Ernest Jones

Psychoanalityczne studium Ducha Świętego

Ernest Jones Psychoanalityczne studium Ducha Świętego (odczyt wygłoszony na VII Międzynarodowym Kongresie Psychoanalitycznym, 27 września 1922 r.)(11.03.2009)

Od lewej z przodu: Sigmund Freud, Granville Stanley Hall, C.G.Jung; z tyłu: Abraham Brill, Ernest Jones, Sándor Ferenczi (1909)

Niezależnie od tego, jakie fakty uda się jeszcze ustalić na temat historycznej postaci Założyciela Chrześcijaństwa, autorzy którzy położyli fundament pod studia porównawcze nad religią pewni są, że wiele z wierzeń Go otaczających to naddatki do źródłowej bazy wywodzące się z niepowiązanych z nią pogańskich źródeł, oraz że studium tych naddatków można określić całkiem trafnie mianem mitologii chrześcijańskiej. Jak to ujmuje Frazer,[ ] "Nie ma nic pewniejszego nad to, że wokół wielkich postaci historycznych mity plenią się jak chwasty" [1]

Pewne kluczowe elementy owej mitologii zostały już zbadane przez Freuda z pomocą metody psychoanalitycznej. Jego zdaniem sam dogmat podstawowy chrześcijaństwa - wiara w to, że ludzkość ma zostać zbawiona ze swych grzechów poprzez ofiarę Chrystusa ukrzyżowanego - jest pewnym rozwinięciem prymitywnego systemu totemicznego. Freud [2]dopatruje się istoty tego systemu w próbie uśmierzenia poczucia winy związanego z kompleksem Edypa, czyli z tłumieniem pierwotnie nagradzanych impulsów kazirodczych i ojcobójczych.

Istnieją dobre powody żeby twierdzić, że kompleks ten jest ostatecznym źródłem "grzechu pierworodnego" znanego nam z opisu teologów. Jest to pierwszy ze wszystkich wielki grzech ludzkości, przez który zrodziła się nasza świadomość moralna i poczucie winy. Wczesna historia ludzkości to dzieje konfliktu między skłonnością do popełniania tego wielkiego grzechu i moralną reakcją przeciw niemu. Jest ona powtarzana przez każde przychodzące na świat dziecko, opowieść religii zaś to dzieje nigdy nie ziszczającej się nadziei na pokonanie kompleksu Edypa i osiągnięcie spokoju ducha po zadośćuczynieniu Ojcu. Freud wskazał na to, że biorąc pod uwagę inne warianty tej opowieści, takie jak mitraizm, cechą szczególną chrześcijaństwa jest to, że wierny osiąga pojednanie w drodze bezwzględnego poddania się Ojcu, zamiast otwarcie wystąpić przeciw Niemu żeby Go pokonać. To poddanie się, którego prototypem jest ukrzyżowanie, co pewien czas jest powtarzane w ceremoniach mszy i komunii świętej, które pod względem psychologicznym stanowią odpowiednik uczty totemicznej. W ich trakcie gniew Ojca zostaje uśmierzony a Syn zajmuje miejsce jako równy Jemu. W czasie uczty ponownie przeżywa się źródłowy czyn schwytania Ojca i Jego pożarcia, a także pełną skruchy gotowość, żeby ponownie zjednać się z Nim i utożsamić. Z tego punktu widzenia chrześcijańskie pojednanie z Ojcem osiąga się, jak widać, nadmiernie umacniając w wiernych ich pierwiastek żeński.

Mam nadzieję, że niniejsze wystąpienie zdoła dodatkowo potwierdzić wnioski Freuda dzięki podjęciu badań na równoległym torze. Kilka lat temu w piśmie "Jahrbuch der Psychoanalyse" ukazał się mój esej na temat zapłodnienia Matki Boskiej, to co zaprezentuję dzisiaj opiera się w znacznej mierze na poszerzonej wersji tego szkicu, która niebawem winna ukazać się w przekładzie [3]. Podjęcie prowadzonych wówczas badań zaowocowało postawieniem następującej kwestii.

