Jacek Tittenbrun

Gra w klasy. Część 1: Futboliści a własność siły roboczej

Znajomość literatury światowej pozwala autorowi stwierdzić, że jako użytkownik pojęcia własności siły roboczej należy on do wyjątków. Tym bardziej oryginalne jest zaproponowana w niniejszym tekście analiza zawodników najpopularniejszej na świecie dyscypliny sportowej. Jest to przykład socjoekonomicznego podejścia równie dalekiego od obu przeważających w piśmiennictwie ujęć: ekonomicznego z jego podbudową w teorii neoklasycznej i socjologicznego przez które rozumie się z reguły mętne rozważania na temat wzorów kulturowych, postaw itp. psychospołecznych procesów. Częściowe ustosunkowanie się do tych dominujących paradygmatów może nastąpić w innym miejscu, tutaj zaś skupmy się na pozytywnym wyłożeniu treści wspomnianej perspektywy.

O pojęciu “wolnego agenta”

Od razu na wstępie śpieszymy zapewnić czytelniczki, że zdajemy sobie sprawę z różnic dzielących tzw. futbol amerykański od gry, którą sami amerykanie znają pod nazwą soccer. Dla naszych celów jednak ważniejsze są określone historyczne i strukturalne zbieżności obu tych sportów zespołowych, które w znacznym stopniu będziemy omawiać łącznie.

O tych podobieństwach przekonamy się w toku poniższego badania własności siły roboczej graczy, jaką to w literaturze przedmiotu charakteryzuje się za pomocą takich terminów jak „free agent” i innych pochodnych. Zarówno w anglojęzycznej jak i spolszczonej wersji: “wolny agent” sformułowanie to wydaje się mocno niefortunne - wszak chodzi tu nie o agenta w sensie przedstawiciela, lecz o to samo co denotuje słowo „doer” czyli sprawca lub bardziej zgrabnie językowo, operator. „Agent” jest w tym kontekście tym bardziej mylący, że powszechnie używa się w literaturze tego terminu dla oznaczenia pośredników funkcjonujących m.in. na rynku transferów. Można by tę ideę oddać też przez termin „podmiot działający”, ale jest on nieporęcznie długi. Zastrzec jednak należy, iż te problemy z artykulacją znaczenia terminu „agent” odnoszą się jedynie do mowy potocznej, albowiem w kategoriach języka nauki - którego użycie jest tutaj niezbędne - pojęcie to uzyskuje inny, bardziej ścisły konceptualnie i teoretycznie wyraz.

A są to kwestie dla funkcjonowania omawianej dyscypliny kluczowe, nigdy wszakże dotąd nie rozpatrywane na danym poziomie teoretycznym, co, jak łatwo pojąć, może mieć również praktyczne implikacje. Objaśniając zatem znaczenie terminu „free agent”, odnosi się on w sporcie zawodowym do zawodnika, któremu wygasł kontrakt z dawnym zespołem i może podpisać kontrakt z innym. Wyrażenie to ma swoje korzenie w sportach północnoamerykańskich i tam jest najszerzej stosowane. W piłkarskiej Europie, niektóre kraje (na przykład Hiszpania), posiadały system, w którym po zakończeniu kontraktu zawodnik mógł bez przeszkód przejść do innego klubu, jeśli otrzymał interesującą go propozycję. W większości krajów europejskich jednak taki stan rzeczy istnieje dopiero od 1995 roku, kiedy w życie weszło Prawo Bosmana, dzięki któremu wszyscy zawodnicy mają prawo do swobodnego transferu po zakończeniu kontraktu. Od tego czasu zasada ta jest wdrażana w całej Europie w różnych dyscyplinach sportu, zaś jej sens socjoekonomiczny wyraża pojęcie pełnej prywatnej własności siły roboczej, jaką uzyskali wraz z uchwaleniem wymienionego prawa zawodnicy.

Lex Bosman

Warto przyjrzeć się bliżej owemu historycznie przełomowemu przypadkowi, którego bohaterem, czy też może raczej katalizatorem, był belgijski piłkarz Jean Marc Bosman. Gracz klubu RFC Liège po wygaśnięciu swego belgijskiego kontraktu chciał przenieść się do Dunkierki, klubu we Francji. Sprawy nabrały tempa kiedy francuski klub nie chciał spełnić wymogu zgodnego z obowiązującymi podówczas zasadami i zapłacić opłatę transferową za przejście Bosmana do swej drużyny. W międzyczasie, jeśli możemy tak powiedzieć, Bosman doznał drastycznej redukcji zarobków, bowiem przestał być graczem pierwszej drużyny belgijskiego pierwszoligowca, a do Francji przenieść się nie mógł, zawieszony jako „bezprizorny” w jakiejś międzyklubowej próżni. Piłkarz oddał sprawę do sądu (Burton 1995).

Ostatecznie Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu zawyrokował na jego - i całej klasy pracowników klubowych - korzyść, orzekając, iż zasada pobierania opłat za transfery z klubu w jednym państwie UE do klubu w innym państwie Wspólnoty jest sprzeczna z prawem (Phillips 2011). Do tej pory zasada ta, ograniczająca indywidualnoprywatną własność siły roboczej graczy na rzecz zatrudniających ich klubów (co, jak wspomniano, dawało tym ostatnim wzmożoną władzę ekonomiczną nad zawodnikami, z czego kluby nie omieszkały korzystać, praktycznie zawężając prawo graczy do korzystania z ich siły roboczej poprzez cięcia ich wynagrodzeń) funkcjonowała na całym obszarze Europy, wyłączywszy Hiszpanię i Francję. W państwach tych silne tradycje ruchu związkowego oraz, z drugiej strony, równie mocne tradycje paternalistycznego państwa wykazującego ambiwalentny, czy też nieco schizofreniczny stosunek wobec kapitalizmu, zadziałały najwidoczniej na korzyść praw pracowniczych a dla ograniczenia swobody realizacji interesów właścicielskich.

Interesujące, że podczas procesu rzecznik UE użył argumentów o wyraźnym własnościowym podtekście, podkreślając mianowicie konieczność zachowania przez krajowe ligi konkurencyjnej równowagi między klubami, co łączyło się z tzw. regułą niepewności wyniku jako nieodłączną racją bytu sportu. W przekładzie na język teorii własności mowa tu o wpływie stosunków społecznych - relacji względnej równowagi sił i co za tym idzie w miarę wyrównanego współzawodnictwa międzyklubowego - na realizację własności zarówno klasy posiadaczy drużyn jak i posiadaczy sportowo wyszkolonej siły roboczej: autentyzm tej rywalizacji czyni widowisko sportowe atrakcyjnym w oczach publiczności. Ma to znaczenie nie tylko z punktu widzenia umotywowania jej członków do nabywania biletów na mecze, ale w równym, jeśli nie większym stopniu z uwagi na konieczność przyciągnięcia telewizji i reklamodawców, których wydatki uwarunkowane są masowością sportu: w tym punkcie koło się zamyka.

Rzecznik musiał też siłą faktu przyznać, że opłaty transferowe stanowią często istotne źródło zasilania finansów mniejszych klubów, co mogłoby stanowić argument na rzecz ich utrzymania jako będącego w interesie wzrostu konkurencji w lidze. Ostatecznie Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał jednak, że przy całym respekcie dla poziomu ligowej rywalizacji cel ten można osiągnąć na innej drodze niż przez efektywne ograniczanie swobody ruchu graczy. W 1995 r., powołując się na sam Traktat Rzymski, który usankcjonował zasadę wolnego przepływu ludzi, towarów i kapitału, Trybunał uchwalił więc tzw. prawo Bosmana, które rozluźniło więzy nałożone na graczy w UE. Odtąd byli oni wprawdzie nadal przywiązani do swoich klubów, ale tylko do końca kontraktu, po upłynięciu którego mogli - dzięki wprowadzonemu następnie prawu Webstera - swobodnie przechodzić do innych krajów Wspólnoty. Nie uzyskali jednak prawa do zmieniania barw klubowych w ramach tej samej krajowej ligi.

Należy też zwrócić uwagę, że oryginalne prawo Bosmana uprawniało zawodników do rozporządzania swoją siłą roboczą, poszukiwania nowego miejsca jej wydzierżawienia i targowania się o jej cenę dopiero po upłynięciu terminu umowy w danym klubie w jakim zawodnik gra aktualnie. Zmieniło to dopiero kolejne prawo; Webstera, które pozwoliło graczom na negocjowanie warunków realizacji swej siły roboczej jeszcze podczas obowiązywania dotychczasowego kontraktu, ale tylko w wymiarze międzypaństwowym - w ramach danej ligi krajowej transferów nie dopuszczano.

Na rezultaty wprowadzenia w życie owych nowych przepisów nie trzeba było długo czekać. Pierwszym czołowym piłkarzem europejskim, jaki praktycznie skorzystał na nowych regulacjach był Edgar Davids, piłkarz Ajaxu Amstedam, który przeniósł się do AC Mediolan. W 1999 r. doszło do pierwszego dużego transferu brytyjskiego zawodnika na nowych zasadach; gracz Liverpoolu, Steve McManaman przeniósł się do słynnego Realu Madryt i w efekcie przez kilka lat otwierał listę rankingową najlepiej opłacanych brytyjskich piłkarzy (Raphael 2001), naocznie demonstrując klasowo-własnościowe zalety nowego prawa, będącego w swej istocie prawem antymonopsonowym (przy czym oczywiście monopson to rodzaj monopolu). Sprawa jest wszelako bardziej skomplikowana, daleka od jakiegokolwiek czarno-białego schematu. Bo prawo Bosmana oznacza przecież także, że klub nie zyskuje już na sprzedaży czy dokładniej wydzierżawieniu [1]indywidualnego sportowca, o ile jest on wolnym operatorem do innej organizacji, chociaż posiadaną siłę roboczą zawdzięcza on w wielkiej mierze klubowi właśnie, nakładom na jego szkolenie, możności korzystania z nowoczesnych obiektów, opieki lekarskiej i innej, możliwości podróży po świecie i zdobywania w ten sposób nowego doświadczenia. Liczy się pracowitość, sumienność, w mniejszym stopniu osławiony talent, bo ten jest w futbolu, jak wolno sądzić, rzeczą nieuchwytną - nikt nie rodzi się Pelem czy Di Stefano, a dojście do tej klasy to efekt długiej pracy całych zespołów ludzi, nie pomijając oczywiście samego bohatera.

Powyższa obserwacja zmienia zatem w istotny sposób perspektywę widzenia stosunków własnościowych w piłce nożnej - niezupełnie jest tak, że mamy tu wyraźny i niezachwiany podział na „good guys”, w której to roli występują walczący dzielnie o swoją wolność zawodnicy, oraz „bad guys”, którymi to złymi facetami są kluby i ich właściciele, nie dość że żerujące na ciężkiej pracy naszych niewiniątek, ale żyłujące ich bez litości. Ten manichejski schemat komplikuje wspomniane wyżej istnienie kolektywnego aspektu własności siły roboczej, jaki jest nieodzownym warunkiem uformowania się indywidualnego posiadania w tym zakresie.

