiać jak dym i ustąpić miejsca czemuś zupełnie innemu, wręcz przeciwnemu. Świat Żeromskiego — mówi gdzieś Brzozowski — stał się „falowaniem psychicznych, nie powtarzających się cudów”.</p> <p class="spip">Ostatecznie Czarówic nie chce czekać, aż kaźnie carskie wpoją robotnikom wolę walki o niepodległość. Dochodzi bowiem do wniosku, że państwo niepodległe „zostało odrzucone przez wszystkich rodaków". Wprawdzie Bożyszcze zapewnia, że „w ciągu nocy budzi się duch narodu”, ale Czarowic, czerpiąc z osobliwej polskiej dynamiki dziejowej („polskiego szaleństwa” i polskiego poświęcenia) zupełną swobodę ruchów (szlachecka zgoda albo szlacheckie veto), woli iść za inną dewizą: „Wszystko poczniemy dla was, lecz bez was". Spotyka Dana, genialnego wynalazcę ognia działającego na odległość. W dziedzinie techniki istotnie cudy się dzieją — nie tylko radiotelefon, lecz i „promienie śmierci"; rzadziej zdarza się, by te „cuda" służyły dziełu wyzwolenia, a nie ujarzmienia. Bądź co bądź, wyjście się znalazło; Czarownic wespół z Danem podejmują zwycięską walkę z najazdem, paląc całe armie rosyjskie. Ten epilog starczy za całą opowieść. W nim też okopała się mysl Żeromskiego w ostatnich latach przedwojennych: za wszystkie odłamy narodu, wrogie lub obojętne dla sprawy walki o niepodległość, starczyć miała garstka młodzieży inteligenckiej, ćwiczonej wojskowo na błoniach krakowskich. I stał się „pana Gajowca cud pierwszy".</p> <p class="spip">Bo oto — jak powiada Gajowiec — „mocarstwa przeszły, cesarze upadli, wojska wielkie znikły, niezdobyte fortece w gruz się rozsypały!' „Modlitwa zrobiła swoje”.</p> <h3 class="spip">III. SYZYFOWE PRACE</h3> <p class="spip"><i class="spip">„Modlitwa zrobiła swoje".</i></p> <p class="spip">To zdanie najwierniej zapewne maluje stan duszy Żeromskiego, gdy ziemia polska została — niby pod działaniem „ognia Dana" — oczyszczona z potrójnego najazdu.</p> <p class="spip">Bywały chwile historyczne, gdy cały politycznie świadomy naród pragnął niepodległości, a liczba walczących o nią czynnie i ponoszących ofiary była bardzo wielka. Spadała na nich klęska i zagłada.</p> <p class="spip">Tymczasem wojna europejska zastała Polskę tak podzieloną i niezgodną, że nawet alegoria Cecory okazuje się za słaba: bo jeśli pod Cecora otaczała hetmana swarliwość, małość ducha i nikczemne żerowanie na klęsce publicznej, to przecie nie było tam jeszcze wątpliwości, który obóz jest swój, a który wrogi. Obecnie zaś, przy wszystkich cecorskich przywarach, zabrakło już nawet wspólnego taboru: połowa politykującego , społeczeństwa uważała za szczyt tryumfu to, "w czym druga połowa widziała zapowiedz ostatecznej zguby.</p> <p class="spip">Legiony były wyrazem niezgasłej idei niepodległości. Lecz to była garstka. A ekscelencje, popierające poczynanie legionowe, wraz z wytresowanym galicyjskim społeczeństwem, robiły politykę nie polską, lecz austriacką, i uznawały państwowość polską w takiej tylko mierze i w takiej formie, w jakiej życzył sobie tego Wiedeń. Po drugiej stronie frontu zjednoczenie ziem polskich pod berłem carów uchodziło za szczyt marzeń.</p> <p class="spip">„Wspaniała odezwa do Polaków (Wielkiego Księcia Mikołaja Mikołajewicza. Przyp. aut...), dziejowy akt, jakiego szukać by trzeba było aż w deklaracjach praw i wielkich dokumentach rewolucji francuskiej, zelektryzowała wszystkich zapowiedzią rozświtu. Rozbłysła sama jak świt — taka promienna, z głębiny duszy wytchniona, szeroka jak gest miecza i gorąca jak pocałunek czuli, gdy bóg wojny Bonaparte przysuwał swoje hufce do bijącego oczekiwaniem serca Polski i Litwy."* [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb3" name="nh3" id="nh3" class="spip_note" title='[3] * Cezary Jellenta: „Wielki Zmierzch". Warszawa 1924. Cytowane V według (...)' >3</a>]</p> <p class="spip">Tak charakteryzuje nastroje burżuazyjnej i inteligenckiej Warszawy wybitny literat, zżyty z tym środowiskiem od dziesięcioleci i znający je na wskroś.</p> <p class="spip">Więc jedni głosili hasło niepodległości, lecz orężnie popierali tę stronę wojującą, której klęska okazała się tej niepodległości przesłanką najpierwszą.</p> <p class="spip">Drudzy — trzymali ze stroną wojującą, która później miała Polskę do życia powołać, lecz wyrzekli się niepodległości, gotowi poprzestać na ochłapach. Nadzieje swe przy tym wiązali ze zwycięstwem tego właśnie mocarstwa koalicji, którego klęska wojenna okazała się 'drugą przesłanką niepodległości; z łaską dynastii i sfer. w tym mocarstwie rządzących, których upadek stał się trzecią i ostateczną przesłanką niepodległości.</p> <p class="spip">I do dziś dnia dwa te obozy toczą zaciekłą dyskusję: któremu z nich Polska zawdzięcza niepodległość! Żeromski odpowiada: sprawił to cud. Z punktu widzenia konsekwentnie rozwijanej koncepcji „Dumy o hetmanie" i „Róży" Żeromski musiał uważać imprezę Piłsudskiego za wskazaną i nieodzowną, nawet gdyby nie miała żadnych bezpośrednich widoków powodzenia. Bo ta garstka legionowa wyobrażała „trzynastu niezłomnych". „W nich to mieszka ojczyzna", której trwanie, bodaj idealne, wymaga ofiary najlepszych z każdego pokolenia. Z tego stanowiska droga przez Legiony po stronie Niemiec ku Polsce niepodległej, sprzymierzonej, z koalicją, staje się usprawiedliwiona, a jej polityczna niedorzeczność idzie na karb praw osobliwych a tajemniczych, rządzących dziejami Polski.</p> <p class="spip">Zbyt upokarzające i okrutne byłoby przyznanie: Polskę zgładzono, gdyż zawadzała dominującym niegdyś w Europie potęgom; Polskę przywrócono, gdy dziś panującym w Europie potęgom stała się potrzebna. „Cud" rzuca zasłonę na tę sprawę i pozwala pełną piersią napawać się dniem dzisiejszym.</p> <p class="spip">Widzieliśmy, jak po klęsce 1905 roku myśl Żeromskiego uciekała od teraźniejszości do historii. Obecnie widzimy, jak po tryumfie 1918 roku myśl jego ucieka od historii do teraźniejszości.</p> <p class="spip">Przyjmuje on więc Polskę zmartwychwstałą jako spełnienie swego całożyciowego snu o potędze ducha, jako zwycięstwo nieśmiertelnego Hetmana, powstającego na nowo z każdego fizycznego unicestwienia, aby osiągnąć w końcu zwycięstwo i rząd nad bryłą świata. Radosny odwet za długotrwałe znoszenie nieopanowanego żywiołu lub prawa cudzego, za bezsilność buntów! Głęboko tkwiący optymizm, wyrażający się dotąd w nie-zniszczalności wiary, mknie teraz ku twórczej organicznej pracy, przerzuca się od poezji do publicystyki, przemawia językiem praktycznego działacza-organizatora. Teraz nie ma, być nie może, rzeczy niemożliwych: Teraz cud stawać się będzie co dnia, w każdym miejscu i każdej chwili, jak dzieje się wczesną wiosną, w najmniejszej grudce ziemi i źdźble zieleni. Żywioł życia, dawniej oporny i wrogi, zarówno w inercji spokoju, jak w szaleństwie wzburzenia, stanie się podatną, uległą gliną, w której polska wola i energia lepić będzie przyszłość. Wisła 1918 roku nie jest to „Wierna rzeka" — powiernica bohaterów sprawy przegranej, serc starganych boleścią. Wisła w Polsce odrodzonej w „siną krainę unosi niewyczerpane swoje wesele". „Ugnie swawolne nurty pod setkami tysięcy szkut i komięg, wiozących węgiel do Warszawy i Gdańska... Rozrosną się od tysięcy fabryk stare grody: Kraków, Sandomierz, Warszawa, Płock, Toruń, i Gdańsk..."</p> <p class="spip">Ten rozgwar skrzętnej, żwawej pracy, którym szumi przyszłość niedaleka, nie będzie pozostawiony ślepym, żywiołowym procesom płodzącym krzywdę wyzysku, jad nienawiści, zbrodnię krwawej pomsty. W Polsce będzie inaczej. Wola organizująca skoryguje grę sił gospodarczych na rzecz sprawiedliwości społecznej. Organizacja — spółdzielcza, zawodowa, oświatowa — jednocząca wszystkich ludzi dobrej woli, prześwietli i uszlachetni twarde prawa ekonomiczne, zbliży i zespoli klasy społeczne, opromieni dusze.</p> <p class="spip">Jest Polska, a więc duch zwyciężył. Za jego sprawą z pożogi zniszczeń wojennych wyłoni się „Początek Świata Pracy".</p> <p class="spip">Widzenie Rycerza-Bandosa, będące przed lat dziesiątkiem krwawą ironią wśród orgii carskiej, obszarniczej, kapitalistycznej i kołtuńskiej reakcji wobec zlokautowanej Łodzi i kozackimi nahajami tłumionych strajków rolnych — teraz musi stać się prawdą życia. „Okaże teraz szlachcic polski wielkość duszy, która przecie samą siebie w trudzie tylu lat przezwyciężyła. Odpasze wreszcie złotolity pas i zrzuci z ramion kontusz czerwony. Zstąpi w piastowski lud i stanie się ludem. Najpierwszy jego narodowy czyn to będzie zniesienie aż do najdalszej granicy, nędzy parobków, podźwignienie, aż do chrześcijańskiego wspólnictwa we wszelkim dobru, robotników rolnych! Będzie wśród nas milczący majestat wielkiego uczynku, gdyż będziemy jeden lud, szarpiący w ciszy powrozy swych nałogów, zdzierający w rosłe w ropę ran przepaski złudzeń.</p> <p class="spip">Prawo, które teraz pośród nas jednogłośnie, starym obyczajem, zapadnie, zaświeci w mroku świata jak na początku Szczerbiec trzaskający w bramy Wschodu. ...Nie trzeba w Polsce rewolucji socjalnej. Kto pierwszy znalazł liberum veto, ten pierwszy zniweczy na ziemi rewolucję socjalną..."</p> <p class="spip">Ta wiara „mocniejsza nad śmierć, a miłująca swój sen do ostatniego tchu", wiara <i class="spip">quand même</i>, wbrew najoczywistszym oczywistościom i najcięższym doświadczeniom, zwraca swe nadzieje niezmienne ku elicie klas posiadających, a w szczególności ku szlachcie-ziemiaństwu i szlacheckiej inteligencji — dziedzicom dodatnich cech kultury szlacheckiej. Słowa zagrzewające do czynu odrodzeńczego nie do mas ludowych są skierowane. Usłyszeć je ma panicz szlachetny, żeby z jasnego dworu wejrzał na nędzarza, żeby „wziął w swe piersi serce bandosa, swoje serce w jego piersi wcielił". Filantropijny stosunek do kwestii społecznej postrzegany jest tu z premedytacją i z wielką konsekwencją. Wszystkiego dokona „zmowa" klas posiadających „ku zniszczeniu nędzy". Lud ma być wszystkim obdarzony, sam niczego nie tykać. Czemu? Bo surowe jego instynkty gotowe są za lada podnietą wybuchnąć wandalizmem i zbrodnią. I jeszcze dlatego, że jedynie dobrowolne wyrzeczenie się przywilejów usunie ostatni podział Polski — klin rozbijający naród w płaszczyźnie poziomej na obce sobie i wrogie klasy społeczne.</p> <p class="spip">W oczekiwaniu „jednego dnia zmowy arystokracji ku zniszczeniu nędzy” umie Żeromski poprzestawać na małym. Wiarę swą karmi najskromniejszymi nawet przebłyskami sumienia społecznego wśród uprzywilejowanych, najbardziej mikroskopijnym warsztatem poprawy stosunków. Można nie podzielać tych utopijnych nadziei, ale niepodobna bez podziwu i współczucia czytać cyfr zapasów mąki i kaszy dostarczonych przez Centralny Komitet Obywatelski (za okupacji), gdy cytuje je wielki poeta w odczycie o literaturze (O literaturze!) na dowód budzenia się ducha polskiego. A przecież cyfry te nie są wcale imponujące, skoro ilustrować mają pierwszy popis narodowego samorządu po długiej niewoli. Nie są nazbyt chlubne, zwłaszcza gdy się wspomni, jak liczne były sfery, które umiały w najgorszych czasach okupacji utrzymać się na poziomie dobrobytu i (oprócz wyjazdu na Riwierę) niewielu rzeczy sobie odmawiać.</p> <p class="spip">Trzeba również niezwykłego zasobu dobrej woli, by dopatrzeć się czynnej ofiarności ze strony Polski posiadającej w początkach bytu państwowego. Pierwszym jej dziełem był sabotaż i bojkot podatkowy rządu, który wydawał się zbyt czerwony. A kto chce mieć szczerą (mimo woli) spowiedź reprezentanta t e j Polski, niech przeczyta p. Józefa Weyssenhofa „Roby i popsuje". Dowie się, jak sam fakt odzyskania niepodległości malał tu i ginął wobec jedynie obecnego i jedynie silnego uczucia — strachu przed „czerwonym widmem". Zobaczy „roba" dobrej rasy (półkrwi angielskiej!), jak po pierwszym zatargu z robotnikami, obrażony na ojczyznę, postanawia ukarać ją przez pozbawienie mydła toaletowego swojej marki. Zobaczy, jak „rob" chwalebnie spędza dnie na kształcącej lekturze i dorywczych (Żydy brużdżą!) operacjach handlowych, noce... na uszlachetnianiu rasy z przystojną pokojówką (za odczepne — pakiecik mareczek polskich); jak dalej, niby drugi Cincinnatus, wycofuje się „rob" do odzyskanego majątku (każdy Połaniecki wraca do swego Krzemienia), gdzie w oczekiwaniu aż reformę rolną diabli wezmą, odkurza pracowicie portrety przodków; jak, zagrożony w lasach i penatach praojców przez inwazję bolszewicką, rusza na wojenkę — z animuszem, tak, ale i ze świadomością jakiej Polski broni.</p> <p class="spip">Inni — młodzież przede wszystkim — bronili Polski w ogóle, każdej, jakiejkolwiek, bezprzymiotnikowej. Odparcie bolszewików piersiami młodzieży od Lwowa, Płocka i Warszawy — to był „pana Gajowca cud drugi".</p> <p class="spip">„Pierwszy cud” — odbudowanie Polski — bardziej może uderza wyobraźnię jako zrządzenie opatrzności. Lecz to, co widziane z Polski, wydawało się opatrznością, było w rzeczywistości kalkulacją dalekich potentatów, dla których Polska stanowiła tylko jedną z pozycji rachunku. Drugi „cud" był o wiele bardziej cudem w znaczeniu, jakie temu słowu nadaje Żeromski, gdyż decydującymi były tu siły moralne w samej Polsce.</p> <p class="spip">Wprawdzie, kto widział z bliska stan Armii Czerwonej w 1920 roku, wie, że nie mogło być mowy o technicznie wojskowej przewadze z jej strony. Ale faktem jest, że te zastępy głodne, bose i obdarte odnosiły walne zwycięstwo nad nierównie lepiej wyekwipowanym i wyćwiczonym przeciwnikiem na Syberii i na Muraniu, na Kaukazie i na Krymie. Decydowała tam przewaga moralna, ta sama, dzięki której Taboryci bili najemne żołdactwo Cesarstwa, tkacze flamandzcy gromili najświetniejsze rycerstwo francuskie, dzięki której święcili tryumfy orężne purytanie Cromwella i zasłuchany w marsyliankę motłoch rewolucyjny pod Valmy i we Włoszech. Jeśli ta kosa rewolucji — dość silna, by odepchnąć wojska polskie ze swojej gleby, spod Kijowa — natknęła się na kamień w samej Polsce, to najniewątpliwiej dlatego, że tu jej się sprzeciwił czynnik tej samej natury— patriotyzm młodzieży polskiej. Ma więc Żeromski prawo bezsporne szczycić się tym „cudem", jako znamieniem tych sił, które wywoływał i którym zawierzył. Olbrzymią stąd poczerpnąć musiał otuchę, obfity dopływ ufności i energii. Czegóż to nie wolno się spodziewać po tym nowym, w czasie wojny wyrosłym pokoleniu młodzieży, co po raz pierwszy a od razu tak świetnie zaważyło na losach kraju? Jakich zamiarów ulęknie się ono w przyszłości, jakich czynów nie podźwignie? Czy nie powinno zwycięstwo 1920 roku stać się początkiem nowej ery, powetowaniem bierności narodu, gdy wojna światowa o jego losach decydowała, powtórzeniem dla szerszego ogółu i świeżego zastępu młodzieży tego egzaminu historii, jakim dla szczupłej garstki był czyn Legionów? Takie lub podobne horoskopy wysnuć musiał Żeromski z „cudu Wisły”. I jest rzeczą naturalną, że blask ich zaćmiewał w jego świadomości fakty bardziej przykre, a niemniej niewątpliwe: nie tyle już dość pospolite sympatie bolszewickie służby folwarcznej i upartą, tradycyjną już niemal „neutralność" chłopów, ile ten fakt, że tak podstawowe w koncepcji Żeromskiego rachuby na sumienie obywatelskie klas posiadających i tym razem zawiodły. Notorycznie wiadomą i niezaprzeczalną jest ucieczka zamożnej Warszawy do Poznania i dalej, jak również nazbyt częste nadużywanie wojska do ochrony mienia dworskiego (gdy z mieniem chłopskim liczono się bardzo niewiele). Dwa wspaniałe „gesty” — ustawa o reformie rolnej i ofiarowanie państwu przez obywateli ziemskich pewnego procentu gwarancji hipotecznej — zrobiły swoje jako gesty, bez uszczerbku dla ich niepokalanej plafoniczności. O reformę rolną woła Żeromski w „Przedwiośniu", gdy w cztery lata po jej uroczystym obwieszczeniu staje wobec zjawiska zatrważającego fermentu ideowego wśród tej samej młodzieży, która broniła Warszawy. Poratowanie państwa drogą gwarancji hipotecznej uskutecznili... junkrzy pruscy, gdy w 1923 roku, również pod grozą przewrotu komunistycznego, ufundowano w Niemczech emisyjny Bank Rentowy. Na szczęście, praw pierwszeństwa Polski do tego pomysłu (o którym słówkiem nie piśnięto w czasie późniejszej katastrofy walutowej) zadokumentowane jest dla potomności w wydaniu książkowym korespondencji wojennych p. Grzymały-Siedleckiego z roku 1920. Będzie czym pochlubić się wobec potomności. Tylko, ze niejeden, atawistycznie podejrzliwy plebejski umysł może stąd wysnuć refleksję, czy aby Konstytucja 3 Maja nie pozostałaby papierową chlubą nawet bez Maciejowic i jakby też poszło uwłaszczenie chłopów, gdyby rok 63 uwieńczona został zwycięstwem.</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_plakat.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L201xH282/jpg_plakat-ad755.jpg' width='201' height='282' style='height:282px;width:201px;' class='' alt='Plakat' /></a></p> <p class="spip">Jako wyraz dominujących od czasu „Dumy o hetmanie" kategorii myślowych Żeromskiego, znamienny jest utwór bezpośrednio związany z wypadkami 1920 roku „Ponad śnieg bielszym się stanę". Zdawać by się mogło, że w danym razie uczucie i wyobraźnię porwać powinien był przede wszystkim błysk młodzieńczego, dziecięcego niemal bohaterstwa na tle „snobizmu wojennego” i — łamiącej wszelkie snobizmy — tchórzowskiej paniki. Albo też — piękny wątek dramatyczny — rozdwojenie psychiczne młodego robotnika między dwoma wrogimi sztandarami, z których każdy posiadł część jego duszy. Zamiast tego spotykają nas w „Ponad śnieg znane nam już <i class="spip">dramatis personae</i>: dwór szlachecki, chłopi, odwieczna krzywda, nienawiść i walące się w rozwartą przepaść, a niemocne ją zapełnić, głazy zbyt abstrakcyjnej skruchy i jednostkowego poświęcenia. Jest w tej sztuce — i zdradza bezwyjściowe stanowisko autora — dziwna niewyrazistość myśli. Czy cierpienia fizyczne i moralne winowajcy, które czynią go we własnym poczuciu bielszym od śniegu, niweczą fakt zbrodni? Czy nieobliczalne w swoich dalszych odśrodkowych falowaniach następstwa zbrodni i krzywdy wstrzymane zostaną i załagodzone na skutek aktu skruchy? Najwidoczniej nie, bo oto chłopi, do których odwołuje się Wincenty od potępiającego werdyktu oficera bolszewickiego, jednogłośnie wołają o pomstę, domagają się jego zguby. A i sam Wincenty tłumaczy matce, że nie dość jest dźwigać kamienie na nagrobki ofiar, „nie dość rozrzucać po ziemi krew, rękę, nogę", należy „spełnić akt pokuty czynnej", unicestwić warunki, z których rodzi się krzywda. Lecz i ta myśl jest zmącona, bo przychodzi ona jako argument ostatni. Pierwszym i głównym motywem wyrzeczenia się majątku jest, wynikająca z sytuacji obronnej, konieczność wyrwania broni ideowej bolszewikom, aby „w pełni i w całej rozciągłości posiąść tę zasadę, w imię której oni zamierzają z nami walczyć'. Ta myśl późniejszego „Przedwiośnia (walka na idee) tutaj gmatwa do reszty wątek dramatu, którym jest przecież krzywda, pokuta i stąd wynikająca (a nie z groźby zewnętrznej) chęć naprawienia złego. Tymczasem „dobrowolnie, bez przymusu i świadomie' powzięte postanowienie oddania ziemi chłopom w chwili, gdy za oknami wzburzony tłum wita owacyjnie wkraczających bolszewików, zakrawa raczej na... złośliwą aluzję do owej uchwały sejmowej „o wykonaniu reformy rolnej , zrodzonej (według wyrażenia samego jej twórcy i sygnatora, prof. Bujaka) „pod obuchem najazdu" . Także zastrzelenie przez Rudomską oficera bolszewickiego w chwilę po jego dość wspaniałomyślnym oświadczeniu, że „rewolucja nie walczy z szalonymi", nie jest moralnie przekonywające.</p> <p class="spip">Ten dramat oraz następny z kolei („Biała rękawiczka") zaliczyć trzeba do najsłabszych utworów Żeromskiego. „Biała rękawiczka" swoim charakterem obyczajowo-melodramatycznym odbiega od cyklu wielkich wizji polityczno-społecznych. Nie w tym odmiennym charakterze tkwi jednakże słabość tej sztuki, lecz w niezwykłej u Żeromskiego zewnętrzności dramatu, w powierzchowności typów, z których żaden nie pociąga widza sposobem swych przeżyć. Warto jedynie podkreślić, bo to się wiąże z powojenną postawą Żeromskiego, że dramat rozwija się tu nie pomiędzy wolą a żywiołem, lecz między dwoma ogniskami działania, których rzuty krzyżują się i przecinają.</p> <p class="spip">W obu tych dramatach kształtuje się i doskonali sceniczna -technika Żeromskiego. Zupełne, świetne opanowanie tej formy widzimy w „Turoniu". W pierwszych dwóch aktach „Turonia” odnajdziemy znów Żeromskiego w całej oryginalności i wielkości. Ludzie-idee, ludzie-symbole, ale pomimo to żywi, z krwi i kości. Literatura polska dobierała się do duszy chłopskiej ze wszystkich możliwych stron, a przecież takiego chłopa, jak Szela, dotąd nie znała. Szela Żeromskiego jest szekspirowskiej miary,' jako mściciel niesamowicie wyczuty, gdy rozwala się w jaśniepańskim fotelu. A jednak mamy w „Turoniu" dzieło artystycznie chybione, bo rozwiązanie dramatu jest sztuczne, wymuszone, nierzetelne, nieprawdziwe. Kiedy chłop Chudy, powiernik Szeli, wygłasza to zdanie: „Patrzałem się na wasze twarze, w wasze oczy. I cosi mi wtedy powiedziało, że prawda jest po waszej stronie" — każdy wrażliwszy widz lub czytelnik odczuwa tu pogwałcenie psychologicznej i życiowej prawdy, i nic nie pomoże powoływanie się na Bartoszów Głowackich wszystkich powstań, czy nawet na to, że w tym samym 46 roku chłopi z okolic Krakowa sprzyjali powstańcom. Nie o to chodzi. Mógł się, oczywiście, znaleźć chłop, który by z takich czy innych pobudek postąpił jak Chudy. Ale to nie jest rozwiązanie. To jest wzięte z awanturniczej powieści, gdzie bohaterowie muszą jakimś „fuksem” wyjść ze straszliwego niebezpieczeństwa, to może być niezły fortel pana Zagłoby. W danej zaś logice rzeczy, w tej więzi dojrzewającej tragedii, którą stworzył sam autor w pierwszych aktach, zwrot ten brzmi fałszem.</p> <p class="spip">Dysonans ten szczególnie razi w „Turoniu" przez kontrast z niezrównanymi zaletami — początkową siłą ujęcia i prostolinijną, jakby żelbetową, konstrukcją. Sztuczny, wymyślny epilog mamy także w „Róży", w „Ponad śnieg".. Nie jest to więc rzecz przypadku, lecz wynika z głębiej w psychice twórcy tkwiących racji — z samozachowawczości uczucia i wiary. W „Róży" epilog, będący afirmacją wiary, przeciwstawia się dominującemu w całym utworze nastrojowi jako akord odrębny. Zło i brutalna przemoc tryumfuje. Dopiero czynnik nieprzewidziany, z niczego poprzednio danego nie wynikający — wynalazek Dana — obala tryumfującego wroga. „Ogień Dana" jest tu tym samym, co wizja Chrystusa w „Nieboskiej". Rzecz charakterystyczna dla dwóch epok, że intelektualista Krasiński ratuje swoją, bardzo w gruncie rzeczy abstrakcyjną wiarę za pomocą Chrystusa, gdy skrajny uczuciowiec, Żeromski, ucieka się do nowoczesnej magii — techniki.</p> <p class="spip">Może być i tak. Ale w „Turoniu" jest inaczej i gorzej. Tu rolę zbawcy odgrywa — i to nie w epilogu, a w samym węźle akcji — przebiegły, obłudny chłopek, co zdradza swoich i wiąże się z panami. Coś, powiedzmy, w rodzaju Witosa z jego „paktem lanckorońskim". A jeżeli to porównanie wyda się trywialnym, to trzeba rzec otwarcie, że w tym wypadku zawinił sam Żeromski, obracając wspaniale zarysowaną tragedię w farsę. Postanowił sobie z góry — na tle nienawiści i rzezi - narodziny obywatelskości, „unarodowienie" chłopa. Ale to założenie stoi na zewnątrz tragedii, która zamyka się w działaniu musowym, koniecznościowym — inaczej nie jest tragedią. Więc tendencja autora wypacza dzieło sztuki jak banalny morał na końcu mieszczańskiej powieści.</p> <p class="spip">Przy bliższym wejrzeniu dochodzimy do bardziej jeszcze uderzającego odkrycia: oto sam autor nie zrozumiał istoty tragizmu, wyrażonego z siłą i prawdą w pierwszym akcie „Turonia". Wiedziony intuicją artystyczną dał wszystkie elementy tego tragizmu. Ale świadomość jego, skrępowana przez powzięte z góry motywy ideologiczne, odwróciła się od tego obrazu i zbiegła boczną furtką.</p> <p class="spip">Tragizm „Turonia" polega na rozbiciu przez nienawiść klasową polskiej idei narodowej. W dalszym rozwinięciu akcji autor wskazuje — jako przyczynę tego rozbicia — dzikość, barbarzyństwo, ciemnotę chłopa, i daje wyraz swemu przekonaniu, że idea odniesie tryumf nad złowrogim żywiołem. W ten sposób okazuje się pozbawionym następstw i wniosków, a więc zbyteczny, zawieszony w próżni, najsilniejszy moment I aktu, gdy Szela, wskazując na jednego z powstańców, towarzysza broni obu Olbromskich, świadczy przed gromadą: „Mojemu strykowi ten, co tu stoi, jaśnie pan ze Stokłosów, kazał w kajdanach na rękach i nogach stać podczas sumy w kościele”. A wszak 0 to świadectwo i o tysiące podobnych faktów, znanych gromadzie chłopskiej, rozbić się musi wymowa Huberta, musi mieć za całą odpowiedź szyderczy okrzyk: „No, rusz się! Który ta idzie na ochotnika z jaśnie panami, z dziedzicami?” Co więc mści się tutaj na reprezentantach idei narodowej? Barbarzyństwo i ciemnota chłopów? Gdyby ci chłopi byli bardziej kulturalni, stanowisko ich wyrazić by się mogło w sposób mniej dziki, ale nie mogłoby być innym. W danych warunkach musieli oni widzieć wrogów śmiertelnych w dziedzicach, zaś we władzy zaborczej — jedyną ucieczkę przed krzywdą, moc opiekuńczą. Chwalibóg, dziedzic ze Stokłosów, ulegający, z duszą na ramieniu snobizmowi i patriotyzmu reprezentuje jednocześnie egoizm klasowy, wyzysk i nieludzkość względem polskiego ludu. Z chwilą, gdy szlachetni patrioci-idealiści bratają się z Chwalibogiem i chcą pospołu z nim walczyć z najazdem — na nic wszystkie ich obietnice wolności chłopskiej w wolnej Polsce: chłop wyprowadza stąd wniosek, że: „polski naród to panowie” i staje się narzędziem austriackiego starosty. Więc mści się na Olbromskich nie dzikość chłopa, lecz właśnie ich zaślepienie: żyjąc na emigracji ideą zespolenia całego narodu do walki o Polskę, nie chcieli widzieć, że w tym samym czasie szlachta w kraju wyzyskiem i okrutnym gnębicielstwem pogłębia przepaść nienawiści w narodzie. I z tą szlachtą pospołu chcą prowadzić lud do powstania! Nic tu nie mógł naprawić niewczesny (bo późny) gest kilku czy kilkunastu obywateli darujących pańszczyznę, o których Hubert mówi, nie bez hyperboli poetyckiej, że „zwlekli ze siebie bogactwa”.</p> <p class="spip">Oto w zwięzłym obrazie pierwszego aktu „Turonia" cały tragizm stuletniej walki o niepodległość. Tragizm tej prawdy, że patriotyzm polski w swej własnej szlacheckości miał najgorszego wroga. Nie umiał przeciąć pępowiny, łączącej go z kastą szlachecką, nie umiał stać się pospólnie ludowym i antyszlacheckim, skazując się przez to na klęski i niemoc wewnętrzną.</p> <p class="spip">Jak z tej osnowy może wyniknąć rozwiązanie narzucone przez autora? Dopóki Hubert nie zrywa moralnie z Chwalibogiem, chłop Chudy będzie tylko zdrajcą względem swoich. Aby czyn jego miał coś reprezentować, musiałby Chudy przemówić do Huberta w te słowa: „Coś mi- mówi, że ta twoja Polska to jest wielka rzecz. Ale żebym mógł iść z tobą, trzeba, żebyś ty cisnął do licha dziedziców i szedł z nami, chłopami. Jak skończymy z jaśniepaństwem, to powiesimy starostę w Tarnowie, arcyksięcia we Lwowie i będzie jeden lud polski pod polskim niebem". Uratowanie Huberta i jego narzeczonej także niczego nie rozwiązuje, nie przyczynia się bowiem do zmniejszenia przepaści, w którą runęła idea powstańcza. Przeciwnie, podnieca wściekłość chłopów. Ofiarą jej pada wyrodek Xawery, mający zapewne symbolizować nasz rodzimy — pożal się Boże — demokratyzm. Bardziej zgodne z tragizmem sytuacji byłoby inne zakończenie: w duszy Huberta, uratowanego z rąk chłopskich, rozegrać się mogła walka między ideą, której służył, a świeżym przeżyciem wojny klasowej, straszną śmiercią ojca i narzeczonej 1 (której ocalenie jest w tym wypadku zbędne). W wyniku tej walki duchowej Hubert wraca w przebraniu do obozowiska chłopskiego, dostaje się do samego Szeli. Ma sposobność zemsty, ale przychodzi nie po zemstę. Daje się poznać. Nie chce być sędzią krwawego samosądu, który się dokonał. Pragnie poprzez tę rzekę krwi i głębszą od niej otchłań zadawnionej krzywdy przerzucić most między dolą chłopską a ideą wolnej Polski.</p> <p class="spip">Szela może (a nawet powinien) nic z tego nie zrozumieć i wydać „ciaracha" na śmierć. Byłoby to przecież rozwiązanie zgodne z duchem tragedii i jej zasadniczym problematem.</p> <p class="spip">Aby pojąć myśl wciśniętą przez Żeromskiego w „Turonia", trzeba mieć na względzie moment porównawczy: z jednej strony potworność rzezi galicyjskiej, z drugiej — posłowie i senatorowie chłopscy niepodległej rzeczypospolitej polskiej. Kontrast radosny, pozwalający z otuchą patrzeć na przywary umysłowe i moralne dzisiejszych działaczy chłopskich. Żeromski przebywa więc wciąż w strefie rześkiego optymizmu. Osiągnięta pogoda ducha pozwala mu poświęcić uwagę i talent sprawie aneksji duchowej kaszubskiego Pomorza, Powstają dwie książki przedziwne („Wiatr od morza" i „Międzymorze") — splot krajoznawstwa, historii, poezji i publicystyki.</p> <p class="spip">Wśród tych nadmorskich wywczasów, lub bezpośrednio po nich, kiełkować poczynają, poprzez mocne ocembrowanie wytrwałego optymizmu, wątpliwości i niepokoje.</p> <p class="spip">Żal z powodu zaprzepaszczenia reformy rolnej i zabagnienia życia społecznego wyrywa wielkiemu pisarzowi słowa, jakie mógłby w całości włożyć w usta zbuntowanemu „Azerbejdżaninowi”, Cezaremu Baryce: „Polska nie dlatego powstała, żeby w niej stara nędza, jak za czasu najeźdźców, nadaremnie krwawe łzy lała. Polska nie dlatego powstała, żeby dygnitarz cywilny lub wojskowy, pędząc w automobilu, obryzgiwał dziadów i żebraków, wtulonych w każde załamanie muru stolicy państwa. Polska nie dlatego powstała, żeby w jej granicach miała swe rozpostarcie burżuazyjna fabryka paskarstw, szwindlów i oszustw. Polska odrodziła się z krwi i pracy męczenników po to, żeby na miejscu, gdzie stała ciemnica niewoli, rozpostarło się najjaśniejsze pracowisko postępu”. („Snobizm i postęp" str. 57). Ale istnieje na te bóle wypróbowana odtrutka — cierpliwe i radosne zbieranie okruszyn świadczących o zmianie na lepsze, niech to będzie bodaj regularność ruchu kolejowego. Nie budzi też jeszcze troski „Wiatr od wschodu", jako niebezpieczeństwo zagrażające lepszej części młodzieży. Przyjdzie to dopiero później, być może, pod wrażeniem procesu porucznika Bagińskiego, świetnego oficera, idealisty, piłsudczyka. Na razie objawy szczególnie niepokojące ukazują się nie od strony polityczno-społecznej. Chodzi o inny „odcinek frontu": o rachityczność twórczości literacko-artystycznej w Polsce niepodległej.</p> <p class="spip">Na różne sposoby Żeromski tłumaczył sobie i uniewinniał zapóźnienie rozkwitu mocy narodowej w innych dziedzinach życia. Zniszczenia wojenne, druga wojna o ustalenie granic, ciężkie warunki materialne — wszystko to mogło zahamować na razie oczekiwaną ekspansję żywych sił na wszystkich polach. Ale w dziedzinie sztuki narodowej te względy decydować nie mogą i nie powinny. Przecież tu nie o ilość chodzi. Przecież jest literatura, jest sztuka, jest teatr. Jest! Ale płynie wąskimi strugami, ale czerpie potulnie i niewolniczo ze źródeł obcych, ale poi tylko malutką cherlawą publiczkę, ale nie znajduje się w żadnym stosunku do wielkości przeżywanej epoki; pierwszych lat odzyskanej niepodległości.</p> <p class="spip">„Po skończeniu wojny — skarży się wielki pisarz w najznaczniejszej swej pracy publicystycznej „Snobizm i postęp" — Polska stała się niemodna w poezji, a wszyscy poeci są na nią niełaskawi. Przed kilkoma laty snobizm twórczy nawet zajęcie Warszawy przez Prusaków nakazywał rymami opiewać. „Warszawa wolna!” — wołał poeta. Dziś — przyłączenie naprawdę Śląska — przeszło w poezji polskiej bez najmniejszego echa...”. „Czy... nie ma spraw tak dalece wstrząsających nas wszystkich, i a wstrząsających niektórych z nas aż do złożenia życia w ofierze za ich ukształtowanie według woli i wewnętrznego duchowego, rozkazu? Czy sztuka polska zaznaczyła w jakimkolwiek odłamie swoim rylcem, barwą, dźwiękiem, albo choćby gwizdaniem melodii, ten niebywały fakt, iż ziemia chełmińska wróciła do Polski?... A jeżeli te dziedziny, pajęczyną starości osnute, nie nęcą naszego artysty, to czy zajęło jego uwagę dzieło najżywsze z żywych — Śląsk?... To siedlisko nowoczesności, istny obraz futurystyczny, ta retorta kolosalna, gdzie się ma wygotować wielkie życie potężnej Polski, gdzie ma się w żelazie maszyn narodzić jej wola i wiekuista niezniszczalność jej bytu, nie została zauważona przez artystę polskiego... Najnowsze prądy artystyczne we Włoszech... we Francji, w Rosji wchłonęły w siebie życie polityczne tamtych krajów, a suma żywych wstrząsów i przeżyć nadała dziełom .futurystów (i innych kierunków) na każdym miejscu inne, swoiste, oryginalne zabarwienie. Tamie kierunki są nowymi w istocie kartami literatury włoskiej, francuskiej, rosyjskiej. U nas, niestety, są to „ogryzki" cudze, bezbarwne, nie czytane, dowody rzeczowe snobizmu" (str. 73 — 76).</p> <p class="spip">„Snobizm i postęp" jest to książka bardzo osobliwa: rodzaj nieprzymuszonej gawędy ze współczesnymi. Nie ma w niej poetyckich uniesień, choć poezja rozsiana jest w słowie i obrazach. Żadnej próby uczynienia tematu zajmującym dla tych, których on sam przez się nie interesuje. Autor nie obawia się rozwlekłości w dzieleniu się z czytelnikiem wielorakim drobiazgiem, który zatrzymał jego uwagę w niestrudzonej łazędze po obszarach polskości i polszczyzny. A gdy doprowadza czytelnika do ukochanej ziemi kieleckiej, oddaje bez ceremonii modlitewnej kontemplacji trudu wieków w jej mowie i obyczaju, zapominając może chwilami o celu tej wycieczki. Celem tym jest wskazanie pracownikom narodowej literatury i teatru ogromu skarbów nie wyzyskanych w tradycji, mowie i życiu ludu polskiego. Sprawa paląca! Bo jakże znosić można dziwoląg tego faktu, że literatura i teatr w Polsce demokratycznej, ludowej, w Polsce chłopskich posłów i senatorów jest wciąż literaturą i sztuką szlachecko-mieszczańską. „Literatura polska nie wyrosła z podglebia żywota ludu wieśniaczego i robotniczego, toteż nie jest zwierciadłem tego swoistego życia, czyli nie znalazła dla siebie formy gdzie indziej nieznanej”. Dla mas ludowych, stwierdza autor, literatura ta „nie tylko jest dziś nieczytelna, ale i później będzie obojętna...” Język jej jest „językiem małym, skąpym w stosunku do ogromu mowy ludowej”. Stąd wyklinanie — jakże w Polsce nienowe i jak tradycyjnie nieskuteczne — niewolniczego naśladownictwa cudzoziemszczyzny, wyszydzanie snobizmu, polującego na ostatnie szczepionki mody zagranicznej w dziedzinie sztuki. Stąd również nienowe hasło „do ludu" po język, motywy i wyobrażenia. Wyprawa argonautów po złote runo sztuki. „Kto to wie, może tam również leży „sposób" nie znany nam jeszcze na teatr narodowy, nasz własny. Inteligencja tylko schylić się ma, żeby ów sposób zobaczyć, podnieść, wyświetlić i podać ludowi jako świetny i najzupełniej odpowiadający celowi teatr, przede wszystkim ludowy” (str. 106). Motywów ma dostarczyć bezmiar legend, podań, klechd, historii, bajek, gadek, opowieści, przywiązanych do ruin, wzgórz, uroczysk, miejsc szczególnych. Zwłaszcza do ruin, których Żeromski wylicza pół setki w porządku alfabetycznym. Żeby zaś zachęcić snobistycznych inteligentów do tego nowego sportu, tłumaczy im zupełnie poważnie, że „chłopi polscy z ich życiem i gwarą są światem równie prymitywnym jak Murzyni” (str. 90) i motywy ich nadają się nieźle do eksperymentów „dadaistycznych".</p> <p class="spip">To wszystko byłoby bardzo rzeczowe, gdyby szło o wprowadzenie jeszcze jednego „prądu", „kierunku", jako kolejnej snobistycznej efemerydy. Lecz ponieważ Żeromski dąży do czegoś nierównie większego, zabiega o stworzenie zupełnie innego zakresu wzruszeń i upodobań, o przeobrażenie całej atmosfery duchowej społeczeństwa, czyli o wielki przewrót kulturalny — środki wskazane są zupełnie z tym zamierzeniem niewspółmierne. Przenosi po prostu na kompleks zjawisk psychicznych, rodzących się w podświadomych strefach ducha ludzkiego, te same metody, które zaleca i propaguje w różnych dziedzinach życia społecznego. Żywsza część inteligencji oraz elita klas posiadających mają przez szereg różnych poczynań społecznych podnieść poziom mas ludowych. Czemużby więc to samo grono ludzi dobrej woli nie mogło stworzyć, według z góry obmyślonej recepty, nowej ludowej kultury — literatury i sztuki — przynieść jej ludowi, tak samo jak mu przynoszą zasady spółdzielczości, organizacji zawodowych, sztukę czytania i pisania? Lecz tu właśnie wychodzi na jaw niewspółmierność tych zagadnień. Elita społeczeństwa, reprezentującego pewien typ kultury, wiele może zdziałać, wiele rozdać z tego, co posiada. Może nawet dojść do poczucia niewystarczalności swych wartości kulturalnych i tęsknoty za czymś innym. Ale nie może nalać z próżnego. Nie może stwarzać wartości ideowych, moralnych, estetycznych nie odpowiadających typowym dla niej formom współżycia, nie będących duchową tych form emanacją.</p> <p class="spip">Czerpać z życia ludu? Czyż mało mieliśmy literackiego chłopomaństwa w przeróżnych sosach? Niedługo już w menu paryskich restauracji będziemy mieli obok zrazy polonais, także sauce a'la Reymont. Tam istotnie chłopi polscy przy pewnej reklamie mogą osiągnąć na jeden sezon sukces Murzynów i innych Botokudów. Lecz zasoby duchowe, tkwiące w masach ludowych, nie przez studia miłośników lingwistyki i etnografii, nie przez adoptację i kooptację kulturalną stać się mogą czymś więcej niż ciekawostką kawiarnianą. Niechże Żeromski uczyni w duchu swej propagandy jedną małą próbę: niechże spróbuje wyrugować z życia sfer kulturalnych niezręczne, sztywne, napuszone zwracanie się per „pan” na rzecz formy „wy”, używanej na całym obszarze ziem polskich przez milionowe masy ludowe. Nie da temu rady.</p> <p class="spip">Co z motywów wskazanych przez Żeromskiego zaczerpnąć może przybyły z miasta literat? Sam projektodawca wymienia jako tematy legendy religijne, rolnicze, pasterskie, zbójeckie, górnicze. Coś z tego może przemówić do wyobraźni, ale z góry rzec można, że nic z tego nie porwie wrażliwszej i bardziej rozbudzonej części dzisiejszej wsi. Bo pominięte jest tu to, co przemawia najsilniej: legendy o okrucieństwie panów i wspomnienie krzywd chłopskich. Jeżeli Żeromski o tej skarbnicy tematów zapomniał, to dowiódł tym, że nawet najlepsi przedstawiciele dzisiejszego społeczeństwa nie mogą wczuć się w obcy im świat zainteresowań; jeśli zaś pominął je świadomie, jako „niebezpieczne", to stwierdził tym samym, jak ciasny krąg poruszeń ma planowana przezeń akcja odrodzenia kulturalnego „z góry". Każda klasa społeczna, budząca się do życia kulturalnego, karmi się przede wszystkim tym, co sprzyja jej dążeniu wzwyż — motywami klasowymi. „Wesele Figara", dla nas tak niewinnie pocieszne, było w swoim czasie sztuką rewolucyjną, antyszlachecką i tym przemawiało do publiczności mieszczańskiej i ludowej. I dziś w Polsce niejeden chłop marzy o własnym chłopskim piśmiennictwie, jak Szela w „Turoniu", „żeby się znalazł taki — nie z was, ino z nas — coby pisać umiał, ażeby nadto tak wszystko pamiętał, jak Bóg pamięta...” Niekoniecznie musi to być chłop z chłopa, może być — są na to liczne przykłady historyczne — wychodźca z wyższej klasy społecznej, ale musi spalić wprzód w duszy bardzo wiele z tego, co wessał w dawnym środowisku. Jedyny sposób „czerpania z ludu", to wlać się samemu w jego dążenia i aspiracje, bez reszty.</p> <p class="spip">Ten to pierwiastek klasowy, który Żeromski pomija, jest najistotniejszy i jedynie istotny. Tylko przez swoją klasową samowiedzę, klasową dumę, wolę stania się „z niczego — wszystkim", według słynnej formuły „stanu trzeciego”, mogą dojrzewające klasy narodu wnieść nowe wartości do więdnącej kultury warstw wyższych. Łatwo się o tym przekonać. Mieszczaństwo nasze nigdy tej klasowej samowiedzy nie posiadało, nie karmiło jej walką ze światem szlacheckim. Dlatego tak mizerny, jak nigdzie indziej, był jego wkład kulturalny, gdy siłą zewnętrznych okoliczności zostało powołane do współrządów w narodzie. Połaniecczyzna obezskrzydliła tylko ducha szlacheckiego i ku tak oszpeconemu rychło jęła zanosić swe ofiary i modły.</p> <p class="spip">Bardziej jeszcze poglądowe przykłady, bo porównawcze, dają nam losy literatury polskiej w trzech byłych zaborach. W byłym zaborze pruskim mamy typowy przykład „podnoszenia" ludu przez klasy wyższe. Nie było tam żadnej walki wewnątrz społeczeństwa polskiego, natomiast nacisk niemczyzny wywołał niesłychanie intensywną akcję kulturalną klas wyższych wśród ludu za pośrednictwem duchowieństwa i działaczy świeckich. Rezultaty w dziedzinie materialnej kultury wypadły wspaniale. Lecz życie duchowe, pozbawione, wobec braku wyraźnych aspiracji klasowych, bodźca i współczynnika samoistnej twórczości ludowej, płynęło coraz węższym łożyskiem, aż stało się jedną wielką pustynią. Po prostu zatęchło w ograniczonym światku szlachecko-mieszczańskim jak powietrze w szczelnie zamkniętym pokoju. Nigdzie też język polski tak nie skostniał i nie zubożał, jak w Poznańskiem. Kasprowicz i Przybyszewski zbiegli z tej pustyni materialnego dobrobytu do brudnej, głodnej, obdartej Galicji. I niepodobna tej nędzy duchowej zwalić na Niemców, bo warunki życia duchowego były tam nie gorsze, lecz lepsze niż w Kongresówce. Raczej wpływowi Niemców i współzawodnictwa z nimi przypisać trzeba, że energie tam doszczętnie nie zetlały i bodaj na innych polach zachowały swą prężność. W byłym zaborze rosyjskim wartkim strumieniem do życia duchowego wlał się ruch proletariacki, któremu literatura tu wyrosła zawdzięcza niesłychanie wiele. I twórczość Żeromskiego, zawsze odpychającego wszelką klasowość, obfite ciągnęła soki z socjalizmu. Wielu wyklinało miazmaty pokonanej rewolucji, lecz wszyscy nieświadomie wdychali zawarte w atmosferze społecznej jej pierwiastki ożywcze.</p> <p class="spip">W byłej Galicji podobną rolę odegrał klasowy ruch chłopski. Tu wystarczy stwierdzić, że bez hardego, rozmaszystego, świadomego swej roli dziejowej ruchu chłopskiego, nie mogłoby powstać „Wesele” Wyspiańskiego.</p> <p class="spip">Żeromski przepowiada w pewnym miejscu swej książki, gdy w przeciwstawieniu do burzycielskich metod bolszewickich roztacza swoją wizję potężnej pracy organicznej w Polsce, „że synowie chłopów, ukończywszy studia, staną się twórcami kultury nieszlacheckiej, nowej, nieznanej”. Ale nie jest mu obca świadomość, do jakich wyników kulturalnych doprowadzić musi zachwalana przezeń metoda windowania mas ludowych na wyższy poziom, traktowanie ich wyłącznie jako przedmiotu oddziaływania, a nie jako siły działającej. Wprost mówi w innym miejscu (str. 144), że, w następstwie takiego układu stosunków chłop na całym obszarze Polski upodobni się do pomorskiego „gbura”. Tak oczywiście nie będzie, gdyż klasowa samowiedza chłopska jest, poza byłym zaborem pruskim, już bardzo wysoka. Ona to zmusi w dalszym rozwoju elitę chłopską — bodaj przejściowo, do aspiracji duchowych, których „gbur" pomorski nie miał nigdy. Ale Żeromski pomija zupełnie czynnik samowiedzy klasowej. Skoro zaś go pomija, słusznie liczy się z tym, że wykształceni w szkołach synowie chłopscy, rzekomi twórcy „nowej, nieszlacheckiej kultury", pchać się będą skwapliwie po drabinie snobizmu do kultury szlachecko—mieszczańskiej, wprowadzając w sam miąższ narodu jej język „mały, skąpy", zamiast „ogromu mowy ludowej". Tak by istotnie być musiało, choćby synów chłopskich, kończących studia, były dziesiątki tysięcy. Inaczej będzie jedynie w tym wypadku, jeżeli chłopstwo, na równi z klasą robotniczą, zda nie indywidualnie, lecz zbiorowo, jako klasa społeczna, egzamin dojrzałości politycznej. Za nic nie chciałby jednak Żeromski budować czegokolwiek na takiej ewentualności. Jak ognia piekielnego obawia się on wszelkiego samoistnego ruchu z dołu. Jednocześnie zaś widzi niebezpieczeństwo, jakie brak tego ruchu stwarza dla drogich mu skarbów ducha polskiego: wymieranie gwar, jałowienie polszczyzny. Obmyśla sposób zapobieżenia temu i znajduje — jakże charakterystyczny! Przeprowadzić trzeba pod kierunkiem uczonych profesorów, przy pomocy zastępu dobrowolnych współpracowników, jak najszybszą rejestrację wyrazów gwarowych. Przyszli literaci polscy będą mogli, nawet po wygaśnięciu gwar, wzbogacać swój język ze słownika prof. Nitscha. Wyjście proste i logiczne. Wszak on, Żeromski, umiał odszukać i nawet znaleźć praktyczne zastosowanie dla wyrazów tak zamierzchłych, jak „samborza", „trzem", „sąpierz".