"The Committee:" (left to right seated) Freud, Sàndor Ferenczi, and Hanns Sachs (standing) Otto Rank, Karl Abraham, Max Eitingon, and Ernest Jones Berlin, 1922 Becker Maas, photographic studi

W mitologii chrześcijańskiej rzuca się w oczy pewna osobliwość. Jest to jedyna mitologia, w której nie występują trzy postaci podstawowe, a czczona Trójca nie składa się z Ojca, Matki oraz Syna. Ojciec i Syn pojawiają się, brak jednak Matki, przyczyna ich konfliktu zostaje więc tym samym zastąpiona przez tajemniczą figurę Świętego Ducha. Konkluzja ta jest nieodparta. Matka stanowi logiczne uzupełnienie każdej Trójcy, której osobami są już Syn i Ojciec, taki jest zresztą skład nieprzebranego mnóstwa znanych nam Trójc mitologicznych. Przede wszystkim jednak, można przedstawić znaczną ilość niepoślednich dowodów na to, że taki skład miała również Trójca w pierwotnym micie chrześcijaństwa. Na gruncie czysto historycznym tezę tę uprawomocnia materiał dowodowy który przedstawia Frazer [4].Pierwotna Matka uznawana (np. według sekty Ofitów) za trzecią osobę Trójcy wydaje się wprawdzie mieć źródła Egipsko-Babilońskie, mamy jednak mocne podstawy żeby twierdzić, że mglista postać Matki działa również w tle mitologii hebrajskiej. Właściwa lekcja słów z Księgi Rodzaju: "Duch Boży unosił się nad wodami" winna brzmieć: "Matka Bogów wysiadywała jaja (lub polatywała) nad otchłanią niosąc życie"; widzimy tu ptakopodobną figurę Matki, którą należy kojarzyć nie tylko z Gołąbkiem (to znaczy z Duchem Świętym który zastąpił Matkę), lecz także z legendą, wedle której Izyda spłodziła Horusa polatując jako sokół nad zwłokami Ozyrysa. I chociaż ściśle patriarchalna teologia hebrajska zesłała Matkę w dziedzinę bezwzględnego podporządkowania, Syna-Mesjasza przeniosła zaś w daleką przyszłość, zachowały się w niej mimo to normalne relacje między trojgiem. Przyjmijmy więc, że wyjaśnienie zamiany Matki na Ducha powinno rzucić światło na naturę rewolucji psychologicznej, której zwiastunem było rozwinięcie judaizmu do postaci chrześcijaństwa.

Z uwagi na charakter przyjętej tu metody, należy poddać analizie okoliczności poczęcia Mesjasza. Wybór takiego podejścia uzasadniam dwojako. Po pierwsze, jak każdemu wiadomo, postać Ducha Świętego zjawia się w micie tylko jako czynnik zapładniający przy poczęciu Syna, oraz jako nektar błogosławieństwa które spływa na Niego gdy przechodzi inicjacyjny rytuał chrztu (w drugiej formie Duch nawiedza później także Jego uczniów). Po drugie, jak to pokazał niegdyś Otto Rank [5].dążenie każdego mitu przejawia się już w jego pierwszym akcie, który nazywa on Mitem Narodzin Bohatera. Namysł nad mitem chrześcijańskim daje nam asumpt żeby uznać, że prawo to i do niego się stosuje, a skoro tak, badanie nad poczęciem Jezusa może wyjawić nić przewodnią i dążenie całego mitu.