Ponadto, jak się okazuje, powyższy opis nie zamyka bynajmniej kwestii rzeczywistych konsekwencji własnościowo ekonomicznych kamienia milowego europejskiego prawa sportowego, jakim stała się regulacja Bosmana. W 2001 r. UEFA stonowała jednak swoje poprzednie stanowisko, ogłaszając prawo Letinena dopuszczające pewne ograniczenia mobilności zawodniczej siły roboczej dla zachowania pewnych tradycyjnych elementów organizacji futbolu, jak okna transferowe. Motywowano zaś owo posunięcie wyższymi racjami - narastaniem rozpiętości dochodowych w piłkarstwie. Albowiem, by powrócić do znaczenia prawa Bosmana, (Frick, Wagner 1996, Simmons 1997, Antonioni, Cubbin 2000), z jednej strony dało ono piłkarzom o narodowości jednego z narodów UE prawo do angażowania się w dowolnym klubie na obszarze Unii. Z drugiej natomiast, z punktu widzenia klubu prawo oznaczało swobodę ruchu kapitału, jaką mogły one wykorzystać dla handlu zawodniczą siłą roboczą, co zaczęto wprowadzać w życie niemal natychmiast. Polti (2005) wykazuje, że w ligach zachodnioeuropejskich procent graczy kupionych z zagranicy w ogólnej liczbie transferowanych do klubu piłkarzy wzrósł z 21,2% w 1995/1996 r. do 37,2% w 2004/2005 r. Podkreślmy bowiem raz jeszcze, że darmowa - z punktu widzenia danego klubu - sprzedaż piłkarza dotyczy jedynie właścicieli własnej siły roboczej. W pozostałych przypadkach pobierana jest pieniężna opłata transferowa lub też czasem dokonuje się transakcji barterowej, tzn. drużyny wymieniają się graczami.

Oczywiście, dystrybucja dochodów z owego handlu, podobnie jak i innych ich typów jest wielce nierówna. Dla przykładu, w najlepszym z punktu widzenia wpływów eksportowych z tego tytułu sezonie 2008-2009 r. cała pierwsza liga rumuńska zarobiła raptem 32,2 mln euro brutto. Suma 90,61 mln euro wpływów z eksportu piłkarskiej siły roboczej uzyskana przez wszystkie 18 klubów tego kraju w okresie pięciu lat ma się nijak do 94 mln euro jakie zarobił jeden tylko klub, Manchester United, na sprzedaży tylko jednego zawodnika (Cristiano Ronaldo, do Realu Madryt) (Rosca 2012).

W odpowiednio mniejszej skali podobne procesy znajdują swe odbicie również i na rodzimym rynku. Na przykład w rankingu biznesowym z 2012 r. na czele znalazły się dwa kluby - Legia Warszawa i Lech Poznań, którym znaczące dochody przyniosła sprzedaż zawodników. Ten fakt to jedna sprawa, a druga to wychwalanie go pod niebiosa przez działaczy władz piłkarskich, traktujących najwyraźniej jako bezdyskusyjny przede wszystkim wzór sukcesu finansowego, dobrą drogą do osiągnięcia którego wydaje im się także ów handel, rozbudowany nawet do etapu hodowli materiału na sprzedaż. Na poziomie publicystycznym mogłoby to dać łatwy asumpt do porównań z antycznymi farmami niewolników: „niezły skauting niektórych klubów zaczyna przynosić efekty. Wzrasta liczba zarówno wychowanków jak i sprowadzonych za młodu utalentowanych piłkarzy, którzy opuszczając Ekstraklasę zapewniają polskim klubom zyski liczone w milionach Euro” (Biszof, Sachs 2013).

W liczbach, „wpływy ze sprzedaży zawodników [...] wzrosły z 45 mln PLN w 2011 r. do prawie 64 mln” (Biszof, Sachs 2013). To samo źródło walnie wspomogło ścisłą czołówkę rankingu finansowego polskiej ekstraklasy. „Liderem już drugi rok z rzędu jest Legia Warszawa z przychodami na poziomie 89 mln PLN. Wzrost ten, inaczej niż przed rokiem, kiedy to wynikał przede wszystkim z potężnych wpływów z biletów oraz praw medialnych, obecnie wynika ze sprzedaży Borysiuka, Komorowskiego i Rybusa. Tuż za Legią, z przychodami w wysokości 53 mln PLN, uplasował się Lech. Kolejorz nieznacznie zwiększył wpływy i potwierdził kolejny rok z rzędu swoje miejsce wśród finansowych potentatów” (Biszof, Sachs 2013).

Uderza u autorów tego komentarza, w końcu działaczy piłkarskich, bezrefleksyjne oddawanie czci bogini Mamonie bez choćby postawienia pytania, czy taka strategia sprzyja sukcesom sportowym drużyny. O tym, że może być zgoła odwrotnie przekonuje m.in. przykład wicelidera sezonu 2012/13, który osiągnął dość przeciętny bilans goli strzelonych, „gdzie poznaniacy ledwie przekroczyli średnią 1,5 trafienia na mecz, nieznacznie tylko poprawiając dosyć słaby wynik z poprzednich rozgrywek. Pomimo znakomitego sezonu Bartosza Ślusarskiego (11 bramek, najlepszy wynik w karierze), dało się zauważyć brak Artjomsa Rudnevsa, sprzedanego przed sezonem do Hamburger SV” (Biszof, Sachs 2013).

Jak wynika z opublikowanej właśnie analizy Komisji Europejskiej:

Kluby piłkarskie wydają około 3 mld euro rocznie na transfery piłkarzy, lecz bardzo niewielka część tej kwoty trafia do mniejszych klubów lub sportu amatorskiego. Liczba transferów w europejskiej piłce nożnej wzrosła ponad trzykrotnie w latach 1995-2011, podczas gdy kwoty wydawane przez kluby na opłaty za transfery wzrosły siedmiokrotnie. Jednak większość tych dużych wydatków dotyczy niewielkiej liczby klubów, które mają największe dochody lub są wspierane przez bardzo bogatych inwestorów. Sytuacja ta tylko zwiększa istniejącą nierównowagę między klubami zamożnymi i niezamożnymi, gdyż niespełna 2% pieniędzy z opłat za transfery dociera do mniejszych klubów i sportu amatorskiego, czyli miejsc niezbędnych do rozwoju nowych talentów. Poziom redystrybucji pieniędzy w tej dyscyplinie, który powinien rekompensować koszty szkolenia i kształcenie młodych zawodników, nie jest wystarczający by mniejsze kluby mogły rozwijać się i przełamać utrzymujący się dyktat narzucony przez największe kluby w rozgrywkach piłkarskich (...).

“Komisja Europejska w pełni uznaje prawo władz sportowych do ustanawiania zasad transferów, jednak nasza analiza wskazuje, że obecnie obowiązujące zasady nie zapewniają sprawiedliwej równowagi w piłce nożnej ani warunków umożliwiających chociażby częściowe wyrównanie szans w rozgrywkach ligowych lub pucharowych” - powiedziała Androulla Vassiliou, europejska komisarz ds. sportu.

Zasady transferów są ustalane przez sportowe organy zarządzające – na przykład przez FIFA w piłce nożnej i FIBA w koszykówce. Wprowadzony przez FIFA internetowy system rejestracji transferów międzynarodowych (TMS), używany przez 4600 klubów na świecie, zwiększył przejrzystość międzynarodowych operacji transferowych, lecz wiele należy jeszcze zrobić na szczeblu krajowym. W sprawozdaniu stwierdzono, że obecny system nadal przynosi korzyści głównie najbogatszym klubom, gwiazdom piłkarskim i ich agentom.

W sprawozdaniu zaleca się, by przepisy FIFA i krajowych związków piłkarskich zapewniły ściślejszą kontrolę nad transakcjami finansowymi oraz wprowadzenie „podatku fair play” od opłat transferowych przekraczających pewną kwotę uzgodnioną przez sportowe organy zarządzające i kluby, aby sprzyjać lepszej dystrybucji funduszy z bogatych do mniej zamożnych klubów. Analiza sugeruje również ograniczenie liczby graczy przypadających na klub, przegląd kwestii „własności strony trzeciej” [Polegającej, jak tłumaczą autorzy, na faktycznym wypożyczeniu zawodnika do klubu przez agenta - JT], a także zaprzestanie praktyk umownych, które zawyżają opłaty transferowe, na przykład w sytuacji gdy klub przedłuża okres chroniony, w którym zawodnicy nie mogą zostać przetransferowani bez jego zgody. Sprawozdanie wzywa również do pełnego wdrożenia zasady UEFA finansowego fair play oraz silniejszych „mechanizmów solidarności” wspierających rozwój młodzieży i ochronę nieletnich. Autorzy analizy wzywają organy sportowe do poprawy ich współpracy z organami ścigania w celu zwalczania prania brudnych pieniędzy i korupcji.

(...) Rynek pracy2 w piłce nożnej podlega ogromnej segmentacji i składa się z „rynku pierwotnego” obejmującego niewielką liczbę gwiazd oraz rynku wtórnego obejmującego graczy zawodowych lub półzawodowych, którzy nie zarabiają wiele i często mają trudności w rozwoju swojej kariery zawodowej, zwłaszcza po zakończeniu współzawodnictwa sportowego.