</p> <p class="spip">Jest w tym podziwu godna konsekwencja, ale jest też dojście ad absurdum, wskazujące niechybnie błąd w założeniu. Błąd ten znamy, wiemy z czego powstał, lecz zbić go nie było sposobu: chronił się za olśniewające „cudy”, krzepił się doraźnymi tryumfami, znikał w obłoku tęczowych złudzeń, uchodził z oczu korytarzykiem bezwiednych wybiegów. Tu go dopiero mamy w zaułku bez wyjścia. Nie poddaje się oczywistości i oczekuje trzeciego cudu.</p> <p class="spip">W czarnych, odstręczających barwach ukazuje Żeromski w swej książce — snobom ku przestrodze — brutalność rewolucji i współczesnej poezji rosyjskiej. Nie może jej jednakże odmówić zalety, którą pragnąłby widzieć, oczywiście jako samoistny dorobek, w literaturze polskiej: głębokiego zespolenia z życiem, tęsknotami i mową mas ludowych. Wie też zapewne Żeromski, choć o tym nie mówi, że także teatr ludowy, będący jego marzeniem, jest w Rosji żywym i żywotnym faktem, że niezależnie od scen stałych, wre tam w pełni życie teatralne w każdym niemal zbiorowisku ludzkim. W czasach najgorszej nędzy teatr podnosił rytm życia, krzepił energię, budził siły twórcze.</p> <p class="spip">Mimo woli narzuca się porównanie z tym, co w Polsce jest wciąż jeszcze tylko marzeniem niewielu. I tu wyrywają się Żeromskiemu słowa następujące: „Któż bowiem może wiedzieć, czy od wpatrzenia się z pasją i wzruszeniem w dzieje i życie wyjarzmionej ziemi, w życie ludu, w jego obyczaj tak wieloraki, nie wykwitnie w duszy artysty rodzaj nowy, sposób nie znany jeszcze na świecie i może nareszcie nasza własna polska sztuka, nie przeniesiona z zagranicy, nie czerpana z innej narodowej twórczości. Okazało się przecie, iż w Rosji... taka właśnie nowa sztuka wyczarowana została z życia, mowy i wierzeń ludu, przez Jesienina i innych". (Str. 73. Podkr. moje. Przyp. aut.).</p> <p class="spip">Trudno o bardziej rozbrajające przyznanie słabości swego stanowiska. Przecież to, co się „okazało” w Rosji, przyszło w następstwie olbrzymiego przewrotu, który wstrząsnął do głębi życiem mas ludowych i pchnął je na inne tory. Ten przewrót Żeromski najsurowiej potępia, gdyż towarzyszył mu przelew krwi i zbrodnie. Ale odrzucając polityczno-społeczną stronę zjawiska, chciałby posiąść podobną energetykę w dziedzinie kulturalnej. Oczywiste niepodobieństwo! To, czego tym razem spodziewa się Żeromski, byłoby cudem bez cudzysłowu, czyli takim, jakich właśnie nie bywa na tym padole przyczyn i skutków. Z punktu widzenia dynamiki życia społecznego przypuszczenie czegoś podobnego jest taką samą niedorzecznością, jak z punktu widzenia embriologii pragnienie zajścia w ciążę przez „zapatrzenie się" i urodzenie bez brutalnych cierpień cielesnych.</p> <p class="spip">Błąd leży jak na dłoni: negowanie walki klas jako czynnika rozwoju. Jest to Żeromskiego błąd zasadniczy, źródło całego szeregu pomyłek i głębokich nieporozumień w ocenie zjawisk polityczno-społecznych. Pośrednio, przez wynikające stąd uprzedzenia i podświadome obawy, krępujące intuicję twórczą, błąd ten mści się także od strony artystycznej, jak to najdobitniej widzieliśmy w „Turoniu".</p> <p class="spip">Wiemy, że pojęcie walki klas od początku działalności pisarskiej Żeromskiego wchodziło w kolizję z najdroższą dlań ideą jedności narodowej. Rewolucja 1905 roku dodała do tego nieprzezwyciężoną odrazę uczuciową. Znaczenie tego czynnika dojrzał najgłębszy krytyk Żeromskiego, Stanisław Brzozowski, kiedy pisał: ..„Gdyby twórczość rozwijała się konsekwentnie, ukazywałaby powstawanie, rodzenie się mocy; ukazywałaby, jak rodzi się ona w ciemnych, ślepych, odstręczających, nieraz gwałcących duszę postawach... I Żeromskiego f stać byłoby na to, gdyby nie to, że ulega on natychmiast utajonym w jego psychice pokusom. Gdy, mianowicie, wyczuje on brutalną moc, wnet sama brutalność przesłoni mu pierwiastek siły. Ważne stanie się dla niego, że ta siła rani jego uczciwość; patetyczny oddźwięk przesłoni samą treść, która ten oddźwięk budzi" („Legenda Młodej Polski" str. 515. Podkreślenia oryginału).</p> <p class="spip">Jak i inne, na pozór tak mało konkretne uwagi Brzozowskiego, cytata powyższa rozświetla od razu niezmiernie wielki splot zawiłości w „żeromszczyźnie". Znamy legendę hetmańską i jej pozytywne zastosowanie na gruncie Polski wyrwanej z niebytu politycznego. Teraz widzimy ją. jak mocuje się z nieuchwytnym, przez bardzo niewielu w Polsce wespółczutym problematem. Lecz rzeczywistość twardymi kantami naciera ze wszech stron. Zdziera bez litości „wrosłe w ropę ran przepaski złudzeń". Nadchodzi godzina ciężkiego smutku. W takiej godzinie powstały „Pomyłki" — jeden z tych drobnych arcytworów poezji, co ciężarem ołowiu spadają na serce, a perłą jasną pozostają w pamięci.</p> <p class="spip">Spełniło się w jasnym słońcu opylenie łanu zbożowego. Lecz oto nadciąga gradowa chmura.</p> <p class="spip">„Moje rozumienie było zawsze pomyłką. Każdy uczynek, każdy akt dokonany przez moje serce — chybiał celu. Wszystko zawsze inaczej wypadało, niżem zamierzył, przewidział, obliczył. Wszystko inaczej się stało, niżem wyśnił. Poza moim logicznym wywodem wszystko szło stronami swoją własną drogą. Z ciemności nad moje pole wypadała burza. Z ciemności wychodziła na mnie śmierć. Czasami, kędyś w dali, spotkała się linia mojego wymiaru i rysunku z linią innego wymiaru, nie moją — ale tak daleko — w tak nieskończonej odległości, żem to mógł zobaczyć jedynie w przywidzeniu. A wtedy było mi już wszystko jedno. Tryumf mój bywał tak niewidoczny, niedostrzegalny, że się zamienił w krótki, mały, samotny półuśmiech, istny punkt geometrów.” Takiego punktu geometrycznego wypatruje teraz, niby ostatniej reduty, wielkie serce w cierniowym gąszczu pomyłek.</p> <h3 class="spip">IV. UWAGI NA MARGINESIE</h3> <p class="spip">Kryterium, stosowane przeze mnie w tej pracy nie jest zarejestrowane w rzędzie patentowanych sposobów krytyki literackiej. Sądzę jednak, że co najmniej w stosunku do Żeromskiego metoda ta wytrzymuje próbę. Bo gdy teraz, po wyjaśnieniu postawy twórcy wobec wielkich zagadnień społecznych i kulturalnych, powrócimy do „Przedwiośnia , jesteśmy od razu jak w domu i z niezmąconym humorem patrzeć możemy na harce krytyków dokoła tej powieści. Wiemy, dlaczego Żeromski musiał dojść do przeświadczenia o konieczności „trzeciego cudu . Ten sam problemat w innej nieco płaszczyźnie daje nam już „Snobizm i postęp"- W „Przedwiośniu" przybiera on zarysy groźne i tragiczne wskutek uwidocznienia tego, rzec można, fizycznego zjawiska, że próżnia bezideowości i beztwórczości w Polsce powoduje ciśnienie z zewnątrz, między innymi także w postaci „wiatru od wschodu".</p> <p class="spip">„Oświecona opinia" chce wszelkimi siłami uważać ten tragizm za wymysł literacki. Szczytem takiej poczciwej patriotycznej bufonerii jest pretensja p. Dębickiego (z „Kuriera Warszawskiego"), żądającego od autora „Przedwiośnia" — ni mniej, ni więcej — tylko napisania „drugiej części tej powieści, „Wiosny" prawdziwej, budzącej wiarę, nadzieję i otuchę"... Wiecznie stare dzieci chcą, żeby je ululać do snu ładną bajeczką.</p> <p class="spip">A przecież Żeromski wcale nie przejaskrawił swej myśli przewodniej. Można mu raczej zarzucić, że ją w „Przedwiośniu" przesadnie złagodził, bądź świadomie, bądź wskutek właściwości psychicznej spostrzeżonej już w swoim czasie przez Brzozowskiego; przy zetknięciu z brutalnymi przejawami życia ludzkiego brutalność zasłania Żeromskiemu resztę. Dlatego w rewolucji bolszewickiej dostrzega on jedynie niszczący żywioł. Dzieło tego przewrotu to „kadłub tylko, co krwią bucha". Wpływ jego to pewnego rodzaju chorobliwa psychoza destrukcji i zbrodni, którą przezwyciężyć można świadomą mobilizacją sił moralnych społeczeństwa polskiego.</p> <p class="spip">Ten sąd o bolszewizmie odpowiada utartej i bezapelacyjnie uświęconej w Polsce opinii. Na tym punkcie zgadzają się ludzie różniący się biegunowo w każdej innej kwestii. Sprzeciwiać się w czymkolwiek temu ustalonemu dogmatowi jest i nieprzyjemnie, i niewygodnie.</p> <p class="spip">A jednak trzeba. Nie wolno potakiwać błędom nawet powszechnym. Pamiętać trzeba, jak strasznie pomściło się na Polsce zaślepienie opinii szlacheckiej, nie chcącej widzieć, co się dzieje poza granicami Rzeczypospolitej. Prześlepiono zarówno wzrost potęgi pruskiej, jak przeistoczenie się moskiewskiego carstwa w europejskie mocarstwo. Chełpliwość szlachecka łatwo przechodziła do porządku (a raczej nieporządku) dziennego ponad wszystkim, co inne, „podlejsze nacje" mogą wymyśleć czy przedsięwziąć. W dziwaczny sposób ta obojętność na zmiany samych podstaw bytu w innych krajach kojarzyła się z małpowaniem cudzoziemszczyzny w zewnętrznych błachostkach. Jest rzeczą z pierwszego wejrzenia niepojętą, jak ludzie, znający historię, mogą do rozwijających się w ich oczach wielkich wydarzeń stosować bezkrytycznie miarę kurierkową. Wytłumaczenie jest wszakże proste. Po pierwsze — znać historię (fakty) nie znaczy jeszcze wcale pojmować historię (procesy). Po wtóre — historię równie dobrze jak współczesność można trawestować wedle potrzeby serca. Czynił to Żeromski i na polach cecorskich zatracił raz na zawsze zmysł historyczny. Przed laty, w paryskiej Bibliotece Narodowej wpadło mi do rąk dzieło, które przerzucałem wówczas jako ciekawostkę bezpowrotnie minionej epoki. Autor, jakiś skrzętny szperacz, którego nazwisko wyleciało mi z pamięci, zebrał współczesne z rewolucją francuską głosy prasy europejskiej, wyjątki z broszur, pamfletów, przemówień w Izbie Gmin i Lordów, dotyczące wypadków we Francji. Odgrzebanie dziś tej książki byłoby niezmiernie pouczające. Może się tym zajmie Tuwim dla swego „Dyliżansu”. Okazałoby się bowiem, że literalnie wszystko, co się dziś mówi i pisze o bolszewikach, było już 130 lat temu powiedziane i napisane o jakobinach. Historia zawyrokowała inaczej, a to co było niegdyś niewzruszoną opinią oficjalnej Europy o Francji rewolucyjnej, tuła się dziś co najwyżej po zakrystiach, nie licząc redakcji niektórych gazet. Mieszczuch brytyjski sprzed 130 laty miał przeświadczenie, że jego dziadowie dokonali rzeczy wielkiej, rozprawiwszy się ze Stuartami, lecz współczesną mu rewolucję francuską odsądzał od czci i wiary. Dziś szanowny historyk Aulard parafrazuje ten pogląd, gdy potępia „poziomy materializm" przewrotu bolszewickiego w przeciwstawieniu do „wzniosłego idealizmu" rewolucji jakobińskiej. Polska, sąsiadująca z państwem Sowietów, nie może sobie pozwolić na zbytek długotrwałej autosugestii w ocenie tworzącej się o miedzę formacji dziejowej. „Nieustraszonymi oczyma", jak mówi Żeromski, wpatrzeć się musi w to, co tam wyziera z mgławicy rewolucyjnej. Tymczasem pojęcia nasze opierają się przeważnie na przeżyciach i wrażeniach z lat 1918-1920. Sądzimy o krajobrazie na podstawie zdjęcia migawkowego, dokonanego w czasie szalonej wichury. Tworzymy sobie więc zdanie, że w tym dziwnym kraju drzewa rosną nie pionowo, lecz pałąkowato, nachylone w jedną stronę, a także, że różne przedmioty u nas nieruchome, tam mają zwyczaj bujać w powietrzu. Żeromskiego „Snobizm i postęp" daje nam szereg takich sądów zdumiewająco powierzchownych. Niezrównany znawca własnego kraju, słyszący, zda się, jak trawa rośnie na ojczystej glebie, gubi się w kataklizmie rewolucji rosyjskiej, nie umie wyłuskać jej spraw istotnych z mnóstwa fenomenów drugorzędnych lub zgoła przypadkowych. Walka, w której przez szereg lat krwawiły kraje byłego imperium, ukazuje mu się w zarysach wręcz karykaturalnych. Wymawia poetom rosyjskim, że „nie widzą, albo udają, że nie widzą, straszliwego przelewu j krwi dokonanego przez zwolenników jednej doktryny na zwolennikach innej doktryny.” Szczyci się, że Polska nie ma żadnej takiej doktryny, wymagającej krwawych ofiar.</p> <p class="spip">Nie wiem, jakie jest zdanie Żeromskiego na przykład o wojnach husyckich. Przez analogię z jego opinią — wyżej przytoczoną — należałoby wnioskować, że widzi w nich bezmyślną i zbrodniczą walkę między zwolennikami a przeciwnikami „kielicha" (komunii pod postacią wina). Jednakże bez tych obłędnych „doktryn" pozostałoby dziś z narodu czeskiego tyle, co Słowian nadłabskich, a i polskie piśmiennictwo narodowe wydobyłoby się zapewne o wiele później z powijaków łaciny. Dziwny zaiste związek między doktrynerstwem „kielicha" a naszą literaturą zygmuntowską! Podobne doktryny, mniej lub więcej naiwne z naszego punktu widzenia, przyświecały wszystkim wielkim ruchom dziejowym. Upatrywać w nich sedno rzeczy znaczy tyleż, co widzieć powody wojen w odmiennej barwie sztandarów państw wojujących. W najnowszej poezji rosyjskiej szczególnie razi Żeromskiego jej brutalność, matierszyna, oraz upodobanie w bluźnierstwach. Nawiasem mówiąc, niezupełnie słusznie przypisuje Żeromski narodowi rosyjskiemu wyłączny tytuł do wynalazku matierszyny: folklor polski zna wyrażenie bardzo pokrewne i również dość rozpowszechnione. Podobną formułę dosadnej dezaprobaty słyszałem wśród chłopów bułgarskich. Przypuszczać należy, że jest to niezmiernie stary, wspólny dorobek plemion słowiańskich. Mylny byłby stąd wniosek o pogardliwym stosunku rasy słowiańskiej do kobiety i macierzyństwa. Raczej przeciwnie. Bluźnierstwo istnieć może tylko tam, gdzie jest ubóstwienie, albo tam, gdzie tworzy się kult nowy na miejscu starego. Wszystkie ruchy wyzwoleńcze, jakie ludzkość pamięta, miotały obelgi bóstwom. Gdy wczorajszy niewolnik prostuje kark, odczuwa przede wszystkim gwałtowną potrzebę umocnienia w sobie poczucia własnej wielkości. Potrzebie tej daje wyraz przez urąganie nie tylko wszystkim potęgom ziemskim, ale także mocom pozaświatowym, pozaludzkim.</p> <p class="spip">Krowiu plujom zażorno</p> <p class="spip">Bogu w jurodiwyj wzor...</p> <p class="spip">Żeromski cytuje te wiersze jako rys specyficzny duszy rosyjskiej. Ale z górą sto lat temu śpiewał rewolucyjny Paryż:</p> <p class="spip"><i class="spip">_ Qu'est ce que veut le bon rèpublician? <br />La liberté du genre humain. <br />Le Christ a la voivie <br />La Vierge à l'êcurie _ Et le Saint-Pierre au diable!</i></p> <p class="spip">Pierwszym bluźniercą był Prometeusz szarpiący swe łańcuchy. Prometejską jest każda wielka rewolucja.</p> <p class="spip">Jeśli już z rymów i piosenek — piany na powierzchni fali — wnosić o tym, co się w głębi kotłuje, to pozwolę sobie, za przykładem Żeromskiego, zacytować w łacińskiej transkrypcji bezimienną piosenkę, zaczerpniętą z jednej z niezliczonych ściennych gazet" fabrycznych (gazeta-afisz). Śpiewa się to najwidoczniej na najpospolitszą mużycką melodię — ..Komarinskij":</p> <p class="spip">_<i class="spip"> Dien' i nocz kipit robota w mastierskich — <br />Parowozy remontirujutsia w nich. <br />Każdyj raz, kogda prichodit k nam zapros <br />Wypuskajem my gotowyj parowoz. <br />Kraskoj łakowoj okraszennyj, <br />Naduszennyj, napomażennyj, A za nim wagonów tridcat' , tridcat' piat' <br />Cztob było jemu wiesieleje bieżat. <br />Ech! leti, leli żelaznyj nasz Drakon! <br />Zaniesi w Moskwu towariszczam pokłon! itd. </i></p> <p class="spip">Warto się nad tym zastanowić. Kiedyś - w czasach patriarchalnych lub w środowisku drobnego rzemiosła — istniały pieśni pracy. Lecz proletariusz fabryczny śpiewa tylko swoją niedolę, nienawiść klasową, przyszły dzień zapłaty.</p> <p class="spip">Hasło wydajnej, intensywnej pracy jest dziś powszechne. Rosja nie świeci pod tym względem przykładem. W zakładach Forda pracuje się intensywniej niż w fabrykach sowieckich. Ale traktaty o wydobywaniu maksimum pracy z niewolników znajdujemy już w starorzymskiej literaturze agronomicznej. Nowy jest tu nie fakt ekonomiczny, lecz zjawisko ideologiczne — przejaw nowej świadomości zbiorowej. Wielość przejawów podobnych stanowi przewrót kulturalny, czyli to, czego Żeromski z utęsknieniem wyczekuje w Polsce.</p> <p class="spip">Być może, że jest to rzecz przypadkowa lub wymyślona przez sprytnych agitatorów. Istnieje jednak objaw inny, powszechniejszy, tej samej kategorii. Poemat Majakowskiego „150 milionów", który odstręczył Żeromskiego swoją brutalnością, zawiera nie tylko mityczną walkę „Iwana”z „Wilsonem” Najpiękniejsza pieśń tej futurystycznej „byliny" (jeżeli wolno się tak paradoksalnie wyrazić) obrazuje walkę Iwana z razruchą - ruiną gospodarczą. I nie da się zaprzeczyć, że odbudowa gospodarcza w Rosji bardziej niźli w jakimkolwiek innym kraju czyni wrażenie świadomego zbiorowego wysiłku. Żadna prasa świata nie poświęca tyle miejsca sprawom i zadaniom gospodarczym, co prasa sowiecka. Stosunek do tych spraw jest inny. Wszędzie na świecie zajmują one bezpośrednio zainteresowanych lub uczonych fachowców. W Rosji uruchomienie nowej fabryki, podniesienie z ruiny nowej gałęzi pracy interesuje i porusza szeroką publiczność.</p> <p class="spip">Wiadomości o dowierceniu nowych szybów naftowych lub o stanie zasiewów witane są niemal jak biuletyny z placu boju. Naturalnie, przyczyniła się do takiego stanu umysłów kilkoletnia ruina, która dała uczuć każdemu jego zależność od zaniku czy rozwoju sił wytwórczych kraju. Ważny jest ten rezultat: unarodowione są nie tylko fabryki, lecz także troska o los tych fabryk, o ich przyszłość. Gdzie indziej istnieją przedsiębiorstwa, istnieje rynek towarowy i rynek pracy; w Rosji jest już pracowisko społeczne.</p> <p class="spip">Ostatecznie to wszystko może być — jako zjawisko niematerialne — dowolnie negowane, uznane za przywidzenie, przesadę lub wytwór agitacji. Przejdźmy tedy do faktów ekonomicznych, twardych, określonych i niewątpliwych, i spróbujmy zdać sobie sprawę, czym jest, jakie tendencje wykazuje i jaką myśl przewodnią wyraża sowiecki ustrój gospodarczy. Zaznaczmy z góry, że jest nam zupełnie obojętne, czym ten ustrój chce być, jak sam siebie interpretuje ideologicznie. Tak samo nie obchodzi nas moralna ocena zaszłych przekształceń. Gwałt dokonany jest również faktem dokonanym. Takim faktem dokonanym i kamieniem węgielnym słynnego „Nepu" jest upaństwowienie wszystkich podstawowych organów życia gospodarczego: banków, transportu, źródeł energii, wielkiego przemysłu i handlu. Poza tym — cały mechanizm społeczeństwa kapitalistycznego doznał zmian stosunkowo nieznacznych i funkcjonuje na ogół w ten sam sposób, co w reszcie świata. Ramy ustawodawcze ekonomiki sowieckiej (kodeks cywilny, ochrona pracy, opieka społeczna itd.) pomimo licznych innowacji nie stoją zasadniczo w sprzeczności z kodeksami innych krajów.</p> <p class="spip">Sowieckie przedsiębiorstwa państwowe różnią się jednak gruntownie od starych monopolów fiskalnych. Zorganizowane są bowiem na podobieństwo nowożytnych trustów i koncernów kapitalistycznych. Dzięki temu — i w tym jest sedno rzeczy — panują one nad życiem gospodarczym kraju zupełnie tak samo, jak gdzie indziej trusty i koncerny prywatne.</p> <p class="spip">Tu zaczynają się niespodzianki, a nawet pewnego rodzaju paradoksy. Takim paradoksem jest na przykład fakt, że państwo, gdzie do niedawna handel był policyjnie wzbroniony, gdzie byle stragan uchodził za narzędzie kontrrewolucji, jest dziś jedynym państwem świata, wyrzekającym się zupełnie reglamentacji rynku środkami administracyjnymi. Środki te — notorycznie nieskuteczne — zostały zastąpione przez interwencję ekonomiczną potężnych instytucji państwowych. Imponującym tego przykładem była walka z następstwami nieurodzaju 1924 roku. Powstrzymanie się organów państwowych od zakupów zboża na obszarach nieurodzajnych i sąsiednich podcięło od razu machinacje spekulacyjne. Wczesne nagromadzenie zapasów zboża amerykańskiego dokonało reszty. Gdy prywatni piekarze w Rostowie nad Donem spróbowali wyśrubować cenę chleba, nie zabroniono im tego policyjnie, lecz piekarnie spółdzielcze, przy poparciu centralnych instytucji gospodarczych, podwoiły w ciągu kilku dni swój wypiek i zmusiły konkurencję prywatną do uległości.</p> <p class="spip">Stąd wysnuć możemy pierwszy rys charakterystyczny Rosji porewolucyjnej; rozszerzenie suwerenności państwa nie w sensie osławionego terroru i despotyzmu politycznego, lecz przez objęcie dziedziny ekonomicznej. Obok potężnych atrybucji administracyjno-sądowych, fiskalnych i oświatowych, właściwych wszystkim państwom nowożytnym, staje się ono nadto największą potęgą gospodarczą. Pozostawiając swobodę działania pomniejszym strumykom przedsiębiorczości prywatnej, korzysta z naturalnej przewagi wielkiego kapitału i z żywiołowego procesu dalszej jego koncentracji.</p> <p class="spip">Ciekawe właściwości ujawnia ten system w stosunkach zewnętrznych. Bolszewicki pomysł monopolu handlu zagranicznego wywoływał do niedawna pogardliwe wzruszenie ramion. Jednakowoż, handel zagraniczny Sowietów wzrasta niezmiernie szybko, a osobliwy system tego handlu pozwala na zdumiewające eksperymenty. Republika Sowiecka jest dziś jedynym państwem świata, układającym z góry swój bilans handlowy, jak się układa budżet. Pozycje przewozu są ściśle uzależnione od koniunktury wywozowej. Gdzie indziej dyskutuje się nad tym, czy bilans handlowy wypadnie czynny, czy bierny; w Rosji stawia się pytanie, czy w danych warunkach można, czy nie można pozwolić sobie na przewyżkę przywozu nad wywozem.</p> <p class="spip">Ale szczytowym punktem i — nie waham się tego powiedzieć — historyczną racją bytu systemu sowieckiego jest jego stosunek do światowych potęg kapitalistycznych. Rozszerzenie t suwerenności ekonomicznej staje się tu rozszerzeniem p o jęcia suwerenności narodowej. Upaństwowienie tutaj dopiero staje się unarodowieniem w ścisłym znaczeniu wyrazu. Wynika to przede wszystkim z tego faktu, że najbardziej wartościowa i najważniejsza część obiektów upaństwowionych (wielką własność ziemską oddano chłopom) — nafta, węgiel, metalurgia — należała do kapitału zagranicznego. Wywłaszczenie obcych posiadaczy tych warsztatów pracy daje się, z narodowego punktu widzenia, porównać z tym, czym byłoby dla Polski upaństwowienie przemysłu górnośląskiego. W Rosji przedwojennej jedna firma francuska, Louis Dreyfus et. Co., panowała nad rynkiem zbożowym, regulując dowolnie eksport i ceny. Rosja porewolucyjna nie godzi się z rolą eksploatowanej kolonii. Potędze akumulowanych w ciągu wieków kapitałów Zachodu przeciwstawia ona maksimum koncentracji własnych zasobów w ręku państwa. Proklamuje zasadę, że państwo, którego ważne ośrodki gospodarcze są w posiadaniu obcego kapitału, nie może być uważane za państwo istotnie niepodległe. Swój niebywały system ekonomiczny zwraca, jako potężną fortyfikację obronną, przeciwko temu, co określa się tam mianem kapitalistycznego imperializmu. Dopiero z tak umocnionej pozycji prowadzone są rokowania o jakimś modus vivendi — regulacji długów, kredytów, koncesji. Rozszerzony zakres suwerenności państwowej najsilniejszy znajduje wyraz w sprawie koncesji. Warunki sowieckie, z punktu widzenia kapitału przywykłego hasać po całym globie, są drakońskie. Sprowadzają się one do dwóch kardynalnych zasad dotychczas niewzruszonych: 1) ścisła kontrola państwowa, 2) czasowość koncesji. Kontrola jest skutecznie zapewniona dzięki monopolizacji banków i aparatu kredytowego, którego żadne przedsiębiorstwo, działające w Rosji, ominąć nie może. Czasowość polega na przejściu, po upływie określonej liczby lat, przedsiębiorstw stworzonych przez kapitał zagraniczny — na własność państwa.</p> <p class="spip">Na podstawie tych faktów stawiam tezę, że rewolucja rosyjska pomimo swych haseł kosmopolitycznych jest — przynajmniej w fazie obecnej — przede wszystkim rewolucją narodową przeciwko nowożytnemu feudalizmowi finansowemu. Nie jest to rewolucja społeczna, przewidziana przez Marksa jako następstwo szczytowego uprzemysłowienia i koncentracji kapitału, lecz bunt krajów eksploatowanych przeciwko służebności ekonomicznej na rzecz kraju starego kapitalizmu. Dlatego ruch ten idzie ze Wschodu na Zachód, ogarniając kraje gospodarczo uzależnione, o słabym kapitalizmie rodzimym, a stosunkowo licznej klasie robotniczej, tworzonej przez kapitał zagraniczny; dlatego zapuszcza korzenie w krajach kolonialnych i półkolonialnych, wszędzie tam, skąd płynie do Londynu, Paryża, Brukseli i New Yorku obfite lenno lichwiarskich procentów i tłustych dywidend. Już od układu sił społecznych w danym społeczeństwie, od ekonomicznie i historycznie uwarunkowanej jego struktury kulturalnej zależeć będzie, czy na czele tego ruchu stanie, jak w Rosji, proletariat, potężnie wsparty na chłopstwie, czy młoda burżuazja, jak w Indiach, Chinach, Turcji, Egipcie. Również bardzo złożony, dziś jeszcze niejasny splot koniunktur gospodarczych i politycznych zadecyduje o wzajemnym stosunku między tym buntem narodów-wasalów a ruchem proletariackim w krajach starego kapitalizmu.</p> <p class="spip">To pozwala nam zrozumieć taniec polityczny wykonywany od kilku lat dokoła Niemiec — od traktatu wersalskiego, poprzez kilkadziesiąt konferencji, do programu Dawesa. Niemcy są najmłodszą ze światowych potęg kapitalistycznych, do których grona wdarły się z aplombem w drugiej połowie XIX stulecia. Jeżeli przez przytłaczający haracz odszkodowań zostaną z tego grona wypchnięte, zejdą do rzędu państw-wasalów i w naturalnej tego konsekwencji przyłączą się z całym bagażem do zbuntowanego Wschodu. Pierwszym w tym względzie ostrzeżeniem był traktat w Rapallo, drugim — kryzys rewolucyjny jesienią 1923 roku. Powstrzymać je od tej orientacji może tylko nadzieja powrotu do rodziny mocarstw światowładnych. Oto jest klucz angielsko-amerykańskiej polityki wobec Niemiec.</p> <p class="spip">Pozostawiam na razie otwartym pytanie, dlaczego w Rosji misję narodową spełnia klasa i partia, która na swym sztandarze wypisała międzynarodowość. Wprzód trzeba rzucić okiem na polityczną nadbudowę sowieckiego kapitalizmu państwowego. Panują u nas o tym dość nieścisłe pojęcia. Na przykład rosyjska partia komunistyczna bywa utożsamiana ze stronnictwem w znaczeniu polityczno-parlamentarnym. Takim stronnictwem przestała już ona być od dawna! Dlatego zdołała dotychczas uniknąć losu wszelkiej partii rządzącej — zalewu przez żywioły karierowiczowskie. Najbliżej istoty rzeczy będzie, gdy powiemy, że jest to zakon świecki o surowej regule i żelaznej dyscyplinie. Dostać się do tego bractwa jest bardzo trudno, wylecieć zeń niezmiernie łatwo. Tym się tłumaczy, że liczba jego członków nie przewyższa kilkuset tysięcy. Drugie tyle „wyczyszczono” po przekształceniu otwartego dla wszystkich stronnictwa w zamknięte bractwo.</p> <p class="spip">Ta szczególna ewolucja partii rządzącej uwydatniła się w czasie ostatniego masowego uzupełnienia jej kadr — wyłącznie spośród robotników fabrycznych — po śmierci Lenina. Kandydatury roztrząsano publicznie. Pod uwagę brano cechy charakteru, kwalifikacje moralne i umysłowe. O przekonaniach politycznych niemal nie było mowy, gdyż w środowisku robotniczym „komunista" oznacza dziś tam po prostu to samo, co bon patriotę w czasach Konwencji.</p> <p class="spip">Krótko mówiąc, ewolucja rosyjskiej partii komunistycznej wyraża dążność do wysegregowania z mas ludowych najlepszych i najczynniejszych jednostek, jako elity rządzącej. Można to nazwać arystokracją, lecz arystokracją nie z urodzenia ani majątku, lecz z kwalifikacji osobistych. Faktem jest, że wyrzucenie z partii uważane jest za coś w rodzaju pozbawienia szlachectwa i nieraz pociąga za sobą samobójstwo. Instytucja ta może z czasem zwyrodnieć, jak wszelki twór dziejowy. Na razie jednak stanowi ona niezrównany aparat rządzenia i kontroli państwowej, zapewnia ciągłość władzy i dokładność w wypełnianiu jej dyrektyw, słowem, jest pierwszorzędną siłą moralną i państwowotwórczą.</p> <p class="spip">Według naszych pojęć przekreślenie wolności politycznej i walk partyjnych pociągać za sobą musi martwotę i grobowe milczenie. Coś w rodzaju Rosji Aleksandra III. Lecz Rosja sowietów wre i kipi od klubów, zebrań i zjazdów. Rewolucja rosyjska zmiotła wprawdzie parlament i stronnictwa, ograniczyła rozprawy publiczne w sowietach do spraw konkretnych, lecz stworzyła dla życia publicznego kompensatę w stowarzyszeniu. W przeciwstawieństwie do demokracji zachodniej, która długo walczyła ze zrzeszeniem obywateli, dążąc do roz-proszkowania społeczeństwa na izolowanych, „suwerennych” wyborców, hasłem sowietyzmu jest objęcie wszystkich obywateli przez organizacje zawodowe, spółdzielcze, kulturalno-oświatowe itd. Tu się wyładowują energie i kształcą charaktery. Stąd rekrutują się dzielniejsze siły do samorządów wiejskich i miejskich, do państwowych instytucji gospodarczych i wreszcie do i partii, sprawującej władzę państwową. O tym intensywnym życiu stowarzyszeniowym świadczy między innymi rozwój radio-klubów. Prawda, że radiofonia została tam oceniona od razu nie tylko jako zabawka dla snobów. I nie tylko jako narzędzie agitacji komunistycznej. Czerwony wstyd i zielona zazdrość ogarnąć musi każdego kulturalnego Polaka przy czytaniu świątecznego menu jednej tylko moskiewskiej stacji nadawczej; muzyka, polityka, technika, agronomia, higiena, pedagogika, opowiadania dla dzieci...</p> <p class="spip">Wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu sowiecki system rządzenia nie jest uwarunkowany jedynie przez fakt zagarnięcia władzy drogą gwałtu. Przykłady bałkańskie i włoskie dowodzą, że to nie wymaga tak niezwykłego aparatu, a nawet godzi się nieźle z pozorami parlamentaryzmu. Konieczność osobliwego ustroju politycznego republik sowieckich wypływa z czego innego. Dopóki istnieją w świecie prywatne potęgi finansowe, władza państwowa, która sięgnęła po suwerenność ekonomiczną, nie może być wystawiona na cetno i licho walk i intryg partyjnych. Rozluźnienie rządów dyktatorialnych nie byłoby możliwe, nawet gdyby dzisiejsi władcy mieli zapewniony najpomyślniejszy dla siebie wynik powszechnego głosowania. Żelazna obręcz dyktatury okazałaby się nadal nieodzowną ze względu na siły światowe, które wyzwano do walki. Gra obejmuje kulę ziemską, stawka jest olbrzymia. Nafta, antracyt, mangan, platyna, miedź, złoto, futra, drzewo. Proszę sobie wyobrazić lawinę milionów, gotową sfinansować „niezależną" prasę rosyjską, gdyby mogła istnieć. Standard-Oil'e obu półkul skwapliwie naoliwią wszelką opozycję, wszelki spisek, wszelki zamach. Naftowo-koncesyjne i trustowo-konkurencyjne rewolucje meksykańskie zostałyby wnet zainscenizowane na olbrzymią skalę.</p> <p class="spip">Dlatego przy tym wielkim eksperymencie dziejowym o powołaniu do władzy nie może decydować arytmetyka wyborcza, lecz probierz ideowy i moralny. Lâchons le mot: fanatyzm idei, wsparty na surowej, barbarzyńskiej sile. I przy okazji wspomnijmy aforyzm chłodnego sceptyka, Renana: „En politique n'y a que les fondations barbares qui durent, en religion il n'y a que les affirmations spontanées et, si j'ose le dire, fana tiques, qui soient contagieuses".</p> <p class="spip"><strong class="spip">* * *</strong></p> <p class="spip">Ta przydługa dygresja nie miała wcale na celu reklamy dla naszych wschodnich sąsiadów, lecz wskazanie, że sytuacja jest jeszcze znacznie poważniejsza, niż to wynika z „Przedwiośnia". Musimy wyzbyć się mylnego przekonania, że na Wschodzie wciąż jest jakiś krwawy chaos. Musimy oswoić się z myślą, że tam tworzy się coś nowego, co musi być brane w rachubę nie tylko jako siła zbrojna</p> <p class="spip">Tragizm położenia Polski nie ma tym polega, że tu jest Armia Czerwona, tam — przyczajony niemiecki militaryzm. Straszne jest co innego: nasze nieprzystosowanie do rozmiarów sił żywotnych narastających poza naszymi granicami. Z jednej strony mamy kapitalistyczny Zachód, przewodzony przez klasę i o olbrzymiej przeszłości i wciąż jeszcze niewyczerpanej energii. Burżuazja tamtejsza powoli wyrastała z ciasnych zaułków miast średniowiecznych, stwarzała w zaciekłej walce z kościołem naukę świecką i technikę, hartowała się w zapasach z przywilejami feudalizmu i monarchii, skupiła dokoła siebie narody, ulepiła je na modłę swych pojęć i zasad, dokonała i wciąż jeszcze dokonuje rzeczy epokowych. Po drugiej stronie — nieznane tworzywo dziejowe, wykuwane w bryle ludzkości przez nową klasę społeczną, bulgocącą żywiołowym rozmachem, gotową wziąć się za bary z resztą świata, mającą za sobą krótką błyskawicową epopeę, przed sobą — wiarę w swój wszech ludzki mesjanizm...</p> <p class="spip">Co reprezentujemy my w środku? Czym będziemy w tym twardym świecie, w tej z dnia na dzień piętrzącej się dokoła nas historii? Dla ogromnej większości inteligencji polskiej problemat ten zgoła nie istnieje. Niewielu tylko niepokoi i przeraża. Lecz sposób ujęcia tego problematu przez tych niewielu musi z kolei niepokoić i przerażać. Oczekiwanie „trzeciego cudu”. Zjawi się „coś”, co w naczyniu odbudowanej Polski zamieni wodę w wino.</p> <p class="spip">Chętnie powtarza się frazesy o „przedmurzu Zachodu”. Nieszczególnie wyszliśmy na tej historycznej roli. Poza tym — może czas byłby przestać być czyimś przedmurzem, czy nawet murem, i pomyśleć o własnej budowli.</p> <p class="spip">Z jakiego materiału?</p> <p class="spip">Mamy ideę narodową. Lecz oto ci ze Wschodu anty-patrioci i międzynarodowcy doprowadzają tę ideę do pełni u nas nie znanej. Ich ojczyzna ma nie tylko, jak nasza, niezaprzeczalne prawo do podatku krwi, do najwyższej ofiary - życia ludzkiego — lecz nadto nie kończy się u bariery otaczającej czyjąś własność, czyjś prywatny interes, czyjś zysk.</p> <p class="spip">I tu nie stoimy na gruncie niewzruszonym. Musimy i w tej dziedzinie poddać rewizji nasze dogmaty.</p> <p class="spip">Kiedyś natknąłem się w jednym z dzieł Stanisława Brzozowskiego na zdanie, że Polacy nie mają pojęcia, co to jest nowoczesna świadomość narodowa. Odczyty wałem to twierdzenie wielokrotnie, tak dalece wydawało mi się ekscentryczne. Nie było ono dostatecznie rozwinięte i umotywowane. Autor swoim zwyczajem odskoczył ku dalszym skojarzeniom swej wulkanicznej myśli.</p> <p class="spip">Zrozumiałem je dopiero w świetle historii ostatnich lat. Dostrzegłem na naszej świadomości narodowej piętno snobizmu, którego rolę w dziejach kultury polskiej świetnie, choć powierzchownie, przedstawił Żeromski.</p> <p class="spip">Przeszczepiliśmy, jak w wielu innych wypadkach, gotową roślinę. Nie znamy jej korzeni — tkwią one w obcej glebie odmiennych ustrojów politycznych i społecznych. Nie widzieliśmy jej wzrostu — odbywał się w atmosferze obcej historii.</p> <p class="spip">Naród w znaczeniu plemiennym — etnograficznym czy rasowym — jest bardzo stary. Świadomość narodowa natomiast jest zjawiskiem bardzo świeżej daty. Poprzedziło je poczucie przynależności rodowej i stanowej, obywatelstwo miejskie, lojalność względem pana feudalnego i monarchy, zespół wyznaniowy.</p> <p class="spip">W ciągu dziejów nowożytnych idea państwa narodowego uciążliwie torowała sobie drogę w walce z feudalizmem, ideą dynastyczną i supremacją kościelną. Nie trudno dostrzec, że są to zarazem etapy dojrzewania nowoczesnej burżuazji do roli dziejowej. Istotnie, idea narodowa, od kilku wieków pulsująca głucho w społeczeństwach zachodnich, wybucha od razu, jak Minerwa, w pełnym uzbrojeniu z krateru Rewolucji Francuskiej. Enfants de la patrie — to dzieci republiki jakobińskiej „jedynej i niepodzielnej", dzieci rewolucji.</p> <p class="spip">Z kogo składa się ten świeżo objawiony „naród suwerenny"? Ze wszystkich Francuzów, wyjąwszy arystokratów. Pod rządami Konwencji, kiedy to właśnie krystalizowały się nowożytne pojęcia ojczyzny i patriotyzmu, „patriota" jest wręcz przeciwieństwem „arystokraty". Aż do roku 1848 słowo „patriota" w całej Europie oznaczało rewolucjonistę. Idea narodowa była zatem rewolucyjną ideą, najściślej związaną z ruchem demokratycznym do społeczeństwa bez klasowego, czyli — w ówczesnym rozumieniu — społeczeństwa bez przywilejów stanowych, o jednakowych prawach i obowiązkach obywateli, a więc o wspólnych, powszechnych, „narodowych" interesach. Wówczas, jak dziś, ideał bezklasowego społeczeństwa wyrażał się w idei klasowej, wymierzonej przeciwko klasie uprzywilejowanej. W ówczesnej rzeczywistości bezklasowość miała być osiągnięta przez zniesienie przywilejów szlacheckich, a w okresie ostrej walki rewolucyjnej, przez faktyczne wyłączenie szlachty z narodu. Asymilacja szlachty z narodem burżuazyjnym nastąpiła dopiero w kilkadziesiąt lat później, za Ludwika Filipa, kiedy znikły przywileje urodzenia, a jednocześnie w majątkowym cenzusie wyborczym uwydatniły się nowe przywileje majątkowe.</p> <p class="spip">Te same procesy społeczne i ideologiczne zachodziły w innych społeczeństwach Zachodu, choć w sposób mniej przejrzysty niż we Francji. W Anglii emancypacja burżuazji, rozpoczęta o półtora stulecia wcześniej, posługiwała się głównie ideologią religijną, wskutek czego idea narodowa w świecie anglosaskim pozostała mniej wyraźna (odcienie pojęć: british, english, american). Natomiast w Niemczech i we Włoszech, przy równie jasno jak we Francji wyrażonym charakterze burżuazyjno-demokratycznym, ostrze idei narodowej zwraca się głównie ku urzeczywistnieniu państwa narodowego, a przeciwko państwom dynastycznym, rozdrabniającym terytoria jednojęzyczne. Dążenie do usunięcia różnorodnych, historycznie wytworzonych dziwolągów państwowych i zastąpienie ich przez wielkie jednolite zespoły narodowe wynikało z tych samych żywotnych potrzeb rozwoju ekonomicznego i rosnących aspiracji zmężniałej burżuazji, co usuwanie sztucznych przegród stanowych wewnątrz społeczeństwa.</p> <p class="spip">Gwałtowny przełom ideologiczny następuje w połowie XIX stulecia. Idea narodowa zmienia swą treść. Zmiana ta nie jest dowolna, ani przypadkowa, lecz odzwierciedla nowe przeciwieństwa klasowe powstałe w łonie społeczeństwa kapitalistycznego. Burżuazja ma teraz obok siebie nową klasę rewolucyjną — proletariat. Paryskie dni czerwcowe są hasłem do zwrócenia frontu przeciw nowemu przeciwnikowi. Tam, gdzie ruch burżuazyjno-rewolucyjny nie został uwieńczony zupełnym zwycięstwem (Niemcy, Austria), dochodzi szybko do kompromisu ze szlachtą i dynastią, przy czym burżuazja przeprowadza w miarę możności swój postulat społeczeństwa bezklasowego (równość prawno-polityczna). Zupełne usunięcie przeżytków szlachecko-dynastycznych w Europie środkowej nastąpiło dopiero pod naporem rewolucji proletariackiej w latach 1918-1919, w 130 lat po zdobyciu Bastylii! Tak ciężkie są porody historii.</p> <p class="spip">Od zakończenia cyklu ruchów burżuazyjno-rewolucyjnych jest więc idea narodowa przede wszystkim zaprzeczeniem nowych przeciwieństw klasowych. Z narzędzia ostracyzmu klasowego, zwróconego przeciw szlachcie, staje się ona teraz orężem przeciw separatyzmowi klasowemu warstw pracujących. Jednocześnie na zewnątrz przeradza się w agresywny nacjonalizm.</p> <p class="spip">Ta druga transformacja ma również wyraźne podłoże ekonomiczne. Państwo narodowe, które w swoim czasie wydawało się idealną ramą życia gospodarczego, zostało przerośnięte przez zawrotny rozwój sił wytwórczych. Próby rozwiązania tej sprzeczności idą bądź w kierunku zaboru (i wynarodowienia) obcych etnograficznie terytoriów, bądź ku zdobyciu kolonii, bądź wreszcie ku ekspansji finansowej. Dla pomniejszych państw możliwa jest tylko pierwsza metoda, coraz bardziej zawodna wskutek powszechnego, nawet wśród tak zwanych narodów niehistorycznych, wzmożenie samowiedzy narodowej. Polityka kolonialna, a zwłaszcza niesłychanie giętka i wnikliwa ekspansja kapitału finansowego, dostępne są, z nielicznymi i o wątpliwej przyszłości wyjątkami, tylko dla wielkich potęg starego kapitalizmu. W rezultacie zaciekłego współzawodnictwa i konfliktów zbrojnych jesteśmy dziś w epoce światowego feudalizmu finansowego, który można sobie wyobrazić w postaci olbrzymiej piramidy „sfer wpływu" i zależności ekonomicznej. Szczyt tej piramidy znajduje się kędyś pomiędzy Imperium Brytyjskim a Stanami Zjednoczonymi, lecz przesuwa się coraz widoczniej na drugą stronę Atlantyku.</p> <p class="spip">Tak zmienionej w swej treści ideologii narodowej przeciwstawia nowy czynnik dziejowy — ruch robotniczy — swoją klasowość i swoją międzynarodowość. Klasowość proletariacka jest koniecznym dla każdej nowej klasy społecznej krystalizowaniem się jej samowiedzy. Proletariat odziedzicza po burżuazji jej dawny ideał społeczeństwa bezklasowego, wkładając w to pojęcie bezklasowości już nie treść prawno-polityczną, lecz społeczno-ekonomiczną. Teoretycznie etapy wznoszenia się tego ruchu są podobne do faz ruchu wyzwoleńczego burżuazji. Dążenie do przyszłego społeczeństwa bezklasowego ma w obu wypadkach charakter klasowy, zwrócony przeciwko przywilejom: tam — przywilejom urodzenia, tu — przywilejom majątku. Będąc jeszcze tylko klasą, proletariat ma już poczucie przyszłego hegemona narodu, stara się skupić pod swoim przewodem wszystkie warstwy pracujące, izolować właściwych posiadaczy przywileju, aby w pewnej chwili powiedzieć, jak niegdyś Stan Trzeci: „Naród to ja!" Międzynarodowość robotnicza nie wyklucza bynajmniej poczucia narodowego, które, jako trwały dorobek minionej epoki, wrosło niejako organicznie w psychikę współczesnego człowieka. Jest ona po prostu wyrazem rosnącej międzynarodowej współzależności gospodarczej i wynikającej stąd, coraz żywiej odczuwanej konieczności powiązania państw narodowych w ponadnarodowe zespoły polityczne.</p> <p class="spip">Historia i metamorfoza świadomości narodowej w społeczeństwach zachodnio-europejskich ukazuje nam więc z krystaliczną jasnością, jak idee panujące, zachowując pozorną tożsamość, zmieniają swą treść wewnętrzną i rolę dziejową w zależności od konkretnych warunków, w ostatniej instancji — od zmian w ekonomicznej strukturze społeczeństwa. O tym nie wolno zapominać pod grozą zupełnej utraty busoli orientacyjnej w wartkich prądach i wirach współczesności. Teraz postawmy sobie pytanie: czy nowoczesna świadomość powstała i rozwija się u nas podobnie jak na Zachodzie? Musimy odpowiedzieć przecząco. W dawnej Polsce, wobec zaniku idei dynastycznej, mógł się wytworzyć surogat tej świadomości, ale nie odpowiada on bynajmniej późniejszemu pojęciu narodu. Były trzy stany w Rzeczypospolitej, przy czym pod trzecim stanem wcześniej przestano rozumieć mieszczaństwo, a podstawiono dla symetrii, jako osobny „stan", osobę króla. Był naród szlachecki — reszta nie wchodziła w rachubę. Właściwości etnograficzne poddanego chłopa, a nawet mieszczanina, były rzeczą obojętną. „Korona” reprezentowała na ogół polskość, lecz sfederowana z nią „Litwa” nie była wcale pojęciem narodowym, lecz historycznym. „Naród ruski Rzeczypospolitej” stanowił długo zespół raczej wyznaniowy i począł przeciwstawiać się „Lachom” (częściej „łacinnikom”) dopiero, gdy w Wojsku Zaporoskim wytworzył surogat własnej państwowości.</p> <p class="spip">Nowoczesny patriotyzm przyszedł do nas z jakobińskiej Francji za pośrednictwem Kuźnicy Kołłątajowskiej, Legionów i emigracji polistopadowej. Zostaliśmy przyjęci do „Młodej Europy” witani przez nią z entuzjazmem. Lecz „Młoda Europa” była to młoda — gospodarczo już zwycięska — burżuazja. Patrioci „Młodej Europy" krwawili w rewolucyjnej i klasowej walce z własnymi rodakami o swój ideał narodu i państwa. U nas nie było takiej dźwigającej się wzwyż klasy, która by przyszłość i wielkość narodu związała z własnymi aspiracjami. Kołłątajowcy instynktownie odczuwali ten brak organiczny w naszej strukturze społecznej i ze wszystkich sił starali się rozruszać anemiczne, zahukane mieszczaństwo. Insurekcja warszawska była jedynym momentem w naszych dziejach przypominającym narodziny nowoczesnego narodu na Zachodzie. Ale pozostała ona incydentem, świadczącym tylko o potędze wpływu rewolucji francuskiej na współczesnych.