W punkcie wyjścia zauważmy więc, że sam koncept poczęcia jako sprawionego przez nadprzyrodzone i nienaturalne środki sugeruje już, ku czemu zmierza mit. Mówi nam to od razu, że w sferze relacji z Ojcem zachodzi konflikt, niezwykły sposób zapłodnienia implikuje bowiem, co wiemy dzięki innym studiom, chęć nieuznania faktu, że Ojciec w ogóle brał w nim udział. W takiej sytuacji może też, chociaż nie musi, wystąpić tendencja przeciwstawna - pragnienie by wzmóc i uczynić godną podziwu właściwą Ojcu potęgę. Podobna ambiwalencja przejawia się wyraźnie w dawnej wierze, że dzieci płodzone są nie przez ich Ojca lecz dzięki zapłodnieniu Matki przez właściwy totem klanu - totem ma tu być nad-Ojcem, jego rodowym substytutem. Nie zdziwi nas więc gdy ujawnimy, że chrześcijański mit, jak większość mitów religijnych, musi dotyczyć Ojca, Syna i ich odwiecznej walki.

Musimy pamiętać o tym, że poczęcie Jezusa zaszło w warunkach ze wszech miar osobliwych. Z reguły bóg, który zapłodnić chce śmiertelną, pojawia się na ziemi w postaci ludzkiej lub jako zwierzę o fallicznych atrybutach (wąż, byk i tym podobne), po czym zapładnia ją w drodze zwykłego spółkowania. W micie Madonny Ojciec ani Bóg nie pojawiają się w ogóle, o ile Archanioła Gabriela nie uzna się za Jego personifikację; do zapłodnienia zaś dochodzi dzięki anielskiemu słowu pozdrowienia i tchnieniu gołębia które w tej samej chwili wnikają do Jej ucha. Gołąb występujący jako reprezentacja Ducha Świętego emanuje z ust Ojca. Duch Święty i Jego tchnienie pełnią zatem rolę czynnika seksualnego, jawiąc się w miejscach w których logika kazałaby nam oczekiwać odpowiednio: fallusa i spermy. Możemy przytoczyć słowa świętego Zenona: "Łono Marii spłynęło nie nasieniem, ale Słowem"; oraz św. Eleuteriusza: "O błogosławiona Dziewico (...) uczyniona matką bez udziału mężczyzny. Ucho twe było żoną, a mężem anielskie słowo”.

Łatwo dostrzec, że teraz problem jeszcze bardziej się zagmatwał. Ustaliliśmy, że tajemnicza postać która zastępuje Matkę jest bytem płci męskiej i symbolizuje Ojcowski czynnik sprawczy: w ten sposób dodaliśmy nową zagadkę do poprzedniej. Zanim jednak się z nią zmierzymy należy bardziej wnikliwie rozważyć szczegóły zapłodnienia Marii.

Podjęcie ich porównawczej analizy prowadzi nas ku nieoczekiwanym rezultatom. Kiedy staramy się dociec, jakim sposobem w umysłowości pierwotnej (czyli nieświadomej) tchnieniu zostały nadane wcześniej wspomniane konotacje nasienne, dochodzimy do wniosku, że doszło do tego na bardzo okrężnej drodze. Jak to dokładnie wykazałem w pracy, na którą powoływałem się uprzednio, pojęcie oddychania nie miało dla umysłowości prymitywnej tego ścisłego i wąsko określonego sensu, który mu nadajemy dziś. Studia nad grecką i indyjską myślą fizjologiczną uczą nas, że pojęcie tchnienia miało o wiele szerszy zakres, który związany był z tak zwanym konceptem pneumy, oraz że ważne składniki tej koncepcji – jest to prawdopodobne przynajmniej w odniesieniu do większości jej aspektów seksualnych – wiązały się z innym sposobem wydzielania gazów, tym zachodzącym w dolnym końcu układu pokarmowego. To, wedle określenia z literatury wedyjskiej, „zstępujące tchnienie” było czynnikiem zapładniającym w świetle licznych podań na temat stworzenia przez dech i poprzez słowo. Analogiczna analiza ucha jako kobiecego narządu receptywnego przywodzi nas do konkluzji, że mamy tu do czynienia z symbolicznym zastąpieniem, „przesunięciem z dołu do góry” myśli związanych z dolnym ujściem układu pokarmowego. Jeśli połączyć te dwa wnioski trudno z kolei nie uznać, że badana przez nas zawarta w micie legenda stanowi wysoce wysublimowane i skrzętnie zamaskowane rozwinięcie omawianej już przez mnie w innym miejscu „dziecięcej teorii seksualności”, wedle której zapłodnienie ma miejsce dzięki przejściu gazów trawiennych z ciała Ojca do ciała Matki [6].Wskazywałem też na przyczyny, dla których ta najbardziej odrażająca z fantazji erotycznych mówi najwięcej o najwznioślejszych porywach ducha do jakich jest zdolny nasz umysł.