W celu poprawy uczciwej i zrównoważonej konkurencji przez lepszą i zwiększoną redystrybucję między klubami, w analizie proponuje się:

1. ustanowienie „podatku fair play” od opłat transferowych przekraczających pewną kwotę w celu wspierania lepszej redystrybucji funduszy z bogatych do mniej zamożnych klubów. [Ciekawa to idea, przypominająca jako żywo inicjatywę obciążenia haraczem transakcji na rynku finansowym opartą na koncepcji tzw. podatku Tobina. Jej wdrożenie wzmocniłoby redystrybucyjne, zbiorowe aspekty stosunków własności w piłkarstwie; zgodnie z duchem przyświecającym pakietowi tego rodzaju posunięć o jakich była wcześniej mowa także w kontekście amerykańskim. Projektodawcy podkreślają, że celem tego podatku byłoby częściowe przywrócenie równowagi konkurencyjnej. Próg, stawka tego podatku i jego zakres powinny zostać określone przez międzynarodowe piłkarskie organy zarządzające w porozumieniu z klubami - JT];

2. lepsze informowanie o transferach zawodników w celu zapewnienia, by odpowiednia rekompensata w imię solidarności była wypłacana klubom oraz by kluby te były świadome swoich praw;

3. ustalenie ograniczenia co do liczby transferów przypadających na klub;

4. uregulowanie mechanizmu transferu polegającego na wypożyczeniu zawodnika;

5. rozwiązanie kwestii praw zawodników w zakresie „własności strony trzeciej” przez przyjęcie przepisów chroniących integralność i wolność zawodników oraz uczciwość konkurencji sportowej. Przepisy nie powinny w sposób nieproporcjonalny utrudniać inwestycji finansowych w sporcie oraz powinny być zgodne z przepisami UE dotyczącymi swobodnego przepływu kapitału;

5. wspieranie wdrażania zasad finansowego fair play, aby zachęcać kluby do unikania wydatków przekraczających ich dochody;

[...] Aby ograniczyć zawyżone opłaty, w analizie zaleca się, by:

1. uniemożliwić klubom przedłużanie „okresu chronionego”, w trakcie którego zawodnik potrzebuje zgody na transfer, ponieważ w rezultacie powoduje to zawyżanie opłat transferowych (kontrakty są zazwyczaj chronione przez okres trzech lat do wieku 28 lat oraz dwóch lat w przypadku starszego wieku zawodnika);

2. klauzule „wykupu” zawarte w kontraktach zawodników powinny być proporcjonalne do przyczyny ich wprowadzenia.

W swoim komunikacie z 2011 r. zatytułowanym „Rozwijanie europejskiego wymiaru sportu”, Komisja stwierdziła, że transfery regularnie zwracają uwagę opinii publicznej z powodu obaw dotyczących ich zgodności z prawem i braku przejrzystości co do związanych z nimi przepływów środków finansowych. W styczniu 2012 r. Komisja rozpoczęła analizę dotyczącą transferów zawodników, mającą na przeprowadzenie szczegółowego przeglądu ekonomicznych i prawnych aspektów systemów transferowych w sportów drużynowych w Europie, ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej i koszykówki. Analiza ta została przeprowadzona przez konsorcjum założone przez KEA European Affairs (Belgia) oraz Ośrodek prawa i ekonomii sportu na Uniwersytecie w Limoges (Francja).

Publikacja analizy przypada w 17 lat po wydaniu przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości wyroku w sprawie Bosmana oraz w 12 lat po nieformalnym porozumieniu między Komisją, FIFA i UEFA, które doprowadziło do reorganizacji zasad transferów piłkarzy zawodowych [Spośród innych ważnych wydarzeń legislacyjnych na omawianym froncie warto jeszcze wspomnieć o prawie Kowpaka, które rozszerzyło obszar obowiązywania zasady Bosmana na państwa handlowo stowarzyszone z Unią: rejonu Afryki, Pacyfiku, Karaibów i Południowo-Wschodniej Azji - JT]” (KE 2013).

Ograniczenia własności siły roboczej graczy

Jak sugerują powyższe dane, wolna własność siły roboczej sportowców - przy pozostałych warunkach jednakowych - jest dla nich korzystna, pozwalając na swobodne negocjacje płacowe oraz wygrywanie jednego partnera przeciwko drugiemu. Wszystkie te znane cechy przetargów obracają się jednocześnie przeciwko samemu klubowi, tj. jego właścicielom. Im bardziej zawzięte toczone o danego gracza wojny przetargowe, podbijające cenę jego siły roboczej, tym poważniejszemu uszczupleniu mogą ulegać zyski właścicieli warunków pracy piłkarzy. Nie zaskakuje zatem, że po zniesieniu reverse clause, północnoamerykańscy przedsiębiorcy lokujący swe kapitały w sferze specyficznych usług jakimi jest sport zawodowy nie zrezygnowali bynajmniej z ograniczania swobody dysponowania zawodniczą siłą roboczą, jaka w dawnej monopsonistycznej sytuacji przynosiła im takie własnościowe korzyści. Mimo braku możliwości powrotu do niegdysiejszego raju gwarancji zastrzegania, która została zniesiona, szuka się jej substytutów. Dla przykładu, okres angażu graczy może zostać użyty do powstrzymania młodych i utalentowanych graczy od wywoływania wojen przetargowych, których efekty w postaci wyższych wynagrodzeń mogą promieniować na całą ligę, działając na szkodę całej klasy. Inny typowo burżuazyjny sposób radzenia sobie ze stosunkami klasowo-własnościowymi w futbolu polega po prostu na tym, że większe kluby czy grające w większych tj. tworzących większe rynki miastach mogą, jako dysponujące bardziej zasobną kiesą, pozwolić sobie na przebicie ofert nie tak zamożnych organizacji w walce o najlepszych zawodników z danej tury.

Niektóre ligi, w tej liczbie i NFL, narzuciły zaś dla uniknięcia owych niepożądanych wojen przetargowych górne pułapy dla wynagrodzeń graczy. W Europie, jak była o tym mowa, zarobki najlepszych piłkarzy wzrosły dramatycznie po uchwaleniu lex Bosman, jakkolwiek do tego wzrostu w poważnym stopniu przyczynił się także wzrost przychodów z praw telewizyjnych. Ogólnie biorąc, na naszym kontynencie, podobnie jak po drugiej stronie „stawu” jak się pieszczotliwie określa Atlantyk, płatne transfery są rzadsze niż kiedyś, co wynika stąd, że klub może czekać do końca umowy danego gracza, po którym to staje się on tzw. nieograniczonym operatorem czyli dowolnie dysponującym swą siłą roboczą.

Objaśniając dokładniej powyższy termin, w sportach północnoamerykańskich, a więc i w futbolu występują dwa rodzaje wolnych operatorów - nieograniczeni (UFA – unrestricted free agents) i ograniczeni (RFA – restricted free agents). Ci pierwsi są to gracze, którym skończył się kontrakt z jednym zespołem i nie mają w stosunku do niego żadnych zobowiązań, mogąc się za to wykazać stażem pracy o długości co najmniej sześciu sezonów. Po otrzymaniu propozycji zatrudnienia od innych klubów zawodnik ma prawo do wyboru najkorzystniejszej dla siebie oferty.

Ograniczeni wolni operatorzy czy też, powracając do obiegowej acz problematycznej terminologii, agenci również mają prawo do przyjmowania ofert innych klubów [2], lecz przed podpisaniem nowej umowy ich poprzedni klub ma prawo do rekompensaty w formie preferencji w selekcji graczy z puli angaży, lub ściśle określonego przebicia (na przykład o 10%) warunków kontraktu. W tym przypadku, zawodnik jest zobowiązany zostać w klubie. Oznacza to niewygasłe do końca prawo własności klubu (czyli realnie rzecz biorąc, jego właściciela/i) do siły roboczej danych graczy. W przypadku odejścia takich zawodników kluby mogą też oczekiwać częściowej rekompensaty w formie powiększenia z kolei ich możliwości wyboru graczy podczas procedury selekcyjnej, czego rozmiary zależą od wysokości oferty, jaka skusiła gracza. Fakt ten po części jak gdyby adresuje wzmiankowane wcześniej kolektywne uwarunkowanie indywidualnie posiadanej siły roboczej, jakiej piłkarz, zdany całkowicie na własne siły, nigdy nie zdołałby uformować.

Głównymi czynnikami decydującymi o statusie zawodnika (UFA czy RFA) są jego wiek i doświadczenie, czyli cechy siły roboczej odnoszące się - wedle kategoryzacji przyjętej na gruncie strukturalizmu socjoekonomicznego - przede wszystkim do przypisaniowej siły roboczej. Bowiem staż pracy w charakterze piłkarza jest najpierw cechą osiąganą, nabywaną stopniowo wraz z biegiem kariery zawodnika, by stać się właściwością jego cechy roboczej różną, np. jako podstawa wynagrodzenia, od faktycznej pracy czyli efektów działania, odnoszących się do osiągnięciowej płacowo siły roboczej. Dokładniejszy opis tej rozbudowanej struktury teoretycznej, jaką tworzy w strukturalizmie socjoekonomicznym koncepcja własności siły roboczej można znaleźć w licznych innych publikacjach autora. Zbliżona do omawianej powyżej, ale też odznaczająca się pewną swoistością jest sytuacja w futbolu australijskim, gdzie zasadę swobodnego rozporządzania własną siłą roboczą przez graczy wprowadzono dopiero na końcu 2012 r.

Nie związani umowami zawodnicy, którzy nie należą do grupy 25% najlepiej opłacanych graczy danego klubu, stają się wolnymi operatorami po odsłużeniu 8 sezonów w określonym klubie; natomiast pozostający poza kontraktami gracze, którzy należą do górnej ćwiartki najlepiej wynagradzanych w ich klubie, stają się ograniczonymi wolnymi operatorami czy agentami po upłynięciu ośmiu sezonów, by później, po upływie kolejnych 10 sezonów zyskać status nieograniczonych wolnych operatorów. Ciekawy i nawiązujący w pewnym sensie do naszych powyższych uwag o obiektywizowaniu się w indywidualnej sile roboczej wkładu pracy wielu ludzi, w tym przede wszystkim z danej drużyny jest fakt, iż kluby otrzymują rekompensatę za utratę pozakontraktowych graczy w postaci opcji wyboru podczas procedury angażu Wreszcie, gracze, którzy z jakichś powodów tracą licencję stają się nieograniczonymi wolnymi operatorami bez względu na długość ich piłkarskiego stażu. Natomiast kluby, z których odchodzą tacy zawodnicy nie otrzymują z tego tytułu żadnej rekompensaty.

Rekapitulując, co wydaje się potrzebne z uwagi na dość zawiłe i zmienne koleje losu futbolistów w aspekcie własności ich siły roboczej, obecna sytuacja przedstawia się tak, że klubowi przysługują wyłączne prawa własności do siły roboczej graczy przez pierwsze trzy lata po jego angażu w ramach procedury odbywającej się na szczeblu koledży, które zatem można traktować jako podstawowe źródło piłkarskiej siły roboczej w USA, uwydatniające, jak łatwo dostrzec, uspołeczniony wymiar siły roboczej jako obiektu posiadania. Po upływie owego trzyletniego okresu gracz może stać się ograniczonym wolnym operatorem, co pozwala dotychczasowej jego drużynie na przebijanie innych ofert kierowanych do gracza. Dalej, po czterech latach spędzonych w lidze, zakończenie każdego kontraktu czyni automatycznie zawodnika nieograniczonym wolnym operatorem. Jednak nie koniec na tym, w mocy pozostał bowiem więcej niż ślad dawnej ”klauzuli zastrzegającej”. Ma ona obecnie co prawda bardziej ograniczony zakres, albowiem klubowi wolno zatrzymać tylko jednego gracza na rok, ale za to wolno mu też przetrzymać tego samego zawodnika przez kolejne lata.