</p> <p class="spip">Z konieczności zadanie uformowania nowoczesnego narodu polskiego spadło na inteligencję szlachecką. Daleki jestem od chęci pomniejszania jej zasług. Radykalna inteligencja szlachecka dokonała w dziedzinie myśli rzeczy, w danych okolicznościach, istotnie niezwykłych, w dziedzinie czynu — wręcz wielkich i bohaterskich. Nie jej winą była nieobecność w Polsce żywiołu blisko spokrewnionego z gminem, czynnego gospodarczo, ambitnego politycznie, niosącego nowe wartości kulturalne. Tylko przez asymilację z takim żywiołem mogłaby inteligencja szlachecka wyrwać się z więzi swego szlacheckiego pochodzenia i uniknąć tragicznego zawieszenia w próżni. Przekonania i dążenia dzieliły ją od ogółu szlacheckiego, przepaść kulturalna od ludu. Stanęła ona wobec dylematu: bez szlachty nie masz kultury, bez ludu nie masz siły. Patriotyzm jej staje się od razu wszechogarniającym, ponadklasowym. Nikogo nie wyklucza, wszystkich stara się przekonać, zjednać i zbliżyć. Jeśli złorzeczy magnatom, to po to tylko, żeby poruszyć ich sumienia. Nie walczy z nim, tylko „sercem gryzie". Jeśli idealizuje lud, to po to, żeby przemóc swą względem niego obcość i nieufność. Nie idzie z ludem, tylko mu współczuje. W rezultacie pozostaje osamotniona Ojczyzna, która miała ogarnąć wszystkich i nie pominąć nikogo, lecz liczy w rzeczywistości garść tylko wiernych. Ta garść najofiarniejszych z każdego pokolenia idzie i ginie. Pozornie z rąk wroga. W rzeczywistości zaś zapada się w tę próżnię międzyklasową, przez którą siliła się przerzucić pomost patriotyzmu: pomiędzy egoizm szlachty, niezdolnej (jak zresztą każda inna klasa panująca) do dobrowolnych wyrzeczeń, a barbarzyństwo chłopa, niedojrzałego do żadnej roli politycznej.</p> <p class="spip">Z ofiarnej śmierci osamotnionych bohaterów tworzą się legendy.</p> <p class="spip">Oczywiście, strzępami ich bohaterstwa przystrajają swe dusze tchórze, pasibrzuchy i wydrwigrosze. Ale gorsze bodaj są mgły ideologiczne o rzekomym odkupieniu win i grzechów narodu przez męczenników. Żadnego takiego odkupienia nie było i nie ma, jest tylko klęska i doświadczenie klęski, które trzeba zrozumieć, żeby za następnym razem zwyciężyć. Ta idea odkupienia żyje jednak uporczywie od Mickiewicza aż po Żeromskiego. Żeromski, który w najczystszej formie reprezentuje tradycję polskiej idei narodowej, odnalazł jak wiemy, pierwowzór tej idei w hetmanie Żółkiewskim i jego dwunastu rycerzach.</p> <p class="spip">Różnica między patriotyzmem polskim a patriotyzmem zachodnioeuropejskim w jego fazie rewolucyjnej uwydatnia się najjaskrawiej w tym, że patrioci polscy pomagali czynnie patriotom niemieckim walczyć z Niemcami broniącymi praw dynastycznych; ginęli na barykadach paryskich w walce z francuskim legitymizmem i orleanizmem; towarzyszyli Garibaldiemu w bojach z włoskim partykularyzmem dynastycznym i papieskim. Lecz myśl, żeby w Polsce przyjść miało do orężnej rozprawy także z odłamem Polaków nie chcącym wyzbyć się przestarzałego przywileju — ta myśl wydawała im się potworna i zbrodnicza. Zdarzało się natomiast, że sami ginęli z rąk rodaków i to nie renegatów w służbie zaborcy, lecz tych, których pragnęli poprowadzić do walki. „Taki jest los szlachty polskiej" kończy Hubert Olbromski (w „Wiernej Rzece") opowiadanie o okrutnej śmierci ojca. Nie los szlachty polskiej, lecz los elity szlacheckiej, najczęściej faktycznie już zdeklasowanej inteligencji, która, nie mogąc wysnuć idei ojczyzny z konkretnej rzeczywistości (jak na Zachodzie z rewolucyjnego ruchu mieszczaństwa), usiłuje abstrakcyjną ideą przezwyciężyć konkretną rzeczywistość (istota wszelkiego romantyzmu). Mocą tej abstrakcyjnej idei dziedzic Chwalibóg („Turoń") poprowadzić miał do powstania chłopa, którego wczoraj jeszcze trzymał w lochu i zakuwał w kajdany.</p> <p class="spip">Los szlachty polskiej, jako klasy społecznej, wcale nie był tak tragiczny. Nemezis dziejowa, która gdzie indziej zmiata bez litości klasy już nietwórcze, była na nią bardzo łaskawa. Niedorzecznością byłoby winić szlachtę polską za to, czym była, lub za to, czym być nie zdołała.</p> <p class="spip">Z moralizatorskim stosunkiem do historii trzeba raz skończyć. Żadnej „winy" nie było w tym, że zabrakło w Polsce siły społecznej, zdolnej okiełznać wszechwładzę szlachty i wyprzeć ją z czasem z naczelnego stanowiska. Nie było też winą szlachty, że nie złożyła swych przywilejów dobrowolnie na ołtarzu ojczyzny, bo takie rzeczy dzieją się tylko w fałszowanej historii dla młodzieży lub dorosłych dzieci. W prawdziwej historii nic podobnego nigdzie na świecie nie działo się i nie dzieje, chyba że z musu robiono cnotę. (Tak i monarchowie obdarzali swe wierne ludy konstytucją, a nawet abdykacją, z bożego natchnienia i nieprzymuszonej woli). Za to niezliczone mamy przykłady dochodzenia utraconych w ojczyźnie przywilejów przy pomocy obcego najazdu. Z drugiej strony można się zgodzić z entuzjastami kultury szlacheckiej, że stworzyła ona w swoim czasie wartości wyższe od wszystkiego, co dało i daje Polsce rachityczne od urodzenia, „połanieckie" mieszczaństwo, a jednocześnie uważać obyczajowe i myślowe nawyknienia szlachetczyzny w dzisiejszych warunkach za pokraczny anachronizm. Ale najbardziej stanowcze veto założyć trzeba, gdy dzisiejsi hreczkosieje i właściciele stajni wyścigowych usiłują wmówić w społeczeństwo w swoim i swych dziadów imieniu, że</p> <p class="spip"><i class="spip">ich za Polskę — ścigał świat,</p> <p class="spip">ich za Polskę — męczył kat...</i></p> <p class="spip">Nie mają prawa przystrajać się w glorię bojowników walk niepodległościowych, bo oni — ogół szlachecki — byli właśnie tym martwym ciężarem, który wszystkie wysiłki powstańcze pociągał na dno klęski. Fałszywa troska o jedność narodową pozwoliła zakorzenić się kłamliwej legendzie. Czas najwyższy ją wypełnić.</p> <p class="spip">Od rozbiorów główną troską myśli patriotycznej było rozwiązanie „sprawy włościańskiej”, aby wciągnąć chłopa do walki z zaborcą. To hasło patriotów było politycznie słuszne, wskazywało jedynie możliwą drogę do zwycięstwa. Lecz sposób wprowadzenia go w życie był z przekonania (patriotyzm ponadklasowy) i z konieczności (brak aktywnej siły rewolucyjnej) naiwny i utopijny: odwoływano się stale do patriotyzmu szlachty. Otóż dziś można i trzeba głośno stwierdzić niezaprzeczalny fakt historyczny, że wszystkie zmiany w stosunkach rolnych na korzyść chłopów we wszystkich trzech zaborach były dziełem rządów zaborczych, które nieraz musiały łamać sprzeciw polskich dziedziców. A nie uda się tego zwalić na skrępowanie dobrej woli szlacheckiej, choć fabrykanci kłamliwych legend zdolni są nawet oddanie Bartosza Głowackiego w rekruty Austriakom przypisać zgwałconej cnocie. Przeczy temu drugi nagi fakt. Szlachcie polskiej po zaprzepaszczeniu państwa w XVII i XVIII stuleciu dobrotliwa opatrzność dała, niby „poprawkę" po egzaminie, ćwierć wieku rządów na okrojonym skrawku Polski. Ta prolongata — Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe — dowiodła, że szlachcic niczego się już nie mógł nauczyć w dziedzinie rozumu stanu. W reformach agrarnych autonomiczny rząd polski dał się ubiec Prusom, Austrii i nawet Rosji. Następstwa tego, z punktu widzenia polityki narodowej, musiały być zabójcze. Mało tego.</p> <p class="spip">Lakoniczna formuła konstytucji napoleońskiej 1807 roku o zniesieniu poddaństwa zostaje uzupełniona, za sprawą polskich doradców króla saskiego, haniebnym dekretem z dnia 21 grudnia 1807 roku, przyznającym dziedzicom, w zamian za zniesienie poddaństwa, tytuł prawny nieograniczonej własności ziem posiadanych przez chłopa. Pomimo tego, „po kraju agitowano wśród szlachty na rzecz Rosji, wskazując właśnie na to, że tam nie ma niebezpiecznych nowych praw francuskich” [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb4" name="nh4" id="nh4" class="spip_note" title='[4] Michał Bobrzyński: Dzieje Polski, str. 338..' >4</a>] Rozpoczyna się okres słynnych „rugów", masowego usuwania chłopów z zagród i wcielania ich gruntów do obszarów folwarcznych. W roku 1809, po włączeniu do Księstwa Warszawskiego części zaboru austriackiego, zniesiono patenty cesarskie, ograniczające ucisk pańszczyźniany, i przywrócono bezwzględną samowolę dziedziców. Słusznie zauważa obiektywny badacz owej epoki, że „fakt ten musiał głęboko werżnąć się w świadomość mas włościańskich i rzucić ponure światło na politykę własnego, narodowego rządu Księstwa" [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb5" name="nh5" id="nh5" class="spip_note" title='[5] Władysław Grabski: „Społeczne gospodarstwo agrarne". Warszawa 1923 r., str. (...)' >5</a>] Rugi chłopskie trwają dalej nieprzerwanie pod rządem Królestwa Kongresowego. Wybuch powstania listopadowego, wywołanego przez „niepoczytalnych młodzików i masonów", zastaje szlachtę w pełni tej gorliwej pracy. Wewnętrzne dzieje powstania są znane. Zwykła historia: w imię wszechogarniającego, nikogo nie wyłączającego patriotyzmu powierza się władzę ludziom, których główną troską, nawet w ostatniej chwili, jest nie obrona Woli przed armią Paskiewicza, lecz zamknięcie Klubu Patriotów i rozbrojenie niespokojnego ludu warszawskiego. Władzę ustawodawczą pozostawia się staremu sejmowi, przejętemu duchem Świętego Przymierza. Sejm w obliczu wroga grzebie uroczyście „sprawę włościańską". Z nastaniem paskiewiczowego „porządku" szlachta podejmuje dalej zajmujący proceder rugów chłopskich, aż dorabia się tego, że najreakcyjniejszy z carów, Mikołaj I, ukazem z dnia 7 czerwca 1846 roku bierze chłopów polskich w opiekę i dalszych rugów zabrania...</p> <p class="spip">Trzeba sobie zdać sprawę z równoczesnych dziejów myśli emigracyjnej, aby zrozumieć tragizm patriotyzmu polskiego.</p> <p class="spip">Ukaz carski stał w niewątpliwym związku z drugą katastrofą idei narodowej: rzezią galicyjską - przymierzem chłopa polskiego z władzą zaborczą. Krwawy ten epizod opłakano we wspaniałych rymach, lecz praktyki Chwalibogów galicyjskich wobec chłopa nie uległy zmianie. Warto przypomnieć, że w kilkadziesiąt lat później ruch ludowy stale szukać musiał przeciw szlachcie pomocy i opieki w Wiedniu, czyli że w łagodniejszej formie — odpowiednio do warunków i możliwości — robił to samo, co Szela! Czynił to także przez dwadzieścia lat wódz socjalistów galicyjskich i płomienny patriota — Ignacy Daszyński. Tym bardziej jest zrozumiałe, że pierwszy odruch samowiedzy chłopskiej musiał fatalnie iść w tym kierunku. Gdyby istniała wówczas w miastach liczna i wyrobiona politycznie klasa antyszlachecka, mielibyśmy może w 1846 roku rewolucję agrarną, która jednakże za jednym zamachem wyzwoliłaby olbrzymie wówczas niechybnie zjawisko odwrotne do tego, co zaszło w Galicji: szlachta schroniłaby się pod skrzydła trzech państw zaborczych, które wszak były pomimo perfidnej taktyki biurokratów austriackich — monarchami wybitnie szlacheckimi. Tym samym polska świadomość narodowa skonkretyzowałaby się na sposób zachodnio-europejski i dziś — przebolawszy od dawna rany i konwulsje przełomu — bylibyśmy zupełnie innym społeczeństwem. Ale nasza odrębność ustrojowa na tym właśnie polegała, że brakło danych do takiego obrotu rzeczy.</p> <p class="spip">Tu tkwiła przyczyna niemocy politycznej Polski w XIX stuleciu, przyczyna bardziej istotna niż wszystkie inne okoliczności razem wzięte. Poucza nas o tym między innymi najświeższa historia ludów azjatyckich. Widzimy, że tylko te z nich pozbywają się jarzma europejskich „protektorów" i osiągają niepodległość, które walkę rozpoczynają w sposób zdecydowany od rewolucji wewnętrznej przeciwko kastom rządzącym i ich zmurszałym instytucjom. Japonia, aby stać się mocarstwem musiała pokonać samurajów. Tą samą drogą idą Indie, Chiny, Persja i w sposób najbardziej uderzający — Turcja. Od połowy XVIII stulecia cesarstwo ottomańskie podpisało kolejno kilkanaście rozbiorów, aż w następstwie wojny światowej znalazło się w mniej niż etnograficznych granicach. Tu następują wypadki zbyt mało znane i badane. Rewolucja dokonana przez demokratyczną inteligencję wojskową i urzędniczą, przy poparciu młodej burżuazji i chłopstwa, usuwa sułtanat, paszałyki i wakufy, całą odwieczną organizację feudalno-teokratyczną, i w kilkanaście miesięcy republika turecka, zamiast sromotnej kapitulacji w Sevres, podpisuje honorowy pokój w Lozannie. Rzecz godna uwagi, że polityka angielska, usiłująca odmłodzonej Turcji przeciwstawić siłę przeszłości — ideę kalifatu i fanatyzm islamu — poniosła zupełną porażkę. Jeszcze jeden dowód, że teorie o starzeniu się narodów są powierzchowne i lekkomyślne. Na podstawie doświadczeń historycznych można mówić tylko o starzeniu się klas społecznych. Upadek żywotności społeczeństw i całych cywilizacji następuje wtedy, gdy przeżyta klasa panująca (ściślej: podtrzymujący ją ustrój gospodarczy) umrzeć nie może, a nie ma spadkobiercy gotowego zadać jej coup de grace. * Taka właśnie sytuacja wytworzyła się w Polsce w XVII i XVIII stuleciu. Chorobą organiczną Polski była wadliwa przemiana materii społecznej — przerost, a później skostnienie szlacheckiej ekonomiki i szlacheckiej kultury. Dlatego nie ma w zastosowaniu do naszej historii nic bardziej fałszywego, jak podstawowy dogmat naszego czucia i myślenia, dogmat jedności narodowej, uważający „złotą zgodę" za źródło pomyślności i błogostanu pod każdym względem. Poparliśmy ten dogmat przez płaski morał, „że Polskę zgubiła niezgoda". Tymczasem jeśli Polskę trapiła niezgoda, były to swary koterii wśród klasy rządzącej. Nie było natomiast rzeczywistej, poważnej i dziejowo twórczej walki wewnętrznej wskutek niedorozwoju tej siły społecznej (mieszczaństwa), która gdzie indziej walkę tę podejmowała, łącząc się bądź z dynastią przeciw możnowładztwu, bądź (później) z chłopstwem i pospólstwem miejskim przeciw dynastii i samej instytucji szlachectwa.</p> <p class="spip">Beztreściowa walka osobista i koteryjna wypełnia historię społeczeństw, w których nie ma walki klas i idei. Nawiązując do wyżej użytego porównania, można rzec, że jest to ropienie zepsutej krwi wskutek brakuj zdrowej przemiany materii. Jerzy Sorel nazywał to „martwym punktem rozwoju" i widział w tym główną przyczynę starzenia się społeczeństw, a w szczególności cywilizacji starożytnej. Nie za Grakchów Rzym był chory, lecz za pretorianów. Potwierdzenia tej prawdy nie potrzeba wcale szukać w dziełach Marksa lub Lenina. Można ją znaleźć u każdego sumiennego historyka o nieco głębszym ujęciu przedmiotu. Zupełnie nie podejrzany o doktrynę socjalistyczną prof. Michał Bobrzyński pisze np. o ujemnej stronie ekspansji polskiej na ziemiach ukraińskich: „Chciejmy tylko na chwilę pomyśleć, że te miliony ludności polskiej, ten kapitał i praca, któreśmy na wschód popchnęli, pozostały w naszych etnograficznych granicach, jakąż odmienną kolej byłby obrał wewnętrzny nasz rozwój. Gęściejsza ludność... byłaby musiała rzucić do przemysłu i handlu, zapełnić miasta i w żywiole mieszczańskim stworzyć przewagę szlachcie... Popchnięci do walk domowych, groźnych ale stanowczych, bylibyśmy wynieśli z nich silny rząd i jasny kierunek dalszego dążenia i pracy.” Można nie podzielać zdania autora o decydującym znaczeniu odpływu ludności na wschód dla ustroju wewnętrznego Rzeczypospolitej; pozostaje jednak bardzo znamienne uznanie przez konserwatywnego profesora twórczej i odrodzeńczej roli walk klasowych „groźnych ale stanowczych".</p> <p class="spip">Ciekawe rozważania, choć w terminach nieco zamaskowanych, o klasowym charakterze kultury narodowej znaleźć można także w „Myślach nowoczesnego Polaka" Romana Dmowskiego. Świetne to dziełko było spóźnioną próbą wtłoczenia w mętną polską świadomość narodową wyraźnej treści burżuazyjnej i antyszlacheckiej — literacko bodaj przeżycia fazy, której nigdy nie było w naszej rzeczywistości. Wiemy, jak szybko ta próba wykoleiła się w praktyce. Antagonizm mieszczańsko-szlachecki przeżył się w Polsce nie wiedzieć jak i kiedy, i Dmowski-polityk tworzyć musiał swe stronnictwo z obu pierwiastków, oblepiając je obficie, ku większej trwałości, błotkiem małomiasteczkowego kołtuństwa. Lecz „Myśli nowoczesnego Polaka" pozostały dokumentem pierwszorzędnej wartości. Rzadka w Polsce jasność i konsekwencja myślenia zmusza autora do uznania, że to, co pospolicie uchodzi za „charakter narodowy", jest właściwie charakterem klasy panującej i ulega zmianie, gdy na czoło narodu wypycha się inna klasa społeczna. W sposób przekonywający wykazuje Dmowski, że tak zwany polski charakter narodowy jest charakterem szlachcica polskiego, ściśle zależnym od sposobu bytowania tej klasy. Typ szlachecki wciąż jeszcze nadaje ton polskiemu życiu kulturalnemu, przy czym snobizm młodszych kulturalnie żywiołów o wiele łatwiej przyswaja sobie cechy ujemne tego typu, niż jego zanikające zresztą w nowoczesnych warunkach życia cechy dodatnie.</p> <p class="spip">Pełne znaczenia jest samo zestawienie przez Żeromskiego tych dwóch pojęć: snobizm i postęp. Tym bardziej muszę umotywować, dlaczego rozważaniom Żeromskiego zarzuciłem powierzchowność. Nie dość jest stwierdzić, że od szeregu wieków żyliśmy okruchami obcego dorobku kulturalnego, dodać do tego przykłady, że dziś nie dzieje się lepiej, wyprowadzić stąd morały pod adresem artystów polskich i polecić im dadaizm chłopa polskiego, zamiast dadaizmu Hotentota. Do tego bowiem sprowadza się „Snobizm i postęp", jeśli rozbierzemy to dziełko z całą bezwzględnością z czaru, jaki duch i styl wielkiego pisarza tchnąć umie w każdy temat i w każdą nawet fałszywą tezę. Nie znajdziemy tam bodaj próby doszukania się przyczyn tego chorobliwego polskiego snobizmu. Czytelnikowi nasuwają się więc mimo woli uogólnienia niesłychanie u nas rozpowszechnione, a nie znające granic ani w samouwielbieniu, ani w samo-pogardzie. A przecież okresy „snobizmu" spotykamy w historii wszystkich, bez wyjątku, narodów. Przyczyną ich jest zawsze niemoc kulturalna danej formacji dziejowej, po której nastąpić może formacja inna, twórcza i ekspansywna. To, co na pozór zdaje się temu przeczyć, wynika z trudności badania zjawisk kulturalnych. Leży w samej naturze tych zjawisk, że uderzaj one naszą uwagę dopiero, gdy są w pełni rozkwitu, podczas gdy korzenie ich oraz okresy wzrostu i dojrzewania pozostają w mroku. Nieraz ten rozkwit ukazuje się oczom ludzkim w czasie, gdy warunki, z których wyrósł, znajdują się już w zaniku, lub przestały istnieć. Najbardziej typowym przykładem tego rodzaju jest sztuka odrodzenia. Głównym źródłem jej było życie samoistnych republik miejskich Włoch i Flandrii. Królowie i książęta, którzy zdławili to dumne swoiste życie, ściągnęli ku ozdobie swych dworów (na równi z błaznami) genialnych rzemieślników malarstwa, rzeźby, architektury. Ale były to już cięte kwiaty, których przepych trwa krótko.</p> <p class="spip">W Polsce niemoc kulturalna te same miała przyczyny, co niemoc polityczna. Odkąd rozwój sił wytwórczych trafił w ślepy zaułek (martwy punkt Sorela), twórczość kulturalna musiała bardzo rychło wyczerpać możliwości zawarte w dwóch wyłącznie utrzymujących się na powierzchni typach życiowych: wojownika i plantatora zboża. Piśmiennictwo, chwilowo podsycone przez odgłos walk religijnych (które wszędzie na Zachodzie były walkami klasowymi, a często i narodowymi), zamarło po tryumfie reakcji katolickiej. Sztuki plastyczne dla swego rozkwitu potrzebowały silnej i dumnej klasy rzemieślniczej. Technika i wiedza ścisła rodziły się z potrzeb i praktycznych zagadnień zaledwie wegetującego u nas przemysłu. Filozofia wypływała z konieczności obrony wyrastającej z praktycznych zainteresowań wiedzy świeckiej przed uroszczeniami kleru lub z aspiracji politycznych mieszczaństwa. Nawet tak droga psychice szlacheckiej sztuka wojenna pozostała u nas w tyle dzięki zacofaniu wiedzy technicznej. Snobizm w postaci napływu obcych nowinek stał się jedynym naszym ratunkiem, niezbędnym łącznikiem z wyprzedzającym nas we wszystkich dziedzinach Zachodem. Niektóre z objawów tego snobizmu były naprawdę wzruszające. Do takich należy import przemysłu przez magnatów za Stanisława Augusta. Ci dobrzy ludzie widzieli za granicą manufaktury i pańskim gestem postanowili uszczęśliwić nimi kraj. Oczywiście wzięli się do fabrykacji tego, co ich samych najbardziej za granicą pociągało: porcelany, jedwabiów, koronek itp. Do pracy używali najczęściej chłopów pańszczyźnianych. Oryginalna karykatura przemysłu!</p> <p class="spip">Tę naszą anemię kulturalną radzi przysłaniamy szeregiem wielkich nazwisk, cytowanych jednym tchem. Ostroróg, Kopernik, Frycz-Modrzewski, Kołłątaj, Staszic. Mieliśmy ich, a więc „przeżyliśmy" ich idee. Może do niedawna takie ocukrzanie naszej historii mogło uchodzić za potrzebne. Dziś jest najoczywiściej zbyteczne i szkodliwe. Czas najwyższy nabrać wprawy w mówieniu i słuchaniu gorzkiej, nieocukrzonej prawdy. Nie wstydźmy się ubogiej przeszłości — twórzmy bogatą przyszłość. Dzieło Ostroroga jest czcigodne! Ale krzyczącą przesadą jest utrzymywać, jak to czyni na przykład Wittlin w „Skamandrze" (nr 38, „Inwentarz kultury narodowej"), że było ono jakimś unikatem, błyskawicą w powszechnym mroku. Rozpatrywane porównawczo, na tle prądów umysłowych ówczesnej Europy, uznane być musi za odgłos, może z dziesiątej ręki, nauk husyckich. Stanowisko kościoła w XV stuleciu wcale nie było niewzruszone, było, przeciwnie, głęboko podminowane przez beghardów, lollhardów, husytów i mnóstwo innych odmian kacerstwa. A w ogóle nie jest „przeżyciem" narodu okoliczność, że ktoś napisał coś mądrego, albo głosił konieczność reform, gdy w swoim czasie pozostał osamotniony lub zakrzyczany, a inicjatywa jego zasypana piaskiem i popiołem. Cóż z tego, że go po kilku stuleciach, gdy przestał być niebezpieczny, odgrzebią i ustawią na piedestale. Liczne są przykłady mądrości klerykalnej, polegającej na kanonizowaniu dawno zmarłych ludzi, których za życia potępiano i prześladowano. Wiadomo, że dzisiejsi targowiczanie wielkim pałają entuzjazmem dla Konstytucji 3 Maja.</p> <p class="spip">Narody inaczej przeżywają idee. Nie Jan Hus, lecz husytyzm i Tabor były przeżyciem narodu czeskiego. Nie tezy Lutra, przybite na wrotach kościelnych — lecz reformacja i walki religijne. Nie Rousseau i Diderot lecz żelazna miotła jakobińska, Valmy i Arcole. Takie były przeżycia narodów! Każde z nich dowiercało bezlitosnym świdrem do nurtu podglebnego — zasilającego później całe stulecia — twórczej ewolucji.</p> <p class="spip">Wielbiciele demokratycznych urządzeń Szwajcarii i jej ludowej kultury powinni uświadomić sobie, że to jest żniwo na glebie głęboko przeoranej przez zwycięskie powstania chłopskie przeciw panom feudalnym i później — przeciw papiestwu. Polska jest jedynym w Europie krajem, który od przyjęcia chrześcijaństwa nie miał ani jednej wielkiej narodowej rewolucji. Dlatego nie mieliśmy silnie tryskających samorodnych źródeł i musieliśmy czerpać wiaderkami snobizm. Nie oszczędzało nam to prądów wstecznych, które trapiły nas regularnie po każdym ostrym przesileniu w życiu innych narodów. A jeśli reakcja katolicka u nas w gorliwości nie dorównała hiszpańskiej, to zważyć trzeba, że nie miała tu ona do zniszczenia wspaniałej iberyjsko-arabskiej kultury hiszpańskiego średniowiecza. Mogła więc pogrążyć nas w barbarzyństwie o wiele mniejszym nakładem energii.</p> <p class="spip">W ciągu XIX stulecia nasz ustrój społeczny począł z wolna przełamywać ów „martwy punkt" i upodabniać się do społeczeństw zachodnich. Lecz zapory, hamujące tę ewolucję, nie były łamane własnym pędem, a przeważnie usuwane z drogi przez siły zewnętrzne. Prusak uczył nas brutalnie nowoczesnej administracji, sądownictwa, podatkowości i kredytu. Napoleon dał nam „na wyrost" kodeks burżuazyjny. Pańszczyznę usuwali zaborcy. Znów więc brakło elementu walki żywych sił społecznych — niezbędnego bodźca żywotnej (czyli z życia czerpiącej i przetwarzającej życie) twórczości. Dalej przetrwaliśmy „nowinki" zachodnie (później także wschodnie) raczej abstrakcyjnie, po literacku. Tak przyswajaliśmy sobie kolejno, po łebkach, wszystkie pródy polityczne, filozoficzne, artystyczne. Snobizm na całej linii. Nasza najbardziej samorodna myśl wyrażała się głównie w poezji i mistycyzmie.</p> <p class="spip">Trzeba przyznać bez ogródek, że poezja romantyczna i pochodne prądy umysłowe były najznaczniejszym zjawiskiem naszej przeszłości kulturalnej. Nie mamy dotychczas nic równego, lub bodaj współmiernego, pod względem samoistnego rozmachu twórczego i wartości moralnej. Pilnym zadaniem dnia dzisiejszego jest ponowne zbadanie krytyczne tego okresu, gdyż to, co w tym kierunku zrobiono, staje się wysoce niedostateczne. Należy odrzucić wszystkie dominujące w dawniejszych opracowaniach punkty widzenia — subiektywnie-uczuciowy, patriotycznie-egzaltowany i antykwarsko-profesorski. Należałoby podjąć pracę, tam gdzie ją pozostawił Stanisław Brzozowski, uwzględniając doświadczenia ostatniego dziesięciolecia i stosując ściślej i twardziej, niż to czynił Brzozowski, metodę społeczno-historyczną. Mniejsza o zarzuty doktrynerstwa. Bez „doktrynerstwa" nie może być mowy o metodzie poznawczej w żadnej dziedzinie. Popularna zaś u nas „doktrynofobia" jest sobie po prostu przyjemnym niechlujstwem myślowym, wciąż jeszcze uchodzącym za kwintesencję ducha polskiego.</p> <p class="spip">Nie kusząc się w tych luźnych uwagach nawet o postawienie nasuwających się tu zagadnień, poprzestanę na wskazaniu, że wybujałość naszego romantyzmu jest odwrotną stroną wyżej wskazanego niedomagania: braku bodźców twórczych wskutek marazmu pierwotnych, ekonomicznych czynników rozwoju. Gdzie indziej romantyzm był tego rozwoju produktem ubocznym. Szybkie zmiany w rzeczywistości społecznej, w układzie życia, a więc i w psychice zbiorowej, wytwarzały nieustannie odłamy pokonanych (których świat kulturalny uległ rozbiciu lub zaćmieniu) i odłamy zawiedzionych. Takie było na ogół podłoże romantyzmu wszystkich odcieni, od arystokratycznie-mizantropijnego do rewolucyjnie anarchizującego. Lecz taki czy inny romantyzm był w życiu kulturalnym Zachodu tylko akompaniamentem za sceną. Na scenie rozpierali się zwycięzcy danej epoki, tworzący własne wartości kulturalne, nie zawsze wykwintne i wyrafinowane — ale mocne i pełno-krwiste.</p> <p class="spip">Brzozowski świetnie określił romantyzm jako „bunt kwiatu przeciwko swym korzeniom". Jest to najbardziej dosadne określenie wewnętrznej bezsiły i zarazem najwyższej samozłudy. W silnych społeczeństwach zachodnich ten bunt kwiatów, jeżeli nie pomagał rozrostowi konarów, to na pewno niezbyt mu przeszkadzał. Lecz w Polsce kwiat, w walce z przemocą zewnętrzną, chciał być siłą zdolną zastąpić odporność korzeni, włókien i soków żywotnych. Rzeczywiście życie narodu straciło znaczenie. Znikło pojęcie ruchu i rozwoju, pozostała tylko myśl o trwaniu. Naród, powołany w swym bycie materialnym, złożony został w kryształowej trumnie idei aż do godziny zmartwychwstania. Stało się rzeczą nieistotną, czy ta godzina wybije za lat dziesięć, czy za lat sto — czy w cielesnej substancji narodu coś się zmienia i jak się zmienia. Ważne było trwanie w duchu i wypatrywanie znaków na niebie i ziemi. Na Zachodzie psychika romantyczna chciała się utrzymać wbrew burzliwej treści życia, u nas wbrew brakowi tej treści, wbrew bezsile, wbrew martwocie. Moc ducha starczyć miała za cały obszar życia.</p> <p class="spip">Nie jest to, jakby się zdawać mogło, proste i konieczne następstwo utraty niepodległości. Widzieliśmy, w tym samym czasie i później, narody dźwigające się z głębszego upadku, z zupełnego niebytu historycznego. Nic podobnego wszak nie spotykamy w Czechach albo w Bułgarii. Tam pierwszym etapem na drodze do odzyskania samoistności narodowej i państwowej był ruch ku podniesieniu ekonomicznemu i kulturalnemu mas ludowych. W Polsce w taki sam sposób odradzał się narodowo tylko Śląsk, a raczej oba Śląski — Górny i Cieszyński. I ten wyjątek śląski od razu rzuca snop światła na przyczynę tej różnicy. Wzmiankowane narody (a także Śląsk) straciły od dawna swoją szlachtę przez zupełne jej wynarodowienie. Ruch narodowy był tam zarazem ruchem klasowym i odwrotnie. Dążenie mas ludowych wzwyż, ku dobrobytowi i oświacie, nawet najbardziej rewolucyjne, reprezentowało wszystkie, bez reszty, interesy narodu. Nie napotkało ono na swej drodze sprzecznych interesów klasy, również do narodu należącej, a nadto reprezentującej jego historię. Nie było więc tam w pochodzie ku zwiększeniu narodowego, stanu posiadania i narodowej mocy żadnego rozdwojenia, żadnych wątpliwości, żadnego fałszu. Dopiero znacznie później, w następstwie powolnego zróżnicowania masy chłopskiej, zjawić się tam mogły w łonie narodu ostre przeciwieństwa klasowe już w formie kapitalistycznej. Dlatego cały cykl odrodzenia tych narodów odbywa się nie pod znakiem romantyzmu i mistycyzmu, lecz istotnej pracy organicznej. Charakter narodowy rozwija się w kierunku praktycznej energii i zaradności życiowej. Sprawy ideologiczne, nie wyłączając religijnych, są najściślej poddane zadaniom życiowym. Rzecz znamienna, że Bułgaria miała w XIX stuleciu, w okresie poprzedzającym odzyskanie niepodległości, swój husytyzm — antygrecki ruch religijno-narodowy zakończony schizmą kościelną. Z kolei Czechosłowacja, po odzyskaniu niepodległości załatwiła się z reformą rolną tak samo, jak o pół wieku wcześniej Bułgaria: parcelacja niemieckich i węgierskich latyfundiów była z narodowego punktu widzenia sprawą równie prostą i konieczną, jak usunięcie tureckich i poturczonych" effendich. Z wielkiej własności ziemskiej niepodobna było zrobić świętości narodowej.</p> <p class="spip">Ucieczka myśli narodowej w nadzmysłowość nie była więc w Polsce prostym skutkiem utraty niepodległości, lecz wynikła z niemożności stopienia idei narodowej, reprezentowanej przez szlachecką inteligencję, z jedyną realną mocą: materialnym interesem mas chłopskich. Wielkość myśli romantycznej jest rzuconą w sferę pozażyciową projekcją ziejącej próżni — znikomości sił życiowo-twórczych w społeczeństwie polskim.</p> <p class="spip">Od czasu do czasu spadali z tej sfery pozażyciowej ludzie na ziemię ojczystą jak Kordian ze szczytów alpejskich. Tętnili po niej jak Wernyhora, badając i nasłuchując, czy bije już godzina. A rozmawiali z nią zgoła odmiennymi językami. Jak Hubert z Szelą. Najczęściej tę próbę, czy naród ożył, doprowa¬dzali do końca — do własnej zguby w walce lub w katordze sybirskiej. Z ich męki rodziło się nowe prawo do trwania na wyżynach ducha i nowe prawo do bezruchu na nizinach życia.</p> <p class="spip"><strong class="spip">***</strong></p> <p class="spip">Ukazanie we właściwym świetle pochodzenia i funkcji dziejowej romantyzmu polskiego nie pomniejsza go, lecz wyolbrzymia. Geniusz tych, co zdołali nad pustkowiem życia stworzyć podniebną redutę, gdzie wybrańcy mogli pełną oddychać piersią, wytrzymuje porównanie z dziełem (z podobnych warunków zrodzonym) myślicieli aleksandryjskich i pierwotnego chrześcijaństwa. Stać będzie ta piramida ducha nad narodzeniem i śmiercią wielu w Polsce pokoleń, jak kamienne mary starożytnego Egiptu.</p> <p class="spip">Lecz z tegoż społeczno-historycznego punktu widzenia trzymywanie się psychiki romantycznej, trwanie romantycznej postawy wobec rzeczywistości, uważane być musi za wskaźnik naszej nieżywotności społecznej i kulturalnej. Dopóki myśl chroni się do tego azylu pozadziejowego istnienia, mamy prawo twierdzić, że martwota nie została przełamana, że próżnia nie jest wypełniona, że wielkie połacie życia pozostają w odrętwieniu. O tym samym świadczy słabość prądów zwróconych przeciw wpływom i tradycjom romantyzmu. W innym miejscu, mówiąc o atmosferze społecznej otaczającej młodość Żeromskiego, starałem się scharakteryzować okoliczności, jakie (w zaborze rosyjskim) dały przewagę wątłej burżuazji nad kulturą szlachecką. Wskazałem na nicość bagażu ideowego naszej burżuazji, bagażu, który nie tworzył się w procesie walki o władzę, lecz został zamówiony na Zachodzie — możliwie najtaniej i w najlichszym gatunku — dla przyodzienia nowego dostojeństwa Połanieckich. Czy mogła ta nędzna warszawska spenceriada zmierzyć się zwycięsko z Olimpem romantyzmu? Nie. Nie miała ona ambicji tworzenia historii, lecz dawała się biernie unosić przez żywiołowy proces przeobrażenia się społeczeństwa pańszczyźnianego w kapitalistyczne. Walkę o duszę tłumu uważała za zbędną — nie wyszła więc nigdy zbyt daleko poza five o'clock i kawiarnię. Musiała przyjść reakcja romantyczna. Była ona objawem dodatnim, o ile dowodziła obecności w ciasnym społeczeństwie ówczesnym żywiołów, które papka pozytywizmu przyprawiała o mdłości. Była zarazem objawem ujemnym, bo wystawiała burżuazji polskiej świadectwo impotencji dziejowej, a znaczyło to, że fatalna próżnia istnieje nadal.</p> <p class="spip">Drugi atak przeciw romantyzmowi przybrany był w szatę agresywnego nacjonalizmu. Idea również zapożyczona — wzorowana na burżuazyjnej idei narodowej w jej drugiej fazie (pierwszej, jak wiemy, nigdy w Polsce nie było). Dmowski wprost apoteozował Hakatę pruską. Niewątpliwie, nacjonalizm i w tej swojej formie imperialistycznej nie jest pozbawiony wielkości. Wielkość ta wszakże tkwi nie w gnębieniu słabszych, lecz w energii, jaką kapitalistyczne społeczeństwa ujawniają w produkcji, handlu, technice i nauce. To jest właściwa epopea burżuazji w tej fazie, jak epopeą w jej fazie poprzedniej była walka ze światem dynastyczno-szlacheckim. Starcia orężne i brutalna przemoc są tylko wywodem z tamtych przesłanek. Dewiza nowoczesnego nacjonalizmu brzmi: „jestem wielki, więc gnębię", nie zaś: „gnębię, więc jestem wielki". Tymczasem polska burżuazja jedyną swoją walkę wyzwoleńczą stoczyła nie ze szlachtą i nie z caratem — lecz z Żydami, od których nauczyła się poruszać i zdobywać żer w dżungli kapitalizmu. Z tej walki z Żydami próbowała wysnuć swoją epopeę. Nie był to przejaw siły, lecz maskowanie własnego poniżenia w bezgranicznym służalstwie wobec rządu carskiego — gest niewolnika, który cięgi odebrane od pana wymieszcza na słabszym od siebie. Bodaj nikczemniejszy jeszcze charakter nosiła uprawiana przez burżuazję zaboru rosyjskiego heca antypruska. Dawała ona asumpt do wylewu uczuć wierno-poddańczo-słowianofilskich na rzecz carskiego imperializmu.</p> <p class="spip">Małość ruchu nacjonalistycznego wynikała także z jego charakteru drobnomieszczańskiego. Samo dążenie do wzmocnienia pozycji drobnego handlu chrześcijańskiego było ruchem w pewnym okresie nieuniknionym i zdrowym. Lecz walka z przekupkami i handełesami stawała się groteską, gdy chciano z niej uczynić wielką ideę. Nacjonalizm imperialistyczny w krajach będących jej właściwą ojczyzną był zawsze ideą wielkiej burżuazji przemysłowej i kapitału finansowego. Drobnomieszczaństwo, jako żywioł miejski najbardziej bezkrytyczny i ograniczony, służy co najwyżej za narzędzie do „lansowania" zdobywczych przedsięwzięć wielkokapitalistycznych.</p> <p class="spip">To, co powiedziano wyżej o znaczeniu ideologii burżuazyjnej, stosuje się do zaboru rosyjskiego. W Galicji było gorzej. Mieszczaństwo (poza kahałami) odgrywało tam znikomą rolę polityczną. Nacjonalizm zaprawiał się do wielkich czynów głównie na Ukraińcach. Wobec zacofania społecznego kraju i agrarnego charakteru antagonizmów narodowościowych w Galicji wschodniej, nacjonalizm polski zatracił tam wszelkie piętno burżuazyjnej nowoczesności i poszedł w służbę obszarników, którzy posługiwali się nim — podobnie jak Żydami — z wielkopańską pogardliwą odrazą, przez rękawiczkę. Później stoczył się jeszcze niżej: do przedpokojów carskich okupantów.</p> <p class="spip">Walka z germanizacją pod zaborem pruskim miała pozornie o wiele więcej zdrowych pierwiastków. Ale tu również istniały warunki, które wyjałowiały tę walkę pod względem ideowym. Jedność narodowa społeczeństwa polskiego w tym zaborze nie była jednością nowoczesnej burżuazyjnej demokracji. Panowanie niemieckie było siłą wyższą, regulującą z zewnątrz mnóstwo zawiłych spraw, które w normalnych warunkach rozstrzyga ustosunkowanie sił w walce klasowej. Niemcy przez swoją administracyjną sumienność, zamiast eksploatować politycznie zabagnienie stosunków rolnych, jak Austria i Rosja, uregulowali je najdokładniej, zmniejszając do minimum płaszczyznę tarcia interesów chłopskich z dworskimi. Emigracja biedoty wiejskiej i modernizacja całego środowiska społecznego działała w tym samym kierunku. Społeczeństwo polskie korzystało szeroko ze zdobyczy kultury materialnej niemieckiego kapitalizmu, lecz walki ideowe niemieckiej burżuazji, które umożliwiły te zdobycze, pozostały mu obce. Pomimo głębokiej infiltracji stosunków kapitalistycznych nowe klasy społeczne nie rozwinęły ) swych możliwości kulturalnych. Supremacja kultury szlacheckiej pozostała nie naruszona. Następstwem tej anomalii był graniczący z barbarzyństwem zanik życia duchowego.</p> <p class="spip">Wspomnieć jeszcze wypada o próbach przeciwstawienia się romantyzmowi ze stanowiska indywidualistycznego. Lecz indywidualizm polski nie miał danych, aby stać się anglosaskim kultem pionierskiej przedsiębiorczości i energii lub francuskim analitycznym racjonalizmem. Popadał więc niezmiennie bądź w nieproduktywność swego szlacheckiego prototypu, który Dmowski słusznie porównywa z indywidualizmem kapryśnego dziecka, bądź w kontemplacyjny, albo ckliwy estetyzm.</p> <p class="spip">Mieszczaństwo polskie nie mogło więc dać z siebie wartości ideowych, które uczyniłyby romantyzm zbędnym i życiowo przezwyciężonym. W poczuciu swego upośledzenia eksploatuje ono od dawna na swój sposób i dla celów bagnistego szlachecko-mieszczańskiego condominium bezduszną dewocję romantyczno-patriotyczną. Jeśli na Zachodzie mówi się o schyłkowości kulturalnej, to należy rozumieć względność tego schyłku w stosunku do wyżyn osiągniętych tam przez kulturę mieszczańską. W Polsce niepodobna mówić o schyłku kultury burżuazyjnej. Nie dosięgła ona nigdy poziomu, który mógłby ulec obniżeniu. Nie o schyłku wypada mówić, lecz o przyrodzonej niemocy i nicości. Kultura szlachecka miała swe wielkie wzloty i upadki. Lecz burżuazja polska swą krótką historię przepełzała na czworakach. [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb6" name="nh6" id="nh6" class="spip_note" title='[6] Pośród odgłosów wywołanych przez ostatnie pisma Żeromskiego zwraca uwagę (...)' >6</a>]</p> <p class="spip">Najbardziej powierzchowny rzut oka na życie publiczne Zachodu i dzieje ostatniego stulecia upewnia nas, że ustrój ekonomiczny, stanowiący o burżuazyjnym charakterze społeczeństw zachodnich, utrzymuje się niemal bez uciekania się do przemocy politycznej. Na czymże się opiera? Opiera się na duchowej potędze burżuazji, na potędze tej kultury, oddziaływaniu na masy ludowe burżuazyjnego typu myślenia i działania.</p> <p class="spip">Tylko dzięki temu demokracja polityczna nie staje w sprzeczności z najbardziej rażącą nierównością społeczną, lecz ją sankcjonuje i umacnia. Gdzie zaś ta kultura burżuazyjna jest taką nicością, że „nie ma czego burzyć", tam zmierzch całego systemu jest kwestią niedługiego czasu. Podpieranie go przez nagą przemoc polityczną w jakiejkolwiek postaci (prawa wyjątkowe, dyktatura wojskowa, ograniczenie praw wyborczych, faszyzm) nie zastąpi subtelnego aparatu demokracji.</p> <p class="spip">Ale ta nicość kulturalna może stać się czymś, rozwinąć się, rozrosnąć i zakwitnąć? Nie, nie ma takich widoków. Bo kultura burżuazji zawdzięcza swój urok i wpływ na masy ludowe swej minionej roli rewolucyjnej i postępowej — usuwaniu przeżytków feudalno-pańszczyźnianych, ideom wolności osobistej, swobody sumienia, praworządności i równouprawnienia politycznego. Tam — gdzie te zadania nie były w swoim czasie należycie spełnione, gdzie dziś (w następstwie tego) te wielkie zasady, przyjęte formalnie, pozostają martwą literą, kultura burżuazyjna nie może rozwijać ani właściwych sobie wartości, ani swego wpływu, lecz przeciwnie, musi się kurczyć, uwsteczniać, karłowacieć. To zaś sprawia, że samoistność ideologiczna klasy robotniczej, a nawet chłopskiej, zjawia się wcześniej i dojrzewa w wyraźniejszy antagonizm klasy. Zamiast pomagać burżuazji w jej celach i zadaniach, klasy pracujące podejmują przeciw niej — własne zadania dziejowe. Tym się tłumaczy fakt oczywisty, że samodzielność polityczna i ideowa klasy robotniczej nie pozostaje w prostym stosunku do rozwoju kapitalizmu i uprzemysłowienia, lecz raczej w odwrotnym stosunku do dziejowej, politycznej i kulturalnej roli burżuazji w dawnym społeczeństwie. Pomijając nawet Rosję, widzimy w krajach niemieckich wybitną samodzielność ideologiczną proletariatu od lat kilkudziesięciu, podczas gdy w Anglii samodzielność ta formuje się dopiero w naszych czasach, a w Ameryce jest dopiero w stanie embrionalnym. Wczesnemu dojrzewaniu politycznemu klasy robotniczej sprzyjają warunki, jakie wytwarza kapitalizm importowany. W kraju, gdzie w krótkim czasie, za sprawą obcego kapitału, powstaje wielki przemysł, tworzą się ludne ośrodki proletariackie, i ruch robotniczy nie da na siebie czekać. Lecz druga strona kapitalizmu — burżuazja przemysłowa i finansowa — nie wzmoże się w tym samym stosunku jako czynnik kulturalny i polityczny, gdyż zastępuje ją czysta kategoria ekonomiczna — bezimienny, międzynarodowy kapitał.</p> <p class="spip">Z powyższego wynika, że nicość kultury burżuazyjnej w Polsce (stwierdzona także przez Wittlina) każe oczekiwać, jako naturalnej i koniecznej konsekwencji, rosnącego znaczenia klasy pracującej w życiu społecznym Polski. Wittlin w swoim artykule bada widnokrąg od tej strony, lecz nie znajduje nic! Dochodzi do wniosku, że jeśli będzie Polska proletariacka — to swą treść kulturalną zapożyczy chyba z zewnątrz, bo nic jej u nas nie zwiastuje. Na szczęście tak źle nie jest. Wittlin pada tu ofiarą perspektywicznego złudzenia. Chce, by to, co w naszym życiu zwiastuje przyszłość, było tak samo wyraźne dla oka, jak Heiwecjusz i Condorcet na tle Francji przedrewolucyjnej, widzianej retrospektywnie. Tak przecież być nie może. Dopiero czas sprawi, że wiele z tego, co panoszy się butnie na powierzchni naszej epoki, przeminie bez śladu, a trwałym okaże się niejedno dzieło, dziś nie doceniane lub lekceważone. W każdym bądź razie, ostatnie trzydziestolecie naszej historii wewnętrznej I przeczy kategorycznie wnioskom Wittlina. Weźmy choćby przedwojenną Galicję. W krajach tak zwanych burżuazyjnych miasta typu przedwojennego Krakowa niezmiernie rzadko wysyłają do parlamentu socjalistów. W tych krajach nawet robotnicy przemysłowi, nie mówiąc już o rzemieślnikach, drobnomieszczaństwie i inteligencji, asystowali przez szereg pokoleń burżuazji w jej dążeniach i walkach, i bardzo powoli emancypują się z tej zależności. W Galicji natomiast ruch socjalistyczny mógł odgrywać stosunkowo poważną rolę. Ściślej mówiąc, nie mógł, lecz musiał, po prostu dlatego, że nie było za kim iść, nie było komu asystować. Burżuazja o nic nie walczyła i pozostała pod każdym względem wielkością zbliżoną do zera. Musiał więc mizerny proletariat galicyjski z własnym, na jaki go stać było, socjalizmem od niemowlęctwa stanąć na własnych nogach i w bardzo krótkim czasie zaczął imponować — pociągać ku sobie żywioły drobnomieszczańskie i chłopskie.</p> <p class="spip">Było to następstwem osobliwego układu sił społecznych, a nie niezaprzeczalnych talentów Ignacego Daszyńskiego. Dowodzi tego równoległy rozwój samodzielności chłopskiej. Ten objaw — ideologiczna odrębność chłopska — jest najjaskrawszym świadectwem ubóstwa duchowego burżuazji. We wszystkich społeczeństwach burżuazyjnych chłopi stanowią z dawna zawojowaną klientelę miejskich stronnictw drobnomieszczańskich o zabarwieniu radykalnym lub reakcyjnym, zależnie od lokalnych warunków i tradycji. Ich odrębne interesy rolnicze bądź są uwzględniane przez te stronnictwa, bądź znajdują wyraz w związkach gospodarczych. Od czasu odzyskania niepodległości nasi politycy burżuazyjni starają się wszelkimi siłami ten teren stracony odzyskać. Udać się to wszakże może tylko częściowo i przejściowo, bo demagogia klerykalno-nacjonalistyczna nie zastąpi braku historycznie akumulowanego kapitału politycznego. A nie ma przecież mowy o tym, żeby burżuazja mogła stanąć na stanowisku, które powinna była zająć siedemdziesiąt lat temu: że kwestia rolna to nie jest tylko sprawa zaopatrzenia w ziemię pewnej liczby gospodarstw chłopskich, ale nade wszystko sprawa wykreślenia dworu z życia wsi i szlachty z życia społecznego kraju.