David Hume

List do Gilberta Elliota

List Hume’a do Gilberta Elliota pochodzi z czasów pracy nad Dialogami o religii naturalnej. Sir Gilbert Elliot, trzeci baronet Minto, był bliskim przyjacielem Hume’a. Zaprzyjaźnili się prawdopodobnie w czasie studiów na Uniwersytecie Edynburskim i mimo różnic temperamentu i poglądów ich przyjaźń przetrwała do końca życia Hume’a. Jak widać z listu, Hume darzył swego przyjaciela dużym szacunkiem i zaufaniem, prosząc go o radę i pomoc w pisaniu dialogu. Jako starszy szkockiego kościoła prezbiteriańskiego Elliot wydawał się odpowiednią osobą, by wesprzeć argumenty broniącego religii Kleantesa; Hume lekko tylko skrywał przed przyjacielem, że jego własne poglądy czynią go nieprzekonującym obrońcą takich racji. Elliot, mimo iż krytycznie nastawiony do sceptycznych poglądów Hume’a, zgodził się na prośbę przyjaciela, i – być może w nadziei na przekonanie go do swoich – przesłał mu obszerną odpowiedź. Trudno powiedzieć, na ile wpłynęła ona na ostateczną postać wypowiedzi bohatera dialogu, niewątpliwe jest natomiast, że przekonania Hume’a nie uległy zmianie.

Podstawą tłumaczenia jest wydanie listów Hume’a pod redakcją 
J.Y.T. Craiga (Oxford 1932). Tekst porównano z edycją: David Hume. Writings on Religion, Chicago & La Salle 1992, opracowanej i opatrzonej przypisami przez Antony’ego Flewa.

Do Gilberta Elliota z Minto

Ninewells pod Berwick, 10 marca 1751

Szanowny Panie,

Mógł się Pan zorientować na podstawie fragmentu, jaki Panu dałem, że uczyniłem Kleantesa głównym bohaterem Dialogu. Jeśli przyjdzie Panu do głowy cokolwiek, co mogłoby wzmocnić jego pozycję w dyskusji, przyjmę to 
z największą ochotą. Jakakolwiek skłonność w stronę przeciwną, o którą mógłby mnie Pan podejrzewać, pojawiła się wbrew mojej woli: całkiem niedawno spaliłem stary rękopis książki, którą napisałem nie ukończywszy dwudziestu lat; zawierała ona strona po stronie stopniowy rozwój moich poglądów na ten temat. Zaczęło się to niespokojnym poszukiwaniem argumentów na potwierdzenie powszechnej opinii: wkradały się wątpliwości, rozpraszały się, powracały, były ponownie rozpraszane i znów powracały; tak oto niespokojna wyobraźnia nieustanne zmagała się ze skłonnością, a być może nawet z rozumem.

Często myślałem, że najlepszy sposób komponowania dialogu to taki, 
w którym dwie osoby o odmiennych poglądach na ważny temat piszą na zmianę swoje części dyskursu i odpowiadają sobie nawzajem. Tak można uniknąć pospolitego błędu wkładania w usta przeciwnika samych nonsensów, a tym samym sprawić, zachowując różnorodność charakterów i umysłów, że całość prezentuje się w sposób bardziej naturalny i niewymuszony. Gdybym miał szczęście mieszkać blisko Pana, wziąłbym na siebie rolę Filona: w dialogu, co sam Pan przyzna, mógłbym go wspierać całkiem naturalnie; Pan natomiast nie oponowałby przeciw roli Kleantesa. Myślę także, że żaden z nas nie dałby się ponieść emocjom, choć Pan nie nabrał jeszcze doskonałego filozoficznego dys-tansu do tych zagadnień. Jakież to zagrożenie może pochodzić od badań poszukującego rozumu? Najgorszy spekulatywny sceptyk, jakiego kiedykolwiek znałem, był znacznie lepszym człowiekiem niż najlepszy z przesądnych świętoszków i bigotów. Muszę Pana również poinformować, że taki właśnie był pogląd starożytnych w tej kwestii. Jeśli jakiś człowiek zdecydował się poświęcić filozofii, zawsze oczekiwano, bez względu na wybraną przezeń szkołę, że w jego życiu i obyczajach więcej będzie porządku niż u ludzi ciemnych i nieokrzesanych. Godny uwagi fragment na ten temat można znaleźć u Appiana. Historyk zauważa, że mimo zakorzenionego upodobania do wiedzy niektórzy filozofowie poważnie nadużywali absolutnej władzy, kiedy zostali nią obdarzeni: wymienia tu Krytiasza, najbardziej srogiego z Trzydziestu Tyranów, i Aristona, który rządził w Atenach za czasów Sulli. Zbadawszy sprawę, odkryłem, że Krytiasz był zadeklarowanym ateistą, Ariston zaś – epikurejczykiem, co wychodzi właś-ciwie na jedno. A jednak Appian dziwi się ich zepsuciu, jak gdyby byli stoikami czy platonikami. Współczesny fanatyk pomyślałby, że takie zepsucie było przecież nieuniknione.