Taki gracz noszący nazwę „koncesjonowanego” jest uprawniony do otrzymywania poborów w wysokości co najmniej 120proc. gaży z poprzedniego roku, a gracze oznaczeni w ramach tej procedury jako „nie wyłączni” mogą przyjmować oferty innych drużyn; przy czym jeżeli pierwotny klub zdecyduje się przebić takiej oferty, to przysługuje mu rekompensata w formie uprzywilejowanych opcji wyboru graczy. Tłumaczy to, dlaczego w ostatnich latach obserwuje się powstrzymywanie się wielu klubów przed realizacją czegoś, co jest efektywnie prawem własności do siły roboczej gracza, tzn. wyznaczenia owego „ofranszyzowanego” piłkarza, a to z uwagi na niechęć do stracenia wyżej wymienionego przywileju.

Ogólnie biorąc, pomimo zaobserwowanej wyżej znacznej zbieżności dróg ewolucji stosunków własności siły roboczej graczy w Europie i po drugiej stronie Atlantyku pozostały pewne różnice między obydwoma modelami, zaznaczające się w szczególności na polu struktury obowiązujących na różnych rynkach kontraktów, czemu warto poświęcić słów kilka.

Własność strony trzeciej (współwłasność)

Mechanizm prowadzący do dosłownego ubezwłasnowolnienia zawodnika polega na handlowaniu prawami do niego (tj. w szczególności do dochodów płynących z jego transferu). Dany klub dokonuje takiej sprzedaży na rzecz innego podmiotu, czyniąc go efektywnie współwłaścicielem siły roboczej danego gracza, czego następstwem jest pozbawienie tego ostatniego możności swobodnego dysponowania swoją siłą roboczą. Mówiąc brutalnie, musi iść tam, gdzie zostanie sprzedany. Jeśli coś w wysoko rozwiniętych krajach Zachodu, abstrahując od lumpenpatologii, przypomina targ niewolników, to jest to właśnie ten mechanizm.

Konkretny przykład pozwoli uwiarygodnić powyższe stwierdzenie. Bohaterem tej opowieści jest Kolumbijczyk Radamel Falcao i jego perypetie od czasu przeniesienia do drużyny Atlético Madryt. Falcao został kupiony od portugalskiego Porto za 40 mln euro plus dodatkowe 10 milionów w formie premii efektywnościowych - co wywindowało go na czoło listy najdroższych transferów ww. klubu (na fali zwycięstwa Porto w lidze krajowej oraz europejskiej). Transfer ten za sprawą tych kosztów wzbudził zasadnicze kontrowersje - hiszpański klub był wtedy biedny i zadłużony, i nie mogąc sobie pozwolić na wyłożenie takiej sumy zaangażował ową „trzecią stronę”. Doyen Sports Investments, firma, która określa siebie jako fundusz stanowiący alternatywne źródło finansowania dla spółek i klubów piłkarskich, zgodziła się pokryć część opłat, na jaką nie było stać Atletico, a w zamian otrzymała 50 procent własności siły roboczej zawodnika. Oznaczało to, inaczej mówiąc, że Doyen uzyskał prawo do pokaźnego udziału w dochodzie z kolejnego transferu Falcao.

Jakiś czas później - czas, dodajmy, produktywnie spędzony, skoro piłkarz swoimi 90 występami w Atletico pomógł Hiszpanom m.in. zdobyć Superpuchar UEFA, a w 2012 r. Atletico zostało klubem, a on sam piłkarzem roku - Falcao został znowu wystawiony na sprzedaż. Transakcja miała jednakże odmienny przebieg niż poprzednio. Współwłaściciel, czyli ww. prywatny fundusz zdecydował się - reklamując jego dotychczasowe osiągnięcia w toku kariery - przehandlować gracza temu kto da najwięcej. Ani opinia klubu, ani zdanie samego zainteresowanego nie musiały i nie były też brane pod uwagę przy tej decyzji, w efekcie której nasz bohater wylądował w Monako. Za kupnem go stał jeszcze pewien rosyjski miliarder, prezes i właściciel AS Monaco, Dymitr Evgenevich Rybolovlev, który ponoć dawał równie kłujące w oczy pokazy wystawnej konsumpcji jak inni jego bracia klasowi w Chelsea czy Manchesterze.

Przykładanie kategorii moralnych do postępowania Doyen Sports Investment z Falcao jest trochę bezcelowe i nie bardzo na miejscu, ekonomia czy dokładniej gospodarka oparta na własności prywatnej jest na zewnątrz amoralna, co nie jest naturalnie prawdziwe do końca, lecz jedynie w tym sensie, że jej agenci działają w ramach jakie zastali i jakie wykorzystują we własnym interesie. Na tym bowiem właśnie polega istota gospodarki kapitalistycznej, do której nie należy mieć pretensji o to, że jest kapitalizmem właśnie a nie jakimś innym, lepszym i sprawiedliwszym ustrojem. Uważna czytelniczka bez trudu jednak zauważy mielizny powyższego rozumowania; jak powiedział trafnie Marks, „ekonomia wyraża prawa moralne na swój sposób”. Kapitalistyczne stosunki gospodarowania i własności, tak samo jak każde inne, podlegają zatem ocenie moralnej, której nie należy mylić z moralizmem, ograniczającym się do moralnego oburzenia bez naukowego zrozumienia przyczyny tego, co je właściwie wywołuje. Poniżej cytowany autor dobrze oddaje różnicę pomiędzy owym mechanizmem współwłasności, skutecznie ograniczającym własność zawodniczej siły roboczej a sytuacjami transferów pozbawionych tego szczególnego ograniczenia - rozgrywających się na omówionych wcześniej zasadach:

[...] kiedy klub sprzedaje gracza, jest to przynajmniej sprawa umowy, a gracz w przeważającej ilości przypadków wie o transakcji, bierze udział w rozmowach zarówno z zarządem dotychczasowego klubu jak i drużyną do jakiej ma ewentualnie przejść. Nie jest więc tego rodzaju transakcja tak totalnie przedmiotowa jak w poprzedniej sytuacji, tu ma ona bardziej, chciałoby się powiedzieć, ludzkie bo podmiotowe oblicze. Przede wszystkim gracz może sam poprosić o przeprowadzenie takiej transakcji lub zwolnienie go przez aktualnego pracodawcę, jeżeli np. czuje się w danej drużynie niekomfortowo - jednym słowem wykonuje działania w jakich obiektywizuje się własność jego siły roboczej, jakiej w tym aspekcie zostaje pozbawiony wskutek pojawienia się własności trzeciej strony. Co prawda, stojący na czele UEFA Michel Platini zaprezentował się jako przeciwnik wspomnianego systemu, w jednej z takich wypowiedzi z 2013 r stwierdzając bez ogródek, jak widzi jego własnościową naturę: „to nieludzkie, by ludzie należeli do innych ludzi, którzy mają prawo ich sprzedawać” (Madu 2013).

Trzeba również oddać Platiniemu, że opowiadał się on za całkowitym zakazem przez FIFA wspomnianej praktyki, powiadając, że jeśli to nie nastąpi UEFA wprowadzi taki zakaz u siebie w Europie. Warto dodać, że niektóre kraje nie czekając na odgórne rozstrzygnięcia same zabroniły już tego rodzaju współwłasności sportowej siły roboczej i miło, że obok Anglii i Francji znalazła się w tej grupie Polska. Czytelnicy muszą na własną rękę sprawdzić, czy władze piłkarskie wywiążą się z obietnic delegalizacji własności trzeciej strony czy też przeważy raczej argumentacja jej zwolenników, takich choćby jak osoba najpełniej chyba symbolizująca władzę sprawowaną przez pieniądz w futbolu, superbrokera George Mendesa (który aranżował wiele słynnych transferów głośnych w ostatnich latach, łącznie z tym opisywanym powyżej).

Mający za sobą nieudaną karierę piłkarską w rodzimej Portugalii Mendes pierwszą swoją dużą międzynarodową transakcję przeprowadził w związku z transferem Hugo Viana, który za jego pośrednictwem przeszedł z portugalskiego Sporting CP do klubu ekstraklasy angielskiej Newcastle United (wartość transferu wyniosła 12 milionów euro). Wpływy Mendesa w świecie futbolu wynikają m.in. z jego kontaktów ze szkołami młodych talentów, wśród których wyłowił kilka klejnotów czystej wody takich jak Cristiano Ronaldo i Ricardo Quaresma. Jeszcze większy rozgłos przyniosła Mendesowi cała seria transferów piłkarzy portugalskich do londyńskiego klubu Chelsea - tą ścieżką podążyli m.in. José Mourinho, Ricardo Carvalho, Paulo Ferreira, Tiago Mendes czy Maniche (Nuno Ricardo Oliveira Ribeiro) (Burt 2008). Warto dodać, że powołana przez Mendesa w 1996 r. spółka GestiFute S.A. posiadała częściowo siłę roboczą niektórych z tych sportowców.

Czym skutkuje taka współwłasność, można pokazać na przykładzie jednego z graczy, którego Mendes pomógł przenieść do Manchester United - za pomocnika Andersona (Anderson Luís de Abreu Oliveira) zgarnął 4 mln funtów (The Evening Standard, 1 June 2007), uprzednio opłacając 20% z 3,75 mln funtów, jakie Porto wpłaciło do kasy brazylijskiego klubu Grêmio w 2006 r. Kolejne 4 mln funtów szterlingów zarobił ten były posiadacz baru w 2009 r. na przetransferowaniu Ronaldo w ramach transakcji wartej 80 mln funtów z Manchester United do Realu Madryt (Hughes 2009). Ale mechanizm wymieniony w tytule tego podrozdziału potrafi być finansowo produktywny także w wypadku nie tak znanych graczy. Mendes otrzymał 3,6 mln euro z 9 mln euro, jakie wynosiła opłata transferowa zapłacona przez MU trzecioligowemu klubowi portugalskiemu za gracza znanego jako Bébé (przy czym podano, że 2,7 mln euro z tej sumy przypadało na 30%. praw własnościowych do gracza zachowanych przez niego, gdy Bébé przenosił się do wspomnianej drużyny Vitória, które Mendes odkupił od piłkarza za niewygórowaną kwotę 100,000 euro) (Conn 2011).

W 2014 r. działania Mendesa, wraz z tymi podejmowanymi przez byłego prezesa MU i Chelsea Petera Kenyana ściągnęła na niego sformułowane publicznie zarzuty, co jednak nie zbiło go bynajmniej z pantałyku. Mendesowi zarzucono nabywanie współwłasności siły roboczej graczy za pośrednictwem firm ulokowanych w rajach podatkowych jak Wyspa Jersey i Irlandia. Natomiast działacz spotkał się dodatkowo z oskarżeniem o konflikt interesów, jaki zaiskrzył, kiedy jego były klub Chelsea nabył poprzez niego samego i wszechobecnego Mendesa częściową własność zawodniczej siły roboczej. Najpoważniejszym zarzutem jaki postawiono Mendesowi było jednak naruszenie dotyczących współwłasności przepisów FIFA; organizacja ta istotnie, ale dopiero we wrześniu 2013 r. ogłosiła zakaz tej praktyki, mający obowiązywać od maja 2014 r (Johnston 2014).