</p> <p class="spip">Analogia z byłą Galicją dowodzi, że i w Kongresówce ruch robotniczy nie był, jak wielu sądzi, czymś przyniesionym z Rosji. Pewne jego formy i aktualne hasła wynikały z łączności państwowej z Rosją. Lecz wczesne skrystalizowanie się proletariatu w odrębną siłę społeczną i wystąpienie jego w roku 1905 w roli najbardziej aktywnego i niemal dominującego czynnika — to tkwiło i potencjalnie tkwi nadal w naturze stosunków polskich.</p> <p class="spip">Ruch socjalistyczny i chłopski ruch ludowy w roku 1905 wywarły głęboki wpływ na literaturę ówczesną „Młodej Polski". Dlaczegóż dzisiaj to wszystko wydaje się tak odległe, przedhistoryczne, tak bez związku z naszą współczesnością? Dlaczego czołowe zastępy inteligencji polskiej szukają dziś dróg po omacku, niby we mgle nieprzeniknionej? Skąd ten zamęt i chaos?</p> <p class="spip">Gdzie jest zamęt i chaos w pojęciach, tam można prawie zawsze pochwycić romantyzm na gorącym uczynku.</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_Komendate.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L96xH123/jpg_Komendate-38471.jpg' width='96' height='123' style='height:123px;width:96px;' class='' alt='Comendante' /></a></p> <p class="spip">Między ruchem robotniczym i chłopskim a romantyzmem nie tylko nie ma żadnej łączności, ale, przeciwnie, istnieje najgłębsze przeciwieństwo. Jeżeli Brzozowski porównywał romantyzm do kwiatów buntujących się przeciw własnym korzeniom, to ruch robotniczy i chłopski porównać można do zdrwych korzeni i młodych pędów przywalonych przez zbutwiałe, martwe pnie. Ale dla czołowej inteligencji polskiej wytworzyła się subiektywna, imaginacyjna łączność między tymi dwoma zjawiskami.</p> <p class="spip">Z jej punktu widzenia były to dwa sposoby przeciwstawienia się rzeczywistości lub ucieczki przed nią. Dotychczasowym tradycyjnym schroniskiem przed zaduchem szlachecko-mieszczańskim był dla niej romantyzm; teraz socjalizm lub (na gruncie galicyjskim) ludowość chłopska ukazały się jako inna możliwa ostoja. W konsekwencji tego powstały najdziwaczniejsze „syntezy": romantyczny socjalizm i socjalizujący romantyzm. Preparowano ten specyfik, w rozmaitej proporcji części składowych, zarówno w polityce, jak literaturze. W polityce typowym przedstawicielem tej „syntezy" jest Piłsudski, w literaturze — Żeromski. Romantyzm posiada własną logikę czynu. Punktem wyjścia jest dlań trwanie uniezależnionej od życia, skupionej w sobie woli-idei. Duch, tą ideą brzemienny, stoi poza życiem, jest' w stosunku do życia współczującym widzem (Bożyszcze w „Róży"), aż do chwili oczekiwanej, gdy życie podda się jego woli i ucieleśni jego ideę. Ta chwila ucieleśnienia się idei jest „cudem". Nie jest więc zależna od jakiegokolwiek określonego procesu życiowego. Bożyszcze poucza, że „w ciągu nocy budzi się duch narodu". To jest główne credo romantyzmu.</p> <p class="spip">Logika czynu dźwigających się ku zadaniom dziejowym warstw ludowych jest zupełnie odmienna. Czyn jest tu podejmowany jako proces narastania siły społecznej poddanej własnym (nie cudzym) celom. W toku tego procesu wytwarza się określona postawa duchowa wobec życia (ideologia) i obraz całkowicie w przyszłości opanowanego życia (ideał społeczny). To władztwo nad życiem stać się musi jedynym, ostatecznym celem ruchu. Dopiero z osiągnięciem tego celu wyładują się wszystkie przewidziane i nieprzewidziane możliwości tkwiące potencjalnie w danej formacji dziejowej. Cokolwiek w ruchu społecznym od tego celu odbiega, choćby najwznioślej wyglądało, jest jego wypaczeniem, chorobą i zawadą. Rozlewnym, inteligenckim umysłom ta „ciasnota" wydaje się bardzo szpetna, jest ona wszakże, zarówno dla jednostki, jak dla zbiorowości* warunkiem wypełnienia zamierzonych zadań. Czemu nikt się nie dziwi; że armia w marszu nie zbiera kwiatów na łąkach przydrożnych?</p> <p class="spip">Ruch robotniczy i chłopski przed wojną, choć nie bez trudności, otrząsa się na ogół z romantycznych mamideł znoszonych doń przez inteligenckich adeptów czy nawet wodzów. Ignacy Daszyński, który teoretycznie (oraz na wywóz dla Kongresówki) pielęgnował cały muzealny arsenał tradycji romantycznej, w swej działalności w Krakowie i w Wiedniu trzymał się dość konsekwentnie linii klasowej, nie pozwalał się brać na kawał „solidarności narodowej" Koła Polskiego, nie wahał się odwoływać w Wiedniu do pomocy obcej demokracji przeciw krajowemu wstecznictwu. I ta właśnie polityka, okrzyczana jako „antynarodowa", a nie późniejsza habsbursko-enkaenowska kołowacizna, i była wielką pracą narodową Daszyńskiego. Bo jedyną istotną pracą dla Polski było i jest zdzieranie z niej, strzęp za strzępem, martwego pokostu szlachecko-mieszczańskiego i torowanie drogi większej Polsce, idącej z nizin społecznych. I choćby dla zachowania tego pokostu mobilizowane były wszystkie patriotyczne świętości, a ruch ludowy głosił hasła najbardziej „poziome", materialistyczne i międzynarodowe, przyszłość Polski jest w nim, a nie w wyżytej doszczętnie szlachcie i zwyrodniałym od urodzenia mieszczaństwie. Międzynarodowość proletariacka może odstręczać i przerażać umysły, wychowane w fałszywej rutynie intelektualistycznej, nie pozwalającej im widzieć zmiennej treści historycznej poza fetyszyzmem słów.</p> <p class="spip">Najbardziej kosmopolityczne, najmniej narodowe są tak zwane sfery towarzyskie — wierzchołki szlachecko-mieszczańskie „społeczeństwa". Klasa robotnicza, podobnie jak lud wiejski, jest głęboko, immanentnie narodowa — nie może być inna. Opanowanie przez te klasy życia społecznego oznacza olbrzymie rozszerzenie, powiększenie narodu. I przeciwnie, wielomilionowy naród, zredukowany w swej aktywności dziejowej do cienkiej powłoki swoich klas posiadających, staje się narodem-paralitykiem. Jest to prawda bardzo nienowa. Wiedział o tym, bałwochwalca szlachetczyzny, Krasiński, gdy porównując upadek Rzymu z rozbiorami Polski pisał: „Ani pierwszego, ani drugiego wszyscy ziomkowie nie bronili; Rzymu tylko legiony, Polski — szlachta tylko". Lecz romantyczną bajką jest myśl, że naród może przezwyciężyć tę niemoc organiczną przez wspaniałomyślność klas wyższych, podnoszących „maluczkich" do swego piedestału. W prawdziwej, nieromantycznej historii te sprawy dzieją się inaczej — wskazałem już, jak się dzieją, powołując się na świeże doświadczenie Turcji Angorskiej. To są jedyne niewyimaginowane cuda historii. Taki sam „cud" leżał na końcu drogi torowanej w ostatnim trzydziestoleciu przez polski proletariat i ruch chłopski. Nie były potrzebne do tego patriotyczne frazesy; przeciwnie — trzeba było te frazesy zwalczać niemiłosiernie, gdy służyły za tarczę czynnikom zastoju i wstecznictwa. Patriotyzm frazesu godził się doskonale z lokajskim trójjojalizmem.</p> <p class="spip">Zatruwał atmosferę swoją obłudą, zabijał w społeczeństwie zmysł prawdy i szacunek dla prawdy. Zaborcy nie potrzebowali go się obawiać. Natomiast wobec wewnętrznej, społecznej demokratyzacji narodu, wobec Polski robotniczej i chłopskiej rozbiory rychło stać by się musiały niemożliwością.</p> <p class="spip">Stało się jednakże, że zanim dojrzał na ziemiach polskich „cud" wewnętrznego przeistoczenia, gruchnął „cud" inny — kataklizm wojny europejskiej, odpowiadający w zupełności wierzeniom romantyzmu w „tajemnicze opiekuństwo nad tym krajem". Wyśnione, zapowiedziane przez wieszczów narodowych spełnienie przeznaczeń. Romantyzm — nigdy nieprzezwyciężony — wezbrał powrotną falą i ogarnął całą elitę inteligencji polskiej. Grunt był tym lepiej przygotowany, że już reakcja po roku 1905 gnała dusze zwątpiałe (jak to widzieliśmy u Żeromskiego) na powrót do tradycyjnego azylu. Groza rewolucji rosyjskiej budziła również reakcję uczuciową. Rozpylenie przez wojnę klasy robotniczej Kongresówki uwsteczniło całe środowisko społeczne. Rzeczywistość faktów ekonomicznych i społecznych zdawała się zadawać kłam samej sobie, obalać własne prawa, zatracać swój ciężar. Stawała się złudą, widmem, upiorem. Świat zaczynał się na nowo.</p> <p class="spip">W tej cudownej przygodzie nastąpiło rozczulające pojednanie, frondującej ongi przeciw mieszczaństwu, rozwichrzonej myśli romantycznej z klasyczną bezmyślnością rodziny Połanieckich. Złotym mostem do zgody była wspólna pozadziejowość psychiki, jednaka wiara nie w ciężki trud dziejowy, lecz w łaskę, spływającą z zewnątrz. Mniejsza, że romantyk przyjmował odmianę losu z religijnym namaszczeniem, jako objaw „tajemniczego opiekuństwa", podczas gdy w rodzinie Połanieckich rzecz przedstawiała się jako coś w rodzaju szczęśliwej spekulacji lub niespodziewanego spadku po wujaszku z Ameryki. Romantyzm potrzebował pewnej dekoracji i znalazł ją w Legionach Piłsudskiego, które (przyznajmy z ręką na sercu) były pięknym symbolicznym gestem, ale nie były trudem, którego owoce są proporcjonalne do celowego wysiłku. Połaniecczyzna mogła się zadowolić pospolitym, konwencjonalnym kłamstwem, nie pozwalającym wątpić, że posiadacz wielkiej fortuny zdobył ją pracą i zasługą, a nigdy szwindlem.</p> <p class="spip">W ten sposób, z poręki możnych przyjaciół, na marginesie obcej, znojnie im krwawo tworzonej historii, w rozkosznym poczuciu nieodpowiedzialności za własną przeszłość rozsiadł się pan Stach Połaniecki w fotelu ministerialnym, a pan Podfilipski ujął w dystyngowane dłonie losy ojczyzny na forum międzynarodowym. Pan Zagłoba został senatorem i rad opowiada, jak to on fortelami ojczyznę z opresji wybawił. Dokoła nich rój Rzędzianów...</p> <p class="spip">Kompania ta jest bardzo z siebie zadowolona i przeniknięta tęgim, poobiednim optymizmem. Nie wątpi ona ani na chwilę, że historia składa się ze ślepego przypadku, sprytu i siły policyjno-wojskowej. Nie podejrzewa nawet, że pomyślna koniunktura nie jest wszystkim, że istnieją siły dziejowe możniejsze niż zbieg okoliczności, niż kombinacja dyplomatyczna, niż wielkie armie. W jej przekonaniu poglądy, dążenia, prądy ideowe — to wcale nie przenikająca ludzką świadomość radioaktywność zbiorowego życiowego tworzywa, lecz magazyn okazyjnych strojów maskaradowych. Można tak, można owak — w czym komu do twarzy. Monarchia z Habsburgiem? Vivant królewsko-polskie karmazyny! Moda na rzeczypospolite. Prosimy o najprzedniejszą, kiedy taki sezon! Ten sam fashion w sprawach społecznych. Policyjny porządeczek, nietykalność „podstaw" (zysku i renty gruntowej), a nade wszystko beztroskliwy sybarytyzm chwili bieżącej. Ani źdźbła zrozumienia, że tu leży kamień węgielny przyszłości stokroć ważniejszy niż silna armia, niż traktaty i pakty gwarancyjne!</p> <p class="spip">Ta rządząca warstwa burżuazyjno-ziemiańska, wraz z przejmującym wszystkie jej narowy przychówkiem dorobkiewiczów i zawodowych polityków chłopskich, powtarza z całym spokojem dzieje Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego. Ówczesne społeczeństwo szlacheckie zadokumentowało przez swój stosunek do sprawy chłopskiej zupełny brak zrozumienia zadań historycznych. To samo, choć w odmiennych warunkach, rozgrywa się w naszych oczach. Oby nie trzeba było znów kiedyś fałszować historii naszych dni dla pokrzepienia serc przyszłych pokoleń.</p> <p class="spip">Siły moralne, jakie ujawniły się w akcji Legionów, w POW i różnych przejściach tych pierwszych lat niepodległości, dawała wyłącznie elita młodzieży inteligenckiej, robotniczej i chłopskiej. Źródła tych sił moralnych były różnorodne, ale o kierunku ich wyładowania decydowały reminiscencje romantyczne bądź wprost (wśród inteligencji), bądź za pośrednictwem przywódców tak zwanych stronnictw lewicowych, robotniczych i chłopskich. Drugi „cud” Gajowca w roku 1920 był dlatego możliwy, że leżał na linii tych reminiscencji. Niebezpieczeństwo zagrażające z zewnątrz w klasycznej formie inwazji — to sprawa mieszcząca się doskonale w od dawna nie przewietrzanym światopoglądzie, równie doskonale jak spływający z zewnątrz uśmiech losu w „cudzie" nr 1. Lecz nieszczęsne skojarzenia myśli romantycznej czynią te siły moralne zupełnie bezsilnymi w bezwzględnie decydujących o przyszłości stosunkach wewnętrznych. Tu są one wprost oddane na usługi panoszącej się połaniecczyźnie i eksploatowane przez nią podobnie jak bogactwa leśne kraju — rabunkowo, bez żadnych skrupułów. Czy można się dziwić, że ci, których zapał i ofiarność trwonione są w ten sposób, buntują się przeciw swym dotychczasowym przewodnikom? Że Cezary Baryka wyłamuje się spod wpływu Gajowca?</p> <p class="spip">Być może, że ten bunt młodzieży i coraz powszechniejsze poczucie pustki duchowej znamionują istotnie jakieś „przedwiośnie". Ale pomieszanie pojęć i mgławicowość myśli są tak wielkie, że i tu możliwe są tragiczne nieporozumienia. Wielu z tych, którzy z latarnią w biały dzień szukają „wielkiej idei", rozminą się z nią przy spotkaniu. Może się zdarzyć, że oczekując „jasnej wiosenki naszej", jako jeszcze jednego cudu z łaski „tajemniczego opiekuństwa”, przerażą się pierwszego łoskotu pękających lodów.</p> <p class="spip">Przerażą się nie bez powodu. Wiosna na pewno nie oszczędzi zamków na lodzie, nawet najpiękniejszych. <a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_Julian_BRUN.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L83xH111/jpg_Julian_BRUN-3fdf1-42200.jpg' width='83' height='111' style='height:111px;width:83px;' class='' alt='Julian BRUN 1886-1942' /></a><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_Julian_BRUN.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L83xH111/jpg_Julian_BRUN-3fdf1-42200.jpg' width='83' height='111' style='height:111px;width:83px;' class='' alt='Julian BRUN 1886-1942' /></a></p></div> <hr /> <div class='rss_notes'><p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh1" name="nb1" class="spip_note" title="Notatki 1">1</a>] * Nędzny nad wszelki wyraz stan samopoznania w społeczeństwie polskim tłumaczy się w dużej mierze brakiem prawdziwie wielkiej krytyki literackiej w czasach, gdy literatura zastępował z konieczności, zdławione życie publiczne. Dość wspomnieć czym byli Bieliński i Pisariew w Rosji. Mozę zresztą związek przyczynowy jest odwrotny: podświadomie odczuwana potrzeba samozakłamania udzieliła się takie krytyce i przytłumiła jej rozmach! Jedynym, który tę lukę odczuwał i próbował ją wypełnić, był Stanisław Brzozowski. Nikt go dotychczas nie zastąpił.</p> <p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh2" name="nb2" class="spip_note" title="Notatki 2">2</a>] Niegdyś istniały nadzieje, że dzieło potężnie szarpnięte (ale tylko szarpnięte) z miejsca przez Brzozowskiego podejmie na zimno, szczypczykami i lancetem, bez gorączki i konwulsji tamtego Karol Irzykowski. Oczekiwali niektórzy, że da on nam wreszcie dyssekcję i wiwisekcję polskiej kultury nowoczesnej, jej legend, półświadomych kłamstw, znachorskich wybiegów, kołysanek i narkotyków, że po „Pałubie" kulturalnego Polaka przyjdzie „Pałuba" kulturalnej zbiorowości polskiej. Oczekiwanie to zostało najkompletniej zawiedzione. Z tego wyłącznie stanowiska interesuje nas tu Żeromski.</p> <p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh3" name="nb3" class="spip_note" title="Notatki 3">3</a>] * Cezary Jellenta: „Wielki Zmierzch". Warszawa 1924. Cytowane V według „Wiadomości Literackich", nr 6/1925.</p> <p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh4" name="nb4" class="spip_note" title="Notatki 4">4</a>] Michał Bobrzyński: Dzieje Polski, str. 338..</p> <p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh5" name="nb5" class="spip_note" title="Notatki 5">5</a>] Władysław Grabski: „Społeczne gospodarstwo agrarne". Warszawa 1923 r., str. 260,*</p> <p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh6" name="nb6" class="spip_note" title="Notatki 6">6</a>] Pośród odgłosów wywołanych przez ostatnie pisma Żeromskiego zwraca uwagę artykuł Józefa Wittlina pod tytułem: „Inwentarz kultury narodowej" („Skamander", nr 38). Autor również biedzi się nad pytaniem, gdzie się podział złoty róg — idea Polski współczesnej. Na próżno szuka drogowskazu przy pomocy samej tylko poetyckiej intuicji. Podobnie jak u Żeromskiego zbyt ciążą na tej intuicji nałogi romantycznego myślenia. Dlatego gdy Wittlin wygłasza zdanie, że „burżuazja polska jest młodsza od polskiego proletariatu miast i wsi" i że „burzyciele' kultury burżuazyjnej w Polsce nie mają czego burzyć" — to w najmniejszym stopniu nie zdaje sobie sprawy z właściwej doniosłości tych twierdzeń.</p></div> Wykłady o istocie religii http://nowakrytyka.pl/spip.php?article575 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article575 2016-04-24T17:33:57Z text/html pl Kochan Jerzy Ksiazki on-line Ludwig Feuerbach <br />"Wykłady o istocie religii" <br />TUTAJ cały tekst on line <br />SŁOWO WSTĘPNE.......2 <br />WYKŁAD PIERWSZY........3 <br />WYKŁAD DRUGI..............6 <br />WYKŁAD TRZECI.............9 <br />WYKŁAD CZWARTY........12 <br />WYKŁAD PIĄTY...............15 <br />WYKŁAD SZÓSTY............17 <br />WYKŁAD SIÓDMY............21 <br />WYKŁAD ÓSMY................25 <br />WYKŁAD DZIEWIĄTY.........28 <br />WYKŁAD DZIESIĄTY..........32 <br />WYKŁAD JEDENASTY..........37 <br />WYKŁAD DWUNASTY..........41 <br />WYKŁAD TRZYNASTY...........46 <br />WYKŁAD CZTERNASTY.........50 (...) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique54" rel="directory">Ksiazki on-line</a> <img src="http://nowakrytyka.pl/IMG/arton575.jpg" alt="" align="right" width="148" height="115" class="spip_logos" /> <div class='rss_texte'><p class="spip">Ludwig Feuerbach</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_jpg_Feuerbach.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L504xH656/jpg_jpg_Feuerbach-40cca.jpg' width='504' height='656' style='height:656px;width:504px;' class='' alt='' /></a></p> <h3 class="spip">"Wykłady o istocie religii" </h3> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?article574&var_mode=calcul" class="spip_out">TUTAJ cały tekst on line</a></p> <p class="spip">SŁOWO WSTĘPNE.......2</p> <p class="spip">WYKŁAD PIERWSZY........3</p> <p class="spip">WYKŁAD DRUGI..............6</p> <p class="spip">WYKŁAD TRZECI.............9</p> <p class="spip">WYKŁAD CZWARTY........12</p> <p class="spip">WYKŁAD PIĄTY...............15</p> <p class="spip">WYKŁAD SZÓSTY............17</p> <p class="spip">WYKŁAD SIÓDMY............21</p> <p class="spip">WYKŁAD ÓSMY................25</p> <p class="spip">WYKŁAD DZIEWIĄTY.........28</p> <p class="spip">WYKŁAD DZIESIĄTY..........32</p> <p class="spip">WYKŁAD JEDENASTY..........37</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUNASTY..........41</p> <p class="spip">WYKŁAD TRZYNASTY...........46</p> <p class="spip">WYKŁAD CZTERNASTY.........50</p> <p class="spip">WYKŁAD PIĘTNASTY.............54</p> <p class="spip">WYKŁAD SZESNASTY.............57</p> <p class="spip">WYKŁAD SIEDEMNASTY.........61</p> <p class="spip">WYKŁAD OSIEMNASTY..........65</p> <p class="spip">WYKŁAD DZIEWIĘTNASTY.......69</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY...........73</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY PIERWSZY....77</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY DRUGI.........81</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY TRZECI........84</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY CZWARTY......88</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY PIĄTY...........92</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY SZÓSTY.......95</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY SIÓDMY........99</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY ÓSMY...........103</p> <p class="spip">WYKŁAD DWUDZIESTY DZIEWIĄTY........108</p> <p class="spip">WYKŁAD TRZYDZIESTY..................112</p> <p class="spip">DODATKI I UWAGI (FRAGMENTY)........116</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_feuerbach-memorial.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L375xH500/jpg_feuerbach-memorial-3ccf6.jpg' width='375' height='500' style='height:500px;width:375px;' class='' alt='' /></a> <a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_Feuerbach-2.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L148xH115/jpg_Feuerbach-2-4ccd9.jpg' width='148' height='115' style='height:115px;width:148px;' class='' alt='' /></a></p></div> Czytanie "Kapitału" http://nowakrytyka.pl/spip.php?article643 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article643 2016-04-18T08:50:27Z text/html pl Althusser Louis Ksiazki on-line Strona tytułowa - PDF (112 KB) Wstęp - PDF (3,1 MB) Przedmowa. Od Kapitału do filozofii Marksa - PDF (13,5 MB) Przedmiot Kapitału - PDF (26,8 MB) O podstawowych pojeciach materializmu historycznego - PDF (22,5 MB) Spis treści - PDF (134 KB) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique54" rel="directory">Ksiazki on-line</a> <img src="http://nowakrytyka.pl/IMG/arton643.jpg" alt="" align="right" width="603" height="189" class="spip_logos" /> <div class='rss_texte'><p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_aaaalthuser.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L259xH194/jpg_aaaalthuser-34f20.jpg' width='259' height='194' style='height:194px;width:259px;' class='' alt='' /></a></p> <p class="spip"><BR><BR></p> <p class="spip"><BR><BR></p> <p class="spip">Strona tytułowa <a href='http://nowakrytyka.pl/IMG/pdf_00._Althusser_Balibar_-_Czytanie_Kapitalu_-_Strona_tytulowa.pdf'> - PDF (112 KB)</a><BR><BR> Wstęp <a href='http://nowakrytyka.pl/IMG/pdf_01._Althusser_Balibar_-_Czytanie_Kapitalu_-_Wstep.pdf'> - PDF (3,1 MB)</a><BR><BR> Przedmowa. Od <i class="spip">Kapitału</i> do filozofii Marksa <a href='http://nowakrytyka.pl/IMG/pdf_02._Althusser_Balibar_-_Czytanie_Kapitalu_-_Przedmowa.pdf'> - PDF (13,5 MB)</a><BR><BR> Przedmiot <i class="spip">Kapitału</i> <a href='http://nowakrytyka.pl/IMG/pdf_03._Althusser_Balibar_-_Czytanie_Kapitalu_-_Przedmiot_Kapitalu.pdf'> - PDF (26,8 MB)</a><BR><BR> O podstawowych pojeciach materializmu historycznego <a href='http://nowakrytyka.pl/IMG/pdf_04._Althusser_Balibar_-_Czytanie_Kapitalu_-_O_podstawowych_pojeciach_materializmu_historycznego.pdf'> - PDF (22,5 MB)</a><BR><BR> Spis treści <a href='http://nowakrytyka.pl/IMG/pdf_05._Althusser_Balibar_-_Czytanie_Kapitalu_-_Spis_Tre_ci.pdf'> - PDF (134 KB)</a><BR><BR></p></div> New articlePrzeciw autorytetowi Prawo i godność jednostki w ujęciu Johanna Gottlieba Fichtego http://nowakrytyka.pl/spip.php?article685 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article685 2016-04-16T18:50:45Z text/html pl Katarzyna Karaskiewicz NK on-line Against authority. The right and the dignity of the individual in terms of Johann Gottlieb Fichte <br />Katarzyna Karaskiewicz – doktor nauk humanistycznych, historyk idei i kultury. Absolwentka Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się historią idei, filozofią oświecenia, filozofią języka. Swoje badania koncentruje na filozofii Stanisława Kostki Potockiego, estetyce epoki oświecenia, filozofii Johanna G. Fichtego oraz nad słowem i jego zmieniającym się w ciągu wieków znaczeniem. (...) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique46" rel="directory">NK on-line</a> <div class='rss_texte'><p class="spip">Against authority. The right and the dignity of the individual in terms of Johann Gottlieb Fichte</p> <dl class='spip_document_1976 spip_documents spip_documents_left' style='float:left;width:120px;'> <dt><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/pdf_Katarzyna-Karaskiewicz-przeciw-autorytetowi-1.pdf" title='PDF - 429.5 kb' type="application/pdf"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L52xH52/pdf-d7486.png' width='52' height='52' alt='PDF - 429.5 kb' style='height:52px;width:52px;' class=' format_png' /></a></dt> </dl> <p class="spip"><— tekst w całości on line</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_KK_zdjecie.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_KK_zdjecie.jpg' width='520' height='694' style='height:694px;width:520px;' class='' alt='' /></a> <strong class="spip">Katarzyna Karaskiewicz</strong> – doktor nauk humanistycznych, historyk idei i kultury. Absolwentka Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się historią idei, filozofią oświecenia, filozofią języka. Swoje badania koncentruje na filozofii Stanisława Kostki Potockiego, estetyce epoki oświecenia, filozofii Johanna G. Fichtego oraz nad słowem i jego zmieniającym się w ciągu wieków znaczeniem. Edytorka i komentatorka pism Stanisława Kostki Potockiego. Opublikowała sześć książek i kilkadziesiąt artykułów. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Logiki i Filozofii Nauki.</p> <p class="spip"><i class="spip">„W pojęciu człowieka tkwi założenie, że jego cel ostateczny powinien być nieosiągalny, jego zaś droga do owego celu – nieskończona. Powołanie człowieka nie polega na tym, ażeby cel ten osiągnąć. Jednakże może on, a nawet powinien coraz to bardziej się do celu zbliżać. Dlatego też nieskończone przybliżanie się do tego celu stanowi jego prawdziwe powołanie jako człowieka, to znaczy jako istoty rozumnej, ale skończonej, zmysłowej, ale wolnej.” – pisał Johann Gottlieb Fichte w 1794 roku w dziele Kilka wykładów o powołaniu uczonego. Jestem zdania, że wykłady te, a zwłaszcza dwa pierwsze znacząco wpłynęły na rozwijane przez filozofa tezy z zakresu moralnego doskonalenia się człowieka w dwóch następnych dziełach: Powołanie człowieka (1800) i Filozofii wolnomularza (1803) . Celem, do którego jednostka winna nieustająco zdążać i przybliżać się jest nieskończone moralne doskonalenie. Aby przybliżać się do nieskończonego moralnego doskonalenia, jednostka musi nieustająco tkwić w wątpieniu i nieustająco porzucać autorytety. Wskazuję na nieustające wątpienie i nieustające porzucanie autorytetów (nieustający czyn), bowiem w społeczeństwach istnieje silna potrzeba posiadania i kreowania autorytetów. Jednostka zatem nieustannie narażona jest na zniewolenie samodzielnego myślenia. Johann Gottlieb Fichte odrzucał imienny oraz instytucjonalny autorytet. Uważał bowiem, że autorytetem jest dla siebie, że zastosuję duży kwantyfikator, każda jednostka. Tym samym odrzucał istnienie nie tylko wybranej jednostki, odrzucał nie tylko istnienie elitarnej grupy wybranych, ale też instytucje, które miałyby poprzez swój autorytet kierować poznaniem innych lub, co absolutnie wykluczał, kierować życiem innych jednostek, grup społecznych czy wręcz całych narodów...." </i></p> <h3 class="spip">Against authority. The right and the dignity of the individual in terms of Johann Gottlieb Fichte</h3> <p class="spip">Johann Gottlieb Fichte rejected personal and institutional authority. He believed that the authority is for yourself that will comply big quantifier, each unit. Thus rejected the existence of not only the selected unit, rejected not only the existence of an elite group of the elect, but also institutions, which would have the authority through its direct knowledge of others or what is absolutely excluded, follow the lives of other individuals, social groups or even whole nations.</p> <p class="spip"><strong class="spip">Keywords</strong>: authority, liberty, doubt, inequality intellectual, social equality, right, dignity of the individual</p> <h3 class="spip"> Przeciw autorytetowi. Prawo i godność jednostki w ujęciu Johanna Gottlieba Fichtego</h3> <p class="spip">Johann Gottlieb Fichte odrzucał imienny oraz instytucjonalny autorytet. Uważał bowiem, że autorytetem jest dla siebie, że zastosuję duży kwantyfikator, każda jednostka. Tym samym odrzucał istnienie nie tylko wybranej jednostki, odrzucał nie tylko istnienie elitarnej grupy wybranych, ale też instytucje, które miałyby poprzez swój autorytet kierować poznaniem innych lub, co absolutnie wykluczał, kierować życiem innych jednostek, grup społecznych czy wręcz całych narodów. Słowa kluczowe: autorytet, wolność, wątpienie, nierówność intelektualna, równość społeczna, prawo, godność jednostki</p> <p class="spip"><strong class="spip">Słowa kluczowe</strong>: autorytet, wolność, wątpienie, nierówność intelektualna, równość społeczna, prawo, godność jednostki</p></div> Wykłady o istocie religii http://nowakrytyka.pl/spip.php?article601 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article601 2016-04-15T21:18:11Z text/html pl Feuerbach Ludwig NK on-line TUTAJ cała książka on line <br />"...Jak wiadomo, nie jestem chrześcijaninem, nie należę zatem do przeżuwaczy (wedle tego, co mówi Luter: „Chrześcijanin przeżuwa sieczkę tak, jak to czynią owieczki”). Oddałem więc te wykłady do druku w całości, w takiej formie, w jakiej były wygłoszone. Uzupełniłem je tylko nowymi cytatami, wywodami i uwagami, a przy tym, o ile to było możliwe, usunąłem wszystko, co robiło wrażenie prostego przeżuwania, a więc pominąłem nawet cały jeden wykład, w którym powoływałem się na swoje Zasady (...) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique46" rel="directory">NK on-line</a> <div class='rss_texte'><p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_jpg_jpg_Feuerbach.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L504xH656/jpg_jpg_jpg_Feuerbach-94f41.jpg' width='504' height='656' style='height:656px;width:504px;' class='' alt='' /></a> <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?article574&var_mode=calcul" class="spip_out">TUTAJ cała książka on line</a></p> <p class="spip">"...Jak wiadomo, nie jestem chrześcijaninem, nie należę zatem do przeżuwaczy (wedle tego, co mówi Luter: „Chrześcijanin przeżuwa sieczkę tak, jak to czynią owieczki”). Oddałem więc te wykłady do druku w całości, w takiej formie, w jakiej były wygłoszone. Uzupełniłem je tylko nowymi cytatami, wywodami i uwagami, a przy tym, o ile to było możliwe, usunąłem wszystko, co robiło wrażenie prostego przeżuwania, a więc pominąłem nawet cały jeden wykład, w którym powoływałem się na swoje Zasady filozofii. W całości jednak zachowałem pierwsze wykłady, aczkolwiek nie zawierają one nic takiego, (czego nie można by znaleźć w innych mych pracach drukowanych, choć rozproszone i inaczej sformułowane. Zakładam bowiem, że wykłady te trafią także do rąk czytelników nie znających pozostałych moich prac, przynajmniej o ile chodzi o prace filozoficzne.</p> <p class="spip">Nie ma w tym nic dziwnego, że wykłady te ukazują się dopiero teraz. Cóż jest obecnie bardziej na czasie niż wspomnienie roku 1848? Ogłaszając je muszę jednak zauważyć, że są one jedynym przejawem mej działalności publicznej w tzw. okresie rewolucyjnym. We wszystkich politycznych i niepolitycznych ruchach i debatach owego czasu, których byłem świadkiem, brałem udział tylko jako krytyczny widz i słuchacz, a to z tego prostego powodu, że nie mogę brać czynnego udziału w przedsięwzięciach beznadziejnych a tym samym bezsensownych. Jeśli zaś chodzi o wszystkie te ruchy i debaty, to od samego początku przewidywałem, a w każdym razie przeczuwałem ich rezultat. Pewien znany Francuz zadał mi niedawno pytanie, dlaczego nie przyłączyłem się do ruchu rewolucyjnego w roku 1848. Odpowiedziałem na to: Panie Taillandier! Jeżeli znowu wybuchnie rewolucja i ja wezmę w niej czynny udział, wtedy, ku oburzeniu Pańskiej bogobojnej duszy, może Pan być pewny, że ta rewolucja będzie zwycięska i że będzie to dzień sądu ostatecznego nad monarchią i hierarchią. Niestety, takiej rewolucji nie dożyję. Za to biorę czynny udział w innej rewolucji, wielkiej i zwycięskiej, w rewolucji, której prawdziwe skutki i rezultaty rozwiną się w pełni dopiero w ciągu stuleci. Trzeba Panu bowiem wiedzieć, Panie Taillandier, że w mojej doktrynie, która nie zna żadnych bogów, a zatem nie zna też żadnych cudów w dziedzinie polityki, w mojej doktrynie, o której Pan wie i rozumie tyle, co nic, chociaż ośmiela się Pan wydawać o mnie sądy, zamiast studiować moje pisma, w doktrynie tej przestrzeń i czas są podstawowymi warunkami wszelkiego bytu i wszelkiej istoty, wszelkiego myślenia i działania, powodzenia i sukcesu. Wszystko skończyło się tak haniebnie i bezowocnie nie dlatego, że Parlamentowi brakowało wiary w boga, jak śmiesznie twierdzono w bawarskiej Radzie Państwa - co najmniej większość była wierząca, a wszakże i Pan Bóg idzie za większością - ale dlatego, że rewolucja nie miała wyczucia miejsca i czasu.</p> <p class="spip">Rewolucja marcowa była w ogóle dzieckiem, choć może nieprawym, wiary chrześcijańskiej. Konstytucjonaliści wierzyli, że wystarczy, aby Pan rzekł: Niechaj się stanie wolność! I niechaj się stanie prawo! a zaraz będzie prawo i wolność. Republikanie zaś wierzyli, że wystarczy tylko chcieć republiki, aby ją powołać do życia. Wierzyli więc w jakieś niby stworzenie republiki z niczego. Pierwsi przenosili na teren polityki chrześcijańskie cudy wywołane samym tylko słowem, drudzy zaś chrześcijańskie cudy wywołane także czynem. A przecież pan, Panie Taillandier, wie o mnie w każdym razie tyle, że jestem człowiekiem absolutnie niewierzącym. Jakże więc może Pan łączyć, mego ducha z duchem Parlamentu, moją istotę z istotą rewolucji marcowej?</p> <p class="spip">Ludwik Feuerbach (Bruckberg, 1 stycznia 1851)</p></div> Demokracja, demokratyzacja, prawa człowieka... http://nowakrytyka.pl/spip.php?article94 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article94 2016-04-15T21:17:29Z text/html pl Thimm Andreas Archiwum Podstawą jest tu dyskusja o pojęciu „rozwoju”. <br />W rozprawie „Co to jest rozwój?”[1] Nohlen i Nuscheler przedstawiają magiczny pięciokąt rozwoju, analogiczny do magicznego czworokąta polityki gospodarczej. Wierzchołkami tego pięciokąta są: rozwój, praca, równość /sprawie­dli­wość, uczestnictwo oraz niezależność/samodzielność. <br />Przyjrzymy się dokładnie tym elementom syndromu rozwoju, a przede wszystkim rozważymy, jakie możliwości działania mają państwowi działacze na politycznych obszarach, opisanych (...) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique22" rel="directory">Archiwum</a> <div class='rss_texte'><p class="spip">Podstawą jest tu dyskusja o pojęciu „rozwoju”.</p> <p class="spip">W rozprawie „Co to jest rozwój?”[1] Nohlen i Nuscheler przedstawiają magiczny pięciokąt rozwoju, analogiczny do magicznego czworokąta polityki gospodarczej. Wierzchołkami tego pięciokąta są: rozwój, praca, równość /sprawie­dli­wość, uczestnictwo oraz niezależność/samodzielność.</p> <p class="spip">Przyjrzymy się dokładnie tym elementom syndromu rozwoju, a przede wszystkim rozważymy, jakie możliwości działania mają państwowi działacze na politycznych obszarach, opisanych przez magiczny pięciokąt.</p> <p class="spip">I</p> <p class="spip">Wzrost to wskaźnik ekonomiczny, który można zmierzyć. Posiada ograniczoną, ale przejrzystą siłę opisu, która w szczególności umożliwia uniwersalne porównania. Jednakże trzeba zauważyć, że jego siła opisu jest szczególnie ograniczona w krajach rozwijających się, ponieważ metody obliczeń statystycznych zostały dostosowane do industrialnych gospodarek rynkowych; metody te pozwalają na poniekąd dowolne oceny, jeśli chodzi o gospodarki wyżywieniowe, i tzw. szarą strefę. Analogicznie polityki gospodarcze stosowane w celu wspierania wzrostu odnoszą się przede wszystkim do zorientowanych na rynek nowoczesnych sektorów danej gospodarki narodowej. Mimo tego wzrost pozostaje centralną kategorią dyskursu na temat rozwoju. Wprawdzie nie każdy wzrost oznacza rozwój – przykładowo nie wtedy, gdy przyczyną wzrostu jest krótkoterminowy boom na surowce – jednakże bez wzrostu nie ma mowy o rozwoju. Ponadto, siła opisu wskaźników wzrostu może się zwiększyć, jeśli to, co zwykle bierze się pod uwagę – produkcję dóbr i usług – uzupełnia się wskaźnikami społecznymi.</p> <p class="spip">Zwiększenie kwot przeznaczonych na szkolenia, wzrost formalnego wykształcenia zawodowego, opieki zdrowotnej etc. – wszystko to wskazuje, że społeczeństwo jest na dobrej drodze. Pierwszoplanowe znaczenia posiada jednak wzrost gospodarczy w węższym sensie.</p> <p class="spip">O wiele bardziej problematyczna jest sama idea pracy. Działalność, która przynosi pożytek samemu wykonawcy i/lub innym osobom, może być określana mianem „pracy”, a jest rzeczywiście tak istotna dla życia człowieka, tak wszechobecna, że „bezrobocie” staje się stanem surrealnym. Przeciwieństwo „pracy” i „bezrobocia” wskazuje, że pracy przypisano konotację, którą się zanadto eksponuje w krajach uprzemysłowionych: „praca” jest tu utożsamiana z działalnością zależnych osób zatrudnionych w procesie produkcji, poddanym podziałowi pracy i zorganizowanym. Nie jest to fałszem, lecz nie obejmuje większej części ludności w krajach rozwijających się, mianowicie tzw. self employed poor, zarówno w regionach wiejskich, jak i miejskich.</p> <p class="spip">Ograniczonemu znaczeniu słowa „praca” odpowiada to, że polityczne działania w tym zakresie są podejmowane przede wszystkim w obronie pracownika, działającego w formalnych warunkach zatrudnienia. Fakt, że w większości krajów rozwijających się większa część ludności nie pracuje w takich formalnych warunkach zatrudnienia nie jest brany pod uwagę. Powyższa krytyka dotyczy również deklaracji, konstytucji oraz paktów mających za przedmiot prawa człowieka, w których mówi się o „prawie do pracy”[2].</p> <p class="spip">Wierzchołek równość/sprawiedliwość jest centralnym, ale zarazem najbardziej kłopotliwym obszarem magicznego pięciokąta. Ludzkie społeczeństwa są oparte na nierówności. Równa jest masa nieodróżnialnych osób. Zatem „równość” musi być przeniesiona do innej miary. Taką miarą jest prawo. Równość wobec prawa jest decydującym warunkiem udanego i pokojowego współżycia wielu ludzi w jednym społeczeństwie. Podstawowymi normami tego prawa są prawa człowieka, tak jak są one powszechnie zagwarantowane w różnych umowach prawa międzynarodowego. To do nich należy ustalanie, co powinno obowiązywać jako „sprawiedliwe”. Nie będę się tu wdawał w rozważanie pojęcia „sprawiedliwości”, lecz zwracam uwagę tylko na to, że możliwe jest porozumienie co do abstrakcyjnych zasad, które wykluczają określone alternatywy[3].Jednakże możliwości działania, które dają się pogodzić z tymi (abstrakcyjnymi) zasadami, nigdy nie mogą sprowadzać się do jednej. Sarkastyczne prawnicze powiedzenie „ludzie chcą sprawiedliwości, a to, co dostają, to wyrok” ujawnia tę trudność,</p> <p class="spip">Dewaluacja formalnej równości wobec prawa na korzyść materialnej równości była w przeszłości, a i dziś jest w niektórych krajach, istotną przeszkodą w poprawieniu warunków bytowych wielu ludzi – ekstremalnymi przykładami są Korea Północna i Kuba. formalna równość wobec prawa jest szczytnym celem, który jednak nie może być zrealizowany w pełni jako obowiązująca norma również w zachodnich demokracjach.</p> <p class="spip">Postulat uczestnictwa powoduje mniej teoretycznych trudności. Współudział w podejmowaniu decyzji, które dotyczą (bezpośrednio lub pośrednio) własnego życia, jest wymagany nie tylko ze względu na prawa człowieka, lecz również jest funkcjonalnie potrzebny (bo jest pomocny) do zmniejszenia kosztów przymusu. Koszty utrzymania nadmiernie rozrośniętego aparatu bezpieczeństwa i przymusu przyczyniły się istotnie do bankructwa dyktatorskich reżymów. Totalitarne próby poddania społeczeństw (jako całości) politycznym dyspozycjom były udane co najwyżej w sensie negatywnym, jako że zdołały powstrzymać to, co niepożądane, jednak w żadnym wypadku nie można było wymusić tego, co pożądane – w sensie pozytywnym. Nawet najbardziej zagorzały krytyk Fidela Castro nie będzie twierdził, że obecny stan kubańskiego społeczeństwa odpowiada zamierzeniom „Comandante en Jefe de la Revolución”. Nie można również przyjmować, że sowieckie społeczeństwo pod koniec ery Breżniewa odpowiadało zamierzeniom Politbiura.</p> <p class="spip">Państwowa polityka rozwoju, która nie może oprzeć się na dobrowolnej współpracy obywateli (dla ich własnej korzyści), będzie nieskuteczna, a być może nawet szkodliwa. To stwierdzenie ma znaczenie zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. Wskazuje mianowicie, że procesy przemian w społeczeństwie, których całość konstytuuje rozwój, nie są bezpośrednim następstwem politycznych decyzji. Rozwój – niezależnie od stopnia szczegółowości ujęcia tej kategorii – jest abstrakcyjną koncepcją, która obejmuje bardzo wiele konkretnych procesów. Innymi słowy – kto bezpośrednio zamierza doprowadzić do rozwoju, przejawia zachowanie, „które Hegel – w innym kontekście – zilustrował opopowiastką o człowieku, który chciał zjeść owoce i dlatego wzgardził jabłkami, gruszkami, śliwkami, wiśniami i pigwami – bo przecież on nie chciał jabłek, tylko owoce, i nie chciał gruszek, tylko owoce... wybierał z pewnością jedyną właściwą drogę, aby nie dostać nic z tego, co przecież chciał otrzymać: mianowicie owoce; ponieważ owoce są dostępne ludziom tylko w postaci jabłek lub gruszek, śliwek, wiśni czy też pigw”[4].</p> <p class="spip">Polityka rozwoju jest zatem możliwa tylko jako polityka edukacyjna, gos­podarcza, przemysłowa, handlowa, rolna, podatkowa, ekologiczna etc. Jednakże we wszystkich wyżej wymienionych dziedzinach państwo ma do czynienia z ludźmi, mającymi na uwadze swoje korzyści i naturalnie uprawnionymi do tego. Państwowe rozporządzenia ustanawiają warunki ramowe dla samodzielnej działalności tychże ludzi. Jeżeli zaś państwowe rozporządzenia zostaną odebrane przez obywateli jako zagrożenia dla ich własnych interesów, to będą oni próbowali się im przeciwstawić, przeważnie skutecznie. Jeśli polityczne rozporządzenia mają być skuteczne, to ich adresaci muszą postrzegać je jako leżące w ich własnym interesie. Właśnie uczestnictwo w podejmowaniu decyzji jest niezbędne do zapewnienia tego rezultatu. Jeżeli ludzie wzięli udział w planowaniu, to będą współpracować także przy jego realizacji.</p> <p class="spip">Uczestnictwo posiada zatem dwa wymiary: a) wymiar planowania i b) wy­miar realizacji. obywatele planują jednak również samodzielnie, rozwijają dla siebie koncepcje działania, indywidualnie lub współpracując z innymi ludźmi, dotyczące bliższej (i być może dalszej) przyszłości. Państwowe rozporządzenia są warunkami ramowymi dla samodzielnych planów; te warunki są wliczone, tak czy inaczej, w kalkulacje. Jeżeli warunki ramowe zostaną uznane za korzystne dla osiągania własnych zysków, to tym lepiej, a jeżeli nie – patrzcie wyżej. Istnieje jednakże jeszcze jeden aspekt formalny, którego nie wolno zaniedbywać: warunki ramowe muszą zostać uznane za stabilne i wiarygodne. Stabilność warunków ramowych oznacza, że państwowe reguły muszą odnosić się do dłuższych okresów i nie powinny być poddawane żadnym gwałtownym modyfikacjom.</p> <p class="spip">Ale co znaczy w tym kontekście „wiarygodność”? Przypominam o wywodzie dotyczącym „równości wobec prawa”. Reguły prawne muszą obowiązywać wszystkich w ten sam sposób, a nierówne traktowanie (wskutek różnego stosowania tychże reguł) musi być skutecznie wykluczone. Jednym słowem, działanie państwa musi być zgodne z normami praworządności. „Praworządny” znaczy w tym wypadku: uporządkowany według znanych, egzekwowanych norm, które stosuje się w przewidywalnym, administracyjnym trybie; ponadto spory muszą być możliwe i muszą być rozstrzygane przez niezależne sądy – według wyraźnie przez nie sformułowanych reguł postępowania. Jednakże takie spory muszą pozostać rzadkimi wyjątkami w porównaniu do trybu administracyjnego.</p> <p class="spip">Podsumowując dotychczasowe wywody, możemy powiedzieć: zadaniem państwa jest stworzenie (za pomocą politycznych rozporządzeń) ram prawnych, wewnątrz których działanie ludzi, biorących za siebie odpowiedzialność, dla ich własnej korzyści umożliwia jednocześnie popieranie interesów wspólnoty. Idzie nie tylko o to, żeby taki był obiektywny stan rzeczy, lecz również o to, żeby właśnie tak był on odbierany przez ludzi. Krótko mówiąc: polityczne rozporządzenia muszą opierać się na zaufaniu członków społeczeństwa. zaufanie to musi być zdobyte poprzez danie szansy uczestniczenia i poprzez praworządność.