Chciałbym, aby racje Kleantesa można było analizować dopóty, dopóki nie staną się zupełnie formalne i regularne. Obawiam się jednak, że sama skłonność umysłu do nich zostanie uznana za niepewną podstawę, o ile nie będzie tak silna i powszechna, jak zaufanie do naszych zmysłów i doświadczenia. W tej właśnie kwestii potrzebuję Pańskiej pomocy. Musimy postarać się dowieść, że ta skłonność jest czymś wyraźnie różnym od naszej dążności, by odnajdować własną postać w chmurach, własną twarz – w tarczy księżyca, a włas-ne doznania i uczucia – nawet w nieożywionej materii. Taka dążność może 
i powinna być pod kontrolą i nigdy nie może stanowić uzasadnionej podstawy dla przekonania.

Argumenty, które wybrałem dla Kleantesa, są, mam nadzieję, dość trafne 
i konfuzja, w jakiej przedstawiam sceptyka, wydaje się naturalna. Jednak 
si quid novisti rectius etc. [1]

Pyta mnie Pan: „Jeśli idea przyczyny i skutku to nic więcej jak sąsiedztwo (powinien Pan powiedzieć: ‘stałe sąsiedztwo’ albo ‘regularne powiązanie’), chętnie bym się dowiedział, skąd pochodzi dalsza idea, przeciw której występujesz, tzn. przyczynowość?”. Pytanie jest zasadne, ale sądzę, że już na nie odpowiedziałem. Czujemy, że dzięki stałemu powiązaniu łatwo jest przejść od jednego pojęcia do innego, albo powiązać je w wyobraźni. Ponieważ zaś zazwyczaj przenosimy swoje odczucia na przedmioty, od których pochodzą, łączymy wewnętrzne przekonanie z zewnętrznymi przedmiotami. Jeśli żadne przypadki przyczyny i skutku nie wydają się powiązane inaczej niż przez powtarzanie się tego, co podobne, będzie Pan sam musiał uciec się [w wyjaśnieniach] do tej teorii.

Przykro mi, że nasza korespondencja doprowadziła nas do tak abstrakcyjnych rozważań. Ostatnio bardzo niewiele na ten temat myślałem, czytałem 
i pisałem. Cały mój czas był zajęty sprawami moralności, polityki i literatury; mimo to muszę uznawać inne zagadnienia za ciekawsze, ważniejsze, zabawniejsze i bardziej przydatne, niby jakieś geometrie, które są głębsze od Euklidesa. Jeśli trzeba położyć nowe fundamenty filozofii po to, by znaleźć odpowiedź na pojawiające się wątpliwości, czyż te ostatnie nie są same niezwykle użyteczne? Czyż nie są lepsze od ślepego i bezrozumnego przekonania? Mam nadzieję, że potrafię znaleźć odpowiedź na moje własne wątpliwości; lecz jeśli bym nie zdołał, czy ktoś się powinien temu dziwić? Nadając sobie powagi i ubierając rzecz w piękne słowa, mógłbym zauważyć, że Kolumb nie podbił imperiów ani nie założył kolonii.

Jeśli w tekstach, które ostatnio Panu wysłałem, nie rozsupłałem tego węzła tak dobrze, jak to być może zrobiłem we wcześniejszych, nie stało się to – zapewniam – wskutek niedostatku dobrej woli; po prostu niektóre zagadnienia są łatwiejsze od innych, niekiedy też ma się więcej szczęścia w badaniach i dociekaniach niż kiedy indziej. Mogę się tu jednak znów odwołać do si quid novisti rectius: nie żeby Panu schlebić, lecz z prawdziwie filozoficznej ciekawości 
i wątpliwości.

Kiedy już przebrnie Pan przez te papiery, proszę mi je odesłać przez tego samego kuriera. Nie ma jednak pośpiechu. Wręcz przeciwnie: im dłużej je Pan zatrzyma, tym mocniej będę wierzył, że poważnie myśli Pan o tym, czego od Pana oczekuję. Pozostaję Wielce Szanownemu Panu Najszczerzej oddany

David Hume

P.S. Jeśli zgodzi się Pan pomóc mi wspierać Kleantesa, myślę że nie powinien Pan posuwać się dalej niż do części trzeciej. W części drugiej dopuszcza on istotnie, że wszelkie nasze wnioskowanie oparte jest na podobieństwie dzieł natury do zwykłych skutków w umyśle. Inaczej muszą wydawać się one jedynie chaosem. Jedyną trudnością jest tu, dlaczego inne niepodobieństwa nie osłabiają argumentu. Doprawdy, może się wydawać, zarówno z doświadczenia, jak 
i z przeczucia, że nie osłabiają go tak, jakby się tego naturalnie spodziewało. Bardzo pomocna byłaby teoria, która by to wyjaśniła.

Mam nadzieję, że tę wiosnę zamierza Pan spędzić na wsi. Przykro mi słyszeć, że Pani Murray zachorowała, mam jednak nadzieję, że czuje się już lepiej.

Nie mam skrupułów w naleganiu, by napisał Pan do mnie coś poważniejszego na ten temat. Będzie to dla Pana swego rodzaju ćwiczenie dla poprawy stylu i inwencji.

Przełożył MAREK GENSLER

NOWA KRYTYKA 20–21 Rok 2007 ISSN 0867-647X

[1] Cytat odwołuje do Listów Horacego, I, 6.67–68: „Żegnaj! Jeśli znasz lepszą drogę, napisz słówko, // Jeśli nie, to za moją, radzę, idź wskazówką” (Dzieła wszystkie, II, tłum. J. Sękowski, Warszawa 2000, s. 284–285).

Dodano dnia:7 lutego 2011

Niedawno opublikowane