W swym ataku na wymieniony zakaz broker obrał bardzo sprytną, bo nie pozbawioną socjoekonomicznych racji linię. Powołując przykład Porto, które jego zdaniem jedynie dzięki określonemu mechanizmowi - kupowaniu graczy w Ameryce Łacińskiej i odprzedawaniu ich z zyskiem - mogła wstąpić w szranki z najsilniejszymi i najbogatszymi drużynami Europy i nawet z nimi wygrywać. Mendes powiada, że taka Benfica zarabia na prawach transmisji telewizyjnych 80 mln euro na rok, tyle ile drugoligowy klub w Anglii i bez współwłasności nigdy nie miałaby szans na równą walkę z piłkarskimi potentatami. O ile ten argument - podobnie jak jego bliźniak w którym atakuje się przepisy finansowej fair play FIFA i EFA nakazujące powściąganie wydatków klubów, jakie powinny być współmierne do zasobów a nie być zasilane z kiesy bogatych inwestorów - zawiera jeszcze łut prawdy, choć jest to raczej półprawda, bo nie stawia się tu pytania, czy nie da się tego samego celu osiągnąć innymi, nie tak wywłaszczeniowymi środkami. Koronny argument Mendesa to budząca zdumienie teza, zgodnie z którą wszelkie zakazy własności trzeciej strony są nielegalne, bowiem nie pozwalają rzekomo graczom na swobodne przenoszenie się do wybranej drużyny. Portugalczyk zademonstrował tym samym jak daleko można posunąć się w sztuce odwracania kota ogonem. Cała poprzednia dyskusja dowodzi skrajnego odpodmiotowienia zawodnika, którego siła robocza staje się przedmiotem transakcji inicjowanych i przeprowadzanych niezależnie i mimo niego.

Własność „agenturalna”

Przyjęta przez autora rentowa teoria własności ekonomicznej (por. m.in. Tittenbrun 2011a, 2011b, 2012, 2014, 2015a, 2015b, 2015c) pozwala jednak dostrzec, że pojęcie współwłasności stosuje się socjoekonomicznie rzecz biorąc także do wielu „zwykłych” transakcji transferowych, nie angażujących formalnie owej trzeciej strony. Technicznie, prowizje pośredników w handlu są jedynie wynagrodzeniem za ich pracę. Lecz absolutyzowanie tego punktu widzenia to czysty formalizm; sprawa w proporcjach, a te sprawiają, że w wielu przypadkach agenci, menedżerowie etc. pośredniczący w handlu zawodniczą siłą roboczą jawią się nam jako posiadacze kapitału. Oni sami obruszają się na to, że są odbierani jako „krwiopijcy”, ale fakty świadczą przeciwko nim, poczynając od elementarnego faktu iż „prowizja agenta waha się między 5 a 13 procent” (Omachel 2013).

Andrzej Czyżniewski, były dyrektor sportowy Arki Gdynia z racji pełnionej funkcji bardzo często stykał się z menedżerami. I nie ukrywa, że jego doświadczenia upoważniają do wniosku, że agenci to samo zło. „Za prowizję wypłaconą menedżerowi Chmiesta i Łabędzkiego [dwaj piłkarze Arki] można pokryć koszty całorocznego utrzymania pionu młodzieżowego” - powiedział niedawno w „Gazecie Wyborczej” (Omachel 2013). Wszelkie argumenty zainteresowanej strony, że ich zarobki odpowiadają wkładowi pracy zbija w zarodku nestor polskich trenerów, Orest Lenczyk. Coach Śląska Wrocław nie przebiera w słowach, nazywając agentów „szczurami”, który to epitet usprawiedliwiają w pełni jego zdaniem takie nagminne grzechy tego środowiska jak: „blokowanie transferów (jeśli klub odmawia agentowi wysokiej prowizji), za łamanie piłkarskich karier (kiedy jedynym celem transferu jest sprzedaż i zgarnięcie prowizji), za wciskanie klubom mało utalentowanych graczy po zawrotnych cenach i obiecywanie początkującym zawodnikom gruszek na wierzbie w zamian za podpisanie umowy”. Cytowany wyżej działacz „Arki” dodaje kolejny gwóźdź do trumny w słowach, które są ironicznym komentarzem do przedstawionych w innym miejscu pracy uwag na temat stosowalności do piłkarstwa terminów takich jak „klient”: „W normalnych warunkach agent podpisuje z piłkarzem umowę o reprezentację i wtedy to zawodnik jest jego klientem, a co za tym idzie – płatnikiem. Czasami oczywiście zdarzy się, że jakiś zespół poprosi menedżera o pomoc, o znalezienie piłkarza. I wtedy on płaci. Ale u nas często tak nie jest. Czyżniewski: – Bardzo często dochodzi do sytuacji, gdy agent bierze kasę z dwóch stron” (Omachel 2013).

Empirycznej ilustracji dla tej listy zarzutów dostarcza m.in. historia, jaką opowiada Czyżniewski: „znany menedżer [...] występuje w jakiejś tam stacji telewizyjnej i biadoli. A jaki to ten futbol zły, a jaka to szkoda, że w naszych klubach nie daje się szansy młodym Polakom. A jaki to bezsens, by ściągać ciągle te zagraniczne ochłapy. I wie pan co? Schodzi człowiek z anteny, mija może kwadrans i dzwoni mój telefon. On. - Cześć „Czyżyk”, słuchaj, mam dla ciebie Białorusina. I potem problem ma klub, stający przed wyborem. Albo polski piłkarz, który dobrze rokuje, ale obok niego jest agent, który chce dużej prowizji. Opcja druga? Piłkarz z zagranicy, pewnie słabszy, trochę taka niewiadoma. Ale jest mniejszym wydatkiem, bo menedżer nie żąda aż tyle. Dla dobra polskiej piłki powinien wziąć Polaka. Ale dla dobra swoich finansów wybierze drugą opcję. W rozmowie z Czyżniewskim padają ostre słowa. Mówi, że menedżerowie traktują swoich klientów jak mięso armatnie. – Często jest tak, że mamy młodego piłkarza i ten piłkarz ma wybór. Albo klub w pierwszej lidze i w nim pewne miejsce w składzie. Albo jakaś potężna firma, Wisła czy Lech, gdzie czeka go na początku gra w Młodej Ekstraklasie. Wiadomo, że dla jego rozwoju lepsza jest pierwsza liga. Ale 99 procentów agentów nie będzie się tym kierować. I wepchnie go w objęcia tego dużego klubu – tłumaczy. – To jest dżungla. Prawie wszyscy agenci to ludzie bez zasad. Oni robią wodę z mózgu młodym chłopakom już na samym starcie – opowiada dziś Czyżniewski w rozmowie z NaTemat. – Na początku łapią kontakt z młodym, zdolnym piłkarzem. Mówią mu, ile on za parę lat będzie zarabiał, jaki to nie będzie bogaty. Zapraszają rodziców, wożą drogimi autami, biorą do luksusowych knajp. I potem taki chłopak myśli, że jak ma menedżera, to z miejsca jest lepszym piłkarzem. A jego agent? Jest umowa, potem transfer, skasowana prowizja i do widzenia. Poza tym bardzo często do takich umów wpisuje się horrendalnie wysokie kary umowne. Paranoja – podsumowuje” (Omachel 2013).

Za naszą miedzą tendencje są podobne, choć naturalnie skala jest często nieporównywalna, jak w przypadku wspomnianego wyżej portugalskiego króla agentów, posiadacza najwartościowszej na kuli ziemskiej agencji – Gestifute - wycenianej na 536 mln euro (Kaźmierczak 2013). Piłkarscy agenci byli zaangażowani średnio w „siedmiu na dziesięć transakcji. W 2012 roku zarobili 163 miliony dolarów na samych prowizjach. Zgarnęli około 28% z całego transferowego obrotu gotówką w danym roku. Angielskie kluby zapłaciły im najwięcej - aż 77 mln funtów”(Kaźmierczak 2013) .

W ostatnich latach ich rola ciągle rośnie., zaskakujący transfer Hulka do odległej i zimnej Rosji czy wzmiankowana wyżej zamiana Radamela Falcao uczestnika przyszłej edycji Ligi Mistrzów na beniaminka Ligue 1 to tylko wybrane przykłady ostatnich głośnych „agenturalnych” operacji. Jednak jest coś co niepokoi wszystkich, którym leży na sercu rozwój futbolu nawet bardziej od wspomnianych wyżej statystyk. A jest to, ni mniej ni więcej, jak tylko lumpenstatus całej „góry lodowej” poza względnie zdrowym wierzchołkiem. Okazuje się, że raptem jedną na pięć transakcji przeprowadzono przy pomocy licencjonowanych agentów. Pozostałe dokonywały osoby występujące w imieniu agentów, którzy utracili prawa licencyjne bądź ci bez licencji. To oznacza, że agentem może zostać niemal każdy. A jeśli ktoś zapragnie zrobić certyfikat, to nie ma z tym najmniejszego problemu. Może podróżować po krajach i zdawać egzaminy do skutku.

“Biznes agencyjny jest jak dziki zachód, brudny, zbyt biurokratyczny i czasochłonny, by mogła zajmować się nim FIFA” – brzmiała szokująca deklaracja, jaką złożył Tor-Kristian Karlsen, skaut i dyrektor sportowy. “To dlatego właśnie ogólnonarodowa organizacja piłkarska zaniechała stworzenia systemu regulującego agencje. Dalej w wywiadzie dla BBC Sport Karlson opowiada: „W Ameryce Południowej można spotkać zawodników, posiadających kilku agentów, z którymi kontrakty parafowali jego rodzice, gdy ten był nastolatkiem. Kiedy taki gracz przechodzi do profesjonalnej drużyny albo przenosi się za granicę, wszyscy pukają do drzwi, domagając się ustalonej w umowie prowizji. Tego po prostu nie da się kontrolować” (Każmierczak 2013). Piłkarska „Agentura” to

wielkie i szybkie kariery, z drugiej strony złamane i katastrofalne kariery, monstrualne pieniądze i horrendalne prowizje, ogromne oczekiwania i znacznie większy zawód – w futbolu pełno takich historii, a autorami niektórych są agenci. "Po meczach w młodzieżowej reprezentacji Anglii U-21 miałem mnóstwo ofert od agentów, telefon nie przestawał dzwonić. Podpisałem kontrakt z jednym z nich, ale od chwili, gdy rozpoczęliśmy współpracę, nie odezwał się przez kolejne dwa lata. Osobiście musiałem negocjować mój kontrakt. Później otrzymałem od niego list, że jestem mu winien 700 tysięcy funtów z tytułu prowizji. Wszystko było legalne, musiałem zapłacić" – żalił się na łamach pisma „The National” bramkarz Richard Lee.