</p> <p class="spip">Pozostaje nam jeszcze spojrzeć na ostatni wierzchołek magicznego pięciokąta – czyli na niezależność/samodzielność. Można wykluczyć ich radykalny wariant w postaci autarkii. Ta możliwość (i.e. autarkia) nie jest już dostępna dla jakiegokolwiek państwa w dzisiejszym świecie, czego obecnie, i to bardzo boleśnie, jako ostatnia doświadczyła Korea Północna. W rachubę nie wchodzi również panowanie kolonialne, przy czym tutaj pojawiają się problemy, jeśli pomyślimy o licznych mniejszościach etnicznych, które wolałyby mieszkać we własnym państwie. Kwestia, czy prawo samostanowienia narodów (jak to w obu paktach praw człowieka z roku 1966, w równobrzmiącym artykule nr 1, rozdział 2, zostało sformułowane) może być podstawą prawa do secesji, jest bardzo kontrowersyjna; większość ekspertów jest przeciwna takiej interpretacji. Postawa ONZ, zarówno wobec problemu Kosowa, jak i kwestii kurdyjskiej, wskazuje, że wspólnota międzynarodowa kategorycznie odrzuca takie prawo.</p> <p class="spip">Hasło, które może być tutaj pomocne, brzmi „wzajemna zależność”, obopólna zawisłość. Wszystkie państwa pozostają względem siebie w różnych stosunkach międzynarodowych, niosących ze sobą ograniczenia samodzielnej polityki. Tak dalece „niezależność” jest fikcją już na samym początku. We wzajemnej zależności istnieją jednakże stopniowe zróżnicowania. Większe kraje posiadają większą swobodę ruchów niż mniejsze. Ale i małe państwa są o tyle niezależne, że trudno jest im narzucić politykę wewnętrzną, skoro są gotowe zaakceptować sankcje materialne. Nędzna farsa, jaką od dwóch lat wystawia ubożuchne państewko Haiti (niezdolne albo pozbawione chęci do wybrania premiera) posiada swoją wymowę. Jedyna sankcja, jaką wspólnota międzynarodowa może zastosować w odpowiedzi na to, polega na wycofaniu pomocy finansowej, co dotyka przede wszystkim cierpiącą niedostatek ludność, a nie odpowiedzialnych za katastrofę polityków.</p> <p class="spip">Również mówienie o „samodzielności” nie pomaga uzyskać jasności w tej kwestii. Z jednej strony budzi to skojarzenia z bardziej wzruszającą niż skuteczną ideologią self-reliance, taką, jaką wywalczył dla Tanzanii osobiście niewątpliwie godny zaufania, lecz pomimo to politycznie nieudolny Julius Nyerere. Z drugiej strony przypomina to o uzasadnieniach wszystkich tyranów, którzy podnoszą swą władzę do godności niezastąpionej części swojej kultury, a krytykę piętnują jako zachodni imperializm kulturalny. Wszystkie kultury świata są synkretyczne, oznacza to, że licząc co najmniej od początków kolonializmu, poprzez rosnącą ilość kontaktów z kulturą europejską, zasymilowały jej istotne elementy. Nie jest oczywiste, że wskutek tego musi dojść do utraty „samodzielności”. Jeśli natomiast „silny człowiek z Singapuru”, Lee Kuan Yew (doskonały produkt brytyjskiego systemu kształcenia), zachwala „azjatyckie wartości”, to ideologiczny charakter tego zjawiska jest oczywisty. A jeżeli w walce o władzę pomiędzy irańskimi twardogłowymi a reformatorami, ci pierwsi próbują wprowadzić sankcje karne za odbiór zagranicznych programów przez anteny satelitarne, to jest także jasne, że chodzi tu o zmonopolizowanie kultury dla celów władzy, toteż kultura jest tylko środkiem, a nie celem.</p> <p class="spip">Podobnie jest wtedy, gdy niezależność/samodzielność rozumie się nie w kategoriach politycznych (czy kulturalnych), lecz w ekonomicznych. Trudno się wtedy spodziewać postępu. Zupełne oddzielenie od zewnętrznych powiązań gospodarczych jest niemożliwe. Względne znaczenie gospodarki zagranicznej zależy od wielkości danego kraju. W Indiach, Chinach lub w USA udziały gospodarki zagranicznej (w produkcie narodowym) zawsze będą niższe niż na Tajwanie, w Gwatemali lub w Danii; nie wynika z tego możliwość wyciągnięcia wniosku, że Gwatemala jest mniej gwatemalska niż USA amerykańskie. Ponadto, sytuacja rozwija się jednoznacznie w kierunku zróżnicowania zagranicznych gospodarek, przez co osłabiana jest zależność od jednego partnera[5].</p> <p class="spip">Krótko mówiąc, kategoria „niezależność/samodzielność” wydaje się przebrzmiałym odbiciem debat nad zależnością i neokolonializmem w latach 60.</p> <p class="spip">Podsumowując dotychczasowe rozważania: okazało się, że trzy kategorie magicznego pięciokąta rozwoju są najważniejsze dla dyskusji o rozwoju: „wzrost” ogarnia materialny substrat rozwoju, „równość” w postaci równości wobec prawa i „uczestnictwo” obejmujące proceduralne reguły, którym podlegają wszystkie wysiłki na rzecz rozwoju.</p> <p class="spip">II</p> <p class="spip">Pojęcia „demokratyzacja” i „demokracja” nie pojawiły się w dotychczasowych wywodach, na marginesie wspomniano tylko o prawach człowieka. Mimo to staje się jasne, że sformułowane proceduralne warunki sukcesu wysiłków mających na celu rozwój, mianowicie równość wobec prawa i uczestnictwo, mogą spełnić tylko państwa demokratyczne. To stwierdzenie nasuwa rozmaite kwestie, z których kilka zamierzam omówić.</p> <p class="spip">Istnieją historyczne przykłady reżymów niedemokratycznych, które skutecznie wsparły rozwój. Jak to można połączyć z moją tezą?</p> <p class="spip">Hiszpania od późnych lat 50. przeżyła spektakularny wzrost gospodarczy oraz radykalną zmianę w społeczeństwie. Jednocześnie polityczny monopol Caudillo Franco był ściśle strzeżony. Jednakże system stawał się coraz bardziej liberalny poza obszarem polityki, w ścisłym tego słowa znaczeniu.</p> <p class="spip">Zezwolono, najpierw w sferze gospodarczej, a później także w sferze społecznej, na rzekomo niepolityczne możliwości działania, w których rozwinęła się społeczna aktywność, która z kolei doprowadziła do pierwotnej postaci społeczeństwa obywatelskiego. W ten sposób powstała struktura organizacyjna, z którą mogły się szybko zintegrować organizacje z politycznego podziemia – tak szybko, jak było to możliwe. Gdy po śmierci Franco elity chciały przekształcić system w demokrację, to konieczna do tego struktura społeczna już istniała.</p> <p class="spip">Generał Pinochet w Chile powoływał się expressis verbis na frankistowską Hiszpanię. Również tam po pierwszej fazie brutalnych represji nastąpiła faza bardzo selektywnej kontroli. Kto trzymał się z dala od polityki, mógł swobodnie zajmować się swoimi sprawami, co niosło ze sobą znaczącą gospodarczą dynamikę. Rozkwit gospodarczy spowodował powstanie żądań demokratyzacji, której dyktator mógłby uniknąć tylko za cenę sparaliżowania wzrostu ekono­- micz­nego totalitarnymi represjami. Jednakże udało mu się wbudować pewne autorytarne relikty w system polityczny nowo powstającej demokracji, które po dziś dzień nie zostały usunięte.</p> <p class="spip">Także w Korei Południowej i na Tajwanie doszło do demokratyzacji – było to konsekwencją spektakularnego, trwającego kilka dekad wzrostu gospodarczego, który również przekształcił – w radykalny sposób – struktury społeczne.</p> <p class="spip">Istota demokratyzacji, będącej następstwem ciągłej gospodarczej pomyślności, polega na ambiwalentnym stosunku społeczeństwa do państwa. Mianowicie z jednej strony rozkwit gospodarczy jest przyczyną lojalności, powstałej wskutek doświadczenia istotnego polepszenia się warunków życia większej części ludności. Z drugiej strony, właśnie ta lojalność staje się problematyczna z racji doświadczenia rozbieżności między uporządkowaną i efektywną gospodarką a polityką, postrzeganą jako samowola. Rezultatem tejże ambiwalencji jest pragnienie demokracji. Z tego powodu przejście w trakcie efektywnego rozwoju gospodarczego bynajmniej nie jest rewolucyjne. Nie chodzi o to, aby radykalnie przekształcić społeczeństwo, ale o to, aby dopasować przestarzały system polityczny do modernizującego się społeczeństwa.</p> <p class="spip">Z tego punktu widzenia szczególnie interesujący jest przypadek Singapuru. W zasadzie istnieje tam system parlamentarny według modelu westminsterskiego, jednak powoduje on, że ciągle ta sama partia posiada olbrzymią większość, co służy de facto legitymizacji autorytarnej polityki, prowadzonej przez małą grupę pod przewodnictwem Lee Kuan Yewa, który oficjalnie wycofał się do drugiego szeregu, a de facto pociąga za sznurki tak jak przedtem. Polityczne współzawodnictwo, w trakcie którego teraźniejsza opozycja może ustanowić przyszły rząd – nie istnieje. Wspomniałem wcześniej, że mówienie o „azjatyckich wartościach” niczego nie jest w stanie wytłumaczyć. Zatem jak jest możliwe połączenie stabilnego autorytaryzmu i ciągłego gospodarczego sukcesu? Moja hipoteza brzmi: przyczyną jest znakomita jakość biurokracji. Administracja miasta-państwa jest naśladownictwem brytyjskiej civil service. Łączy spraw­­ność działania z czujną intuicją, dotyczącą potrzeb ludności – odpowiedzialnością (responsiveness) – dlatego też zapobiega ona wielu potencjalnym żądaniom współuczestnictwa. Systemowo nie są tu uwzględniane żądania politycznego współudziału w ścisłym znaczeniu, jednakże takie żądania są stawiane tylko przez mniejszości, które łatwo mogą zostać zepchnięte na margines – i to jest odwrotna strona biurokratycznej wydajności. Responsiveness państwowych instytucji jest więc środkiem, za pomocą którego mogą ustabilizować się autorytarne reżymy. Poczucie życia w efektywnym porządku, którego reguły są znane i zrozumiałe, ogranicza jawne żądania uczestnictwa do mniejszości, które to mniejszości są tak nieliczne, że mogą być zignorowane, bez konieczności stosowania widocznej dla wielu, i dlatego też politycznie kosztownej, represji.</p> <p class="spip">Na podobną sytuację wskazują wyniki ankiety, jaką przeprowadzono wśród 3200 osób w ChRL. Demokracja byłaby: „nie [...] systemem rywalizacji i uczestnictwa, ale określeniem dobrego ustroju, takiego, który jest uczciwy, egalitarny, stabilny i sprawiedliwy. To, co legitymizuje rząd, to moralna prawość i wywiązywanie się z administracyjnych obowiązków, a nie pluralizm i uczestnictwo”[6].</p> <p class="spip">III</p> <p class="spip">Demokratyzacja jako następstwo gospodarczego i społecznego rozwoju jest niestety wyjątkiem, a nie regułą. Większość procesów demokratyzacji (od początku lat 80.) wyrosła raczej z bankructwa dyktatorskich reżymów lub – w lepszym razie – z przyznania się tychże systemów do porażki. Dlatego młode demokracje są obciążone nie tylko trudnym zadaniem odbudowy politycznych instytucji, lecz także muszą uzdrowić zrujnowaną gospodarkę. Najnowszym dramatycznym przykładem jest Indonezja. Układ problemów w takiej sytuacji, która dotyczy większości przypadków, jest bardziej skomplikowany i dlatego trudniejszy do pokonania niż w przypadku demokratyzacji – jako szczytowego punktu modernizowania społeczeństwa. Jeżeli poniekąd uczciwe wybory są najważniejszym kryterium uznania danego systemu za „demokratyczny”, to w Ameryce Łacińskiej istnieje jeszcze tylko jeden niedemokratyczny system – Kuba. Jeżeli jednak zastosujemy kryterium oceny bardziej złożone pod względem treści, to obraz całości będzie znacznie mniej korzystny. „Prawdziwa demokracja wymaga aktywnego społeczeństwa obywatelskiego, państwa prawa, cywilnej kontroli nad wojskowymi, niezależnego sądownictwa, wolnej prasy, wolności gromadzenia i stowarzyszania się...”[7]. W różnych krajach w odmiennym stopniu większość (lub wszystkie) z tych czynników nie jest wcale obecna lub jest obecna niedostatecznie. Łatwo to krytykować, ale ta krytyka wcale nie pomaga. Próbując ustalić strategię poprawy, musimy mieć na względzie to, że decydujące grupy społeczne czerpią zyski z istniejącej sytuacji, niekorzystnej dla większości ludności kraju, ponieważ zapewniają sobie renty. Renty to dochody, które nie są uzasadnione gospodarczą wydajnością, tylko politycznymi rozporządzeniami. Rewolucyjne idee lat 60. były skierowane przeciwko ludziom pobierającym renty, zwanymi wtedy oligarchią lub burżuazją wspólników. Jednakże przez samo całkowite pozbawienie tych grup władzy, jak się stało na Kubie, nie poprawiło się położenia ludzi, a o demokracji także nie mogło być mowy. Staje się więc jasne, że i polityka demokratyzacji musi zabierać się do dzieła w sposób pośredni.</p> <p class="spip">Kluczowym problemem jest praworządność w połączeniu z ekonomią określaną przez rynek. Czynniki te umożliwiają powstanie klasy zorientowanej na produkcję. Gwarancje własności, ważne dla wszystkich, a nie tylko dla tych, co już coś lub dużo posiadali, są tak samo konieczne jak ogólnie obowiązujące reguły prawne[8]. „Zablokowane” demokracje[9] mają tendencję do wyłączności, to znaczy że umacniają samouprzywilejowanie już uprzywilejowanych[10]. Działalność państwa polega na udzielaniu (lub odmowie) sposobności zysku jednostkom lub grupom. Nie jest zaskakujące, że wskutek tego powstaje galopująca korupcja. Tu leży prawdziwy polityczny materiał wybuchowy związany z programami restrukturyzacji Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego: jeśli handel zagraniczny zostanie zliberalizowany, to elita państwowa utraci beneficjum handlowania licencjami na import. A jeśli beznadziejnie deficytowe zakłady państwowe zostaną sprywatyzowane, to zniknie możliwość przydzielania miejsc pracy dla celów politycznego patronatu[11]. Tak dalece te programy pomagają stworzyć struktury wspomagające demokrację.</p> <p class="spip">Lecz są i inne grzechy: na przykład w Peru, pomimo całkiem udanych liberalnych reform, sterowana polityka rozwoju jest prawie niemożliwa, ponieważ znaczącą częścią państwowego budżetu dysponuje prezydent i jest ona rozdzielana przez niego wyłącznie z uwagi na krótkoterminowe stanowisko politycznego oportunizmu. Reżym Alberta Fujimoriego jest dobrym przykładem na to, że poniekąd legalny wybór prezydenta i parlamentu nie gwarantuje przestrzegania praw człowieka. Jednakże bez respektowania praw człowieka bezpieczeństwo prawne jest niemożliwe, a jest ono niezbędne dla średnio- i długoterminowego pozytywnego rozwoju gospodarczego i społecznego.</p> <p class="spip">Następnym – w żadnym wypadku nie ograniczonym do Peru, ale tam szczególnie wyraźnym – problemem jest podporządkowanie wojskowych cywilnej sile politycznej, a przede wszystkim sądownictwu. W szczególności arbitralne rozciągnięcie wojskowego sądownictwa na osoby cywilne jest odpowiednim środkiem do zniszczenia poczucia bezpieczeństwa prawnego wśród obywateli. W tym samym kierunku zmierza impunidad (bezkarność przestępstw), których sprawcy są w zażyłych stosunkach z politycznymi potentatami lub wojskowymi wysokiego szczebla[12]. Podczas gdy w Argentynie pojedynczy odważni sędziowie ostatnio rozpoczęli śledztwa w przypadku ciężkich przestępstw z możliwym podłożem politycznym, to rząd Fujimoriego stara się poddać wymiar sprawiedliwości zupełnej zależności od władzy wykonawczej. Trzeba stwierdzić z gorzką ironią, że rządząca w latach 1968–1980 dyktatura wojskowa jest winna znacznie mniejszej ilości naruszeń praw człowieka niż formalnie demokratyczne rządy, przy czym rząd Alana Garcii (1985–1990) pozostawił po sobie najstraszniejszy bilans.</p> <p class="spip">IV</p> <p class="spip">Kończę i podsumowuję swoje rozważania pięcioma tezami:</p> <p class="spip">1. Bezpieczeństwo prawne obywateli w każdym samodzielnym działaniu gos­podarczym jest nieodzowne dla udanego rozwoju społeczeństwa.</p> <p class="spip">2. Udany gospodarczy i społeczny rozwój w wielu przypadkach pociąga za sobą polityczną demokratyzację.</p> <p class="spip">3. Niestety, częstszym przypadkiem jest demokratyzacja podczas poważnego gospodarczego i społecznego kryzysu, który został spowodowany porażką autorytarnego reżymu. W takich przypadkach demokratyzacja nie jest jeszcze rozwiązaniem kryzysu, lecz koniecznym, ale nie wystarczającym warunkiem jego rozwiązania.</p> <p class="spip">4. W takich przypadkach słusznie przyznaje się pierwszeństwo uzdrowieniu gospodarki; to uzdrowienie będzie trwałe wtedy, gdy będzie szło w parze z instytucjonalnymi reformami, mającymi na celu bezpieczeństwo prawne, które ze swej strony umożliwia współudział.</p> <p class="spip">5. Zarówno dla rozwoju gospodarczego, jak i dla demokracji praworządność i szanse uczestnictwa są podstawą, dlatego też tylko w systemach demokratycznych jest możliwy trwały rozwój.</p> <p class="spip">Przełożył Wojciech Krzymiński</p> <hr class="spip" /> <p class="spip">[1] D. Nohlen, F. Nuscheler: Was heißt Entwicklung?, [w:] id.: Handbuch der Dritten Welt, Bd. 1, 3. Bonn 1992, s. 55–75.</p> <p class="spip">[2] Por. A. Thimm: Menschenrechte und Grundbedürfnisse, [w:] E. Gormsen, A. Thimm (Hrsg.): Armut und Armutsbekämpfung in der Dritten Welt. Mainz 1990, s. 9–28.</p> <p class="spip">[3] Por. J. Rawls: Eine Theorie der Gerechtigkeit. Frankfurt/M. 1975; O. Hoeffe: Politische Gerechtigkeit. Grundlegung einer kritischen Philosophie von Recht und Staat. Frankfurt/M. 1987.</p> <p class="spip">[4] O. Marquard: Zur Diätetik der Sinnfrage, [w:] id.: Apologie des Zufälligen. Stuttgart 1986, s. 43.</p> <p class="spip">[5] D. Berg-Schlosser, N. Kersting: Warum weltweit Demokratisierung?, [w:] R. Hanisch (Hrsg.): Demokratieexport in die Länder des Südens? Hamburg 1997, s. 117.</p> <p class="spip">[6] A.J. Nathan: Chinas Transition. New York 1998, cyt. za J. Mirsky: Democratic Vistas? „The New York Review of Books”, vol. XLV, no. 13, 13.8.1998, s. 28.</p> <p class="spip">[7] H.-J. Lauth: Demokratieförderung als ein Element der Außenpolitik der USA, [w:] R. Hanisch (Hrsg.): demokratieexport..., op.cit.,s.163.</p> <p class="spip">[8]Por.H. de Soto i in.: El otro sendero. La revolución informal. Lima 1986.</p> <p class="spip">[9] G. Schubert, R. Tetzlaff (Hrsg.): Blockierte Demokratien. Opladen 1998.</p> <p class="spip">[10] Brazylia i Kolumbia są tego typowymi, ale nie jedynymi przykładami. Por. m.in. S. Kurten­bach: Kolumbiens Demokratie – oder über den Zusammenhang von Gewalt und Politik. „Lateinamerika – Analysen, daten, Dokumentation” 1998, nr 37, s. 44–54.</p> <p class="spip">[11] Por. H. Fuhr: „Governance” in Enwicklungsländern – neue Strukturanpassungspolitiken mit Demokratisierungspotential?, [w:] R. Hanisch (Hrsg.): Demokratieexport..., op.cit., s. 231–271.</p> <p class="spip">[12] por. R. Huhle: Peru – Von der Entlegitimierung der Demokratie zur Autorisierung des Autoritarismus, [w:] G. Schubert, R. Tetzlaff (Hrsg.): Blockierte Demokratien in der Dritten Welt. Opladen 1998, s. 67–115; J. Roth: Peru – der Weg in die „Gelegenheitsdemokratie”. „Lateinamerika – Analysen, daten, Dokumentation” 1998, nr 37, s. 55–69.</p></div> Faszyzm, psychoanaliza, freudomarksizm* http://nowakrytyka.pl/spip.php?article257 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article257 2016-04-15T21:15:00Z text/html pl Balibar Étienne NK on-line W moim wystąpieniu – nie będącym oczywiście wystąpieniem analityka – chciałbym podkreślić jedno: rozważając stosunek psychoanalizy do nazizmu (czego od niego doznała, co o nim myślała, jak została pod jego wpływem przekształcona) nie sposób pominąć tzw. „freudomarksizmu”. Termin z definicji niejednoznaczny, nie tylko dlatego, że kryje się za nim cała gama rozmaitych pozycji i indywidualności, lecz także z powodu teoretycznej pustki obiektu, do którego zdaje się odnosić. Wydaje się to dziś oczywiste z dowolnego (...) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique46" rel="directory">NK on-line</a> <div class='rss_texte'><p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/gif/balibar.gif" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L139xH190/balibar-101d4.gif' width='139' height='190' style='height:190px;width:139px;' class='' alt='' /></a></p> <p class="spip">W moim wystąpieniu – nie będącym oczywiście wystąpieniem analityka – chciałbym podkreślić jedno: rozważając stosunek psychoanalizy do nazizmu (czego od niego doznała, co o nim myślała, jak została pod jego wpływem przekształcona) nie sposób pominąć tzw. „freudomarksizmu”. Termin z definicji niejednoznaczny, nie tylko dlatego, że kryje się za nim cała gama rozmaitych pozycji i indywidualności, lecz także z powodu teoretycznej pustki obiektu, do którego zdaje się odnosić. Wydaje się to dziś oczywiste z dowolnego punktu widzenia, zarówno dla tych, którzy odrzucają na równi marksizm i psychoanalizę jako niepewne spekulacje (gdyż ta krytyka odnosi się <i class="spip">a fortiori</i> do ich kombinacji), jak i dla zwolenników jednego lub drugiego stanowiska (gdyż sprzeczność tych perspektyw uchodzi za rzecz ustaloną).</p> <p class="spip">Jednak moim zdaniem ten proces, ciągnący się mimo kolejnych wyroków, pozostawia w rzeczywistości pytanie o freudomarksizm kwestią otwartą. I jeśli nawet nie warto kontynuować w zupełnie zmienionych warunkach perypetii freudomarksizmu, być może przydałoby się na nowo sformułować jego wyjściowe pytanie, przypomnieć o jego konieczności i ustalić, co dokładnie doprowadziło do jego impasu, to znaczy uczyniło freudomarksizm projektem niemożliwym. Być może to właśnie temu statusowi niemożliwej konieczności zawdzięcza dziś freudomarksizm zainteresowanie, jakie wzbudza, w momencie, gdy dyskursy na temat współczesnego rasizmu, jako związanego z wczorajszym nazizmem „więzami pokrewieństwa”, uderzają raczej swoją kakofoniczną wylewnością niż celnością i precyzją.</p> <p class="spip">Kategorię niemożliwej konieczności zastosuję tu nie do całego „freudomarksizmu”, lecz tylko do jednego autora, Wilhelma Reicha, i do jednej książki, <i class="spip">Masowej psychologii faszyzmu</i>. Książka ta, powstała w ścisłym związku z koniunkturą roku 1933, czytana we Francji lat 80. wydaje się doprawdy symptomatyczna. To dziełko, jak wiadomo, jakby padając ofiarą wojowniczego aktywizmu, któremu zamierzało dać solidne podstawy, sprowokowało natychmiastowe wykluczenie autora z dwóch organizacji, do których należał: Międzynarodowego Towarzystwa Psychoanalitycznego oraz Niemieckiej Partii Komunistycznej (sekcja Kominternu).</p> <p class="spip">Inaczej mówiąc, z dwóch organizacji postawionych – każda na swym własnym „terenie” – przed bezpośrednim problemem wyjaśnienia nazizmu i powstrzymania tego, co zagrażało zarówno ich racji bytu, jak i fizycznej egzystencji. Byłoby absurdem czynić z tego podwójnego równoczesnego odrzucenia Reicha teoretyczny argument za prawdziwością jego teorii (odrzucono go, wyeliminowano, ponieważ miał rację). Ale takim samym uproszczeniem byłoby, na tej podstawie, twierdzić, że teoria Reicha w ostatnim okresie swojej ewolucji popadła w „majaczenia”, przyznawać a posteriori nieograniczoną sankcję tym decyzjom (jak gdyby ortodoksje dały w nich dowód swej przenikliwości) i je a fortiori usprawiedliwiać. Tym, co powinno nas zafrapować, gdy ponownie czytamy dziś jego analizy, jest raczej osobliwy status dyskursu, który, będąc bez wątpienia fałszywym, nie jest jednak pozbawiony słuszności.</p> <p class="spip">Dyskurs ten jest nie pozbawiony słuszności po stronie psychoanalizy, ponieważ stawia ją wobec pytania o jej „politykę” w momencie, w którym sama psychoanaliza staje się stawką polityczną. Ściślej rzecz biorąc, zadaje jej pytanie o taką politykę, która nie byłaby ani taktyką obsadzenia istniejących instytucji medycznych ani projektem przekształcenia się w „koncepcję świata” z ambicjami do przewodzenia transformacji społecznej, lecz która odnalazłaby wspólny punkt artykulacji z siłami społecznymi, takimi jak klasy, masy czy „partie”, już działającymi w historii, w walkach o demokrację i w konfrontacji z władzą państwa. Pytania tego nie sposób obejść podczas koniunktury, która wyniosła nazistów do władzy, a to dlatego, że nazizm ustanawia porządek społeczny radykalnie niezgodny z badaniem nieświadomości i z praktyką terapeutyczną, porządek, który – jak powie Reich – w pewien sposób rozgrywa i instrumentalizuje to, co nieświadome.</p> <p class="spip">Toteż oświeceniowy program Freuda, polegający na przeciwstawianiu nazizmowi swoistej „pedagogiki”, pouczeń wykluwającej się dopiero nauki, jest spóźniony. Wiadomo, że nie tylko Reich szukał w tym czasie uznania dla tej polityki i jej „realnych” sił ze strony marksizmu. Niepowodzenie tej próby sprawiło, że przed psychoanalizą znów stały tylko dwie możliwości: polityczny indyferentyzm (czyli możliwość, by analitycy i ich pacjenci, stanowiący małe „społeczeństwo” w łonie wielkiego społeczeństwa, „wybierali” sobie role polityczne stosownie do swych upodobań, temperamentów lub społecznych przynależności: już to konserwatywne, już to reformistyczne lub rewolucyjne) albo polityka interpretacji, tzn. komentowanie w języku psychoanalizy wydarzeń i formacji społecznych, „psychoanaliza stosowana”.</p> <p class="spip">Dyskurs ten jest nie pozbawiony słuszności także po stronie marksizmu, ponieważ wskazuje w nim samym i w jego ewolucji przyczynę możliwego zwycięstwa nazizmu. Teza ta, z definicji „przesadzona”, przybiera rozmaite formy: uznanie, że źródłem ruchów faszystowskich (a więc i nazizmu) jest porażka rewolucji robotniczych w koniunkturze światowego kryzysu; wskazanie, że „państwo socjalistyczne” i odpowiadająca mu partia (typu sowieckiego) jest autorytarną strukturą tego samego rodzaju co faszyzm, i dlatego niezdolną do przeciwstawienia mu sił radykalnie odmiennych niż jego własne siły i do rozłożenia go od środka, w ramach opanowanego przez faszyzm społeczeństwa. W sumie – dwa warianty modelu „kontrrewolucji”. Lecz przede wszystkim, abstrahując od tych wydarzeń i zjawisk, wypowiedzenie ślepej plamki marksizmu: jego własnego mitu „świadomości klasowej” i, co się z tym wiąże, jego zaprzeczenia [dénégation], jego niezrozumienia tego, co sam nazywa „ideologią”.</p> <p class="spip">Faktycznie Wilhelm Reich nie poprzestaje na wskazaniu luki teoretycznej marksizmu (braku adekwatnej koncepcji ideologii, który uniemożliwia marksizmowi docenienie potęgi „ruchu ideologicznego”, takiego jak nazizm). Posuwa się on do stwierdzenia, że materializm historyczny (będący w danym momencie jedyną „realnością”) z zasady zaprzecza rzeczywistości, „materialnej potędze” ideologii jako „emocjonalnej” lub afektywnej struktury mas, różnej od ich „świadomości” na temat własnych warunków istnienia, a co za tym idzie, zaprzecza nieredukowalnemu rozziewowi między położeniem klasowym a masowymi ruchami. Aliści to właśnie masowe ruchy tworzą materię polityki (gdyż ma ona materię!) i to dlatego faszyzm mógł zbudować siebie wyzyskując bezpośrednio wewnętrzną sprzeczność marksizmu i inspirowanych nim praktyk politycznych – wystarczyło zwrócić przeciw marksizmowi tę zbiorową „subiektywność”, której rewolucyjną rolę wysławiał. Aby temu zapobiec, potrzebna była interwencja trzeciego elementu, zdolnego przemieścić i zakłócić tę mimetyczną relację – wkładu Freuda, pozwalającego zwłaszcza analizować rolę seksualnego wyparcia w strukturze „autorytarnych” instytucji, w odniesieniu do których (w ich łonie, lecz także przeciw nim, w odruchu „buntu”) tworzą się emocjonalne solidarności.</p> <p class="spip">Zatrzymajmy się przy tym na chwilę. Nie podejmując na razie wątku postulowanej przez Reicha „socjologii seksualnej”, inspirowanej Freudem, lecz przeciwstawnej Freudowskiej „filozofii kultury”, możemy retrospektywnie potwierdzić to, w czym Reich ma (tragiczną) rację wobec marksizmu.</p> <p class="spip">Według Reicha marksizm okazał się niezdolny do wyjaśnienia, dlaczego spauperyzowane masy zwróciły się w stronę nacjonalizmu (zamiast ku rewolucyjnej świadomości klasowej), co dało nazizmowi możliwość wykorzystania nacjonalizmu w celu zdławienia walki klas. Wiemy dzisiaj, że z tej porażki marksizm wciąż się (jeszcze) nie podniósł. To, co nazywa się „kryzysem marksizmu”, jest procesem przebiegającym w kolejnych odsłonach, w pewnym sensie tożsamym z jego historią (tak samo jak „kryzys freudyzmu” jest w pewnym sensie tożsamy z historią psychoanalizy), ponieważ rozpoczyna się w samym momencie ustanowienia marksistowskiej „nauki”. Ale konfrontacja z nazizmem i, szerzej, z faszyzmem europejskim, jest jego punktem zwrotnym, ponieważ marksizm nie zdołał oprzeć się faszyzmowi politycznie, w swojej własnej bazie (jako klasowa siła rewolucyjna), nie zyskał teoretycznego wyjaśnienia funkcjonowania faszyzmu, a zwłaszcza dlatego, że swoją porażkę zinterpretował i przedstawił jako zwycięstwo (np. traktując militarne zwycięstwo ZSRR jako triumf „socjalizmu”, podczas gdy w grę wchodził nacjonalizm lub patriotyzm państwowy). Ma to zwłaszcza ten skutek, że systematycznie rozgrywany przez faszyzm i nazizm rozłam marksizmu – na komunizm i socjaldemokrację – w którym krystalizowały się wszystkie poprzednie formy kryzysu, wyszedł z doświadczenia „antyfaszyzmu” nie przezwyciężony, lecz nieodwracalnie zużyty, gdyż wpisany odtąd w instytucje związane z systemem państwa i „obozów” polityki światowej.</p> <p class="spip">Wilhelm Reich (obok Gramsciego z <i class="spip">Zeszytów więziennych</i>) należał w końcu do tych bardzo nielicznych teoretyków ukształtowanych przez marksizm, którzy dostrzegli ten zwrot i usiłowali przewidzieć – jeśli nie powstrzymać – jego konsekwencje, krytykując spiskową wizję w historii, do której zmierzała problematyka walki klas, a zwłaszcza ideę rasizmu i nacjonalizmu jako ideologicznych narzędzi, służących klasom panującym do manipulowania proletariatem, w domniemaniu „z natury” rewolucyjnym. W krytyce tej i w uporczywym podejmowaniu przez Reicha kwestii „emocjonalnego rusztowania” rodziny i państwa, możemy retrospektywnie wyczytać również krytykę marksistowskiego indywidualizmu i socjologizmu, który obstawał przy wizji państwa jako sztucznej, pasożytniczej struktury (nieistotnej „nadbudowy”), odpowiedzialnego za przekonanie, iż symboliczne i materialne załamanie państwa w okresie wojny i rewolucji zostanie przyjęte przez proletariat (i ogólniej przez „społeczeństwo”) jako wyzwolenie jego istotowych sił. Aliści niemiecki i europejski kryzys lat 20. i 30. pokazał, że jest dokładnie przeciwnie: upadek państwa, jako władzy prawa i jako aparatu przymusu, nie wyzwolił mocy działania , „wolnego stowarzyszenia” jednostek, lecz zrodził w jednostkach emocjonalną panikę i potrzebę zbiorowego rozpoznania się w „charyzmatycznej” figurze Wodza, okrutnego i matczynego zarazem. Pod tym względem analizy Reicha cechuje znamienna oscylacja między dwiema tendencjami: z jednej strony powrót mitu wolnościowego (zwłaszcza idea, że proletariatowi jako takiemu obcy jest „archaizm” autorytarnej więzi rodzinnej, tak samo jak nacjonalistyczny „honor”), z drugiej strony – krytyka wciąż żywotnej w łonie marksizmu iluzji anarchistycznej (widocznej w jego nieustannej fluktuacji między „państwo jest niczym” a „państwo jest wszystkim”).</p> <p class="spip">* * *</p> <p class="spip">Jest zatem Reich podwójnie niepozbawiony słuszności, kiedy wskazuje na niewystarczalność i niemoc swoich własnych teoretycznych punktów odniesienia, swoich własnych strategicznych „pozycji” (być może dzięki temu, że jako członek dwóch organizacji jednocześnie, nie chcąc sprowadzać żadnej z nich do roli narzędzia tej drugiej, nie mógł żadnej z nich całkowicie idealizować). Trzeba postawić pytanie, czy ten efekt słuszności był możliwy pomimo niebezpiecznej bliskości jego własnego biologizmu (biologizmu „pracy”, biologizmu „ekonomii seksualnej” i „szczęścia genitalnego”) z biologizmem zwalczanego przezeń przeciwnika (biologizmem „rasy”) czy nie był on paradoksalnie jej konsekwencją w określonej koniunkturze: zaryzykujmy hipotezę, że wobec masowej, a więc historycznej, skuteczności nazistowskiego rasizmu, nie będącego jakąkolwiek dowolną „wszechmocą idei”, lecz właśnie panowaniem ideologii natury i życia, trzeba było przenieść się na grunt przeciwnika, aby zdobyć nad nim jakąś władzę. Aby pojąć banalność, potworną normalność instytucji nazizmu (państwo charyzmatycznego wodza jako po prostu inny układ trwałych tendencji nowoczesnego państwa, które jest zarazem „narodowe” i „socjalne”) w samym sercu kryzysu, w dramatycznych okolicznościach stanu wyjątkowego. Pod pewnym względem norma w formie wyjątku [excčs], w swojej postaci na pozór anormalnej, niewyobrażalnej. Podobnie jak Gramsci, któremu udało się przekroczyć bezwładną banalność ortodoksyjnego marksizmu w kwestii reakcyjnego charakteru włoskiego faszyzmu tylko dzięki temu, że potraktował serio temat „woli narodowo-ludowej”. W tym przynajmniej momencie jedynie ci teoretycy, którzy podjęli takie ryzyko zbliżenia z językiem przeciwnika, to znaczy ci, którzy szukali w nim śladu prawdy, byli zdolni skutecznie przezwyciężyć niemoc, przynajmniej na planie intelektualnym.</p> <p class="spip">Biologizm Reicha tylko ubocznie jest spekulacją na temat życia, na temat przenikającej jednostki „naturalnej energii” (zresztą nawet ta tematyka zasługiwałaby na bliższą analizę, gdyż na poziomie metafory, to jest fantazmatu – fantazmatu, który paradoksalnie przeciwstawia wyobrażenie orgazmu, czyli jednostkowego szczęścia seksualnego, „irracjonalistycznej” i „mistycznej” tezie o więzi rozkoszowania się [jouissance] między Wodzem i masami – stanowi ona na swój sposób naturalistyczne podejście do wykraczającego poza jednostki wymiaru stosunku społecznego, w który uwikłana jest nieświadomość). W Masowej psychologii faszyzmu biologizm jest tylko teoretycznym, ontologicznym horyzontem artykulacji pomiędzy historią rodziny i historią pracy. Ale rodzina (a szczególnie rodzina robotnicza, która każe odróżniać realnego robotnika od idealnego proletariusza, o ile jego „siła robocza” musi być reprodukowana, nie zaś tylko sprzedawana, kupowana i konsumowana jako „towar”) jest właśnie tym, co analiza marksistowska od samego początku pomija i co ostatecznie wyklucza z determinujących czynników procesu historycznego, aby móc sobie przedstawić „stosunki społeczne” w iluzorycznej pełni czystej struktury klasowej. I symetrycznie: praca (podział pracy) jest właśnie tym, co Freud wykluczył z definicji „więzi społecznej” (trzeba jednak zaznaczyć, że praca, w wyidealizowanej postaci, z pominięciem wszelkich związanych z nią sprzeczności, a więc za cenę pewnego moralizmu, podpada u niego pod kategorię „zasady rzeczywistości”), aby móc pomyśleć „więź społeczną” w iluzorycznej pełni utożsamienia, to znaczy w porządku wyobraźni.</p> <p class="spip">Reich zamienia te dwa „niedostatki” [manques] w bogactwo (czy też z niedostatku każdej z tych teorii natychmiast robi bogactwo drugiej). Mając do czynienia z kształtującym się państwem nazistowskim, które „mobilizuje” lud jako wspólnotę heroicznych Pracowników („żołnierzy pracy”, będących również pracownikami-żołnierzami) i jednocześnie określa jego przeznaczenie jako konserwowanie niemieckiej rodziny (gdyż utożsamia się ona z samą substancją millenarystycznej „germańskości”), Reich poszukuje syntezy obu „autorytarnych” instytucji. Jego rozumowanie sprowadza się do idei, że skoro represyjne państwo opiera się zarazem na dyscyplinie produkcji, mającej zmiażdżyć opór wobec nadmiernej pracy, i na przesunięciu infantylnych afektów na osobę wodza partii, który stał się wodzem państwa, co pociąga za sobą oficjalne postawienie rodziny na straży rasy i dyscypliny seksualnej (lub „moralności”), trzeba postulować istnienie jakiegoś wspólnego elementu. To ostatecznie ten element, określany przez Reicha jako „biologia” lub „ekonomia seksualna”, archaiczna lub źródłowa jedność historii i nieświadomości, czyli walki klas i seksualności (a więc i pokrewieństwa). Podobne mniej więcej unifikujące nastawienie jest wspólne wszelkim wcieleniom freudomarksizmu: u Marcusego oraz w tekście Althussera „Freud i Lacan” z 1964 roku podobną funkcję pełni idea kultury, zaś u Deleuze'a i Guattariego – maszyny pragnącej lub nieświadomości mechanicznej.</p> <p class="spip">Ciekawe będzie spostrzeżenie, że ta fikcyjna (lecz nie bezpłodna) synteza odpowiada dokładnie temu, co Foucault określi w <i class="spip">Woli wiedzy</i> jako „hipotezę represji”. Foucault, schwytany w grę lustrzanych odbić z Reichem, ponieważ u podstaw ich dociekań tkwią faktycznie te same naglące pytania – rasizm, „biopolityka” – będzie twierdził, że hipoteza represji jest nieodłączna od marksizmu i psychoanalizy jako takich; tymczasem wynika ona raczej z ich dodania. Lecz można ją rozumieć jeszcze głębiej, jako ponowne ustanowienie jedności Człowieka, metonimię „natury ludzkiej”. Można tym samym podejrzewać, że freudomarksistowska artykulacja pracy i rodziny jest specyficzną formą, jaką przyjmuje kwestia antropologiczna i krytyczna („empiryczno-transcendentalna”) wtedy, gdy państwo przekształca się w narzędzie polityki rasowej. Na czoło wysuwa się sformułowanie naturalistyczne, ale możliwe jest także odczytanie strukturalne, pozostawiające otwartym pytanie o rolę instytucji jako systemu kształtującego zbiorową podmiotowość. Państwo (a ściślej państwo nacjonalistyczne, państwo jako aparat unarodowienia społeczeństwa) nie jest ani powiększoną „rodziną” ani uogólnionym „zakładem pracy” czy „fabryką” (nie bardziej niż, jak mogłyby sugerować pewne przejściowe sformułowania Foucaulta, obudową lub osprzętowaniem „społeczeństwa dyscyplinarnego”): aby scharakteryzować specyficzne zachowanie „ludzi w ramach państwa” trzeba poddać analizie na poziomie samych struktur naddeterminację rodziny przez kapitalistyczne panowanie w obszarze siły roboczej. Jako że ani jedno, ani drugie nie jest oczywiste, polityka ma w rzeczy samej swoją historię, nie zaś tylko swoje spełnienie lub cel.</p> <p class="spip">* * *</p> <p class="spip">Niewątpliwie w tradycji marksistowskiej temat masy nie jest własnością Reicha. Jest wszechobecny jako słowo z porządku politycznego („masy tworzą historię”, tzn. robią rewolucje, co jest do pewnego stopnia tautologią: nie dlatego, że historia miałaby być synonimem rewolucji, lecz zwłaszcza dlatego, że masy są przeciwieństwem państwa, a rewolucja jest jego zanikiem). Ale występuje tylko jako inne określenie klasy, czy też raczej klasy doskonale aktywnej, stającej się w końcu „podmiotem”. Podobnie idea, że w materializmie historycznym brakuje „teorii ideologii” i ich szczególnej skuteczności odsyła nieustająco od Engelsa do Gramsciego i dalej, ale najczęściej w perspektywie „świadomości”, to znaczy jako wymóg poznania jednostki poddanej ciśnieniu struktury społecznej, jako potrzeba wiedzy, jaką „wolność” zachowuje wobec zbiorowej determinacji (podział pracy, stosunki handlowe, antagonizm klasowy). Reich dokonuje podwójnego odwrócenia tej problematyki: po pierwsze, ustalając, że brakującym czynnikiem ideologicznym nie jest wyraz ekonomicznej racjonalności, odblask lub przesłanka stosunków produkcji, lecz ich „inne” (określane jako „irracjonalność”), po drugie, utożsamiając ten czynnik z formą socjalizacji pierwotnej, która poprzedza indywidualność. „Potęga ideologiczna” nie jest już zatem pojmowana jako pochodny skutek lub zewnętrzny przejaw walki klas, sprowadzalny do psychologii klas, to jest do psychologii grupy (która sama w sobie też jest odbiciem bytu klasy „w świadomości”), lecz jako uprzednio dana materia, na której operuje walka klas, racjonalizując ją mniej lub bardziej kompletnie. Byt społeczny nie jest tym, co otrzymujemy abstrahując od ideologii, jest z niej bowiem – tak samo jak z ekonomii – utkany. Rozziew między teoretyczną konfiguracją klas a ich własnym byciem masą (w masie) przestaje być czymś przygodnym, nabiera charakteru strukturalnego i może pełnić funkcję historycznej przyczynowości.</p> <p class="spip">W zaprzeczeniu tego rozziewu (związanym z antropologią utylitarystyczną, a nie prawdziwie materialistyczną) ma swe źródło nawracająca niezdolność marksizmu do zdania sprawy z autonomii państwa, czy też raczej z tendencji do jego autonomizacji, zwłaszcza w postaci unarodowienia rodziny „drobnomieszczańskiej”, leżącego u podłoża wyobrażenia ludu jako uogólnionego „narodowego pokrewieństwa”, które można określić mianem fikcyjnej etniczności. Dlatego właśnie aktualność pytań podniesionych przez Reicha – jeśli nie jego odpowiedzi – powinna nam się ukazać, kiedy mówiąc o marksizmie, próbujemy zrozumieć względną skuteczność nacjonalizmu i rasizmu. To właśnie te pytania, lub pytania tego rodzaju, powinniśmy sobie zadać w momencie, gdy okazuje się, że „wspólnota rasistowska” jest zarazem antytezą „wspólnoty klasowej” i modelem powracającym w jej łonie (np. w wyobrażeniu „pochodzenia klasowego” lub szerzej, we wszelkiej metaforyzacji różnic społecznych w języku różnic dziedzicznych, o charakterze implicite lub explicite seksualnym). A także wtedy, gdy okazuje się, że skrajne postacie nacjonalizmu (takie jak nazistowska ideologia narodu wybranego jako „rasy panów”) z istoty swej łączą idealizację celów imperialistycznych, bez której żadna zbiorowa przemoc (a zwłaszcza przemoc „wojny totalnej”, zarazem wewnętrznej i zewnętrznej) nie mogłaby się utrzymać, z praktykami eugeniki czy polityki populacyjnej, zmierzającymi do wyhodowania „pracownika”, który górowałby nad „niewolnikiem”.</p> <p class="spip">Czy po stronie teorii freudowskiej da się wykryć chociaż zalążek analogicznej dialektyzacji? Odnieśmy się najpierw do „Psychologii zbiorowości i analizy «ja»”. W pewnym sensie zakłada się tu z góry to, czego brak w materializmie historycznym, a co za Lacanem możemy określić jako wykraczający poza jednostki (a zatem przeniesieniowy) charakter nieświadomości (w opozycji do idei „nieświadomości jednostkowej”, lecz także „nieświadomości zbiorowej” czy „nieświadomości ludów”). Staje się to całkowicie jasne, jeśli tylko weźmiemy pod uwagę, że tabela z rozdziału VIII nie reprezentuje równoległego zestawienia podobnie ustrukturowanych jednostkowych „osobowości psychicznych”, lecz właśnie strukturalne „społeczne” punkty odniesienia, wyznaczające odrębne momenty organizacji psychicznej (a zatem i kształtowanie osobowości). Faktycznie schemat ten pokazuje jednoczesność trzech zjawisk: utożsamienia różnych ego między sobą (a więc powstanie ich wyobrażonej wspólnoty); zajęcie, w przypadku każdego ego, miejsca ideału ego przez „obiekt” jego miłości (lub pragnienia); oraz zjednoczenie różnych ideałów wynikające z tego, że za każdym razem ten sam „obiekt zewnętrzny” (lub obiekt realny, czy chodzi tu o wodza, o instytucję, czy o historyczny dogmat) zajmuje to wyobrażone miejsce. W swojej konstrukcji Freud nie kieruje się porządkiem przyczynowym, lecz pedagogicznym (obiekt zewnętrzny jest kochany tak samo przez każde ego, tak jakby to był obiekt narcystyczny). Co sprawia, że ten sam „obiekt zewnętrzny” (którego modalność rzeczywistości jest na dodatek tak niejednorodna jak u Freuda) może jednocześnie zająć miejsce wielości ego idealnych? Pytanie to prowadzi nas to do stwierdzenia, że schemat ten działa w sposób retroaktywny. Jest to możliwe tylko w oparciu o utożsamienie różnych ego, tzn. w oparciu o uwspólnienie ich ideałów. Następny krok prowadzi nas do hipotezy, że sama konstytucja ego (opisywana zresztą przez Freuda w powiązaniu z ambiwalencją wyparcia, z podwójną presją pragnienia i cenzury, id i superego, z którymi trzeba „negocjować”) jest raczej skutkiem niż przyczyną procesu zbiorowej idealizacji. Można wręcz przypuszczać, iż na całym tym procesie ciąży fakt, że tzw. „obiekt zewnętrzny” jest w rzeczywistości złożoną strukturą, reprezentowaną jednocześnie przez osoby, przez instytucje oraz przez wierzenia lub idee: w skrócie, strukturą „stosunków społecznych”. Wyjaśniałoby to lepiej niż psychogeneza jednostkowa ambiwalencję momentu idealnego, wpisanego następnie przez Freuda w różnorodne określenia (superego, ego idealne). W ten sposób wyjaśnia się, wspominany niekiedy przez samego Freuda, okrężny [circulaire] charakter analizy: nie chodzi już o wyjaśnienie struktury zbiorowości w oparciu o psychikę jednostkową, lecz raczej o wyjaśnienie konstytucji jednostki, która zawsze już zawiera strukturę „zbiorowości”. W tę właśnie stronę kieruje nas freudomarksizm, nie wyłączając Reicha.</p> <p class="spip">Droga ta jednak wymaga z kolei, by zakwestionować bezpośrednie, „genetyczne” odczytanie Freudowskiego rozróżnienia na „zbiorowości pierwotne” i „zorganizowane” lub „konwencjonalne” (czyli wtórne). Tylko te ostatnie są zinstytucjonalizowane, a co za tym idzie, tylko one stawiają przed ego w charakterze możliwego obiektu kombinację osób wpisanych w role społeczne (np. Wodza), obowiązujących norm i ogólnych idei (a zatem ideałów, takich jak patriotyzm, miłość bliźniego w Chrystusie, wybranie itp.), powiązanych wzajemnie w sieci dyskursu. Tak więc to „zbiorowości wtórne” poprzedzają strukturalnie „zbiorowości pierwotne”, a nie następują po nich, chyba że w wyniku ambiwalentnego utożsamienia, utrwalonego przez istnienie „zbiorowości konwencjonalnych”.</p> <p class="spip">Kieruje to naszą uwagę w stronę szczególnych ograniczeń, jakie cechują Freudowską charakterystykę tych zbiorowości. Tak długo, jak można „zbiorowości konwencjonalne” postrzegać po prostu jako przykłady, jako poszczególne przypadki, dzięki którym analiza może się wznieść ku zasadniczemu problemowi utożsamienia, pozostaje bez znaczenia, że ich opis bywa niepełny. Lecz skoro pod tą nazwą odnajdujemy strukturę instytucjonalną, splatającą ze sobą w ich jednoczesności konstytucję jednostkowej psychiki oraz stosunki zbiorowego utożsamienia, nie możemy już przechodzić do porządku nad lukami w opisie Freuda. Ujmując to schematycznie, „armia” i „Kościół” są tutaj aparatami państwa, które nie wypowiadają swojego imienia. Lub też raczej: ich skojarzenie przywołuje po części idealny aparat państwa (łączący w sobie funkcję organizowania przemocy z funkcją sakralizacji prawa), ale pozostawia otwartym – a faktycznie odsuwa – pytanie o to, co jednoczy te aparaty, a więc pytanie o „suwerenną” instytucję, której armia i Kościół zawdzięczają swoją trwałość.</p> <p class="spip">Można sobie wyobrazić rozmaite powody tego szczególnego uniku Freuda wobec problemu państwa, powody, które zarysowują się na horyzoncie jego własnej analizy zbiorowości. Zarysujemy tu tylko dwa spośród nich. Z jednej strony nie byłoby zapewne możliwe ogólne utożsamienie „zbiorowości konwencjonalnych” z instytucją społeczeństwa bez ponownego zapytania, w jaki sposób rodzina (lub pewne historyczne formy rodziny) funkcjonuje jako instytucja, tzn. bez poddania dyskusji koncepcji rodziny, która ją, przynajmniej implicite, sprowadza do krystalizacji (by nie rzec projekcji) ról przepisanych przez kompleks Edypa (i jego możliwe jednostkowe wariacje). Z drugiej strony określenie wspólnego wszystkim „zbiorowościom konwencjonalnym” horyzontu jako państwa wymagałoby bezpośredniego zastosowania doń koncepcji ambiwalencji, wiązanej przez Freuda z procesem utożsamienia. W efekcie państwo ukazałoby się w obecnym stanie jako rzeczywista „zbiorowość pierwotna”, a zatem miejsce nieprzekraczalnych konfliktów i utajonej przemocy. Jest frapujące, że Freud ostatecznie uznał otwarcie istnienie konfliktu w kulturze („kultura jako źródło cierpień”), ale wystrzegał się bacznie uznania konfliktu w państwie, a tym bardziej rozpoznania w państwie instytucji kontroli nad masami, produkującej zarazem bezpieczeństwo i niebezpieczeństwo, czyli przemoc. Tym, co odkrywamy u Freuda, jest nie tyle „psychologizm”, jak chciałaby powierzchowna krytyka, lecz „socjologizm”, rozumiany jako hipostaza społeczeństwa globalnego zorganizowanego w formie państwa ponad społecznymi konfliktami (tak jakby społeczeństwo nie mogło być samo w sobie skonfliktowane).</p> <p class="spip">* * *</p> <p class="spip">Jest wątpliwe, czy teoria Reicha może nas wyprowadzić z tych trudności. Charakteryzuje się ona bowiem właśnie pomieszaniem, lub naturalistyczną redukcją, wymiarów instytucji, którym „obiekt” zawdzięcza swą złożoność. Chwytając nazizm za słowo, w obawie, że przyczyny jego skuteczności raz jeszcze mu się wymkną („Trzeba, żebyśmy zdecydowanie nabrali zwyczaju uważnego słuchania tego, co mówi faszysta”), wierzy, że władza represji jest bezpośrednio „rzeczywista” i „wyobrażona”, to znaczy że pokrywa się ona z człowiekiem, który ją sprawuje i uosabia. Dlatego przechodzi od idei historycznie koniecznej artykulacji pomiędzy patriarchalną rodziną i nacjonalistycznym państwem do idei ich homologii, czyli identyczności struktur. W ten sposób uniemożliwia zrozumienie zarówno różnicy między ruchem faszystowskim a państwem totalitarnym, jak i pełnego sprzeczności współistnienia w tymże państwie dwóch kierunków polityki: konserwowania tradycyjnych struktur rodziny, czyli reakcyjnego „familizmu” oraz destrukcji tychże struktur przez politykę eugeniczną, aktywną kontrolę ślubów i urodzeń. Podobnie tendencyjne utożsamienie struktury nieświadomości ze społeczną organizacją seksualności prowadzi Reicha w końcu do utopii psychiki pozbawionej nieświadomości i do uznania, że celem polityki jest zniesienie wyparcia jako takiego. Utopia ta zgadza się z ideą, że mobilizacji mas przez faszystów należy przeciwstawić „masę robotniczą” wyzwoloną (dzięki demokracji pracy i rewolucji seksualnej) od „mistycyzmu” i „emocjonalnej dżumy”. Ten kierunek odzyskiwania polityki wychodzi wprost na swoje przeciwieństwo: nową wersję końca polityki lub nostalgii za Złotym Wiekiem. Aliści ten graniczący z majaczeniem projekt może nas zachęcić do tego, by krytykę zarysowanej przez klasyczną psychoanalizę koncepcji więzi społecznej posunąć o jeden lub dwa kroki dalej.</p> <p class="spip">Stosunek utożsamienia został sformalizowany przez Freuda jako zastąpienie ego przez ideał ego w roli obiektu, co prowadzi do powstania w wyobraźni nadludzkiej postaci, która jest jednocześnie wszechmocna (a więc tyleż karząca i groźna, co nagradzająca i życzliwa) i jest obiektem miłości; to postać praojca nakładająca się na ojca jednostkowego. To właśnie włączając do swojej topiki wymiar społeczny Freud wydobywa odniesienie do tego, co „nadludzkie”. Analiza historycznych konfiguracji rasizmu (lub lepiej: rasizmu-seksizmu, gdyż prawdą jest, że są one zawsze ściśle powiązane) zobowiązuje nas do zapytania, czy, w rzeczy samej, postać tego rodzaju może istnieć niezależnie od postaci podludzkich. Inaczej mówiąc, czy prawdziwa jest sugestia Freuda, iż odpowiednikiem „wszechmocy ojca” jest właśnie „równość synów”. Co dziwne, Freud odnosi się do „nietzscheańskiego nadczłowieka”, jako innego określenia archaicznej postaci Ojca, nie czyniąc jednocześnie żadnej wzmianki o podludziach. Co jeszcze dziwniejsze, opisując seksualne rozporządzanie kobietami jako fantazmatyczną stawkę rywalizacji między „ojcem” i „synami”, z której wynika ambiwalencja ich relacji, nawet przez moment nie zajmuje się pozycją samych kobiet w wykraczającej poza jednostki strukturze zbudowanej na utożsamieniu (stąd, zauważmy, wszystkie ego są implicite męskie). W rzeczywistości jednak nie istnieją nadludzie tam, gdzie nie ma również podludzi, podzielonych na rozmaite kategorie: z jednej strony obcy, niewolnicy, skolonizowani, robotnicy, tworzący w wyobraźni społeczeństw przemysłowych szczególną „rasę”, z drugiej strony właśnie kobiety, równie podatne – od Starożytności po dziś dzień – na postrzeganie ich jako „rasę” (genos, Geschlecht) przeciwstawianą rasie mężczyzn, „rasę”, której w szczególności na zawsze wzbroniono tworzyć „zbiorowość”. Konfiguracja ta nie jest sprowadzalna ani do opozycji Ojciec-Syn, ani do dialektyki podobieństwa i niepodobieństwa.</p> <p class="spip">Jeśli prawdą jest, że doświadczenie ruchów faszystowskich nasuwa na myśl swego rodzaju zbiorowe „przejście do działania” związane z lękiem właściwym sytuacjom kryzysu lub społecznej transformacji, to sama treść ich ideologii i polityki sugeruje, że topika, która pozwalałaby zrozumieć ich psychiczną dynamikę, musi zostać uzupełniona o wymiar zignorowany przez Freuda. Czy „irracjonalna” oscylacja podmiotu między obawą i buntem wobec dyskrecjonalnej władzy (państwowej) oraz nawrót do państwa jeszcze bardziej autorytarnego i spersonalizowanego można zrozumieć bez założenia, że jednostki (faktycznie mężczyźni) nieświadomie i nieustająco obawiają się, iż władza, utrzymująca ich zbiorowo ponad rozmaitymi „podludźmi”, mogłaby też strącić ich na dno mocą swych arbitralnych decyzji? Lub jeszcze – to inna możliwa konfiguracja – czy nie trzeba przyjąć, że nieświadomie boją się oni odkryć lub przyznać, że to „nadludzkie” miejsce władzy (ustanowione przez państwo, zajmowane przez „wodza państwa”) – do którego przywiązana jest więzią miłości i zinstytucjonalizowanego uznania ich kondycja ludzi, to znaczy ich zbiorowe wyniesienie ponad podludzi, a zwłaszcza kobiety – jest puste? Zmuszeni jesteśmy skonstatować, że Freud, w zgodzie z długą tradycją polityczną i filozoficzną, skonstruował swoje wyobrażenie tego, co społeczne, izolując od siebie nawzajem sferę rodziny, w której relacja między płciami odgrywa naczelną rolę, i sferę instytucji publicznych, w której relacja między płciami jest wyparta (na rzecz czysto męskiego „utożsamienia”).</p> <p class="spip">Jednak postaci podczłowieka – także w tym punkcie rasizm, włączając jego formę nazistowską, daje wymowny przykład – nie sposób oddzielić od wyobrażenia ciała, jednostkowo i kolektywnie przeżywanego w odniesieniu do przemocy i do estetyki, a także do pragnienia seksualnego i do śmierci. Upieranie się, jak Reich, przy kwestii pracy, oznacza co najmniej postawienie pytania o wzajemne potwierdzanie się dwóch serii fantazmatów „kawałkowania” i „spajania” ciał: tych związanych z seksualnością, z obecnością lub nieobecnością symbolicznego członka, oraz tych związanych z pracą fizyczną, a zwłaszcza ze zmechanizowaną pracą epoki nowoczesnej (do której w coraz większym stopniu trzeba zaliczać również zmechanizowaną pracę umysłową). Współczesny faszyzm splata się z rasizmem poprzez agresywną projekcję „samczego” typu, poprzez spektakularną organizację swego rodzaju wspólnego rozkoszowania się ciał, nie tylko w zachowaniu i w reżyserii masowych ruchów, lecz również w przedsięwzięciu cielesnej odnowy. Tu także odniesienie jest podwójne: do Mężczyzny i do Pracownika, i jest tym dobitniejsze, im bardziej mężczyźni są niepewni swojej roli płciowej, a pracownicy są fizycznie i umysłowo wyzyskiwani. Tak więc, chociaż freudomarksistowskie dodanie do siebie „pierwotnie” seksualnej interpretacji tego fantazmatu i historycznej redukcji stosunków społecznych do warunków wyzysku nie dostarcza żadnej prawdziwie syntetycznej teorii (oprócz, powtórzmy, przywoływania bytów takich jak Natura czy Życie), to ta faktyczna naddeterminacja stwarza pole, w którym marksizm i psychoanaliza są w konfrontacji z nazizmem poddawane próbie rzeczywistości. Próba ta jest dla nich w znacznej części wspólna. Ale to pole jest, jak mi się wydaje, jedynie polem wydarzenia, czyli bycia innym („poza sobą”) polityki w jej materialności. O jego rzeczywistości stanowi wyłącznie to, co Marksowi zdarzyło się kiedyś nazwać „złą stroną” historii.</p> <p class="spip"><i class="spip">ze strony internetowej czasopisma LEWĄ NOGĄ</i></p> <p class="spip"><strong class="spip">tłum. Adam Ostolski</strong></p> <p class="spip">Przypisy:</p> <p class="spip">* Referat wygłoszony podczas Dni Psychoanalizy w Montpellier, 9 i 10 grudnia 1988 r.: „<i class="spip">Psychoanaliza a naziz</i>m”, pod kierownictwem Henriego Rey-Flauda. Przekład na podstawie: Étienne Balibar, <i class="spip">La crainte des masses. Politique et philosophie avant et après Marx</i>, Galilée, Paris 1997, str. 305-319.</p> <p class="spip">Dziękuję Julianowi Kutyle za cenne sugestie terminologiczne [przyp. tłum.]</p> <p class="spip"><i class="spip">O autorze:</i></p> <p class="spip"><i class="spip">Étienne Balibar</i> (1942) – profesor filozofii politycznej i moralnej na Uniwersytecie Paris X w Nanterre. Uczeń i bliski współpracownik Louisa Althussera, z którym opublikował przełomową dla współczesnego marksizmu pracę Lire de Capital, 1965 (wydanie zmienione 1968, wyd. pol. Czytanie Kapitału, Warszawa 1975). W latach 70. był też asystentem Michela Foucaulta. Od roku 1961 do 1981 członek Francuskiej Partii Komunistycznej (PCF), po wystąpieniu z której uczestniczy w licznych organizacjach i działaniach na rzecz obrony praw człowieka. Był wśród założycieli Francuskiego Komitetu Solidarności z Uniwersytetem Birzeit w Palestynie oraz Prawa do Edukacji na Terytoriach Okupowanych. Jest ojcem znanej aktorki Jeanne Balibar. Obecnie zajmuje się m.in. problematyką neorasizmu, przemocy politycznej, roli wykluczenia w tradycji liberalnej, krytyczną analizą projektu europejskiego. Napisał m.in. Sur la dictature du proletariat (1976), Marx et sa critique de la politique (wraz z C. Luporini i A. Tosel, 1979), Spinoza et la politique (1985), Race, nation, classe (wraz z I. Wallersteinem, 1988), Ecrits pour Althusser (1991), La philosophie de Marx (1993), Nous, citoyens d'Europe? (2001), L'Europe, L'Amerique, la guerre (2004).</p></div> Gra w klasy. Część 1: Futboliści a własność siły roboczej http://nowakrytyka.pl/spip.php?article669 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article669 2016-03-18T12:51:57Z text/html pl Tittenbrun Jacek NK on-line Znajomość literatury światowej pozwala autorowi stwierdzić, że jako użytkownik pojęcia własności siły roboczej należy on do wyjątków. Tym bardziej oryginalne jest zaproponowana w niniejszym tekście analiza zawodników najpopularniejszej na świecie dyscypliny sportowej. Jest to przykład socjoekonomicznego podejścia równie dalekiego od obu przeważających w piśmiennictwie ujęć: ekonomicznego z jego podbudową w teorii neoklasycznej i socjologicznego przez które rozumie się z reguły mętne rozważania na temat wzorów (...) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique46" rel="directory">NK on-line</a> <div class='rss_texte'><p class="spip">Znajomość literatury światowej pozwala autorowi stwierdzić, że jako użytkownik pojęcia własności siły roboczej należy on do wyjątków. Tym bardziej oryginalne jest zaproponowana w niniejszym tekście analiza zawodników najpopularniejszej na świecie dyscypliny sportowej. Jest to przykład socjoekonomicznego podejścia równie dalekiego od obu przeważających w piśmiennictwie ujęć: ekonomicznego z jego podbudową w teorii neoklasycznej i socjologicznego przez które rozumie się z reguły mętne rozważania na temat wzorów kulturowych, postaw itp. psychospołecznych procesów. Częściowe ustosunkowanie się do tych dominujących paradygmatów może nastąpić w innym miejscu, tutaj zaś skupmy się na pozytywnym wyłożeniu treści wspomnianej perspektywy.</p> <h3 class="spip">O pojęciu “wolnego agenta”</h3> <p class="spip">Od razu na wstępie śpieszymy zapewnić czytelniczki, że zdajemy sobie sprawę z różnic dzielących tzw. futbol amerykański od gry, którą sami amerykanie znają pod nazwą soccer. Dla naszych celów jednak ważniejsze są określone historyczne i strukturalne zbieżności obu tych sportów zespołowych, które w znacznym stopniu będziemy omawiać łącznie.</p> <p class="spip">O tych podobieństwach przekonamy się w toku poniższego badania własności siły roboczej graczy, jaką to w literaturze przedmiotu charakteryzuje się za pomocą takich terminów jak „free agent” i innych pochodnych. Zarówno w anglojęzycznej jak i spolszczonej wersji: “wolny agent” sformułowanie to wydaje się mocno niefortunne - wszak chodzi tu nie o agenta w sensie przedstawiciela, lecz o to samo co denotuje słowo „doer” czyli sprawca lub bardziej zgrabnie językowo, operator. „Agent” jest w tym kontekście tym bardziej mylący, że powszechnie używa się w literaturze tego terminu dla oznaczenia pośredników funkcjonujących m.in. na rynku transferów. Można by tę ideę oddać też przez termin „podmiot działający”, ale jest on nieporęcznie długi. Zastrzec jednak należy, iż te problemy z artykulacją znaczenia terminu „agent” odnoszą się jedynie do mowy potocznej, albowiem w kategoriach języka nauki - którego użycie jest tutaj niezbędne - pojęcie to uzyskuje inny, bardziej ścisły konceptualnie i teoretycznie wyraz.</p> <p class="spip">A są to kwestie dla funkcjonowania omawianej dyscypliny kluczowe, nigdy wszakże dotąd nie rozpatrywane na danym poziomie teoretycznym, co, jak łatwo pojąć, może mieć również praktyczne implikacje. Objaśniając zatem znaczenie terminu „free agent”, odnosi się on w sporcie zawodowym do zawodnika, któremu wygasł kontrakt z dawnym zespołem i może podpisać kontrakt z innym. Wyrażenie to ma swoje korzenie w sportach północnoamerykańskich i tam jest najszerzej stosowane. W piłkarskiej Europie, niektóre kraje (na przykład Hiszpania), posiadały system, w którym po zakończeniu kontraktu zawodnik mógł bez przeszkód przejść do innego klubu, jeśli otrzymał interesującą go propozycję. W większości krajów europejskich jednak taki stan rzeczy istnieje dopiero od 1995 roku, kiedy w życie weszło Prawo Bosmana, dzięki któremu wszyscy zawodnicy mają prawo do swobodnego transferu po zakończeniu kontraktu. Od tego czasu zasada ta jest wdrażana w całej Europie w różnych dyscyplinach sportu, zaś jej sens socjoekonomiczny wyraża pojęcie pełnej prywatnej własności siły roboczej, jaką uzyskali wraz z uchwaleniem wymienionego prawa zawodnicy.</p> <h3 class="spip">Lex Bosman</h3> <p class="spip">Warto przyjrzeć się bliżej owemu historycznie przełomowemu przypadkowi, którego bohaterem, czy też może raczej katalizatorem, był belgijski piłkarz Jean Marc Bosman. Gracz klubu RFC Liège po wygaśnięciu swego belgijskiego kontraktu chciał przenieść się do Dunkierki, klubu we Francji. Sprawy nabrały tempa kiedy francuski klub nie chciał spełnić wymogu zgodnego z obowiązującymi podówczas zasadami i zapłacić opłatę transferową za przejście Bosmana do swej drużyny. W międzyczasie, jeśli możemy tak powiedzieć, Bosman doznał drastycznej redukcji zarobków, bowiem przestał być graczem pierwszej drużyny belgijskiego pierwszoligowca, a do Francji przenieść się nie mógł, zawieszony jako „bezprizorny” w jakiejś międzyklubowej próżni. Piłkarz oddał sprawę do sądu (Burton 1995).</p> <p class="spip">Ostatecznie Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu zawyrokował na jego - i całej klasy pracowników klubowych - korzyść, orzekając, iż zasada pobierania opłat za transfery z klubu w jednym państwie UE do klubu w innym państwie Wspólnoty jest sprzeczna z prawem (Phillips 2011). Do tej pory zasada ta, ograniczająca indywidualnoprywatną własność siły roboczej graczy na rzecz zatrudniających ich klubów (co, jak wspomniano, dawało tym ostatnim wzmożoną władzę ekonomiczną nad zawodnikami, z czego kluby nie omieszkały korzystać, praktycznie zawężając prawo graczy do korzystania z ich siły roboczej poprzez cięcia ich wynagrodzeń) funkcjonowała na całym obszarze Europy, wyłączywszy Hiszpanię i Francję. W państwach tych silne tradycje ruchu związkowego oraz, z drugiej strony, równie mocne tradycje paternalistycznego państwa wykazującego ambiwalentny, czy też nieco schizofreniczny stosunek wobec kapitalizmu, zadziałały najwidoczniej na korzyść praw pracowniczych a dla ograniczenia swobody realizacji interesów właścicielskich.</p> <p class="spip">Interesujące, że podczas procesu rzecznik UE użył argumentów o wyraźnym własnościowym podtekście, podkreślając mianowicie konieczność zachowania przez krajowe ligi konkurencyjnej równowagi między klubami, co łączyło się z tzw. regułą niepewności wyniku jako nieodłączną racją bytu sportu. W przekładzie na język teorii własności mowa tu o wpływie stosunków społecznych - relacji względnej równowagi sił i co za tym idzie w miarę wyrównanego współzawodnictwa międzyklubowego - na realizację własności zarówno klasy posiadaczy drużyn jak i posiadaczy sportowo wyszkolonej siły roboczej: autentyzm tej rywalizacji czyni widowisko sportowe atrakcyjnym w oczach publiczności. Ma to znaczenie nie tylko z punktu widzenia umotywowania jej członków do nabywania biletów na mecze, ale w równym, jeśli nie większym stopniu z uwagi na konieczność przyciągnięcia telewizji i reklamodawców, których wydatki uwarunkowane są masowością sportu: w tym punkcie koło się zamyka.</p> <p class="spip">Rzecznik musiał też siłą faktu przyznać, że opłaty transferowe stanowią często istotne źródło zasilania finansów mniejszych klubów, co mogłoby stanowić argument na rzecz ich utrzymania jako będącego w interesie wzrostu konkurencji w lidze. Ostatecznie Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał jednak, że przy całym respekcie dla poziomu ligowej rywalizacji cel ten można osiągnąć na innej drodze niż przez efektywne ograniczanie swobody ruchu graczy. W 1995 r., powołując się na sam Traktat Rzymski, który usankcjonował zasadę wolnego przepływu ludzi, towarów i kapitału, Trybunał uchwalił więc tzw. prawo Bosmana, które rozluźniło więzy nałożone na graczy w UE. Odtąd byli oni wprawdzie nadal przywiązani do swoich klubów, ale tylko do końca kontraktu, po upłynięciu którego mogli - dzięki wprowadzonemu następnie prawu Webstera - swobodnie przechodzić do innych krajów Wspólnoty. Nie uzyskali jednak prawa do zmieniania barw klubowych w ramach tej samej krajowej ligi.</p> <p class="spip">Należy też zwrócić uwagę, że oryginalne prawo Bosmana uprawniało zawodników do rozporządzania swoją siłą roboczą, poszukiwania nowego miejsca jej wydzierżawienia i targowania się o jej cenę dopiero po upłynięciu terminu umowy w danym klubie w jakim zawodnik gra aktualnie. Zmieniło to dopiero kolejne prawo; Webstera, które pozwoliło graczom na negocjowanie warunków realizacji swej siły roboczej jeszcze podczas obowiązywania dotychczasowego kontraktu, ale tylko w wymiarze międzypaństwowym - w ramach danej ligi krajowej transferów nie dopuszczano.</p> <p class="spip">Na rezultaty wprowadzenia w życie owych nowych przepisów nie trzeba było długo czekać. Pierwszym czołowym piłkarzem europejskim, jaki praktycznie skorzystał na nowych regulacjach był Edgar Davids, piłkarz Ajaxu Amstedam, który przeniósł się do AC Mediolan. W 1999 r. doszło do pierwszego dużego transferu brytyjskiego zawodnika na nowych zasadach; gracz Liverpoolu, Steve McManaman przeniósł się do słynnego Realu Madryt i w efekcie przez kilka lat otwierał listę rankingową najlepiej opłacanych brytyjskich piłkarzy (Raphael 2001), naocznie demonstrując klasowo-własnościowe zalety nowego prawa, będącego w swej istocie prawem antymonopsonowym (przy czym oczywiście monopson to rodzaj monopolu). Sprawa jest wszelako bardziej skomplikowana, daleka od jakiegokolwiek czarno-białego schematu. Bo prawo Bosmana oznacza przecież także, że klub nie zyskuje już na sprzedaży czy dokładniej wydzierżawieniu [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb8-1" name="nh8-1" id="nh8-1" class="spip_note" title='[1] W szeregu prac (m.in. Tittenbrun 2011a, 2011b, 2012) argumentuje się na (...)' >1</a>]indywidualnego sportowca, o ile jest on wolnym operatorem do innej organizacji, chociaż posiadaną siłę roboczą zawdzięcza on w wielkiej mierze klubowi właśnie, nakładom na jego szkolenie, możności korzystania z nowoczesnych obiektów, opieki lekarskiej i innej, możliwości podróży po świecie i zdobywania w ten sposób nowego doświadczenia. Liczy się pracowitość, sumienność, w mniejszym stopniu osławiony talent, bo ten jest w futbolu, jak wolno sądzić, rzeczą nieuchwytną - nikt nie rodzi się Pelem czy Di Stefano, a dojście do tej klasy to efekt długiej pracy całych zespołów ludzi, nie pomijając oczywiście samego bohatera.</p> <p class="spip">Powyższa obserwacja zmienia zatem w istotny sposób perspektywę widzenia stosunków własnościowych w piłce nożnej - niezupełnie jest tak, że mamy tu wyraźny i niezachwiany podział na „good guys”, w której to roli występują walczący dzielnie o swoją wolność zawodnicy, oraz „bad guys”, którymi to złymi facetami są kluby i ich właściciele, nie dość że żerujące na ciężkiej pracy naszych niewiniątek, ale żyłujące ich bez litości. Ten manichejski schemat komplikuje wspomniane wyżej istnienie kolektywnego aspektu własności siły roboczej, jaki jest nieodzownym warunkiem uformowania się indywidualnego posiadania w tym zakresie.</p> <p class="spip">Ponadto, jak się okazuje, powyższy opis nie zamyka bynajmniej kwestii rzeczywistych konsekwencji własnościowo ekonomicznych kamienia milowego europejskiego prawa sportowego, jakim stała się regulacja Bosmana. W 2001 r. UEFA stonowała jednak swoje poprzednie stanowisko, ogłaszając prawo Letinena dopuszczające pewne ograniczenia mobilności zawodniczej siły roboczej dla zachowania pewnych tradycyjnych elementów organizacji futbolu, jak okna transferowe. Motywowano zaś owo posunięcie wyższymi racjami - narastaniem rozpiętości dochodowych w piłkarstwie. Albowiem, by powrócić do znaczenia prawa Bosmana, (Frick, Wagner 1996, Simmons 1997, Antonioni, Cubbin 2000), z jednej strony dało ono piłkarzom o narodowości jednego z narodów UE prawo do angażowania się w dowolnym klubie na obszarze Unii. Z drugiej natomiast, z punktu widzenia klubu prawo oznaczało swobodę ruchu kapitału, jaką mogły one wykorzystać dla handlu zawodniczą siłą roboczą, co zaczęto wprowadzać w życie niemal natychmiast. Polti (2005) wykazuje, że w ligach zachodnioeuropejskich procent graczy kupionych z zagranicy w ogólnej liczbie transferowanych do klubu piłkarzy wzrósł z 21,2% w 1995/1996 r. do 37,2% w 2004/2005 r. Podkreślmy bowiem raz jeszcze, że darmowa - z punktu widzenia danego klubu - sprzedaż piłkarza dotyczy jedynie właścicieli własnej siły roboczej. W pozostałych przypadkach pobierana jest pieniężna opłata transferowa lub też czasem dokonuje się transakcji barterowej, tzn. drużyny wymieniają się graczami.</p> <p class="spip">Oczywiście, dystrybucja dochodów z owego handlu, podobnie jak i innych ich typów jest wielce nierówna. Dla przykładu, w najlepszym z punktu widzenia wpływów eksportowych z tego tytułu sezonie 2008-2009 r. cała pierwsza liga rumuńska zarobiła raptem 32,2 mln euro brutto. Suma 90,61 mln euro wpływów z eksportu piłkarskiej siły roboczej uzyskana przez wszystkie 18 klubów tego kraju w okresie pięciu lat ma się nijak do 94 mln euro jakie zarobił jeden tylko klub, Manchester United, na sprzedaży tylko jednego zawodnika (Cristiano Ronaldo, do Realu Madryt) (Rosca 2012).</p> <p class="spip">W odpowiednio mniejszej skali podobne procesy znajdują swe odbicie również i na rodzimym rynku. Na przykład w rankingu biznesowym z 2012 r. na czele znalazły się dwa kluby - Legia Warszawa i Lech Poznań, którym znaczące dochody przyniosła sprzedaż zawodników. Ten fakt to jedna sprawa, a druga to wychwalanie go pod niebiosa przez działaczy władz piłkarskich, traktujących najwyraźniej jako bezdyskusyjny przede wszystkim wzór sukcesu finansowego, dobrą drogą do osiągnięcia którego wydaje im się także ów handel, rozbudowany nawet do etapu hodowli materiału na sprzedaż. Na poziomie publicystycznym mogłoby to dać łatwy asumpt do porównań z antycznymi farmami niewolników: „niezły skauting niektórych klubów zaczyna przynosić efekty. Wzrasta liczba zarówno wychowanków jak i sprowadzonych za młodu utalentowanych piłkarzy, którzy opuszczając Ekstraklasę zapewniają polskim klubom zyski liczone w milionach Euro” (Biszof, Sachs 2013).</p> <p class="spip">W liczbach, „wpływy ze sprzedaży zawodników [...] wzrosły z 45 mln PLN w 2011 r. do prawie 64 mln” (Biszof, Sachs 2013). To samo źródło walnie wspomogło ścisłą czołówkę rankingu finansowego polskiej ekstraklasy. „Liderem już drugi rok z rzędu jest Legia Warszawa z przychodami na poziomie 89 mln PLN. Wzrost ten, inaczej niż przed rokiem, kiedy to wynikał przede wszystkim z potężnych wpływów z biletów oraz praw medialnych, obecnie wynika ze sprzedaży Borysiuka, Komorowskiego i Rybusa. Tuż za Legią, z przychodami w wysokości 53 mln PLN, uplasował się Lech. Kolejorz nieznacznie zwiększył wpływy i potwierdził kolejny rok z rzędu swoje miejsce wśród finansowych potentatów” (Biszof, Sachs 2013).</p> <p class="spip">Uderza u autorów tego komentarza, w końcu działaczy piłkarskich, bezrefleksyjne oddawanie czci bogini Mamonie bez choćby postawienia pytania, czy taka strategia sprzyja sukcesom sportowym drużyny. O tym, że może być zgoła odwrotnie przekonuje m.in. przykład wicelidera sezonu 2012/13, który osiągnął dość przeciętny bilans goli strzelonych, „gdzie poznaniacy ledwie przekroczyli średnią 1,5 trafienia na mecz, nieznacznie tylko poprawiając dosyć słaby wynik z poprzednich rozgrywek. Pomimo znakomitego sezonu Bartosza Ślusarskiego (11 bramek, najlepszy wynik w karierze), dało się zauważyć brak Artjomsa Rudnevsa, sprzedanego przed sezonem do Hamburger SV” (Biszof, Sachs 2013).</p> <p class="spip">Jak wynika z opublikowanej właśnie analizy Komisji Europejskiej:</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Kluby piłkarskie wydają około 3 mld euro rocznie na transfery piłkarzy, lecz bardzo niewielka część tej kwoty trafia do mniejszych klubów lub sportu amatorskiego. Liczba transferów w europejskiej piłce nożnej wzrosła ponad trzykrotnie w latach 1995-2011, podczas gdy kwoty wydawane przez kluby na opłaty za transfery wzrosły siedmiokrotnie. Jednak większość tych dużych wydatków dotyczy niewielkiej liczby klubów, które mają największe dochody lub są wspierane przez bardzo bogatych inwestorów. Sytuacja ta tylko zwiększa istniejącą nierównowagę między klubami zamożnymi i niezamożnymi, gdyż niespełna 2% pieniędzy z opłat za transfery dociera do mniejszych klubów i sportu amatorskiego, czyli miejsc niezbędnych do rozwoju nowych talentów. Poziom redystrybucji pieniędzy w tej dyscyplinie, który powinien rekompensować koszty szkolenia i kształcenie młodych zawodników, nie jest wystarczający by mniejsze kluby mogły rozwijać się i przełamać utrzymujący się dyktat narzucony przez największe kluby w rozgrywkach piłkarskich (...).</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">“Komisja Europejska w pełni uznaje prawo władz sportowych do ustanawiania zasad transferów, jednak nasza analiza wskazuje, że obecnie obowiązujące zasady nie zapewniają sprawiedliwej równowagi w piłce nożnej ani warunków umożliwiających chociażby częściowe wyrównanie szans w rozgrywkach ligowych lub pucharowych” - powiedziała Androulla Vassiliou, europejska komisarz ds. sportu.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Zasady transferów są ustalane przez sportowe organy zarządzające – na przykład przez FIFA w piłce nożnej i FIBA w koszykówce. Wprowadzony przez FIFA internetowy system rejestracji transferów międzynarodowych (TMS), używany przez 4600 klubów na świecie, zwiększył przejrzystość międzynarodowych operacji transferowych, lecz wiele należy jeszcze zrobić na szczeblu krajowym. W sprawozdaniu stwierdzono, że obecny system nadal przynosi korzyści głównie najbogatszym klubom, gwiazdom piłkarskim i ich agentom.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">W sprawozdaniu zaleca się, by przepisy FIFA i krajowych związków piłkarskich zapewniły ściślejszą kontrolę nad transakcjami finansowymi oraz wprowadzenie „podatku fair play” od opłat transferowych przekraczających pewną kwotę uzgodnioną przez sportowe organy zarządzające i kluby, aby sprzyjać lepszej dystrybucji funduszy z bogatych do mniej zamożnych klubów. Analiza sugeruje również ograniczenie liczby graczy przypadających na klub, przegląd kwestii „własności strony trzeciej” [Polegającej, jak tłumaczą autorzy, na faktycznym wypożyczeniu zawodnika do klubu przez agenta - JT], a także zaprzestanie praktyk umownych, które zawyżają opłaty transferowe, na przykład w sytuacji gdy klub przedłuża okres chroniony, w którym zawodnicy nie mogą zostać przetransferowani bez jego zgody. Sprawozdanie wzywa również do pełnego wdrożenia zasady UEFA finansowego fair play oraz silniejszych „mechanizmów solidarności” wspierających rozwój młodzieży i ochronę nieletnich. Autorzy analizy wzywają organy sportowe do poprawy ich współpracy z organami ścigania w celu zwalczania prania brudnych pieniędzy i korupcji.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">(...) Rynek pracy2 w piłce nożnej podlega ogromnej segmentacji i składa się z „rynku pierwotnego” obejmującego niewielką liczbę gwiazd oraz rynku wtórnego obejmującego graczy zawodowych lub półzawodowych, którzy nie zarabiają wiele i często mają trudności w rozwoju swojej kariery zawodowej, zwłaszcza po zakończeniu współzawodnictwa sportowego.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">W celu poprawy uczciwej i zrównoważonej konkurencji przez lepszą i zwiększoną redystrybucję między klubami, w analizie proponuje się:</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 15%;">1. ustanowienie „podatku fair play” od opłat transferowych przekraczających pewną kwotę w celu wspierania lepszej redystrybucji funduszy z bogatych do mniej zamożnych klubów. [Ciekawa to idea, przypominająca jako żywo inicjatywę obciążenia haraczem transakcji na rynku finansowym opartą na koncepcji tzw. podatku Tobina. Jej wdrożenie wzmocniłoby redystrybucyjne, zbiorowe aspekty stosunków własności w piłkarstwie; zgodnie z duchem przyświecającym pakietowi tego rodzaju posunięć o jakich była wcześniej mowa także w kontekście amerykańskim. Projektodawcy podkreślają, że celem tego podatku byłoby częściowe przywrócenie równowagi konkurencyjnej. Próg, stawka tego podatku i jego zakres powinny zostać określone przez międzynarodowe piłkarskie organy zarządzające w porozumieniu z klubami - JT];</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 15%;">2. lepsze informowanie o transferach zawodników w celu zapewnienia, by odpowiednia rekompensata w imię solidarności była wypłacana klubom oraz by kluby te były świadome swoich praw;</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 15%;">3. ustalenie ograniczenia co do liczby transferów przypadających na klub;</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 15%;">4. uregulowanie mechanizmu transferu polegającego na wypożyczeniu zawodnika;</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 15%;">5. rozwiązanie kwestii praw zawodników w zakresie „własności strony trzeciej” przez przyjęcie przepisów chroniących integralność i wolność zawodników oraz uczciwość konkurencji sportowej. Przepisy nie powinny w sposób nieproporcjonalny utrudniać inwestycji finansowych w sporcie oraz powinny być zgodne z przepisami UE dotyczącymi swobodnego przepływu kapitału;</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 15%;">5. wspieranie wdrażania zasad finansowego fair play, aby zachęcać kluby do unikania wydatków przekraczających ich dochody;</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">[...] Aby ograniczyć zawyżone opłaty, w analizie zaleca się, by:</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 15%;">1. uniemożliwić klubom przedłużanie „okresu chronionego”, w trakcie którego zawodnik potrzebuje zgody na transfer, ponieważ w rezultacie powoduje to zawyżanie opłat transferowych (kontrakty są zazwyczaj chronione przez okres trzech lat do wieku 28 lat oraz dwóch lat w przypadku starszego wieku zawodnika);</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 15%;">2. klauzule „wykupu” zawarte w kontraktach zawodników powinny być proporcjonalne do przyczyny ich wprowadzenia.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">W swoim komunikacie z 2011 r. zatytułowanym „Rozwijanie europejskiego wymiaru sportu”, Komisja stwierdziła, że transfery regularnie zwracają uwagę opinii publicznej z powodu obaw dotyczących ich zgodności z prawem i braku przejrzystości co do związanych z nimi przepływów środków finansowych. W styczniu 2012 r. Komisja rozpoczęła analizę dotyczącą transferów zawodników, mającą na przeprowadzenie szczegółowego przeglądu ekonomicznych i prawnych aspektów systemów transferowych w sportów drużynowych w Europie, ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej i koszykówki. Analiza ta została przeprowadzona przez konsorcjum założone przez KEA European Affairs (Belgia) oraz Ośrodek prawa i ekonomii sportu na Uniwersytecie w Limoges (Francja).</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Publikacja analizy przypada w 17 lat po wydaniu przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości wyroku w sprawie Bosmana oraz w 12 lat po nieformalnym porozumieniu między Komisją, FIFA i UEFA, które doprowadziło do reorganizacji zasad transferów piłkarzy zawodowych [Spośród innych ważnych wydarzeń legislacyjnych na omawianym froncie warto jeszcze wspomnieć o prawie Kowpaka, które rozszerzyło obszar obowiązywania zasady Bosmana na państwa handlowo stowarzyszone z Unią: rejonu Afryki, Pacyfiku, Karaibów i Południowo-Wschodniej Azji - JT]” (KE 2013).</p> <p class="spip"><strong class="spip">Ograniczenia własności siły roboczej graczy</strong></p> <p class="spip">Jak sugerują powyższe dane, wolna własność siły roboczej sportowców - przy pozostałych warunkach jednakowych - jest dla nich korzystna, pozwalając na swobodne negocjacje płacowe oraz wygrywanie jednego partnera przeciwko drugiemu. Wszystkie te znane cechy przetargów obracają się jednocześnie przeciwko samemu klubowi, tj. jego właścicielom. Im bardziej zawzięte toczone o danego gracza wojny przetargowe, podbijające cenę jego siły roboczej, tym poważniejszemu uszczupleniu mogą ulegać zyski właścicieli warunków pracy piłkarzy. Nie zaskakuje zatem, że po zniesieniu <i class="spip">reverse clause</i>, północnoamerykańscy przedsiębiorcy lokujący swe kapitały w sferze specyficznych usług jakimi jest sport zawodowy nie zrezygnowali bynajmniej z ograniczania swobody dysponowania zawodniczą siłą roboczą, jaka w dawnej monopsonistycznej sytuacji przynosiła im takie własnościowe korzyści. Mimo braku możliwości powrotu do niegdysiejszego raju gwarancji zastrzegania, która została zniesiona, szuka się jej substytutów. Dla przykładu, okres angażu graczy może zostać użyty do powstrzymania młodych i utalentowanych graczy od wywoływania wojen przetargowych, których efekty w postaci wyższych wynagrodzeń mogą promieniować na całą ligę, działając na szkodę całej klasy. Inny typowo burżuazyjny sposób radzenia sobie ze stosunkami klasowo-własnościowymi w futbolu polega po prostu na tym, że większe kluby czy grające w większych tj. tworzących większe rynki miastach mogą, jako dysponujące bardziej zasobną kiesą, pozwolić sobie na przebicie ofert nie tak zamożnych organizacji w walce o najlepszych zawodników z danej tury.</p> <p class="spip">Niektóre ligi, w tej liczbie i NFL, narzuciły zaś dla uniknięcia owych niepożądanych wojen przetargowych górne pułapy dla wynagrodzeń graczy. W Europie, jak była o tym mowa, zarobki najlepszych piłkarzy wzrosły dramatycznie po uchwaleniu lex Bosman, jakkolwiek do tego wzrostu w poważnym stopniu przyczynił się także wzrost przychodów z praw telewizyjnych. Ogólnie biorąc, na naszym kontynencie, podobnie jak po drugiej stronie „stawu” jak się pieszczotliwie określa Atlantyk, płatne transfery są rzadsze niż kiedyś, co wynika stąd, że klub może czekać do końca umowy danego gracza, po którym to staje się on tzw. nieograniczonym operatorem czyli dowolnie dysponującym swą siłą roboczą.</p> <p class="spip">Objaśniając dokładniej powyższy termin, w sportach północnoamerykańskich, a więc i w futbolu występują dwa rodzaje wolnych operatorów - nieograniczeni (UFA – <i class="spip">unrestricted free agents</i>) i ograniczeni (RFA – <i class="spip">restricted free agents</i>). Ci pierwsi są to gracze, którym skończył się kontrakt z jednym zespołem i nie mają w stosunku do niego żadnych zobowiązań, mogąc się za to wykazać stażem pracy o długości co najmniej sześciu sezonów. Po otrzymaniu propozycji zatrudnienia od innych klubów zawodnik ma prawo do wyboru najkorzystniejszej dla siebie oferty.</p> <p class="spip">Ograniczeni wolni operatorzy czy też, powracając do obiegowej acz problematycznej terminologii, agenci również mają prawo do przyjmowania ofert innych klubów [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb8-2" name="nh8-2" id="nh8-2" class="spip_note" title='[2] Dokładniej mówiąc, w Ameryce mogą oni swobodnie negocjować swe warunki (...)' >2</a>], lecz przed podpisaniem nowej umowy ich poprzedni klub ma prawo do rekompensaty w formie preferencji w selekcji graczy z puli angaży, lub ściśle określonego przebicia (na przykład o 10%) warunków kontraktu. W tym przypadku, zawodnik jest zobowiązany zostać w klubie. Oznacza to niewygasłe do końca prawo własności klubu (czyli realnie rzecz biorąc, jego właściciela/i) do siły roboczej danych graczy. W przypadku odejścia takich zawodników kluby mogą też oczekiwać częściowej rekompensaty w formie powiększenia z kolei ich możliwości wyboru graczy podczas procedury selekcyjnej, czego rozmiary zależą od wysokości oferty, jaka skusiła gracza. Fakt ten po części jak gdyby adresuje wzmiankowane wcześniej kolektywne uwarunkowanie indywidualnie posiadanej siły roboczej, jakiej piłkarz, zdany całkowicie na własne siły, nigdy nie zdołałby uformować.</p> <p class="spip">Głównymi czynnikami decydującymi o statusie zawodnika (UFA czy RFA) są jego wiek i doświadczenie, czyli cechy siły roboczej odnoszące się - wedle kategoryzacji przyjętej na gruncie strukturalizmu socjoekonomicznego - przede wszystkim do przypisaniowej siły roboczej. Bowiem staż pracy w charakterze piłkarza jest najpierw cechą osiąganą, nabywaną stopniowo wraz z biegiem kariery zawodnika, by stać się właściwością jego cechy roboczej różną, np. jako podstawa wynagrodzenia, od faktycznej pracy czyli efektów działania, odnoszących się do osiągnięciowej płacowo siły roboczej. Dokładniejszy opis tej rozbudowanej struktury teoretycznej, jaką tworzy w strukturalizmie socjoekonomicznym koncepcja własności siły roboczej można znaleźć w licznych innych publikacjach autora. Zbliżona do omawianej powyżej, ale też odznaczająca się pewną swoistością jest sytuacja w futbolu australijskim, gdzie zasadę swobodnego rozporządzania własną siłą roboczą przez graczy wprowadzono dopiero na końcu 2012 r.</p> <p class="spip">Nie związani umowami zawodnicy, którzy nie należą do grupy 25% najlepiej opłacanych graczy danego klubu, stają się wolnymi operatorami po odsłużeniu 8 sezonów w określonym klubie; natomiast pozostający poza kontraktami gracze, którzy należą do górnej ćwiartki najlepiej wynagradzanych w ich klubie, stają się ograniczonymi wolnymi operatorami czy agentami po upłynięciu ośmiu sezonów, by później, po upływie kolejnych 10 sezonów zyskać status nieograniczonych wolnych operatorów. Ciekawy i nawiązujący w pewnym sensie do naszych powyższych uwag o obiektywizowaniu się w indywidualnej sile roboczej wkładu pracy wielu ludzi, w tym przede wszystkim z danej drużyny jest fakt, iż kluby otrzymują rekompensatę za utratę pozakontraktowych graczy w postaci opcji wyboru podczas procedury angażu Wreszcie, gracze, którzy z jakichś powodów tracą licencję stają się nieograniczonymi wolnymi operatorami bez względu na długość ich piłkarskiego stażu. Natomiast kluby, z których odchodzą tacy zawodnicy nie otrzymują z tego tytułu żadnej rekompensaty.</p> <p class="spip">Rekapitulując, co wydaje się potrzebne z uwagi na dość zawiłe i zmienne koleje losu futbolistów w aspekcie własności ich siły roboczej, obecna sytuacja przedstawia się tak, że klubowi przysługują wyłączne prawa własności do siły roboczej graczy przez pierwsze trzy lata po jego angażu w ramach procedury odbywającej się na szczeblu koledży, które zatem można traktować jako podstawowe źródło piłkarskiej siły roboczej w USA, uwydatniające, jak łatwo dostrzec, uspołeczniony wymiar siły roboczej jako obiektu posiadania. Po upływie owego trzyletniego okresu gracz może stać się ograniczonym wolnym operatorem, co pozwala dotychczasowej jego drużynie na przebijanie innych ofert kierowanych do gracza. Dalej, po czterech latach spędzonych w lidze, zakończenie każdego kontraktu czyni automatycznie zawodnika nieograniczonym wolnym operatorem. Jednak nie koniec na tym, w mocy pozostał bowiem więcej niż ślad dawnej ”klauzuli zastrzegającej”. Ma ona obecnie co prawda bardziej ograniczony zakres, albowiem klubowi wolno zatrzymać tylko jednego gracza na rok, ale za to wolno mu też przetrzymać tego samego zawodnika przez kolejne lata.