Dla klubów agenci to zazwyczaj czyste zło. Przy pierwszej lepszej okazji starają się wytransferować swoich klientów tam, gdzie więcej płacą. Terry Robinson, dyrektor Stoke City, opisał w „The National” łudząco podobną sytuację: Uzgodniliśmy umowę z zawodnikiem. W tym samym momencie on i jego agent wyszli na zewnątrz, aby to jeszcze przedyskutować, ale potem już ich nigdy nie zobaczyliśmy. Porozumieli się z inną ekipą. Nie powiedzieli nam nic (Kaźmierczak 2013).

Podobne źródła są pożywką dla podobnych jak w przypadku Polski ocen:

Steve Bruce, wcześniej menadżer Birmingham City, Wigan Athletic i Sunderlandu, agentów określił mianem pasożytów. Kiedy kierował Sunderland, w ataku zespołu grał Asamoah Gyan. Spędził tam zaledwie sezon i niespodziewanie przeszedł do Al Ain, drużyny ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zdaniem Bruce’a to wina agencji, której brzydkie sztuczki namąciły w głowie reprezentanta Ghany.

Artykuł z „The National” przywołuje wypowiedzi i opinie na temat agentów wygłaszane przez ludzi bezpośrednio związanych z futbolem. Bernard Halford - sekretarz Manchesteru City przez prawie cztery dekady - uważa, że wzrost znaczenia agentów to największa zmiana w futbolu: Dawniej ściągałeś piłkarza i on występował u ciebie do końca. Dzisiaj agenci stale niepokoją graczy i próbują ich wytransferować. Nawet nie widzisz się z nim w trakcie negocjacji. Jeżeli nie dogadasz się z agentem, to także nie pozyskasz zawodnika.

Z kolei Brian McDermott - wcześniej szkoleniowiec FC Reading, a aktualnie Leeds United – przyznaje:

"Zauważyłem, że wpływ agentów rośnie w zawrotnym tempie od kilku sezonów. W 2006 roku, kiedy wprowadziłem Reading do Premier League, nie dało się kupić kogoś kogo się chciało, bez kontaktu z odpowiednim agentem." - "Nie było zbyt wielu agentów, którzy pragnęli z nami współpracować, ponieważ widzieli w nas murowanych kandydatów do spadku" – skarżył się w tym samym artykule Tony Pulis, trener, który w 2008 roku wywalczył ze Stoke City awans do pierwszej ligi.

Pomimo tego uważa się, że agenci to zło konieczne, a dla większości graczy są oni po prostu niezbędni. To oni odwalają brudną i papierkową robotę. Promują tych młodych i niedoświadczonych, krążą od klubu do klubu i szukają potencjalnych pracodawców (Kaźmierczak 2013).

“Cała sztuka”, jak czytamy w artykule, “polega więc na tym, żeby trafić w ręce porządnego agenta”. Naturalnie taka rada to świadectwo bezradności a jednocześnie nieznajomości podstaw funkcjonowania gospodarki kapitalistycznej; gdyby cała ona rządziła się takimi mechanizmami, nie wyszlibyśmy z przysłowiowych jaskiń. Respektowanie umów, zaufanie do partnera itp. cnoty są wbudowane w stosunki gospodarowania właściwe kapitalizmowi - proszę sobie przypomnieć, jak kulała nasza młodokapitalistyczna gospodarka pod garbem zatorów płatniczych, kiedy to firmy nie uważały za stosowne płacić za zamówione towary lub płacić na czas. Albo spójrzmy na Grecję i inne gospodarki południa Europy, gdzie niepłacenie podatków jest sportem narodowym i gdzie uważa się, że tylko frajerzy spłacają swe zobowiązania wobec fiskusa. Skutki są tak jasne jak światło południa:

Richard Garland, agent i właściciel agencji Apollo Sports Agents, nauczony własnym doświadczeniem, w wywiadzie dla portalu youthfootball.org.uk próbując bronić przedstawicieli swego zawodu skończył na dodatkowym ich obciążeniu. "Są agenci, którzy faktycznie pomagają zawodnikom, ale dużo jest również takich, którzy myślą wyłącznie o kasie. Masa ludzi pretenduje do miana agentów, lecz tak naprawdę chodzi im jedynie o zarabianie pieniędzy poprzez sprzedaż i negocjowanie kontraktów".

Według Garlanda potrafią oni wydoić ze swoich klientów, ile się tylko da: - "Pewien młodzieniec grał parę lat temu na Ukrainie. Jego agent brał 55% prowizji. Nie zdawał sobie z tego sprawy, aż do czasu gdy zmieniał zespół. Zgłosił to do FIFA, ale agent nie posiadał licencji, więc nikt nie mógł nic zrobić. Chłopak stracił jakiś milion euro, które poszły bezpośrednio do kieszeni agenta".

Ten problem dotyczy głównie państw wschodniej części Europy czy bardziej egzotycznych krajów. W Anglii kluby otrzymują listę uprawnionych agentów, z którymi mogą pertraktować umowę zawodnika.

Mają odgórny zakaz kontaktu z agentami pozbawionymi licencji. - "Wśród agentów nie brakuje oszustów. Jest taki jeden, który wyszukuje futbolistów dla ekipy w Tajlandii. Prosi jedynie o pokrycie kosztów podróży" - mówi Garland w tym samym wywiadzie. Kiedy jemu pokrewni agenci otrzymują pieniądze, natychmiast się ulatniają, z dnia na dzień słuch o nich ginie. Kuszą juniorów obietnicą testów w słynnych drużynach, a w istocie są to tylko puste obietnice. FIFA i federacje są jednak bezradne.

Agenci wykorzystują młodych graczy, zatruwają ich wyobraźnie wizjami sławy i olbrzymimi zarobkami, żerują na chłopięcej naiwności. - "Miał zostać zwolniony przez Arsenal Londyn. Sądził, że kiedy skończy z angielską drużyną, będzie mógł przejść do Realu Madryt bądź FC Barcelony. Powiedziałem mu, że nie kontaktowałbym się z nim, gdyby Real i Barcelona rzeczywiście były zainteresowane" – opowiada w wywiadzie Garland.

[...] Brian Clough już dawno temu powtarzał, że agenci spowodują śmierć futbolu. Sir Alex Ferguson ostrzegał, że to poważne zagrożenie dla przyszłości piłki nożnej. Gary Neville nawoływał, by usunąć agentów z dyscypliny. Jeśli dzisiaj żyjemy w erze wielkich piłkarskich herosów i magów ławek trenerskich, to musimy się również przyzwyczaić do tego, że żyjemy też w erze futbolowych superagentów. FIFA dopiero teraz planuje wprowadzenie zmian, które zmniejszyłyby ich rolę na rynku transferowym. Jednak doświadczenia z Finansowym Fair Play pokazują, jak trudne zadanie czeka włodarzy światowego futbolu (Kaźmierczak 2013).

Swoją drogą wypowiedź sławnego trenera klubu Manchester United to dość pikantny przejaw obłudy w obliczu faktów świadczących, że w sercu rzekomo całkowicie zracjonalizowanego systemu kwitnie partykularystyczna prywata: agencja sportowa Elite prowadzona przez syna Alexa Fergusona zarobiła na nepotystycznych kontraktach 13 mln funtów (Grant 2004).

Historia

Stan stosunków własnościowych tworzący przeciwstawne tło dla rozpatrywanej wyżej całkowitej rozporządzalności zawodniczą siłą roboczą najlepiej poznamy przyglądając się historii kształtowania się owych relacji.

Jest otóż faktem, iż od początku istnienia zorganizowanego sportu zawodowego w Stanach Zjednoczonych właściciele klubów mieli niemal nieograniczone prawo własności do siły roboczej zatrudnianych zawodników. Gracz, który raz podpisał kontrakt z zespołem, należał do niego nawet wtedy, gdy umowa dobiegła końca (była to tzw. reserve clause), w czym nietrudno dopatrzyć się podobieństwa strukturalnego do położenia feudalnego chłopa przypisanego do ziemi, które to przypisanie, ograniczając jego swobodę dysponowania siłą roboczą stanowiło o jej częściowej własności ze strony pana feudalnego. Tak też zawodnik poddany temu reżimowi nie miał prawa wyboru nowego pracodawcy, chyba że poprzedni zwolnił go z kontraktu lub oddał do innego klubu. Reserve clause w oczywisty sposób ograniczała mu możliwość negocjacji zarobków i zmuszała do przyjęcia - jak łatwo wnosić, z reguły niekorzystnych - warunków klubu, który (znowu pamiętając o skrótowym wyrażeniu faktycznych stosunków własnościowych za pomocą terminu instytucji jako podmiotu owych stosunków, rozszyfrowania którego tutaj się nie dokonuje w interesie zwięzłości jedynie) ujmując rzecz w kategoriach znanych teorii ekonomicznej wykorzystuje swoją pozycję monopsoniczną dla realizacji super wyzysku swoich pracowników, dla których jedynym narzędziem oporu mogło być w ich sytuacji wycofanie siły roboczej w nadziei na skłonienie pracodawcy do zaoferowania korzystniejszych warunków. Ale skuteczność takiej broni musiała być ograniczona, zważywszy na fundamentalny fakt ekonomicznego przytwierdzenia do danego klubu, który mógł z pracownikiem postępować wedle woli właściciela, np. wymieniając go na innego, sprzedając itp.

Zgodnie z marksowską teorią wartości dodatkowej, przypomnieć warto, w usługach nie powstaje produkt i wartość dodatkowa, ale istniejąca własność prywatna warunków świadczenia usług, podobnie jak się to dzieje w pozostałych działach gospodarki poza procesami pracy materialnej, umożliwia właścicielowi przywłaszczanie przypadającej na niego proporcjonalnej cząstki globalnego zysku wytworzonego gdzie indziej. Bardziej szczegółowo mówiąc, każdy kapitalista funkcjonujący w sferze usług (a więc i w tej ich dziedzinie jaką tworzą rozrywki sportowe) jest właścicielem obiektywnych środków świadczenia usług oraz pieniądza niezbędnego zarówno dla odtwarzania tych środków, jak i opłacania siły roboczej zatrudnianych przezeń pracowników, wykonawców danego rodzaju usług; „Sprzedaż tych ostatnich publiczności zwraca mu płace i zysk” (Marks 1956, s. 161). Owe usługi, które tak oto zakupił, dają mu możliwość ponownego nabycia analogicznych usług, to znaczy same odnawiają fundusz, z którego się je opłaca. W poszczególnych dziedzinach usług istnieją mniejsze lub większe możliwości korzystania z produktów nauki lub wykorzystywania przyrodniczo-społecznych agentów pracy - w sporcie zwłaszcza te pierwsze odgrywają znaczną, nie zawsze chlubną rolę (sztuczny, niedozwolony doping [3] ), który kładzie się cieniem na olimpijskich ideałach barona de Coubertin do tego stopnia, że coraz częściej słyszy się głosy o celowości zalegalizowania korzystania przez sportowców ze wszelkich środków chemicznych i innych, jakich jest im w stanie dostarczyć współczesna nauka dla sztucznego wspomożenia ich potencjału: wytrzymałości, szybkości itp. Można skomentować ironicznie, że istotnie przyniosłoby to spore oszczędności na wydatkach na testy, specjalistów różnej maści itd., a co najważniejsze chyba, oszczędziłoby sporo wydatków kibicom, bo ciekawe, kto z nich chciałby brać udział w takim potiomkinowskim spektaklu, podczas gdy to, co dla laika może sprowadzać się w znacznej mierze do gry pozorów, jednak owocuje co jakiś czas strąceniem z piedestału kolejnego medalisty olimpijskiego czy innego asa sportu.