</p> <p class="spip">Taki gracz noszący nazwę „koncesjonowanego” jest uprawniony do otrzymywania poborów w wysokości co najmniej 120proc. gaży z poprzedniego roku, a gracze oznaczeni w ramach tej procedury jako „nie wyłączni” mogą przyjmować oferty innych drużyn; przy czym jeżeli pierwotny klub zdecyduje się przebić takiej oferty, to przysługuje mu rekompensata w formie uprzywilejowanych opcji wyboru graczy. Tłumaczy to, dlaczego w ostatnich latach obserwuje się powstrzymywanie się wielu klubów przed realizacją czegoś, co jest efektywnie prawem własności do siły roboczej gracza, tzn. wyznaczenia owego „ofranszyzowanego” piłkarza, a to z uwagi na niechęć do stracenia wyżej wymienionego przywileju.</p> <p class="spip">Ogólnie biorąc, pomimo zaobserwowanej wyżej znacznej zbieżności dróg ewolucji stosunków własności siły roboczej graczy w Europie i po drugiej stronie Atlantyku pozostały pewne różnice między obydwoma modelami, zaznaczające się w szczególności na polu struktury obowiązujących na różnych rynkach kontraktów, czemu warto poświęcić słów kilka.</p> <h3 class="spip">Własność strony trzeciej (współwłasność)</h3> <p class="spip">Mechanizm prowadzący do dosłownego ubezwłasnowolnienia zawodnika polega na handlowaniu prawami do niego (tj. w szczególności do dochodów płynących z jego transferu). Dany klub dokonuje takiej sprzedaży na rzecz innego podmiotu, czyniąc go efektywnie współwłaścicielem siły roboczej danego gracza, czego następstwem jest pozbawienie tego ostatniego możności swobodnego dysponowania swoją siłą roboczą. Mówiąc brutalnie, musi iść tam, gdzie zostanie sprzedany. Jeśli coś w wysoko rozwiniętych krajach Zachodu, abstrahując od lumpenpatologii, przypomina targ niewolników, to jest to właśnie ten mechanizm.</p> <p class="spip">Konkretny przykład pozwoli uwiarygodnić powyższe stwierdzenie. Bohaterem tej opowieści jest Kolumbijczyk Radamel Falcao i jego perypetie od czasu przeniesienia do drużyny Atlético Madryt. Falcao został kupiony od portugalskiego Porto za 40 mln euro plus dodatkowe 10 milionów w formie premii efektywnościowych - co wywindowało go na czoło listy najdroższych transferów ww. klubu (na fali zwycięstwa Porto w lidze krajowej oraz europejskiej). Transfer ten za sprawą tych kosztów wzbudził zasadnicze kontrowersje - hiszpański klub był wtedy biedny i zadłużony, i nie mogąc sobie pozwolić na wyłożenie takiej sumy zaangażował ową „trzecią stronę”. Doyen Sports Investments, firma, która określa siebie jako fundusz stanowiący alternatywne źródło finansowania dla spółek i klubów piłkarskich, zgodziła się pokryć część opłat, na jaką nie było stać Atletico, a w zamian otrzymała 50 procent własności siły roboczej zawodnika. Oznaczało to, inaczej mówiąc, że Doyen uzyskał prawo do pokaźnego udziału w dochodzie z kolejnego transferu Falcao.</p> <p class="spip">Jakiś czas później - czas, dodajmy, produktywnie spędzony, skoro piłkarz swoimi 90 występami w Atletico pomógł Hiszpanom m.in. zdobyć Superpuchar UEFA, a w 2012 r. Atletico zostało klubem, a on sam piłkarzem roku - Falcao został znowu wystawiony na sprzedaż. Transakcja miała jednakże odmienny przebieg niż poprzednio. Współwłaściciel, czyli ww. prywatny fundusz zdecydował się - reklamując jego dotychczasowe osiągnięcia w toku kariery - przehandlować gracza temu kto da najwięcej. Ani opinia klubu, ani zdanie samego zainteresowanego nie musiały i nie były też brane pod uwagę przy tej decyzji, w efekcie której nasz bohater wylądował w Monako. Za kupnem go stał jeszcze pewien rosyjski miliarder, prezes i właściciel AS Monaco, Dymitr Evgenevich Rybolovlev, który ponoć dawał równie kłujące w oczy pokazy wystawnej konsumpcji jak inni jego bracia klasowi w Chelsea czy Manchesterze.</p> <p class="spip">Przykładanie kategorii moralnych do postępowania Doyen Sports Investment z Falcao jest trochę bezcelowe i nie bardzo na miejscu, ekonomia czy dokładniej gospodarka oparta na własności prywatnej jest na zewnątrz amoralna, co nie jest naturalnie prawdziwe do końca, lecz jedynie w tym sensie, że jej agenci działają w ramach jakie zastali i jakie wykorzystują we własnym interesie. Na tym bowiem właśnie polega istota gospodarki kapitalistycznej, do której nie należy mieć pretensji o to, że jest kapitalizmem właśnie a nie jakimś innym, lepszym i sprawiedliwszym ustrojem. Uważna czytelniczka bez trudu jednak zauważy mielizny powyższego rozumowania; jak powiedział trafnie Marks, „ekonomia wyraża prawa moralne na swój sposób”. Kapitalistyczne stosunki gospodarowania i własności, tak samo jak każde inne, podlegają zatem ocenie moralnej, której nie należy mylić z moralizmem, ograniczającym się do moralnego oburzenia bez naukowego zrozumienia przyczyny tego, co je właściwie wywołuje. Poniżej cytowany autor dobrze oddaje różnicę pomiędzy owym mechanizmem współwłasności, skutecznie ograniczającym własność zawodniczej siły roboczej a sytuacjami transferów pozbawionych tego szczególnego ograniczenia - rozgrywających się na omówionych wcześniej zasadach:</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">[...] kiedy klub sprzedaje gracza, jest to przynajmniej sprawa umowy, a gracz w przeważającej ilości przypadków wie o transakcji, bierze udział w rozmowach zarówno z zarządem dotychczasowego klubu jak i drużyną do jakiej ma ewentualnie przejść. Nie jest więc tego rodzaju transakcja tak totalnie przedmiotowa jak w poprzedniej sytuacji, tu ma ona bardziej, chciałoby się powiedzieć, ludzkie bo podmiotowe oblicze. Przede wszystkim gracz może sam poprosić o przeprowadzenie takiej transakcji lub zwolnienie go przez aktualnego pracodawcę, jeżeli np. czuje się w danej drużynie niekomfortowo - jednym słowem wykonuje działania w jakich obiektywizuje się własność jego siły roboczej, jakiej w tym aspekcie zostaje pozbawiony wskutek pojawienia się własności trzeciej strony. Co prawda, stojący na czele UEFA Michel Platini zaprezentował się jako przeciwnik wspomnianego systemu, w jednej z takich wypowiedzi z 2013 r stwierdzając bez ogródek, jak widzi jego własnościową naturę: „to nieludzkie, by ludzie należeli do innych ludzi, którzy mają prawo ich sprzedawać” (Madu 2013).</p> <p class="spip">Trzeba również oddać Platiniemu, że opowiadał się on za całkowitym zakazem przez FIFA wspomnianej praktyki, powiadając, że jeśli to nie nastąpi UEFA wprowadzi taki zakaz u siebie w Europie. Warto dodać, że niektóre kraje nie czekając na odgórne rozstrzygnięcia same zabroniły już tego rodzaju współwłasności sportowej siły roboczej i miło, że obok Anglii i Francji znalazła się w tej grupie Polska. Czytelnicy muszą na własną rękę sprawdzić, czy władze piłkarskie wywiążą się z obietnic delegalizacji własności trzeciej strony czy też przeważy raczej argumentacja jej zwolenników, takich choćby jak osoba najpełniej chyba symbolizująca władzę sprawowaną przez pieniądz w futbolu, superbrokera George Mendesa (który aranżował wiele słynnych transferów głośnych w ostatnich latach, łącznie z tym opisywanym powyżej).</p> <p class="spip">Mający za sobą nieudaną karierę piłkarską w rodzimej Portugalii Mendes pierwszą swoją dużą międzynarodową transakcję przeprowadził w związku z transferem Hugo Viana, który za jego pośrednictwem przeszedł z portugalskiego Sporting CP do klubu ekstraklasy angielskiej Newcastle United (wartość transferu wyniosła 12 milionów euro). Wpływy Mendesa w świecie futbolu wynikają m.in. z jego kontaktów ze szkołami młodych talentów, wśród których wyłowił kilka klejnotów czystej wody takich jak Cristiano Ronaldo i Ricardo Quaresma. Jeszcze większy rozgłos przyniosła Mendesowi cała seria transferów piłkarzy portugalskich do londyńskiego klubu Chelsea - tą ścieżką podążyli m.in. José Mourinho, Ricardo Carvalho, Paulo Ferreira, Tiago Mendes czy Maniche (Nuno Ricardo Oliveira Ribeiro) (Burt 2008). Warto dodać, że powołana przez Mendesa w 1996 r. spółka GestiFute S.A. posiadała częściowo siłę roboczą niektórych z tych sportowców.</p> <p class="spip">Czym skutkuje taka współwłasność, można pokazać na przykładzie jednego z graczy, którego Mendes pomógł przenieść do Manchester United - za pomocnika Andersona (Anderson Luís de Abreu Oliveira) zgarnął 4 mln funtów (The Evening Standard, 1 June 2007), uprzednio opłacając 20% z 3,75 mln funtów, jakie Porto wpłaciło do kasy brazylijskiego klubu Grêmio w 2006 r. Kolejne 4 mln funtów szterlingów zarobił ten były posiadacz baru w 2009 r. na przetransferowaniu Ronaldo w ramach transakcji wartej 80 mln funtów z Manchester United do Realu Madryt (Hughes 2009). Ale mechanizm wymieniony w tytule tego podrozdziału potrafi być finansowo produktywny także w wypadku nie tak znanych graczy. Mendes otrzymał 3,6 mln euro z 9 mln euro, jakie wynosiła opłata transferowa zapłacona przez MU trzecioligowemu klubowi portugalskiemu za gracza znanego jako Bébé (przy czym podano, że 2,7 mln euro z tej sumy przypadało na 30%. praw własnościowych do gracza zachowanych przez niego, gdy Bébé przenosił się do wspomnianej drużyny Vitória, które Mendes odkupił od piłkarza za niewygórowaną kwotę 100,000 euro) (Conn 2011).</p> <p class="spip">W 2014 r. działania Mendesa, wraz z tymi podejmowanymi przez byłego prezesa MU i Chelsea Petera Kenyana ściągnęła na niego sformułowane publicznie zarzuty, co jednak nie zbiło go bynajmniej z pantałyku. Mendesowi zarzucono nabywanie współwłasności siły roboczej graczy za pośrednictwem firm ulokowanych w rajach podatkowych jak Wyspa Jersey i Irlandia. Natomiast działacz spotkał się dodatkowo z oskarżeniem o konflikt interesów, jaki zaiskrzył, kiedy jego były klub Chelsea nabył poprzez niego samego i wszechobecnego Mendesa częściową własność zawodniczej siły roboczej. Najpoważniejszym zarzutem jaki postawiono Mendesowi było jednak naruszenie dotyczących współwłasności przepisów FIFA; organizacja ta istotnie, ale dopiero we wrześniu 2013 r. ogłosiła zakaz tej praktyki, mający obowiązywać od maja 2014 r (Johnston 2014).</p> <p class="spip">W swym ataku na wymieniony zakaz broker obrał bardzo sprytną, bo nie pozbawioną socjoekonomicznych racji linię. Powołując przykład Porto, które jego zdaniem jedynie dzięki określonemu mechanizmowi - kupowaniu graczy w Ameryce Łacińskiej i odprzedawaniu ich z zyskiem - mogła wstąpić w szranki z najsilniejszymi i najbogatszymi drużynami Europy i nawet z nimi wygrywać. Mendes powiada, że taka Benfica zarabia na prawach transmisji telewizyjnych 80 mln euro na rok, tyle ile drugoligowy klub w Anglii i bez współwłasności nigdy nie miałaby szans na równą walkę z piłkarskimi potentatami. O ile ten argument - podobnie jak jego bliźniak w którym atakuje się przepisy finansowej fair play FIFA i EFA nakazujące powściąganie wydatków klubów, jakie powinny być współmierne do zasobów a nie być zasilane z kiesy bogatych inwestorów - zawiera jeszcze łut prawdy, choć jest to raczej półprawda, bo nie stawia się tu pytania, czy nie da się tego samego celu osiągnąć innymi, nie tak wywłaszczeniowymi środkami. Koronny argument Mendesa to budząca zdumienie teza, zgodnie z którą wszelkie zakazy własności trzeciej strony są nielegalne, bowiem nie pozwalają rzekomo graczom na swobodne przenoszenie się do wybranej drużyny. Portugalczyk zademonstrował tym samym jak daleko można posunąć się w sztuce odwracania kota ogonem. Cała poprzednia dyskusja dowodzi skrajnego odpodmiotowienia zawodnika, którego siła robocza staje się przedmiotem transakcji inicjowanych i przeprowadzanych niezależnie i mimo niego.</p> <h3 class="spip">Własność „agenturalna”</h3> <p class="spip">Przyjęta przez autora rentowa teoria własności ekonomicznej (por. m.in. Tittenbrun 2011a, 2011b, 2012, 2014, 2015a, 2015b, 2015c) pozwala jednak dostrzec, że pojęcie współwłasności stosuje się socjoekonomicznie rzecz biorąc także do wielu „zwykłych” transakcji transferowych, nie angażujących formalnie owej trzeciej strony. Technicznie, prowizje pośredników w handlu są jedynie wynagrodzeniem za ich pracę. Lecz absolutyzowanie tego punktu widzenia to czysty formalizm; sprawa w proporcjach, a te sprawiają, że w wielu przypadkach agenci, menedżerowie etc. pośredniczący w handlu zawodniczą siłą roboczą jawią się nam jako posiadacze kapitału. Oni sami obruszają się na to, że są odbierani jako „krwiopijcy”, ale fakty świadczą przeciwko nim, poczynając od elementarnego faktu iż „prowizja agenta waha się między 5 a 13 procent” (Omachel 2013).</p> <p class="spip">Andrzej Czyżniewski, były dyrektor sportowy Arki Gdynia z racji pełnionej funkcji bardzo często stykał się z menedżerami. I nie ukrywa, że jego doświadczenia upoważniają do wniosku, że agenci to samo zło. „Za prowizję wypłaconą menedżerowi Chmiesta i Łabędzkiego [dwaj piłkarze Arki] można pokryć koszty całorocznego utrzymania pionu młodzieżowego” - powiedział niedawno w „Gazecie Wyborczej” (Omachel 2013). Wszelkie argumenty zainteresowanej strony, że ich zarobki odpowiadają wkładowi pracy zbija w zarodku nestor polskich trenerów, Orest Lenczyk. Coach Śląska Wrocław nie przebiera w słowach, nazywając agentów „szczurami”, który to epitet usprawiedliwiają w pełni jego zdaniem takie nagminne grzechy tego środowiska jak: „blokowanie transferów (jeśli klub odmawia agentowi wysokiej prowizji), za łamanie piłkarskich karier (kiedy jedynym celem transferu jest sprzedaż i zgarnięcie prowizji), za wciskanie klubom mało utalentowanych graczy po zawrotnych cenach i obiecywanie początkującym zawodnikom gruszek na wierzbie w zamian za podpisanie umowy”. Cytowany wyżej działacz „Arki” dodaje kolejny gwóźdź do trumny w słowach, które są ironicznym komentarzem do przedstawionych w innym miejscu pracy uwag na temat stosowalności do piłkarstwa terminów takich jak „klient”: „W normalnych warunkach agent podpisuje z piłkarzem umowę o reprezentację i wtedy to zawodnik jest jego klientem, a co za tym idzie – płatnikiem. Czasami oczywiście zdarzy się, że jakiś zespół poprosi menedżera o pomoc, o znalezienie piłkarza. I wtedy on płaci. Ale u nas często tak nie jest. Czyżniewski: – Bardzo często dochodzi do sytuacji, gdy agent bierze kasę z dwóch stron” (Omachel 2013).</p> <p class="spip">Empirycznej ilustracji dla tej listy zarzutów dostarcza m.in. historia, jaką opowiada Czyżniewski: „znany menedżer [...] występuje w jakiejś tam stacji telewizyjnej i biadoli. A jaki to ten futbol zły, a jaka to szkoda, że w naszych klubach nie daje się szansy młodym Polakom. A jaki to bezsens, by ściągać ciągle te zagraniczne ochłapy. I wie pan co? Schodzi człowiek z anteny, mija może kwadrans i dzwoni mój telefon. On. - Cześć „Czyżyk”, słuchaj, mam dla ciebie Białorusina. I potem problem ma klub, stający przed wyborem. Albo polski piłkarz, który dobrze rokuje, ale obok niego jest agent, który chce dużej prowizji. Opcja druga? Piłkarz z zagranicy, pewnie słabszy, trochę taka niewiadoma. Ale jest mniejszym wydatkiem, bo menedżer nie żąda aż tyle. Dla dobra polskiej piłki powinien wziąć Polaka. Ale dla dobra swoich finansów wybierze drugą opcję. W rozmowie z Czyżniewskim padają ostre słowa. Mówi, że menedżerowie traktują swoich klientów jak mięso armatnie. – Często jest tak, że mamy młodego piłkarza i ten piłkarz ma wybór. Albo klub w pierwszej lidze i w nim pewne miejsce w składzie. Albo jakaś potężna firma, Wisła czy Lech, gdzie czeka go na początku gra w Młodej Ekstraklasie. Wiadomo, że dla jego rozwoju lepsza jest pierwsza liga. Ale 99 procentów agentów nie będzie się tym kierować. I wepchnie go w objęcia tego dużego klubu – tłumaczy. – To jest dżungla. Prawie wszyscy agenci to ludzie bez zasad. Oni robią wodę z mózgu młodym chłopakom już na samym starcie – opowiada dziś Czyżniewski w rozmowie z NaTemat. – Na początku łapią kontakt z młodym, zdolnym piłkarzem. Mówią mu, ile on za parę lat będzie zarabiał, jaki to nie będzie bogaty. Zapraszają rodziców, wożą drogimi autami, biorą do luksusowych knajp. I potem taki chłopak myśli, że jak ma menedżera, to z miejsca jest lepszym piłkarzem. A jego agent? Jest umowa, potem transfer, skasowana prowizja i do widzenia. Poza tym bardzo często do takich umów wpisuje się horrendalnie wysokie kary umowne. Paranoja – podsumowuje” (Omachel 2013).</p> <p class="spip">Za naszą miedzą tendencje są podobne, choć naturalnie skala jest często nieporównywalna, jak w przypadku wspomnianego wyżej portugalskiego króla agentów, posiadacza najwartościowszej na kuli ziemskiej agencji – Gestifute - wycenianej na 536 mln euro (Kaźmierczak 2013). Piłkarscy agenci byli zaangażowani średnio w „siedmiu na dziesięć transakcji. W 2012 roku zarobili 163 miliony dolarów na samych prowizjach. Zgarnęli około 28% z całego transferowego obrotu gotówką w danym roku. Angielskie kluby zapłaciły im najwięcej - aż 77 mln funtów”(Kaźmierczak 2013) .</p> <p class="spip">W ostatnich latach ich rola ciągle rośnie., zaskakujący transfer Hulka do odległej i zimnej Rosji czy wzmiankowana wyżej zamiana Radamela Falcao uczestnika przyszłej edycji Ligi Mistrzów na beniaminka Ligue 1 to tylko wybrane przykłady ostatnich głośnych „agenturalnych” operacji. Jednak jest coś co niepokoi wszystkich, którym leży na sercu rozwój futbolu nawet bardziej od wspomnianych wyżej statystyk. A jest to, ni mniej ni więcej, jak tylko lumpenstatus całej „góry lodowej” poza względnie zdrowym wierzchołkiem. Okazuje się, że raptem jedną na pięć transakcji przeprowadzono przy pomocy licencjonowanych agentów. Pozostałe dokonywały osoby występujące w imieniu agentów, którzy utracili prawa licencyjne bądź ci bez licencji. To oznacza, że agentem może zostać niemal każdy. A jeśli ktoś zapragnie zrobić certyfikat, to nie ma z tym najmniejszego problemu. Może podróżować po krajach i zdawać egzaminy do skutku.</p> <p class="spip">“Biznes agencyjny jest jak dziki zachód, brudny, zbyt biurokratyczny i czasochłonny, by mogła zajmować się nim FIFA” – brzmiała szokująca deklaracja, jaką złożył Tor-Kristian Karlsen, skaut i dyrektor sportowy. “To dlatego właśnie ogólnonarodowa organizacja piłkarska zaniechała stworzenia systemu regulującego agencje. Dalej w wywiadzie dla BBC Sport Karlson opowiada: „W Ameryce Południowej można spotkać zawodników, posiadających kilku agentów, z którymi kontrakty parafowali jego rodzice, gdy ten był nastolatkiem. Kiedy taki gracz przechodzi do profesjonalnej drużyny albo przenosi się za granicę, wszyscy pukają do drzwi, domagając się ustalonej w umowie prowizji. Tego po prostu nie da się kontrolować” (Każmierczak 2013). Piłkarska „Agentura” to</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">wielkie i szybkie kariery, z drugiej strony złamane i katastrofalne kariery, monstrualne pieniądze i horrendalne prowizje, ogromne oczekiwania i znacznie większy zawód – w futbolu pełno takich historii, a autorami niektórych są agenci. "Po meczach w młodzieżowej reprezentacji Anglii U-21 miałem mnóstwo ofert od agentów, telefon nie przestawał dzwonić. Podpisałem kontrakt z jednym z nich, ale od chwili, gdy rozpoczęliśmy współpracę, nie odezwał się przez kolejne dwa lata. Osobiście musiałem negocjować mój kontrakt. Później otrzymałem od niego list, że jestem mu winien 700 tysięcy funtów z tytułu prowizji. Wszystko było legalne, musiałem zapłacić" – żalił się na łamach pisma „The National” bramkarz Richard Lee.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Dla klubów agenci to zazwyczaj czyste zło. Przy pierwszej lepszej okazji starają się wytransferować swoich klientów tam, gdzie więcej płacą. Terry Robinson, dyrektor Stoke City, opisał w „The National” łudząco podobną sytuację: Uzgodniliśmy umowę z zawodnikiem. W tym samym momencie on i jego agent wyszli na zewnątrz, aby to jeszcze przedyskutować, ale potem już ich nigdy nie zobaczyliśmy. Porozumieli się z inną ekipą. Nie powiedzieli nam nic (Kaźmierczak 2013).</p> <p class="spip">Podobne źródła są pożywką dla podobnych jak w przypadku Polski ocen:</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Steve Bruce, wcześniej menadżer Birmingham City, Wigan Athletic i Sunderlandu, agentów określił mianem pasożytów. Kiedy kierował Sunderland, w ataku zespołu grał Asamoah Gyan. Spędził tam zaledwie sezon i niespodziewanie przeszedł do Al Ain, drużyny ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zdaniem Bruce'a to wina agencji, której brzydkie sztuczki namąciły w głowie reprezentanta Ghany.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Artykuł z „The National” przywołuje wypowiedzi i opinie na temat agentów wygłaszane przez ludzi bezpośrednio związanych z futbolem. Bernard Halford - sekretarz Manchesteru City przez prawie cztery dekady - uważa, że wzrost znaczenia agentów to największa zmiana w futbolu: Dawniej ściągałeś piłkarza i on występował u ciebie do końca. Dzisiaj agenci stale niepokoją graczy i próbują ich wytransferować. Nawet nie widzisz się z nim w trakcie negocjacji. Jeżeli nie dogadasz się z agentem, to także nie pozyskasz zawodnika.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Z kolei Brian McDermott - wcześniej szkoleniowiec FC Reading, a aktualnie Leeds United – przyznaje:</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">"Zauważyłem, że wpływ agentów rośnie w zawrotnym tempie od kilku sezonów. W 2006 roku, kiedy wprowadziłem Reading do Premier League, nie dało się kupić kogoś kogo się chciało, bez kontaktu z odpowiednim agentem." - "Nie było zbyt wielu agentów, którzy pragnęli z nami współpracować, ponieważ widzieli w nas murowanych kandydatów do spadku" – skarżył się w tym samym artykule Tony Pulis, trener, który w 2008 roku wywalczył ze Stoke City awans do pierwszej ligi.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Pomimo tego uważa się, że agenci to zło konieczne, a dla większości graczy są oni po prostu niezbędni. To oni odwalają brudną i papierkową robotę. Promują tych młodych i niedoświadczonych, krążą od klubu do klubu i szukają potencjalnych pracodawców (Kaźmierczak 2013).</p> <p class="spip">“Cała sztuka”, jak czytamy w artykule, “polega więc na tym, żeby trafić w ręce porządnego agenta”. Naturalnie taka rada to świadectwo bezradności a jednocześnie nieznajomości podstaw funkcjonowania gospodarki kapitalistycznej; gdyby cała ona rządziła się takimi mechanizmami, nie wyszlibyśmy z przysłowiowych jaskiń. Respektowanie umów, zaufanie do partnera itp. cnoty są wbudowane w stosunki gospodarowania właściwe kapitalizmowi - proszę sobie przypomnieć, jak kulała nasza młodokapitalistyczna gospodarka pod garbem zatorów płatniczych, kiedy to firmy nie uważały za stosowne płacić za zamówione towary lub płacić na czas. Albo spójrzmy na Grecję i inne gospodarki południa Europy, gdzie niepłacenie podatków jest sportem narodowym i gdzie uważa się, że tylko frajerzy spłacają swe zobowiązania wobec fiskusa. Skutki są tak jasne jak światło południa:</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Richard Garland, agent i właściciel agencji Apollo Sports Agents, nauczony własnym doświadczeniem, w wywiadzie dla portalu youthfootball.org.uk próbując bronić przedstawicieli swego zawodu skończył na dodatkowym ich obciążeniu. "Są agenci, którzy faktycznie pomagają zawodnikom, ale dużo jest również takich, którzy myślą wyłącznie o kasie. Masa ludzi pretenduje do miana agentów, lecz tak naprawdę chodzi im jedynie o zarabianie pieniędzy poprzez sprzedaż i negocjowanie kontraktów".</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Według Garlanda potrafią oni wydoić ze swoich klientów, ile się tylko da: - "Pewien młodzieniec grał parę lat temu na Ukrainie. Jego agent brał 55% prowizji. Nie zdawał sobie z tego sprawy, aż do czasu gdy zmieniał zespół. Zgłosił to do FIFA, ale agent nie posiadał licencji, więc nikt nie mógł nic zrobić. Chłopak stracił jakiś milion euro, które poszły bezpośrednio do kieszeni agenta".</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Ten problem dotyczy głównie państw wschodniej części Europy czy bardziej egzotycznych krajów. W Anglii kluby otrzymują listę uprawnionych agentów, z którymi mogą pertraktować umowę zawodnika.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Mają odgórny zakaz kontaktu z agentami pozbawionymi licencji. - "Wśród agentów nie brakuje oszustów. Jest taki jeden, który wyszukuje futbolistów dla ekipy w Tajlandii. Prosi jedynie o pokrycie kosztów podróży" - mówi Garland w tym samym wywiadzie. Kiedy jemu pokrewni agenci otrzymują pieniądze, natychmiast się ulatniają, z dnia na dzień słuch o nich ginie. Kuszą juniorów obietnicą testów w słynnych drużynach, a w istocie są to tylko puste obietnice. FIFA i federacje są jednak bezradne.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">Agenci wykorzystują młodych graczy, zatruwają ich wyobraźnie wizjami sławy i olbrzymimi zarobkami, żerują na chłopięcej naiwności. - "Miał zostać zwolniony przez Arsenal Londyn. Sądził, że kiedy skończy z angielską drużyną, będzie mógł przejść do Realu Madryt bądź FC Barcelony. Powiedziałem mu, że nie kontaktowałbym się z nim, gdyby Real i Barcelona rzeczywiście były zainteresowane" – opowiada w wywiadzie Garland.</p> <p style="margin-right: 10%;margin-left: 10%;">[...] Brian Clough już dawno temu powtarzał, że agenci spowodują śmierć futbolu. Sir Alex Ferguson ostrzegał, że to poważne zagrożenie dla przyszłości piłki nożnej. Gary Neville nawoływał, by usunąć agentów z dyscypliny. Jeśli dzisiaj żyjemy w erze wielkich piłkarskich herosów i magów ławek trenerskich, to musimy się również przyzwyczaić do tego, że <strong class="spip">żyjemy też w erze futbolowych superagentów</strong>. FIFA dopiero teraz planuje wprowadzenie zmian, które zmniejszyłyby ich rolę na rynku transferowym. Jednak doświadczenia z Finansowym Fair Play pokazują, jak trudne zadanie czeka włodarzy światowego futbolu (Kaźmierczak 2013).</p> <p class="spip">Swoją drogą wypowiedź sławnego trenera klubu Manchester United to dość pikantny przejaw obłudy w obliczu faktów świadczących, że w sercu rzekomo całkowicie zracjonalizowanego systemu kwitnie partykularystyczna prywata: agencja sportowa Elite prowadzona przez syna Alexa Fergusona zarobiła na nepotystycznych kontraktach 13 mln funtów (Grant 2004).</p> <h3 class="spip">Historia</h3> <p class="spip">Stan stosunków własnościowych tworzący przeciwstawne tło dla rozpatrywanej wyżej całkowitej rozporządzalności zawodniczą siłą roboczą najlepiej poznamy przyglądając się historii kształtowania się owych relacji.</p> <p class="spip">Jest otóż faktem, iż od początku istnienia zorganizowanego sportu zawodowego w Stanach Zjednoczonych właściciele klubów mieli niemal nieograniczone prawo własności do siły roboczej zatrudnianych zawodników. Gracz, który raz podpisał kontrakt z zespołem, należał do niego nawet wtedy, gdy umowa dobiegła końca (była to tzw. <i class="spip">reserve clause</i>), w czym nietrudno dopatrzyć się podobieństwa strukturalnego do położenia feudalnego chłopa przypisanego do ziemi, które to przypisanie, ograniczając jego swobodę dysponowania siłą roboczą stanowiło o jej częściowej własności ze strony pana feudalnego. Tak też zawodnik poddany temu reżimowi nie miał prawa wyboru nowego pracodawcy, chyba że poprzedni zwolnił go z kontraktu lub oddał do innego klubu. <i class="spip">Reserve clause</i> w oczywisty sposób ograniczała mu możliwość negocjacji zarobków i zmuszała do przyjęcia - jak łatwo wnosić, z reguły niekorzystnych - warunków klubu, który (znowu pamiętając o skrótowym wyrażeniu faktycznych stosunków własnościowych za pomocą terminu instytucji jako podmiotu owych stosunków, rozszyfrowania którego tutaj się nie dokonuje w interesie zwięzłości jedynie) ujmując rzecz w kategoriach znanych teorii ekonomicznej wykorzystuje swoją pozycję monopsoniczną dla realizacji super wyzysku swoich pracowników, dla których jedynym narzędziem oporu mogło być w ich sytuacji wycofanie siły roboczej w nadziei na skłonienie pracodawcy do zaoferowania korzystniejszych warunków. Ale skuteczność takiej broni musiała być ograniczona, zważywszy na fundamentalny fakt ekonomicznego przytwierdzenia do danego klubu, który mógł z pracownikiem postępować wedle woli właściciela, np. wymieniając go na innego, sprzedając itp.</p> <p class="spip">Zgodnie z marksowską teorią wartości dodatkowej, przypomnieć warto, w usługach nie powstaje produkt i wartość dodatkowa, ale istniejąca własność prywatna warunków świadczenia usług, podobnie jak się to dzieje w pozostałych działach gospodarki poza procesami pracy materialnej, umożliwia właścicielowi przywłaszczanie przypadającej na niego proporcjonalnej cząstki globalnego zysku wytworzonego gdzie indziej. Bardziej szczegółowo mówiąc, każdy kapitalista funkcjonujący w sferze usług (a więc i w tej ich dziedzinie jaką tworzą rozrywki sportowe) jest właścicielem obiektywnych środków świadczenia usług oraz pieniądza niezbędnego zarówno dla odtwarzania tych środków, jak i opłacania siły roboczej zatrudnianych przezeń pracowników, wykonawców danego rodzaju usług; „Sprzedaż tych ostatnich publiczności zwraca mu płace i zysk” (Marks 1956, s. 161). Owe usługi, które tak oto zakupił, dają mu możliwość ponownego nabycia analogicznych usług, to znaczy same odnawiają fundusz, z którego się je opłaca. W poszczególnych dziedzinach usług istnieją mniejsze lub większe możliwości korzystania z produktów nauki lub wykorzystywania przyrodniczo-społecznych agentów pracy - w sporcie zwłaszcza te pierwsze odgrywają znaczną, nie zawsze chlubną rolę (sztuczny, niedozwolony doping [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb8-3" name="nh8-3" id="nh8-3" class="spip_note" title='[3] Futbol angielski - przykładowo - przeżył okres fascynacji wyciągami z (...)' >3</a>] ), który kładzie się cieniem na olimpijskich ideałach barona de Coubertin do tego stopnia, że coraz częściej słyszy się głosy o celowości zalegalizowania korzystania przez sportowców ze wszelkich środków chemicznych i innych, jakich jest im w stanie dostarczyć współczesna nauka dla sztucznego wspomożenia ich potencjału: wytrzymałości, szybkości itp. Można skomentować ironicznie, że istotnie przyniosłoby to spore oszczędności na wydatkach na testy, specjalistów różnej maści itd., a co najważniejsze chyba, oszczędziłoby sporo wydatków kibicom, bo ciekawe, kto z nich chciałby brać udział w takim potiomkinowskim spektaklu, podczas gdy to, co dla laika może sprowadzać się w znacznej mierze do gry pozorów, jednak owocuje co jakiś czas strąceniem z piedestału kolejnego medalisty olimpijskiego czy innego asa sportu.</p> <p class="spip">Naturalnie nie należy zapominać o zdecydowanie pozytywnych funkcjach odgrywanych w sporcie, w tym w piłkarstwie, przez środki pracy oparte na nauce. Odpowiedni niedawny przykład dotyczy triumfujących w słynnej Super Ball New England Patriots, którzy pokonali Seattle Seahawks dzięki interwencji swego obrońcy Malcolma Butlera, która może wydawać się nadprzyrodzona dopóty, dopóki nie wie się, że zwycięska drużyna wykorzystując technikę błyskawicznego uczenia się studiowała taśmy video ze spotkań swych rywali w celu obmyślania prawdopodobnych kontr posunięć na zagrania rywali, jedno z których okazało się rozstrzygające dla wyniku meczu (Spiar 2015).</p> <p class="spip">Jak wspomniano, powyżej nakreślone stosunki własnościowe panowały w wielu północnoamerykańskich grach zespołowych. Pierwszym sportem w którym oficjalnie zaczęto kwestionować zasadność owej <i class="spip">reserve clause</i> był jednak nie futbol lecz baseball. W 1969 roku Curt Flood, zaporowy St. Louis Cardinals, został oddany do Philadelphia Phillies (Flynn 2006). Czarnoskóry zawodnik nie zaakceptował transferu, tłumacząc to niskim poziomem sportowym nowego klubu (co odnosi się do wzmiankowanej wyżej zasady uspołecznienia posiadanej siły roboczej, która równie jak na korzyść może działać na niekorzyść danego gracza, w wypadku jeśli jego koledzy z drużyny reprezentują słabe umiejętności, co musi odbijać się na ilości zdobywanych przez niego samego punktów w ligowej klasyfikacji ), rasizmem jego fanów oraz złym stanem stadionu w Filadelfii. Wkrótce po tym zwrócił się do komisarza MLB Bowie'ego Kuhna o uznanie go wolnym agentem i zezwolenie na wybór miejsca zatrudnienia, jednak Kuhn odrzucił postulat Flooda. Miesiąc później Flood złożył w sądzie pozew przeciwko Kunhowi i MLB, ale wobec braku poparcia innych graczy - zarabiających niemałe sumy i niechętnych podejmowaniu sporów z właścicielami - sprawę przegrał, co doskonale ilustruje wagę czynników klasowo-własnościowych. Gracze strzegli swych burżuazyjnych pozycji, a można się spodziewać, że ich solidarność klasowa w stosunku do kolegi wzrosłaby, gdyby przysługiwała im tylko ich własna siła robocza.</p> <p class="spip">Jednak mimo że jego wysiłki nie przyniosły bezpośrednich rezultatów, sprawa Flooda okazała się przełomem, podnosząc świadomość praw pracowniczych wśród innych graczy i otwierając drogę do zniesienia <i class="spip">reverse clause</i>, a MLB doprowadziła do wprowadzenia przepisu, który pozwalał zawodnikowi z co najmniej dziesięcioletnim stażem w lidze i co najmniej pięcioletnim w jego ostatnim klubie na niewyrażenie zgody na swój transfer, co stanowiło znaczny postęp jeśli chodzi o rozporządzanie własną siłą roboczą przez zawodnika. Raz uruchomione procesy trudno już było zatrzymać.</p> <p class="spip">Na początku 1975 roku miotacz Andy Messersmith nie doszedł do porozumienia z Los Angeles Dodgers w sprawie nowego kontraktu, wobec czego klub automatycznie przedłużył z nim umowę o kolejny rok. Po zakończeniu sezonu 1975 Messersmith uznał - interpretując umowę zbiorową pomiędzy graczami i właścicielami - że jego kontrakt z Los Angeles wygasł i stał się on wolnym agentem czyli swobodnym dysponentem swej siły roboczej. Ze stanowiskiem Messersmitha nie zgodziło się kierownictwo Dodgers i sprawa trafiła pod sąd arbitrażowy, a pozew w imieniu zawodnika złożył związek graczy. Reprezentanci Messersmitha, obawiając się, że uzgodni on nowy kontrakt i stracą głównego zainteresowanego, zwrócili się do Dave'a McNally'ego, miotacza Montreal Expos, który zakończył karierę w tym samym roku, ale będąc w podobnej sytuacji co Messersmith, zgodził się wesprzeć związek (Ruck et al. 2010). Właściciel Expos próbował jeszcze przekonać McNally'ego wysokimi zarobkami do powrotu na boisko i uniknięcia sądu, ale bezskutecznie, co stanowi wedle autora fakt wysoce optymistyczny, albowiem pokazujący granice rzekomo nieodpartej i nieograniczonej mocy pieniądza. Temida jeśli nie zerknęła w międzyczasie na boisko, to w każdym razie słuchała uważnie stron zabierających głos w pałacu sprawiedliwości. Efekt...? Pod koniec grudnia 1975 sędzia Peter Seitz ogłosił, że racja stoi po stronie graczy. Jego decyzja wprowadziła do powszechnego użycia pojęcie „wolnego agenta”, wkrótce zaadoptowane przez inne dyscypliny zawodowego sportu w USA.</p> <p class="spip">Czytelnikom należy się jeszcze krótki szkic rozwoju sytuacji w zakresie relacji własności siły roboczej specyficznie w futbolu amerykańskim. 18 czerwca 1921 r. NFL zatwierdziła swój pierwszy statut sankcjonujący m.in. <i class="spip">reserve clause</i>, analogiczną do tej funkcjonującej w baseballu (Willis 2010: 137). Jej istotę stanowiła gwarancja pierwszeństwa danego zespołu w kontraktowaniu siły roboczej zawodnika po wygaśnięciu umowy z nim. Klub zastrzegał sobie na mocy owej klauzuli prawo do dalszego zawodowego wykorzystywania zawodniczej siły roboczej i to pracodawcy przysługiwała możliwość wyboru - w tym wypadku jednej z dwóch alternatyw. Dopiero gdy klub sam zrezygnował z tego prawnie mu przyznanego monopolu (technicznie: monopsonu), gracz, z jakim jego dotychczasowy pracodawca nie życzył sobie przedłużyć umowy, mógł starać się poszukiwać nowego. Teoretycznie zatem, wspomniana klauzula wieczyście przywiązywała pracownika (Algeo 2006, s. 150) do pracodawcy, że użyjemy tego mylącego terminu.</p> <p class="spip">Co prawda oficjalnie <i class="spip">reserve clause</i> została wyeliminowana ze statutu ligi w 1948 r. (Lyons 2010, s.186), kiedy to zastąpiono ją nowym wynalazkiem o nazwie podobnej do tego stopnia, że większość nadal używała nazwy starej (Lyons 2010, s.176) dla oznaczenia tego, co sama liga określała odtąd jako klauzulę opcjonalną (<i class="spip">option clause</i>). Różnica w stosunku do poprzedniego mechanizmu polegała na tym, że w przypadku option clause drużyna może automatycznie zatrzymać gracza po wygaśnięciu dotychczasowej umowy na kolejny rok na tych samych warunkach płacowych (Ruck; Paterson and Weber 2010: 293). O tym że prawo sobie, a życie sobie, przekonuje nas sytuacja w NFL wiele dziesiątków lat później, która świadczy także, iż „potrzeba matką wynalazków”. Bo oto po przewinięciu filmu o te kilka dekad w przód widzimy, że mobilność piłkarzy tak jak była, jest nadal ograniczona, tyle że obecnie przez tzw. „regułę Rozelle'a”. Nazwa tejże pochodzi od nazwiska komisarza, który pierwszy wprowadził w życie mechanizm rekompensaty, przyznający klubowi, który utracił „wolnego agenta” na rzecz innego zespołu swoisty ekwiwalent w postaci selekcyjnych priorytetów, wśród ustawiających się kolejce do angażu w nowym sezonie młodych graczy, które odbiera się temu ostatniemu a przekazuje pierwszemu. Ponieważ możność wyboru graczy podczas tur zaciągu do drużyn ma dla zespołów ligi dużą wartość, zagrożenie jej utratą skutecznie potrafiło zniechęcić do korzystania z siły roboczej nominalnie wolnych właścicieli zawodniczej siły roboczej. Nie było chętnych do angażowania weteranów, skoro wiadomo było, że w zamian utraci się prawo wyboru młodych graczy w np. w dwóch kolejnych rundach procedury zapewniającej okresowy dopływ świeżej krwi do zespołowego sportu o którym mowa. Reguła Rozelle'a została z kolei zastąpiona przez „Plan B”, który pozwalał klubowi na sporządzenie listy 37 graczy podlegających <i class="spip">reserve clause</i>, natomiast ci, którzy na liście się nie znaleźli, uzyskiwali status „wolnych agentów”.</p> <p class="spip">O tym, że był to co najwyżej półśrodek i to bardzo nieefektywny świadczy fakt, że na listach wspomnianych wyżej próżno było szukać zawodników z górnej półki, chyba że taki osobnik miał „szczęście w nieszczęściu” (?) i okazał się akurat kontuzjowany, co i tak wyłączało go z gry. Sądy w końcu ogłosiły, że plan B stanowi naruszenie prawa antytrustowego [antymonopolowego], co przygotowało grunt pod zaistnienie niekłamanej swobody dysponowania zawodniczą siłą roboczą (<i class="spip">free agency</i>). Obecnie, wyłączność korzystania z siły roboczej piłkarza rozciąga się jedynie na pierwsze trzy lata po tym jak został on wyselekcjonowany w ramach procedury uczelnianego zaciągu - kolejny bowiem czynnik zasilający zasoby prywatnej własności stanowią wyszkolenie w akademickich zespołach sportowych gracze przechodzący do prywatnych klubów, nie mówiąc już o tym, iż uformowana z mniejszym lub większym udziałem środków publicznych siła robocza stanowi obiekt ich prywatnej własności. Po upłynięciu owego trzyletniego okresu gracz uzyskuje status „ograniczonego wolnego agenta”, w ramach jakiego jego dotychczasowy pracodawca zachowuje prawo do przedstawienia mu równoważnej/konkurencyjnej oferty zatrudnienia w razie otrzymania przezeń propozycji z innego klubu. Natomiast po spędzeniu 4 lat w NFL, wraz z zakończeniem obowiązywania umowy gracz staje się „nieograniczonym wolnym agentem”, którego nie obejmują już klauzule „zastrzegających”.</p> <p class="spip">Jak „kreatywny” - czy konstruktywnie czy destruktywnie to inna sprawa, zależna od klasowego punktu widzenia lub, jak kto woli, siedzenia - potrafi być interes własny, dowodzi istnienie kolejnego mechanizmu przypominającego w wszystkim z wyjątkiem nazwy klauzulę zastrzegającą. Na jego mocy koncesjonariusz może „zaklepać” sobie jednego wybranego gracza na rok (<i class="spip">franchise tag</i>), choć przy tym wolno im zastrzegać sobie tego samego zawodnika przez kolejne lata, co jeszcze bardziej upodabnia tę opcję do dawnej klauzuli zastrzegającej.</p> <p class="spip">Owi „zaklepani” gracze są uprawnieni do otrzymywania w zamian co najmniej 120% ich płacy z poprzedniego roku, a ci, do których klub nie zastrzegł sobie wyłączności mogą przyjmować oferty zatrudnienia innych klubów; w takim przypadku jeśli macierzysty klub nie zdecyduje się wystąpić z równoważną ofertą, to otrzymuje on kompensatę w formie możności wyboru graczy z nowej puli kandydatów do ligi. Warto też zaznaczyć, że ostatnimi laty wiele klubów postanowiło nie wykorzystywać opcji wyznaczania „ometkowanego” piłkarza.</p> <p class="spip">Zakończmy część pierwszą naszego krótkiego cyklu akcentem, który równoważy optymistyczną wymowę przedstawionego nie tak dawno argumentu, a dającym się odczytać - w potocznym sensie - jako potwierdzenie wynikającego z władzy pieniądza duchowego zniewolenia pracowników zatrudnionych w omawianym sektorze usług. W kategoriach teoretycznych raportowane fakty dotyczą ograniczenia własności siły quasi-roboczej, obejmującej te składniki osobowości, jakie są koniecznym warunkiem wykonania działań nazywanych w strukturalizmie socjoekonomicznym quasi-pracami [<a href="http://nowakrytyka.pl/#nb8-4" name="nh8-4" id="nh8-4" class="spip_note" title='[4] Quasiprace często nie różnią się od prac danego typu, natomiast ich (...)' >4</a>].</p> <p class="spip">Fakty, o których mowa wiążą się z wprowadzaniem przez same kluby do kontraktów z graczami lub przez sponsorujące tych ostatnich firmy tzw. klauzul moralnych, dających prawo sponsorowi do wycofania się z kontraktu w razie uznania dojścia do jakiegoś rodzaju nieetycznego czynu danego zawodnika. Motywem jest naturalnie dążenie do ochrony własnej marki. Jednak o ile można uznać za zrozumiałe uruchamianie takich klauzul w razie przyłapania zawodnika na dopingu lub zażywaniu narkotyków, to koncerny okazują się stosować wygodną dla siebie nader szeroką interpretację zachowań rzekomo naruszających ich handlowe interesy, co wiedzie do daleko posuniętej ingerencji w życie prywatne piłkarzy.</p> <p class="spip">Przykładowo, gwiazdor NFL Rashard Mendenhall, z drużyny Pittsburgh Steelers podzielił się na forum popularnego Twittera swoimi uwagami na temat śmierci Osamy Bin Ladena, sugerując, jakoby wydarzenia 9/11 mogły być niczym innym jak efektem spisku, co odzwierciedla skądinąd nagminne wśród jego ziomków upodobanie do konspiracyjnych teorii dziejów. Koncern Hanesbrands, który podpisał kontrakt reklamowy ze wspomnianym graczem uznał jednak ten incydent za wystarczający powód do tego, by ten ostatni rozwiązać (Leonard 2014). Piłkarz uznawszy to za pogwałcenie prawa do swobody wypowiedzi postanowił odwołać się do sądu, ale jak wyjaśnia autorka artykułu, słynna pierwsza poprawka do konstytucji, gdzie znajduje się odnośny zapis, w danej sytuacji stosowałaby się jedynie do podmiotów rządowych dążących do ograniczenia wolności słowa gracza. Przede wszystkim zaś, gracze podpisując umowy podporządkowują się regułom określanym przez ligę, a ta organizacja sportowa, jako ciało prywatne, ma pełne prawo do tworzenia własnych zasad postępowania pod jedynym warunkiem, że nie naruszają one federalnego prawa pracy (pierwsza poprawka nie jest traktowana, jako część tego ostatniego). Podobnie, po naszej stronie oceanu Europejska Komisja Praw Człowieka zapowiedziała, że nie należy interpretować jako naruszenia prawa do swobody wypowiedzi czyjegoś dobrowolnego ograniczenia tejże swobody (Leonard 2014).</p> <h3 class="spip">Zakończenie</h3> <p class="spip">Optyka powyższego opracowania była z konieczności ograniczona; jej pole wiedzenia obejmowało nawet nie wszystkie, lecz głównie te związane z rynkiem transferowym stosunki własności zawodniczej siły roboczej. Wzmiankowana jedynie np. została rola kolektywnego posiadania siły roboczej graczy piłkarskich, nie podjęto analizy relacji między osiągnięciowymi a przypisaniowymi aspektami położenia klasowego graczy. Co najważniejsze zaś, nie skonceptualizowano problemu wynagrodzeń zawodowych piłkarzy, technicznie pracowników najemnych zatrudnianych przez kluby futbolowe. To właśnie kluczowe zagadnienie, z uwagi na jego wagę a także - podobnie jak i temat powyższego eseju - dziewiczy charakter, pragniemy uczynić przedmiotem drugiego odcinka krótkiego cyklu "Gra w klasy". Wszak w powyższym tekście znalazły się jedynie pojedyncze wzmianki dotyczące przeciwnego, własnościowo-klasowego bieguna: tj. własności kapitału. <br> <br> <br> <br> <br> <strong class="spip">LITERATURA:</strong> <br> <br></p> <p class="spip">Matthew A., 2006, <i class="spip">Last Team Standing</i>, Philadelphia: Da Capo Press.</p> <p class="spip">Antonioni, P., Cubbin, J., 2000, <i class="spip">The Bosman Ruling and the Emergence of a Single Market in Soccer talent</i>, “European Journal of Law and Economics”, Vol. 9, Issue 2, ss. 157-173.</p> <p class="spip">Biszof B., Sachs K., 2013, <i class="spip">Ekstaklasa piłkarskiego biznesu</i>, Warszawa, PZPN.</p> <p class="spip">Burt J., 2008, <i class="spip">How Mendes has made himself key player behind the biggest deals in Europe</i> “The Independent”, 13 czerwca.</p> <p class="spip">Burton M., 1995, <i class="spip">Who is Jean-Marc Bosman?</i>, “The Independent”, 21 września.</p> <p class="spip">Flynn M., Gilbert R., 2001, <i class="spip">An Analysis of Professional Sports Leagues as Joint Ventures</i>, “Economic Journal” Vol 111, ss. F27-F46.</p> <p class="spip">Collins T., 2013, <i class="spip">Sport in Capitalist Society: A Short History</i>, London: Routledge.</p> <p class="spip">Frick, B., Wagner, G., 1996, <i class="spip">Bosman und die Folgen</i>, “WiSt Wirtschaftswissenschaftliches Studium” Vol. 25, Issue 12, ss. 611-615.</p> <p class="spip">Grant W., 2007, <i class="spip">An Analytical Framework for a Political Economy of Football</i>, “British Politics”, pp. 69-90 dostępne pod adresem: http://dx.doi.org/10.1057/palgrave.bp.</p> <p class="spip">Grant W., 2004, <i class="spip">Glazer bid reports raise skepticism</i>, “Economy of Football”, 11/8, dostęp http://wyngrant.tripod.com/ManUtd.html.</p> <p class="spip">Conn D., 2012, <i class="spip">Model bangs the drum for club, country and the people's game</i>, “The Observer”, 1 grudnia.</p> <p class="spip">Conn D., 2011, <i class="spip">How Manchester United's Bébé went from street kid to €9m player</i>, “The Guardian”, 20 stycznia.</p> <p class="spip">Hughes M., 2009, <i class="spip">Jorge Mendes: from bar owner to football super-agent</i>, The Times, 12 czerwca.</p> <p class="spip">Johnston P., 2014, <i class="spip">Third-party ownership ban illegal – Mendes</i>, “Daily Mail”, 3 lutego.</p> <p class="spip">Kahn L. 1993, <i class="spip">Free Agency, Long-term Contracts and Compensation in Major League Baseball: Estimates from Panel Data</i>, ”The Review of Economics and Statistics” Vol 75, ss. 157-64.</p> <p class="spip">Kahn L., 2000, <i class="spip">The sports business as a labor market laboratory</i>, “Journal of Economic Perspectives” Vol. 14, Nr. 3, ss. 75-94.</p> <p class="spip">Komisja Europejska, 2013, <i class="spip">Piłka nierównych szans</i>, dostęp: http://ec.europa.eu/polska/news/130207_pilka_nozna_pl.htm.</p> <p class="spip">Leonard P., 2014, <i class="spip">How is Sport Professionalising its “Twitterati”?</i>, “Forbes”, 14 marca.</p> <p class="spip">Lyons, Robert S., 2010, <i class="spip">On Any Given Sunday, A Life of Bert Bell</i>, Philadelphia:Temple University Press.</p> <p class="spip">Kaźmierczak K., 2013, <i class="spip">Agenci - nowe gwiazdy futbolu</i>, dostęp: http://krotkapilka.pl/artykul,agenci_nowe_gwiazdy_futbolu,643</p> <p class="spip">Madu Zito. 2013, <i class="spip">Falcao, Atlético Madrid, third-party ownership and deferred dreams</i>, “Times”, 13 czerwca.</p> <p class="spip">Marks K., 1956, <i class="spip">Kapitał</i>, t. 2, Warszawa: KiW.</p> <p class="spip">Omachel R., 2013, <i class="spip">Czy piłkarscy agenci to ludzie bez zasad, czy tylko ze złym wizerunkiem?</i>, “Newsweek Polska” 3 czerwca.</p> <p class="spip">Phillips M., 2011, <i class="spip">Jean-Marc Bosman's fight against depression and alcoholism</i>, “The Sun”, 21 marca.</p> <p class="spip">Polti R., 2005, <i class="spip">The football players' trade as a global commodity chain. Transactional networks from Africa to Europe</i>, “The Workshop on Social Networks of Traders and Managers in Africa”, Bayeruth, 4 listopada.</p> <p class="spip">Raphael A., 2001, <i class="spip">Our man in Madrid</i>, “The Observer”, 4 marca.</p> <p class="spip">Roşca V., 2012, <i class="spip">The Financial Contribution of International Footballer Trading to the Romanian Football League and to the National Economy</i>, “Bucharest Academy of Economic Studies” Vol XIX, Nr. 4(569), ss. 145-166.</p> <p class="spip">Ruck R., Paterson M. J., i Weber, M. P., 2010, <i class="spip">Rooney: a Sporting Life</i>, Lincoln: University of Nebraska Press.</p> <p class="spip">Simmons R., 1996, <i class="spip">The demand for English league football: a club level analysis</i>, “Applied Economics”, 28, ss. 139-55,</p> <p class="spip">Spear S., 2015, <i class="spip">Ready to win: what police, companies and the rest of us can learn from the Patriots</i>, “Conversation.com”, 10 lutego.</p> <p class="spip">Willis Ch., 2010, <i class="spip">The Man Who Built the National Football League: Joe F. Carr</i>, Lanham, MD: Scarecrow Press.</p></div> <hr /> <div class='rss_notes'><p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh8-1" name="nb8-1" class="spip_note" title="Notatki 8-1">1</a>] W szeregu prac (m.in. Tittenbrun 2011a, 2011b, 2012) argumentuje się na rzecz koncepcji o dzierżawie (w odróżnieniu od sprzedaży) siły roboczej (w żadnym razie pracy!).</p> <p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh8-2" name="nb8-2" class="spip_note" title="Notatki 8-2">2</a>] Dokładniej mówiąc, w Ameryce mogą oni swobodnie negocjować swe warunki zatrudnienia z innymi klubami do tygodnia przed rozpoczęciem się okresu angażu.</p> <p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh8-3" name="nb8-3" class="spip_note" title="Notatki 8-3">3</a>] Futbol angielski - przykładowo - przeżył okres fascynacji wyciągami z małpich gruczołów i innymi medykamentami w latach 50 (Collins 2013).</p> <p class="spip_note">[<a href="http://nowakrytyka.pl/#nh8-4" name="nb8-4" class="spip_note" title="Notatki 8-4">4</a>] Quasiprace często nie różnią się od prac danego typu, natomiast ich socjoekonomiczną swoistość polega na tym, że nie są czynnościami zarobkowymi.</p></div> Przestrzenie marksizmu http://nowakrytyka.pl/spip.php?article460 http://nowakrytyka.pl/spip.php?article460 2016-03-18T12:51:18Z text/html pl Harvey David NK on-line Harvey: Przestrzenie marksizmu [2009-03-09 07:04:04] <br />David Harvey (ur. 1935) jest profesorem antropologii w City University of New York (CUNY), teoretykiem społecznym oraz jednym z najwybitniejszych współczesnych geografów. Od lat 70. zajmuje się problemami nierówności i nierównomiernego rozwoju globalnego systemu kapitalistycznego, kładąc nacisk na powiązanie aspektów ekonomicznych, społecznych i geograficznych tego procesu. Głośne stały się jego analizy związków między neoliberalną transformacją (...) - <a href="http://nowakrytyka.pl/spip.php?rubrique46" rel="directory">NK on-line</a> <div class='rss_texte'><p class="spip">Harvey: Przestrzenie marksizmu [2009-03-09 07:04:04]</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_david_harvey.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L220xH298/jpg_david_harvey-4213e.jpg' width='220' height='298' style='height:298px;width:220px;' class='' alt='' /></a></p> <p class="spip"><a href="http://en.wikipedia.org/wiki/David_Harvey_(geographer)" class="spip_out"><strong class="spip">David Harvey</strong></a> (ur. 1935) jest profesorem antropologii w City University of New York (CUNY), teoretykiem społecznym oraz jednym z najwybitniejszych współczesnych geografów. Od lat 70. zajmuje się problemami nierówności i nierównomiernego rozwoju globalnego systemu kapitalistycznego, kładąc nacisk na powiązanie aspektów ekonomicznych, społecznych i geograficznych tego procesu. Głośne stały się jego analizy związków między neoliberalną transformacją kapitalizmu a przekształceniami współczesnej przestrzeni miejskiej. Jest autorem wielu książek. Napisał m.in. "Social Justice and the City" (1973), "The Urbanization of Capital" (1985), "The Condition of Postmodernity" (1989), "Spaces of Capital: Towards a Critical Geography" (2001), "The New Imperialism" (2003). W języku polskim wydana została niedawno jego praca "Neoliberalizm. Historia katastrofy" (2008, Książka i Prasa).</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_show_image_in_imgtag.php.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/local/cache-vignettes/L117xH176/jpg_show_image_in_imgtag.php-f294c.jpg' width='117' height='176' style='height:176px;width:117px;' class='' alt='' /></a></p> <p class="spip">Jego najnowsze publikacje skupiają się na przywróceniu pojęcia "klasa społeczna" w analizie globalnego kapitalizmu, przede wszystkim w jego neoliberalnej formie.</p> <p class="spip"><strong class="spip">Co z teoretycznego dziedzictwa marksizmu stało się już nieaktualne, a co aktualność zachowuje?</strong></p> <p class="spip">Niełatwo jest odpowiedzieć na to pytanie. Chociaż większość moich prac opiera się na tekstach Marksa, nigdy nie uważałem się za wielkiego eksperta w kwestii historii marksizmu czy też jego dzisiejszej kondycji. Nauka teoretyczna, jaką wyciągnąłem ze studiów nad tekstami Marksa polega na tym, że dobry specjalista w dziedzinie materializmu historycznego i geograficznego powinien zwracać się ku realiom swojego czasu i miejsca, i analizować to, co dzieje się dzisiaj, znajdując pojęcia, które pomagają to zrozumieć.</p> <p class="spip">Dobra marksistowska praca teoretyczna powinna zawsze brać za punkt wyjścia aktualną sytuację, od stan rzeczy, następnie zaś znajdować konceptualny aparat, pomagający wyjawić i rozwiązać tę sytuację. Przeczytałem wiele klasycznych tekstów marksistowskich, jak prace Lenina i Luksemburg, żeby zobaczyć, jak oni to robili. Lecz irytują mnie "uczone spory" o tym, czy Lenin i Luksemburg mieli rację. Sądzę, że ten nawyk grzebania się w sporach stuletniej dawności - jest po prostu stratą czasu. Chciałbym zrozumieć, co dzieje się dzisiaj, bo świat się zmienia. W jednym ze wstępów do "Manifestu komunistycznego" Marks pisał, że teraz jest to tekst, który należy już do historii i powinien być odczytywany jako tekst swego czasu. Dalej powiada, że jeśli by pisali go dzisiaj, napisaliby go całkiem inaczej.</p> <p class="spip">Moim zdaniem, jednym z podstawowych problemów w dziejach myśli marksistowskiej jest niedostateczna elastyczność i wyczucie aktualnej sytuacji. Jest to szczególnie ważne dlatego, że jedno z teoretycznych olśnień, jakie zawdzięczam Marksowi i jego rozumieniu kapitału, jest to, jak elastyczny i zdolny do przystosowania się do nowej sytuacji jest w gruncie rzeczy kapitał. Jeśli nie udaje się wyciągnięcie zysku w jeden sposób, będzie on wyciągany w inny: jeśli pojawia się przeszkoda, kapitał ją omija... Wykorzystałem zrozumienie tego w moich pracach, pokazując, że określone procesy mają swój wymiar geograficzny - jeśli kapitalizm napotyka na problemy w Wielkiej Brytanii, przepływa do Ameryki Północnej, a gdy tam ma kłopoty - przepływa do Chin czy Indii.</p> <p class="spip">My, marksiści, powinniśmy w znacznie większym stopniu umieć adaptować do aktualnej sytuacji nasze teorie, nasze teoretyczne konstrukcje. Nie możemy jedynie spoglądać wstecz i mówić: "Lenin twierdził to i to, i to było słuszne". Kiedyś to było słuszne, w innym momencie być może nie, ale jest to prawie na pewno niesłuszne dzisiaj.</p> <p class="spip">Taka właśnie postawa badawcza jest niezwykle ważna, jeśli chcemy dokonać czegoś znaczącego w dziedzinie historycznego materializmu. Niezbędne jest nieustanne poszukiwanie nowych podejść teoretycznych dla ujawnienia właściwych dla kapitalistycznych porządków społecznych problemów.</p> <p class="spip">I dlatego corocznie prowadzę wykłady z "Kapitału" Marksa. I muszę powiedzieć, że pomaga on mi wiele wyjaśnić, zwłaszcza jeśli chodzi o oblicza kapitału, kwestie fetyszyzmu, tego, jak funkcjonują fetyszyzm i alienacja, nawet jeśli przyjmują one dziś nowe formy.</p> <p class="spip">Trzeba jednak odczytywać "Kapitał" każdego roku właśnie z nastawieniem na to, co dzieje się dzisiaj. Tak więc mam cykl wykładów na temat pierwszego tomu "Kapitału" corocznie, już od 37 lat pod rząd. Od czasu do czasu włączam do tych wykładów tom drugi i trzeci. W przyszłym roku włączę też "Grundrisse". Jednakże w ciągu tych 37 lat wkłady te zmieniły się, dlatego że zmieniała się nasza sytuacja. Mogę akcentować w tekście te bądź inne momenty, w zależności od tego, co dzieje się dzisiaj. I wtedy odkrywamy w tekście coś, czego nie widzieliśmy wcześniej. Takie jest moje podejście do teoretycznego dziedzictwa: dążę do tego, o ile to możliwe, by uwzględniać to, co dzieje się w moim czasie i przestrzeni, a to są przede wszystkim Stany Zjednoczone, Europy i Ameryka Łacińska - te regiony, które są mi najbardziej znane. Tak więc gdybym miał wykłady na przykład w Rosji, to zobaczyłbym tam coś, czego na razie nie widzę.</p> <p class="spip"><strong class="spip">Jakie są główne problemy, jakie marksizm ma dziś do rozwiązania?</strong></p> <p class="spip">Wróćmy znów do pierwszego tomu "Kapitału". Większa część tej książki zbudowana jest w formie dialogu z klasyczną ekonomią polityczną. Studenci, którzy czytają tę książkę, dziwią się niekiedy, odkrywając, że Marks w gruncie rzeczy podzielał rozumienie sprawnie funkcjonującego rynku z tym, jak to przedstawił Adam Smith czy Ricardo. W pewnym sensie chciał on wykazać, że im bardziej zbliżamy się do sytuacji idealnie funkcjonującego rynku, tym wyższy staje się stopień nierówności klasowej. Dąży do wykazania, że twierdzenie Smitha, jakoby rynek jest korzystny dla wszystkich, jest błędne, że rynek w rzeczywistości przynosi korzyść klasie kapitalistów - kropka. I im wolniejszy jest rynek - tym większe są zyski kapitalistów. I kiedy dojdziecie do rozdziału 25., poświęconego ogólnemu prawu kapitalistycznej akumulacji, zobaczycie, jak to wykazał Marks, nagromadzenie bogactw na jednym biegunie i nagromadzenie degradacji, wycieńczającej pracy i biedy na drugim biegunie, gdzie znajdują się robotnicy, tworzący bogactwo. To bardzo ważne spostrzeżenie, bo przecież po 30. latach neoliberalnej polityki na Zachodzie widzimy nierównomierny rozwój geograficzny w kierunku neoliberalnym a kraje, które wprowadziły surowe neoliberalne zasady, doszły właśnie do tego, co przepowiadał Marks.</p> <p class="spip">Przykład Meksyku jest w tym względzie najbardziej znamienny, jako że tam wdrożono surową neoliberalną politykę w latach 1988-1994. To kraj bardzo biedny, ale w 1994 roku widzimy 14. Meksykanów na liście najbogatszych ludzi świata. Trzecie miejsce na tej liście zajmuje człowiek imieniem Carlos Slim, który całego swego majątku dorobił się na prywatyzacji. Dzięki neoliberalnemu projektowi, realizowanemu w Meksyku w latach 90., jak również w USA, koncentracja bogactwa na szczytach społecznej hierarchii stała się wręcz szokująca, zwłaszcza że płace w ogóle nie wzrastały tam przez ostatnie 30 lat. Tak więc tutaj konstrukcja teoretyczna niezwykle precyzyjnie opisuje dynamikę kapitału w całości.</p> <p class="spip">Potem, w ostatniej części "Kapitału", Marks analizuje procesy akumulacji pierwotnej, jak zasadniczo przebiegały one w okresie powstawania kapitalizmu, przy przechodzeniu od feudalizmu do kapitalizmu, poprzez wygrodzenia i niszczenie chłopstwa itd. Mnie jednak wydaje się, że procesy te nie zakończyły się i nadal trwają. Pisała o tym w swoim czasie Róża Luksemburg. I moim zdaniem niezwykle ważne jest wzięcie tego pod uwagę, kiedy próbujemy zrozumieć, co to jest nowy neoliberalny imperializm. Dlatego że neoliberalny imperializm w ogromnej mierze jest nowym cyklem pierwotnej akumulacji, całkowicie zaprzeczającym rynkowi. Rozdział "Kapitału" poświęcony akumulacji pierwotnej mówi o przemocy, w tym także nieprzewidzianej przez prawo. Potem jednak pokazane jest, jak przemoc państwowa, przemoc zgodna z prawem, staje się jednym z głównych środków akumulacji pierwotnej.</p> <p class="spip">A teraz popatrzmy, co działo się w Meksyku w 1988 roku, kiedy dokonano tam wygrodzeń ziem wspólnotowych rdzennych narodów. Jest to to samo, co działo się w XVIII wieku. Czy jest to akumulacja pierwotna? A jak inaczej można to nazwać? Nawet w USA prawo do własności wspólnotowej (common property rights) nagle zostało naruszone. Weźmy dla przykładu emerytury. Ludzie sądzili, że będą mieli godziwe emerytury, nagle jednak liczne korporacje odmówiły płacenia im emerytur. Mogli to zrobić, ogłaszając się bankrutami, co nie oznacza likwidacji przedsiębiorstwa, a jedynie to, że działają pod nadzorem sądu. Tak więc przedstawiciele wielkich towarzystw lotniczych, w rodzaju United Airlines, mogli zwrócić się do sądu i powiedzieć: "Jedynym dla nas sposobem na uniknięcie bankructwa jest - za pozwoleniem sądu - odmowa regulowania wszelkich zobowiązań co do wypłaty emerytur". I sędziowie mówili: "OK, no problem". No i proszę - pracownicy United Airlines, którzy sądzili, że będą mieli dobre emerytury, zostali z pustymi rękami. Oczywiście, są państwowe programy gwarancyjne, które powstały dla zagwarantowania emerytur, ale gwarantowane przez nie emerytury nie mogą przekraczać pewnego poziomu. Tak więc ludzie, którzy liczyli, że będą mieli emerytury w wysokości 90 000 dolarów rocznie, nagle odkryli, że przyjdzie im żyć za 30 000 rocznie i ledwo wiążą koniec z końcem. I uświadomili sobie, że znów - w wieku 60 lat - znaleźli się na rynku pracy, znowu stają się w większości proletariatem.</p> <p class="spip">Czy można to nazwać pierwotną akumulacją? Albo też jakoś inaczej? Postanowiłem nazwać to akumulacją przez wywłaszczenie (accumulation by dispossession). Ma to miejsce wtedy, gdy zabierają majątek, pozbawiają tego, co do was należy. Jednak w tym czasie, kiedy pracownicy United Airlines tracą swoje prawo do emerytury, ludzie z Wall Street otrzymują po 52 miliony dolarów rocznie. Szef banku Goldman Sachs dostaje miliard siedemset milionów. Tak że zacząłem zastanawiać się nad tym pojęciem - "akumulacja poprzez wywłaszczenie" - i przyglądać się, jakie tego rodzaju procesy zachodzą w dzisiejszym świecie. A do takich procesów należy zaliczyć zanieczyszczenie środowiska naturalnego, prywatyzację własności społecznej i zasobów wodnych. I okazało się, że na świecie walka toczy się wszędzie, że ludzie próbują stawiać opór akumulacji poprzez wywłaszczenie. Na przykład, mieszkańców slumsów w Bombaju wysiedla się z mieszkań siłą, gdy okazuje się, że grunty, na której mieszkają, zainteresowały deweloperów. Coś podobnego ma miejsce również w Rosji, kiedy całe dzielnice poddawane są gentryfikacji (gentrification) i ludzi wypędza się stamtąd siłą.</p> <p class="spip">Sądzę, że bardzo ważne jest włączenie tej walki do ogólnego pojęcia walki klasowej. Jest to inny typ walki klasowej w porównaniu do tej, która toczy się w fabrykach. Dla mnie jest to ważna kwestia teoretyczna: opracowanie idei, znalezionej przeze mnie u Róży Luksemburg - o próbie uświadomienia sobie organicznej więzi między między tymi dwoma typami walki, o poszukiwaniu teoretycznej spójni, która może być między tymi dwoma typami walki. Czy jest sposób na teoretyczne powiązanie tych dwóch typów walki, żeby nie było tak, jak to niekiedy się zdarza - kiedy ludzie z ruchu robotniczego odnoszą się sceptycznie do innych rodzajów walki, a przedstawiciele ruchu ekologicznego - do walki robotników. Czy można połączyć te kierunki walki na poziomach teoretycznym i polityczno-praktycznym?</p> <p class="spip">Kiedy zacząłem przyglądać się tym typom walki, które były głównym przedmiotem debat na światowych forach socjalnych, odkryłem, że wiele z nich nakierowane jest przeciwko akumulacji poprzez wywłaszczenie. Niektórzy z przedstawicieli tych ruchów mają dość wrogi stosunek do tradycyjnego ruchu robotniczego, jako że nie czują z tej strony poparcia czy nawet poważnego podejścia. A tymczasem dziś powstaje możliwość zawiązania bardzo skutecznej koalicji. Przypomnijmy, że Gramsci mówił o koalicjach robotników Północy i chłopów Południa (Włoch) - dziś również można mówić o koalicji robotników Północy i wielu ruchów na Południu (w skali globalnej). To jedna ze sfer teoretycznej i politycznej analizy, która wymaga, moim zdaniem, wytężonej analizy.</p> <p class="spip">Zauważę przy okazji, że wielu kolegów, trzymających się tradycyjnych poglądów marksistowskich, krytykowali mnie za wprowadzenie pojęcia "akumulacja przez wywłaszczenie" w miejsce "akumulacji pierwotnej". Protestowali, bo nie rozumieli celowości takiej zmiany. Część odpowiedzi polega na tym, że: jeśli zaczynam mówić o akumulacji pierwotnej, dajmy na to - farmerom, nikt mnie nie zrozumie. Jeśli jednak zacznę z nimi rozmawiać o akumulacji przez wywłaszczenie, zrozumieją mnie. Dlatego że wielu z nich straciło swoje farmy i rozumieją, co to znaczy, rozumieją, kto z tego ma korzyść. Jest to jedna ze sfer, gdzie trzeba zmienić nasz język i tak modyfikować aparat pojęciowy, żeby był on w stanie ogarniać różne sytuacje polityczne i przyciągnąć ludzi do polityki, którą chcemy wprowadzić...</p> <p class="spip">Jest to jeszcze jedna przyczyna tego, że jednym z najważniejszych problemów teoretycznych rzeczywiście jest dzisiaj istniejące kulturowe rozdarcie. Bardzo różne języki. Intelektualiści powinni zająć się dzisiaj opracowaniem bardziej przystępnego języka. W swoich dwóch ostatnich książkach spróbowałem połączyć język robotniczej walki i koncepcję akumulacji przez wywłaszczenie, umieszczając to we wspólnym kontekście. Ale tu jest jeszcze przed nami ogromna praca, i w stosunku do takiej pracy jak przedtem czuje się skrytą wrogość. Byłem na niektórych forach społecznych (nie światowych, lecz europejskich) i zauważyłem, że ludzie z organizacji robotniczych niekiedy z dużą wrogością odnoszą się do innych kierunków walki - i wzajemnie. Warto jednak odpowiedzieć sobie pytanie, kto jest naszym wspólnym wrogiem - neoliberalne formy akumulacji. I jeśli chcemy stworzyć alternatywę dla tych procesów, to trzeba zjednoczyć siły niezadowolone z istniejącego systemu, pragnące czegoś innego.</p> <p class="spip"><strong class="spip">Kogo zalicza pan do najważniejszych marksistowskich myślicieli ostatniego dziesięciolecia? Na czym polega ich wkład do rozwoju marksizmu?</strong></p> <p class="spip">Nie lubię tych pytań o najważniejszych marksistowskich myślicieli. To zależy od tego, w jakiej dziedzinie ktoś pracuje, co go interesuje. Na przykład, 30 lat temu miały miejsce bardzo postępowe próby włączenia kwestii ekologicznych w ramy marksizmu, była to bardzo ważna praca zespołowa. I tu mógłbym wymienić dziesiątki nazwisk...</p> <p class="spip">Jeśli kogoś interesuje, jak bardzo wzrosło dziś zainteresowanie ekologią w teorii marksistowskiej, powinien zwrócić uwagę na cały szereg pionierskich prac, które pojawiły się w latach 80. i 90. Autorem licznych publikacji jest Ted Benton oraz John Bellamy Foster, czołowy publicysta "Monthly Review", który bardzo poważnie podchodzi do problemów ekologii. Wracając do marksistów, wymienię tu mojego kolegę Neila Smitha, autora książki o nierównomiernym rozwoju, gdzie również przedstawiona jest bardzo interesująca koncepcja przyrody. Oczywiście, są w związku z tym liczne spory i sprzeczności. Na przykład ja podjąłem dyskusję z Johnem Bellamy Fosterem, jako że nie zgadzam się z jego katastroficznym/apokaliptycznym tonem, że niby to przyroda umiera, wciąż zanika itd.</p> <p class="spip">Moje własne zainteresowania dotyczą innej sfery. Staram się w ramach marksizmu ująć kompleksowo teorię przestrzeni i wymiar geograficzny. Badania te zostały zapoczątkowane na przykład przez Henriego Lefebvrea w jego książce "Produkcja przestrzeni". Dla badań nad urbanistycznym "DNA" wymiaru przestrzennego, bardzo ważna jest także wczesna praca Manuela Castellsa. Tak że jest to cała tradycja. Oprócz tego, powstały też pewne ważne prace nawiązujące do funkcjonowania gospodarki na poziomie makro. Z publikacji ważnych dla mnie w ostatnich latach, trzeba wspomnieć książkę Petera Gowana "Global Gamble" i pracę Roberta Brennera "The Boom and The Bubble". Całkiem niedawno wydana została książka Andrew Glyna o historii rozwoju kapitalizmu, książka bardzo dobra. Samir Amin, jak sądzę, też jest ważnym myślicielem, zwłaszcza gdy chodzi o badania nad krajami rozwijającymi się, oceniam jego prace jako bardzo interesujące, biorąc pod uwagę zwłaszcza to, że pochodzi on z Afryki. I w ogóle wielu jest dobrych badaczy w dziedzinie analiz kulturowej i politycznej. Jeśli chodzi o czasopisma, to bardzo ważne jest śledzenie "Socialist Register", które utrzymuje bardzo wysoki poziom. Jego redaktorami są Leo Panitch i Colin Leys. Leo Panitch ma bardzo dobre prace dotyczące finansów i imperializmu; w ogóle dziś analiza sfery finansów i kapitału - to problem krytycznie ważny i Leo jest jednym z czołowych specjalistów w tej dziedzinie.</p> <p class="spip">Jeśli chodzi o badania nad kulturą i polityką w szerokim sensie, to publikacje badań takich ludzi jak Perry Anderson i Frederick Jameson zawsze są na wysokim poziomie, chociaż niekiedy wypowiadają się, moim zdaniem, w sposób przesadnie złożony. Z badaczy zachodnich wymienię jeszcze Michaela Lowy. We Francji jest bardzo interesująca grupa uczonych, skupionych wokół Jaquesa Bideta, którzy zajmują się dziedziną bardziej filozoficzną.</p> <p class="spip">Prócz tego są grupy autonomistów wokół Antonia Negriego. Sam nie jestem zwolennikiem takiego podejścia, ale są punkty wspólne między takim typem marksizmu i tradycją anarchistyczną, szeroko upowszechnioną w Ameryce Łacińskiej. Na przykład autonomiści uzyskali większe wpływy w Argentynie po tamtejszym kolapsie. Na fali zajmowania fabryk, rozwoju stowarzyszeń sąsiedzkich, filozofia autonomizmu stała się bardzo wpływowa. Ruch zapatystowski w Meksyku również odczuł znaczący wpływ ze strony niektórych frakcji lewicowych, jako że ludzie przychodzili do lewicowych organizacji z różnym doświadczeniem za sobą. W Niemczech jest również pewne zainteresowanie anarchistyczną/autonomiczną tradycją, w jej części antykapitalistycznej, tam jednak, gdzie tradycja ta odnosi się wrogo do marksizmu, znajduje to również wyraz we wrogości względem organizacji pracowniczych. Tak że jest to jeszcze jeden złożony problem, który można dodać do wymienionych wyżej nierozwiązanych problemów teorii marksizmu: czy marksizm może współdziałać z anarchizmem? Czy mają możliwość prowadzenia dialogu? A jeśli mają, to kto go powinien prowadzić i o czym?</p> <p class="spip">Sądzę, że coś w tym rodzaju trzeba zaczynać już teraz, dlatego że spory i wrogość między marksistami i anarchistami ciągną się już 130 lat. Po części wrogość ta jest uzasadniona, ale nie do końca. Niezwykle ważne jest staranne rozpatrzenie tej sprawy. Dla mnie osobiście interesujące jest to, że radykalna tradycja w geografii została zainicjowana przez anarchistów. Zapewne wiecie, że Piotr Kropotkin był geografem; londyńskie królewskie towarzystwo geograficzne wystąpiło nawet z petycją, aby pomóc mu wyjść z więzienia, jako że ceniło go jako wybitnego uczonego. Francuski geograf Elisee Reclus również był anarchistą i bliskim przyjacielem Kropotkina. Jeśli ktoś woli, to cała tradycja radykalizmu w geografii była anarchistyczna z bardzo prostej przyczyny: anarchiści zawsze starali się podchodzić z wielką uwagą do różnic lokalnych, do kwestii ekologicznych, do kulturowych aspektów przestrzeni, co marksizm niekiedy lekceważył. Dla mnie jako geografa bardzo ważne było sprawić, by marksizm był bardziej wrażliwy na geograficzne i kulturowe różnice, struktury przestrzenne i problemy ekologiczne. Po części, brałem oswojone przez anarchistów tematy i próbowałem rozwijać je bardziej systematycznie, wychodząc z teorii marksistowskiej. Tak więc, jak sądzę, moja działalność - to swego rodzaju początek takiego dialogu z anarchizmem.</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_n1615430651_76950_9160.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_n1615430651_76950_9160.jpg' width='520' height='404' style='height:404px;width:520px;' class='' alt='Marks i Engels' /></a></p> <p class="spip"><strong class="spip">Jaki jest pana stosunek do problemu dialektyki w marksizmie?</strong></p> <p class="spip">Sądzę że myślę dialektycznie, choć może ktoś się z tym nie zgodzi. Nie rozumiem, jak można stosować marksizm, nie będąc dialektykiem i nie rozumiejąc bardzo dokładnie, czym jest teoria dialektyczna. Wykładając "Kapitał" Marksa, zawsze mówię: "U Marksa nie ma tekstu, w którym wyjaśniałby on, co to jest dialektyka, tak że musicie uczyć się jej, uważnie czytając ten tekst. Śledźcie tok jego myślenia i zrozumiecie jego metodę, a potem już sami będziecie mogli przeprowadzać analizę w podobny sposób". Dialektyka - to metoda bardzo wydajna, moim zdaniem, zajmuje ona centralne miejsce w marksizmie.</p> <p class="spip">Są nurty w marksizmie, na przykład marksizm analityczny, którego przedstawiciele nie wierzą w dialektykę i uważają ją za bzdurę. Są i tacy, którzy próbują sprowadzić Marksa do pozytywizmu. Nie zgadzam się z tym wszystkim. Dialektyki nie sposób się pozbyć, jest ona u samych podstaw. Nauczyć się jej można jednak tylko w procesie jej stosowania. (Napisałem o tym artykuł, żeby po prostu pomóc ludziom; nie jestem przekonany, że osiągnąłem cel, możliwe że sam cel był nieosiągalny, jestem jednak przekonany, że dialektyka stanowi o istocie marksowskiej myśli.) Wokół tego, czym jest dialektyczna metoda Marksa, jest oczywiście wiele sporów. Zdecydowanie nie uważam jej za heglowską i zgadzam się z Althusserem, który mówi, że Marks nie tylko wywrócił do góry nogami heglowską dialektykę, lecz ją zrewolucjonizował.</p> <p class="spip"><strong class="spip">W latach 90. powszechna stała się opinia, że sprzeczność między pracą a kapitałem przestała być głównym konfliktem współczesnych społeczeństw. Czy zgadza się pan z tym?</strong></p> <p class="spip">Nie zgadzam się z taką opinią. Upowszechniła się ona głównie za sprawą deindustrializacji większości rozwiniętych krajów kapitalistycznych, dlatego też tak wiele osób w USA i W. Brytanii narzeka na zniknięcie proletariatu. A on nie zniknął, a po prostu przemieścił się; teraz jest w Chinach, Meksyku, Indii. Po prostu teraz go nie widzicie. Tym nie mniej, problem istnieje i jest to problem poważny. Na przykład kiedy w roku 1969 przyjechałem do Baltimore, w tamtejszych wielkich stalowniach pracowało około 25 000 ludzi; związek zawodowy metalowców miał duże wpływy w organizacjach pracowniczych miasta, które z kolei miało mocne tradycje organizacji robotniczych. A kiedy w 2000 roku wyjechałem z Baltimore, w Bethlehem Steel zatrudnionych było tylko 2000 ludzi, chociaż produkowali oni w przybliżeniu tyle samo stali. W 1970 roku, jeśli chcieliśmy podjąć jakieś polityczne działania, mogliśmy nawiązać kontakt z robotnikami stalowni i, jeśli udawało się ich do nas przekonać, mogliśmy wiele dokonać. Obecnie związek zawodowy mało może zdziałać, a i inne organizacje robotnicze w mieście prawie zniknęły, dlatego że zniknęły stanowiska pracy. Stąd pytanie - na jakiej podstawie politycznej może być prowadzona realna postępowa polityka. Przeszliśmy przez te zmiany, kiedy bazą polityczną stały się nie związki zawodowe, lecz kościoły. Dokładniej, ośrodkami aktywności politycznej stały się kościoły położone w dzielnicach depresywnych, zwłaszcza kościoły afroamerykańskie, zatroskane sprawami biedy itp. Powstaje jednak problem, że te procesy stawiają na pierwszym planie poglądy oparte na głoszeniu wagi wartości rodzinnych, religii itd. Tak czy inaczej, realna podstawa polityki przeszła znaczące zmiany.</p> <p class="spip">Z drugiej strony, Baltimore było pierwszym miastem, w którym rozpoczęła się kampania o socjalne minimum. Zamysł polegał na tym, że władze miejskie miały zapewnić płacę roboczą, znacznie wyższą, niż gwarantowały to władze federalne, że powinna to być płaca, za którą może przeżyć rodzina. Przeprowadzono potężną kampanię o przyjęcie takiej ustawy, w wyniku czego Baltimore stało się pierwszym stanem, gdzie uchwalono prawo, zgodnie z którym każdy, kto pracuje na etacie, powinien otrzymywać minimum socjalne. Potem podjęliśmy wysiłki, żeby upowszechnić to prawo na przedsiębiorstwa prywatne, w rodzaju mojego uniwersytetu, w którym był wielki szpital i który był największym prywatnym pracodawcą w tym stanie. Tak że teraz w tym stanie minimum socjalne jest gwarantowane przez prawo. To postępowa polityka, nie jest to jednak ta polityka, która opiera się na silnych związkach zawodowych. Jednym z zadań kampanii o minimum socjalne była próba zorganizowania pracowników czasowych, przede wszystkim zatrudnionych w usługach. Ale to bardzo trudne zadanie. To całkiem nie to, co stać u bramy i wzywać do wstępowania do związku zawodowego wychodzących robotników. Tu potrzebna jest całkiem inna strategia budowy organizacji. W latach 80. i 90 w wielu rozwiniętych krajach kapitalistycznych dokonała się radykalna zmiana form organizacji politycznej, związana z utratą bazy politycznej, opartej na związkach zawodowych...</p> <p class="spip"><strong class="spip">Jakie związki istnieją dziś między marksistowską teorią i masowymi ruchami ludzi pracy?</strong></p> <p class="spip">Moim zdaniem, wiąże się to z ogólną sprawą geografii proletariatu i nierównomiernego rozwoju ruchów politycznych. Jednym z problemów kluczowych, powstałych podczas okresu neoliberalnego - od 1970 r. po dzień dzisiejszy - jest to, że nierównomierny rozwój geograficzny w rzeczywistości był wykorzystywany jako mechanizm koncentracji władzy kapitalistów i zarazem jako mechanizm walki z ruchem robotniczym w skali planety. Prócz tego, ruch robotniczy nie zdołał w wystarczającym stopniu przeciwstawić się tym procesom. Tym nie mniej, w ostatnim czasie niektóre wielkie struktury ruchu zawodowego w Europie, USA i Ameryce Łacińskiej jednoczą się. Jest to niezwykłe ważne zadanie - tak Pierwsza Międzynarodówka swoje wolne środki posyłała z Londynu robotnikom strajkującym w Lille czy St Etienne. Potrzebny nam jest globalny fundusz wspierania robotników, aby pomóc tym, którzy strajkują w różnych częściach świata.</p> <p class="spip">Tak więc powinniśmy uczyć się prowadzenia walki klasowej w skali planety, ale obecnie nie mamy form instytucjonalnych, które pozwoliłyby to dobrze robić. Większość organizacji robotniczych jak dawniej ogranicza się do poziomu swego państwa narodowego. Co więcej, często pozostają w niewoli nacjonalizmu i są wrogo nastawieni do robotników-cudzoziemców i imigrantów, nie chcą widzieć internacjonalistycznej perspektywy swojej walki. I znów, jest to dziedzina, w której należy jeszcze wiele zrobić. W latach 70. Praca miała więcej możliwości przeciwstawiania się kapitałowi w różnych krajach, a teraz walka ta znacznie osłabła. W pewnym sensie kapitaliści problem pracy dla siebie rozwiązali. Po części za pośrednictwem tej geograficznej strategii, po części za pośrednictwem strategii Margaret Thatcher - likwidacji brytyjskiego ruchu zawodowego, i strategii Ronalda Reagana - zniszczenia amerykańskiego ruchu robotniczego, chociaż nie był on bynajmniej radykalny. W Rosji górnicy na początku lat 90. byli bardzo silni, po czym ich organizacje polityczne zostały w znacznym stopniu zniszczone.</p> <p class="spip">Ale znów - porażka ta nie oznacza, że stosunki pracy i kapitału nic dziś nie znaczą, bo są one zawsze w centrum. Jednak polityczna, geograficzna i nawet ideologiczna sytuacja jest dzisiaj ciężka.</p> <p class="spip">Ruch robotniczy musi zastanowić się nad sprawą sojuszy. Z jednej strony, powinny to być sojusze międzynarodowe, z drugiej jednak strony niezbędne są też sojusze z innymi siłami politycznymi, walczącymi z neoliberalnym imperializmem. W tym również jest interesujący aspekt geograficzny. Ludzie pracy są bardzo silni w organizacji na własnym terenie i jeśli osiągnęliście wyniki w określonym miejscu, powiedzmy, we Francji, bądź jeszcze gdzieś, to oczywiście będziecie dążyć do tego, by nie utracić tego, co zostało osiągnięte. Tak więc zawsze istnieje tendencja do fragmentacji ruchu robotniczego wśród grup, które wywalczyły sobie przywileje i wpływy, i grup, które tego nie wywalczyły. Tak więc nierównomierny rozwój geograficzny jest typowy zarówno dla warunków pracy, jak i robotniczej walki. Jak wszystkie te wysiłki zjednoczyć - to jeszcze jeden problem teoretyczny, a także problem praktyczny i polityczny.</p> <p class="spip"><strong class="spip">Jak może istnieć marksistowska filozofia na burżuazyjnym uniwersytecie? Jakie jest pańskie doświadczenie w tym względzie? Jak może burżuazyjne państwo godzić się na obecność marksizmu w takim "aparacie ideologicznym państwa" (Althusser), jak uniwersytet?</strong></p> <p class="spip">Tak, nie jest to proste i wymaga wytężonej walki. Walki o istnienie takiej przestrzeni w burżuazyjnym uniwersytecie, gdzie mogłaby rozwijać się teoria krytyczna lub teoria marksistowska. Ale w strukturach akademickich są do tego pewne narzędzia. Na przykład kiedy rozpoczynam zajęcia ze swoimi studentami, zawsze im mówię: mam nadzieję, że będziecie politycznie aktywni i dokonacie wiele ważnych rzeczy w polityce. Zarazem zakładam, że absolutnie koniecznie muszą być dobrymi naukowcami. W przeciwnym razie po prostu nie znajdą pracy. W rzeczywistości muszą być lepszymi naukowcami, niż inni, żeby dostać pracę.</p> <p class="spip"><a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_David_Harvey.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_David_Harvey.jpg' style='max-width: 520px; max-height: 100000px' alt='' /></a></p> <p class="spip">Tak że ze wszystkich sił staram się pomóc ludziom stać się rzeczywiście dobrymi naukowcami, ale, oczywiście, tu powstaje problem kompromisów w tym, co i jak się robi. W gruncie rzeczy jest to bardzo zabawne - prowadząc wykłady dla studentów, często spotykałem wśród nich wielkich radykałów, którzy oskarżali mnie o burżuazyjne renegactwo. Tak w ogóle, jest to pożyteczne, bo często w tych kompromisach idzie się za daleko i całkiem dobrze jest mieć studentów, którzy zwrócą na to uwagę. Ciekawe jednak, że kiedy kończą naukę i zaczynają sami prowadzić pracę naukową, często ich pytam - no i kto z nas jest teraz burżuazyjnym renegatem? (Śmieje się.) Niektórzy ze studentów, którzy kiedyś oskarżali mnie o odstępstwo, teraz są bardziej prawicowi ode mnie.</p> <p class="spip">To walka, walka którą prowadzisz, dlatego że, z jednej strony, musisz przestrzegać reguł, którymi żyje nauka akademicka, z drugiej - starasz się podtrzymywać w sobie polityczny zapał. Dożywotnie stanowisko - to cenny instytut; kiedy je zdobędziesz, trudno się ciebie pozbyć. Oczywiście, mogą odnosić się do ciebie bardzo wrogo i wszelkimi sposobami starać się zaszkodzić - co też odczułem w Baltimore. Dlatego z Baltimore wyjechałem, że tam starano się na wszelkie sposoby utrudnić mi życie. Nie mogli mnie zwolnić, mogli jednak przyczynić masę nieprzyjemności. I wyjechałem tam, gdzie z mojej działalności są zadowoleni. Tak więc jest to walka, ale myślę sobie tak - jeśli próbujesz zorganizować związek zawodowy w supermarkecie, to nie możesz oczekiwać, że przywitają cię z otwartymi ramionami, musisz walczyć. Z drugiej strony, 20 lat temu walczyć było znacznie lżej, po części dlatego, że niektórzy ludzie, którzy sympatyzowali z marksizmem 20 lat temu, teraz są doń wrogo nastawieni bardzo wrogo. Mówią: "Znamy to wszystko, przerabialiśmy, wszystko to ślepy zaułek, nic nie działa". Dziś w kręgach akademickich wiele jest "zdrajców klasowych" i to utrudnia naszą działalność.</p> <p class="spip">Tym nie mniej, teraz pojawiło się nowe pokolenie studentów, którzy znacznie bardziej interesują się marksizmem. Bardzo to przypomina "epistemologię dziadka" w nauce. Mam bardzo dobre kontakty z niektórymi aspirantami i przypominam dziadka, który mówi wnukom: "Nie słuchajcie się swoich rodziców, oni całkiem nie mają racji", mając na uwadze tych, którzy poszli drogą postmodernizmu. Dziś z dużym zainteresowaniem rozmawiam z aspirantami, ale jestem w uprzywilejowanej sytuacji - w tym sensie, że jestem dostatecznie stary, by nie martwić się o przyszłą karierę i reputację. Mogę być politycznie bezkompromisowy. Zarazem jestem jak dawniej przekonany, że musimy bardzo poważnie pracować na najwyższym poziomie naukowym - to jedyny sposób, w jaki możemy przeżyć, w każdym razie na Zachodzie. Zapewne nie wszędzie jest to jedyna droga, we Francji uczeni tradycyjnie ściśle związani są z partiami politycznymi, i partie wpływają na działalność niektórych fakultetów, ale w anglojęzycznym świecie tego nie ma, i musimy działać inaczej.</p> <p class="spip">Mamy jednak jeszcze jedną przewagę - często nasi oponenci są niezbyt mądrzy i po prostu nie rozumieją, co robimy. Na przykład zacząłem wykładać "Kapitał" Marksa na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w ramach wykładów z geografii. Geografię wykładano tam bardzo źle, nie poświęcano jej w ogóle uwagi. Mój cykl wykładów nosił nazwę "Kapitał", i całe trzy czy cztery lata kierownictwo sądziło, że prowadzę wykłady o stolicach państw. [W języku angielskim tytuł książki "Kapitał" i "stolica" piszą się jednakowo: "Capital" - przyp. tłum.] Dopiero po czterech latach odkryli, że moje wykłady poświęcone były "Kapitałowi" Marksa. Tak więc mamy i takie sposoby. Lubię opowiadać tę historię niektórym moim kolegom, którzy lamentują "och, teraz nie sposób zajmować się marksizmem". Mówię im: uważacie się za tak mądrych, by rozważać sposoby zmienienia świata i zarazem oczekujecie, że administracja przyjdzie do was i zacznie błagać o wykłady o Marksie! Zapomnijcie o tym! Koniecznie trzeba znaleźć nowe sposoby pracy, koniecznie trzeba prowadzić swego rodzaju grę, koniecznie trzeba robić swoje, i bez afiszowania się - wszystko to może być dość skuteczne...</p> <p class="spip">David Harvey</p> <p class="spip"><i class="spip">tłumaczenie: Karol Majewski</i></p> <p class="spip">David Harvey (ur. 1935) jest profesorem antropologii w City University of New York (CUNY), teoretykiem społecznym oraz jednym z najwybitniejszych współczesnych geografów. Od lat 70. zajmuje się problemami nierówności i nierównomiernego rozwoju globalnego systemu kapitalistycznego, kładąc nacisk na powiązanie aspektów ekonomicznych, społecznych i geograficznych tego procesu. Głośne stały się jego analizy związków między neoliberalną transformacją kapitalizmu a przekształceniami współczesnej przestrzeni miejskiej. Jest autorem wielu książek. Napisał m.in. "Social Justice and the City" (1973), "The Urbanization of Capital" (1985), "The Condition of Postmodernity" (1989), "Spaces of Capital: Towards a Critical Geography" (2001), "The New Imperialism" (2003). W języku polskim wydana została niedawno jego praca "Neoliberalizm. Historia katastrofy" (2008, Książka i Prasa).</p> <p class="spip">Jego najnowsze publikacje skupiają się na przywróceniu pojęcia "klasa społeczna" w analizie globalnego kapitalizmu, przede wszystkim w jego neoliberalnej formie.</p> <p class="spip">Tekst pochodzi ze strony www.vpered.org.ru. Polskie tłumaczenie ukazało się na stronie Nowej Lewicy (www.nowalewica.pl). <a href="http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_n1615430651_76950_9160.jpg" class="thickbox floatleft"><img src='http://nowakrytyka.pl/IMG/jpg_n1615430651_76950_9160.jpg' width='520' height='404' style='height:404px;width:520px;' class='' alt='Marks i Engels' /></a></p></div>