Naturalnie nie należy zapominać o zdecydowanie pozytywnych funkcjach odgrywanych w sporcie, w tym w piłkarstwie, przez środki pracy oparte na nauce. Odpowiedni niedawny przykład dotyczy triumfujących w słynnej Super Ball New England Patriots, którzy pokonali Seattle Seahawks dzięki interwencji swego obrońcy Malcolma Butlera, która może wydawać się nadprzyrodzona dopóty, dopóki nie wie się, że zwycięska drużyna wykorzystując technikę błyskawicznego uczenia się studiowała taśmy video ze spotkań swych rywali w celu obmyślania prawdopodobnych kontr posunięć na zagrania rywali, jedno z których okazało się rozstrzygające dla wyniku meczu (Spiar 2015).

Jak wspomniano, powyżej nakreślone stosunki własnościowe panowały w wielu północnoamerykańskich grach zespołowych. Pierwszym sportem w którym oficjalnie zaczęto kwestionować zasadność owej reserve clause był jednak nie futbol lecz baseball. W 1969 roku Curt Flood, zaporowy St. Louis Cardinals, został oddany do Philadelphia Phillies (Flynn 2006). Czarnoskóry zawodnik nie zaakceptował transferu, tłumacząc to niskim poziomem sportowym nowego klubu (co odnosi się do wzmiankowanej wyżej zasady uspołecznienia posiadanej siły roboczej, która równie jak na korzyść może działać na niekorzyść danego gracza, w wypadku jeśli jego koledzy z drużyny reprezentują słabe umiejętności, co musi odbijać się na ilości zdobywanych przez niego samego punktów w ligowej klasyfikacji ), rasizmem jego fanów oraz złym stanem stadionu w Filadelfii. Wkrótce po tym zwrócił się do komisarza MLB Bowie’ego Kuhna o uznanie go wolnym agentem i zezwolenie na wybór miejsca zatrudnienia, jednak Kuhn odrzucił postulat Flooda. Miesiąc później Flood złożył w sądzie pozew przeciwko Kunhowi i MLB, ale wobec braku poparcia innych graczy - zarabiających niemałe sumy i niechętnych podejmowaniu sporów z właścicielami - sprawę przegrał, co doskonale ilustruje wagę czynników klasowo-własnościowych. Gracze strzegli swych burżuazyjnych pozycji, a można się spodziewać, że ich solidarność klasowa w stosunku do kolegi wzrosłaby, gdyby przysługiwała im tylko ich własna siła robocza.

Jednak mimo że jego wysiłki nie przyniosły bezpośrednich rezultatów, sprawa Flooda okazała się przełomem, podnosząc świadomość praw pracowniczych wśród innych graczy i otwierając drogę do zniesienia reverse clause, a MLB doprowadziła do wprowadzenia przepisu, który pozwalał zawodnikowi z co najmniej dziesięcioletnim stażem w lidze i co najmniej pięcioletnim w jego ostatnim klubie na niewyrażenie zgody na swój transfer, co stanowiło znaczny postęp jeśli chodzi o rozporządzanie własną siłą roboczą przez zawodnika. Raz uruchomione procesy trudno już było zatrzymać.

Na początku 1975 roku miotacz Andy Messersmith nie doszedł do porozumienia z Los Angeles Dodgers w sprawie nowego kontraktu, wobec czego klub automatycznie przedłużył z nim umowę o kolejny rok. Po zakończeniu sezonu 1975 Messersmith uznał - interpretując umowę zbiorową pomiędzy graczami i właścicielami - że jego kontrakt z Los Angeles wygasł i stał się on wolnym agentem czyli swobodnym dysponentem swej siły roboczej. Ze stanowiskiem Messersmitha nie zgodziło się kierownictwo Dodgers i sprawa trafiła pod sąd arbitrażowy, a pozew w imieniu zawodnika złożył związek graczy. Reprezentanci Messersmitha, obawiając się, że uzgodni on nowy kontrakt i stracą głównego zainteresowanego, zwrócili się do Dave’a McNally’ego, miotacza Montreal Expos, który zakończył karierę w tym samym roku, ale będąc w podobnej sytuacji co Messersmith, zgodził się wesprzeć związek (Ruck et al. 2010). Właściciel Expos próbował jeszcze przekonać McNally’ego wysokimi zarobkami do powrotu na boisko i uniknięcia sądu, ale bezskutecznie, co stanowi wedle autora fakt wysoce optymistyczny, albowiem pokazujący granice rzekomo nieodpartej i nieograniczonej mocy pieniądza. Temida jeśli nie zerknęła w międzyczasie na boisko, to w każdym razie słuchała uważnie stron zabierających głos w pałacu sprawiedliwości. Efekt...? Pod koniec grudnia 1975 sędzia Peter Seitz ogłosił, że racja stoi po stronie graczy. Jego decyzja wprowadziła do powszechnego użycia pojęcie „wolnego agenta”, wkrótce zaadoptowane przez inne dyscypliny zawodowego sportu w USA.

Czytelnikom należy się jeszcze krótki szkic rozwoju sytuacji w zakresie relacji własności siły roboczej specyficznie w futbolu amerykańskim. 18 czerwca 1921 r. NFL zatwierdziła swój pierwszy statut sankcjonujący m.in. reserve clause, analogiczną do tej funkcjonującej w baseballu (Willis 2010: 137). Jej istotę stanowiła gwarancja pierwszeństwa danego zespołu w kontraktowaniu siły roboczej zawodnika po wygaśnięciu umowy z nim. Klub zastrzegał sobie na mocy owej klauzuli prawo do dalszego zawodowego wykorzystywania zawodniczej siły roboczej i to pracodawcy przysługiwała możliwość wyboru - w tym wypadku jednej z dwóch alternatyw. Dopiero gdy klub sam zrezygnował z tego prawnie mu przyznanego monopolu (technicznie: monopsonu), gracz, z jakim jego dotychczasowy pracodawca nie życzył sobie przedłużyć umowy, mógł starać się poszukiwać nowego. Teoretycznie zatem, wspomniana klauzula wieczyście przywiązywała pracownika (Algeo 2006, s. 150) do pracodawcy, że użyjemy tego mylącego terminu.

Co prawda oficjalnie reserve clause została wyeliminowana ze statutu ligi w 1948 r. (Lyons 2010, s.186), kiedy to zastąpiono ją nowym wynalazkiem o nazwie podobnej do tego stopnia, że większość nadal używała nazwy starej (Lyons 2010, s.176) dla oznaczenia tego, co sama liga określała odtąd jako klauzulę opcjonalną (option clause). Różnica w stosunku do poprzedniego mechanizmu polegała na tym, że w przypadku option clause drużyna może automatycznie zatrzymać gracza po wygaśnięciu dotychczasowej umowy na kolejny rok na tych samych warunkach płacowych (Ruck; Paterson and Weber 2010: 293). O tym że prawo sobie, a życie sobie, przekonuje nas sytuacja w NFL wiele dziesiątków lat później, która świadczy także, iż „potrzeba matką wynalazków”. Bo oto po przewinięciu filmu o te kilka dekad w przód widzimy, że mobilność piłkarzy tak jak była, jest nadal ograniczona, tyle że obecnie przez tzw. „regułę Rozelle’a”. Nazwa tejże pochodzi od nazwiska komisarza, który pierwszy wprowadził w życie mechanizm rekompensaty, przyznający klubowi, który utracił „wolnego agenta” na rzecz innego zespołu swoisty ekwiwalent w postaci selekcyjnych priorytetów, wśród ustawiających się kolejce do angażu w nowym sezonie młodych graczy, które odbiera się temu ostatniemu a przekazuje pierwszemu. Ponieważ możność wyboru graczy podczas tur zaciągu do drużyn ma dla zespołów ligi dużą wartość, zagrożenie jej utratą skutecznie potrafiło zniechęcić do korzystania z siły roboczej nominalnie wolnych właścicieli zawodniczej siły roboczej. Nie było chętnych do angażowania weteranów, skoro wiadomo było, że w zamian utraci się prawo wyboru młodych graczy w np. w dwóch kolejnych rundach procedury zapewniającej okresowy dopływ świeżej krwi do zespołowego sportu o którym mowa. Reguła Rozelle’a została z kolei zastąpiona przez „Plan B”, który pozwalał klubowi na sporządzenie listy 37 graczy podlegających reserve clause, natomiast ci, którzy na liście się nie znaleźli, uzyskiwali status „wolnych agentów”.

O tym, że był to co najwyżej półśrodek i to bardzo nieefektywny świadczy fakt, że na listach wspomnianych wyżej próżno było szukać zawodników z górnej półki, chyba że taki osobnik miał „szczęście w nieszczęściu” (?) i okazał się akurat kontuzjowany, co i tak wyłączało go z gry. Sądy w końcu ogłosiły, że plan B stanowi naruszenie prawa antytrustowego [antymonopolowego], co przygotowało grunt pod zaistnienie niekłamanej swobody dysponowania zawodniczą siłą roboczą (free agency). Obecnie, wyłączność korzystania z siły roboczej piłkarza rozciąga się jedynie na pierwsze trzy lata po tym jak został on wyselekcjonowany w ramach procedury uczelnianego zaciągu - kolejny bowiem czynnik zasilający zasoby prywatnej własności stanowią wyszkolenie w akademickich zespołach sportowych gracze przechodzący do prywatnych klubów, nie mówiąc już o tym, iż uformowana z mniejszym lub większym udziałem środków publicznych siła robocza stanowi obiekt ich prywatnej własności. Po upłynięciu owego trzyletniego okresu gracz uzyskuje status „ograniczonego wolnego agenta”, w ramach jakiego jego dotychczasowy pracodawca zachowuje prawo do przedstawienia mu równoważnej/konkurencyjnej oferty zatrudnienia w razie otrzymania przezeń propozycji z innego klubu. Natomiast po spędzeniu 4 lat w NFL, wraz z zakończeniem obowiązywania umowy gracz staje się „nieograniczonym wolnym agentem”, którego nie obejmują już klauzule „zastrzegających”.

Jak „kreatywny” - czy konstruktywnie czy destruktywnie to inna sprawa, zależna od klasowego punktu widzenia lub, jak kto woli, siedzenia - potrafi być interes własny, dowodzi istnienie kolejnego mechanizmu przypominającego w wszystkim z wyjątkiem nazwy klauzulę zastrzegającą. Na jego mocy koncesjonariusz może „zaklepać” sobie jednego wybranego gracza na rok (franchise tag), choć przy tym wolno im zastrzegać sobie tego samego zawodnika przez kolejne lata, co jeszcze bardziej upodabnia tę opcję do dawnej klauzuli zastrzegającej.

Owi „zaklepani” gracze są uprawnieni do otrzymywania w zamian co najmniej 120% ich płacy z poprzedniego roku, a ci, do których klub nie zastrzegł sobie wyłączności mogą przyjmować oferty zatrudnienia innych klubów; w takim przypadku jeśli macierzysty klub nie zdecyduje się wystąpić z równoważną ofertą, to otrzymuje on kompensatę w formie możności wyboru graczy z nowej puli kandydatów do ligi. Warto też zaznaczyć, że ostatnimi laty wiele klubów postanowiło nie wykorzystywać opcji wyznaczania „ometkowanego” piłkarza.

Zakończmy część pierwszą naszego krótkiego cyklu akcentem, który równoważy optymistyczną wymowę przedstawionego nie tak dawno argumentu, a dającym się odczytać - w potocznym sensie - jako potwierdzenie wynikającego z władzy pieniądza duchowego zniewolenia pracowników zatrudnionych w omawianym sektorze usług. W kategoriach teoretycznych raportowane fakty dotyczą ograniczenia własności siły quasi-roboczej, obejmującej te składniki osobowości, jakie są koniecznym warunkiem wykonania działań nazywanych w strukturalizmie socjoekonomicznym quasi-pracami [4].

Fakty, o których mowa wiążą się z wprowadzaniem przez same kluby do kontraktów z graczami lub przez sponsorujące tych ostatnich firmy tzw. klauzul moralnych, dających prawo sponsorowi do wycofania się z kontraktu w razie uznania dojścia do jakiegoś rodzaju nieetycznego czynu danego zawodnika. Motywem jest naturalnie dążenie do ochrony własnej marki. Jednak o ile można uznać za zrozumiałe uruchamianie takich klauzul w razie przyłapania zawodnika na dopingu lub zażywaniu narkotyków, to koncerny okazują się stosować wygodną dla siebie nader szeroką interpretację zachowań rzekomo naruszających ich handlowe interesy, co wiedzie do daleko posuniętej ingerencji w życie prywatne piłkarzy.

Przykładowo, gwiazdor NFL Rashard Mendenhall, z drużyny Pittsburgh Steelers podzielił się na forum popularnego Twittera swoimi uwagami na temat śmierci Osamy Bin Ladena, sugerując, jakoby wydarzenia 9/11 mogły być niczym innym jak efektem spisku, co odzwierciedla skądinąd nagminne wśród jego ziomków upodobanie do konspiracyjnych teorii dziejów. Koncern Hanesbrands, który podpisał kontrakt reklamowy ze wspomnianym graczem uznał jednak ten incydent za wystarczający powód do tego, by ten ostatni rozwiązać (Leonard 2014). Piłkarz uznawszy to za pogwałcenie prawa do swobody wypowiedzi postanowił odwołać się do sądu, ale jak wyjaśnia autorka artykułu, słynna pierwsza poprawka do konstytucji, gdzie znajduje się odnośny zapis, w danej sytuacji stosowałaby się jedynie do podmiotów rządowych dążących do ograniczenia wolności słowa gracza. Przede wszystkim zaś, gracze podpisując umowy podporządkowują się regułom określanym przez ligę, a ta organizacja sportowa, jako ciało prywatne, ma pełne prawo do tworzenia własnych zasad postępowania pod jedynym warunkiem, że nie naruszają one federalnego prawa pracy (pierwsza poprawka nie jest traktowana, jako część tego ostatniego). Podobnie, po naszej stronie oceanu Europejska Komisja Praw Człowieka zapowiedziała, że nie należy interpretować jako naruszenia prawa do swobody wypowiedzi czyjegoś dobrowolnego ograniczenia tejże swobody (Leonard 2014).

Zakończenie

Optyka powyższego opracowania była z konieczności ograniczona; jej pole wiedzenia obejmowało nawet nie wszystkie, lecz głównie te związane z rynkiem transferowym stosunki własności zawodniczej siły roboczej. Wzmiankowana jedynie np. została rola kolektywnego posiadania siły roboczej graczy piłkarskich, nie podjęto analizy relacji między osiągnięciowymi a przypisaniowymi aspektami położenia klasowego graczy. Co najważniejsze zaś, nie skonceptualizowano problemu wynagrodzeń zawodowych piłkarzy, technicznie pracowników najemnych zatrudnianych przez kluby futbolowe. To właśnie kluczowe zagadnienie, z uwagi na jego wagę a także - podobnie jak i temat powyższego eseju - dziewiczy charakter, pragniemy uczynić przedmiotem drugiego odcinka krótkiego cyklu "Gra w klasy". Wszak w powyższym tekście znalazły się jedynie pojedyncze wzmianki dotyczące przeciwnego, własnościowo-klasowego bieguna: tj. własności kapitału.




LITERATURA:

Matthew A., 2006, Last Team Standing, Philadelphia: Da Capo Press.

Antonioni, P., Cubbin, J., 2000, The Bosman Ruling and the Emergence of a Single Market in Soccer talent, “European Journal of Law and Economics”, Vol. 9, Issue 2, ss. 157-173.

Biszof B., Sachs K., 2013, Ekstaklasa piłkarskiego biznesu, Warszawa, PZPN.

Burt J., 2008, How Mendes has made himself key player behind the biggest deals in Europe “The Independent”, 13 czerwca.

Burton M., 1995, Who is Jean-Marc Bosman?, “The Independent”, 21 września.

Flynn M., Gilbert R., 2001, An Analysis of Professional Sports Leagues as Joint Ventures, “Economic Journal” Vol 111, ss. F27-F46.

Collins T., 2013, Sport in Capitalist Society: A Short History, London: Routledge.

Frick, B., Wagner, G., 1996, Bosman und die Folgen, “WiSt Wirtschaftswissenschaftliches Studium” Vol. 25, Issue 12, ss. 611-615.

Grant W., 2007, An Analytical Framework for a Political Economy of Football, “British Politics”, pp. 69-90 dostępne pod adresem: http://dx.doi.org/10.1057/palgrave.bp.

Grant W., 2004, Glazer bid reports raise skepticism, “Economy of Football”, 11/8, dostęp http://wyngrant.tripod.com/ManUtd.html.

Conn D., 2012, Model bangs the drum for club, country and the people’s game, “The Observer”, 1 grudnia.

Conn D., 2011, How Manchester United’s Bébé went from street kid to €9m player, “The Guardian”, 20 stycznia.

Hughes M., 2009, Jorge Mendes: from bar owner to football super-agent, The Times, 12 czerwca.

Johnston P., 2014, Third-party ownership ban illegal – Mendes, “Daily Mail”, 3 lutego.

Kahn L. 1993, Free Agency, Long-term Contracts and Compensation in Major League Baseball: Estimates from Panel Data, ”The Review of Economics and Statistics” Vol 75, ss. 157-64.

Kahn L., 2000, The sports business as a labor market laboratory, “Journal of Economic Perspectives” Vol. 14, Nr. 3, ss. 75-94.

Komisja Europejska, 2013, Piłka nierównych szans, dostęp: http://ec.europa.eu/polska/news/130207_pilka_nozna_pl.htm.

Leonard P., 2014, How is Sport Professionalising its “Twitterati”?, “Forbes”, 14 marca.

Lyons, Robert S., 2010, On Any Given Sunday, A Life of Bert Bell, Philadelphia:Temple University Press.

Kaźmierczak K., 2013, Agenci - nowe gwiazdy futbolu, dostęp: http://krotkapilka.pl/artykul,agenci_nowe_gwiazdy_futbolu,643

Madu Zito. 2013, Falcao, Atlético Madrid, third-party ownership and deferred dreams, “Times”, 13 czerwca.

Marks K., 1956, Kapitał, t. 2, Warszawa: KiW.

Omachel R., 2013, Czy piłkarscy agenci to ludzie bez zasad, czy tylko ze złym wizerunkiem?, “Newsweek Polska” 3 czerwca.

Phillips M., 2011, Jean-Marc Bosman’s fight against depression and alcoholism, “The Sun”, 21 marca.

Polti R., 2005, The football players’ trade as a global commodity chain. Transactional networks from Africa to Europe, “The Workshop on Social Networks of Traders and Managers in Africa”, Bayeruth, 4 listopada.

Raphael A., 2001, Our man in Madrid, “The Observer”, 4 marca.

Roşca V., 2012, The Financial Contribution of International Footballer Trading to the Romanian Football League and to the National Economy, “Bucharest Academy of Economic Studies” Vol XIX, Nr. 4(569), ss. 145-166.

Ruck R., Paterson M. J., i Weber, M. P., 2010, Rooney: a Sporting Life, Lincoln: University of Nebraska Press.

Simmons R., 1996, The demand for English league football: a club level analysis, “Applied Economics”, 28, ss. 139-55,

Spear S., 2015, Ready to win: what police, companies and the rest of us can learn from the Patriots, “Conversation.com”, 10 lutego.

Willis Ch., 2010, The Man Who Built the National Football League: Joe F. Carr, Lanham, MD: Scarecrow Press.

[1] W szeregu prac (m.in. Tittenbrun 2011a, 2011b, 2012) argumentuje się na rzecz koncepcji o dzierżawie (w odróżnieniu od sprzedaży) siły roboczej (w żadnym razie pracy!).

[2] Dokładniej mówiąc, w Ameryce mogą oni swobodnie negocjować swe warunki zatrudnienia z innymi klubami do tygodnia przed rozpoczęciem się okresu angażu.

[3] Futbol angielski - przykładowo - przeżył okres fascynacji wyciągami z małpich gruczołów i innymi medykamentami w latach 50 (Collins 2013).

[4] Quasiprace często nie różnią się od prac danego typu, natomiast ich socjoekonomiczną swoistość polega na tym, że nie są czynnościami zarobkowymi.

Dodano dnia:18 marca 2016

Niedawno opublikowane