Dziecięca teoria seksualności posiada pewne charakterystyczne właściwości, które możemy odkryć dzięki psychoanalizie poszczególnych wyznających ją osób i w toku badań porównawczych przez zestawianie z nią innego materiału. Przy pobieżnym namyśle można by uznać, że implikuje ona odmowę uznania mocy sprawczej Ojca i że przejawia się w niej w pewnej formie chęć wykastrowania go. Jest to prawda, ale nie cała. Z drugiej strony zauważamy bowiem ze zdziwieniem, że motyw więzi łączącej wiatr i tworzenie jest niemal zawsze, we wszystkich niezliczonych jego odmianach skojarzony z całkiem przeciwnym wyobrażeniem potężnego fallusa, który ma zdolność poruszania wiatrem. Stąd też w większości pochodzących z różnych części świata wierzeń związanych z ideą stwórczego gromu pojawia się jakiegoś rodzaju broń-grom, której najlepiej znany i najbardziej rozpowszechniony przykład stanowi bullroarer. Co więcej zdaje się, że dla umysłowości prymitywnej idea zapłodnienia mocą samego wiatru wiąże się zwykle z wyobrażeniem szczególnie wielkiej mocy, jako że władza stwarzania przy użyciu samego dźwięku, słowa czy nawet myśli stanowi dla niej oznakę niesłychanej męskiej siły. Pełnym rozwinięciem tej koncepcji jest wizja zapłodnienia bez dźwięku, tylko cichą myślą, obecna choćby w wierzeniach bliskich sercom różnych średniowiecznych mniszek, sądzących że zaszły w ciążę gdyż Jezus „miał je na myśli”.

Wspaniałą i z wielu punktów widzenia interesującą ilustrację takiego powiązania idei stanowić mogą pewne wierzenia egipskie, których przedmiotem był krokodyl. Wiążą się one zresztą bezpośrednio z badanym przez nas zagadnieniem, krokodyl został bowiem uznany przez wczesnych chrześcijan za symbol Syna (Słowa) lud Ducha Świętego; co więcej wierzono, że stworzenie to jest zapładniane przez partnera poprzez ucho, podobnie jak Najświętsza Maria Panna. Zauważmy z kolei, że krokodyl znany był starożytnym jako zwierzę nie mające zewnętrznych organów płciowych, języka ani zdolności wydawania głosu (są to symboliczne znamiona impotencji), oraz ponadto, że z drugiej strony – mimo tych ściśle negatywnych jakości (a może właśnie przez nie) – sądzono, że jest on zwierzęciem obdarzonym w najwyższym stopniu męską siłą i używano go przy wyrobie wielu afrodyzjaków. Krokodyl był znakiem wiedzy, podobnie jak wąż, jaszczurka na piersi Minewry i inne przedmioty falliczne. Zdaje się więc, że zdaniem starożytnych wszechmoc myśli znaczyła więcej od wszechmocy słowa, najpotężniejszym zaś czynnikiem stwórczym musiała być Ludzka Cisza.

Wiemy, że ta tendencja do nadmiernego podkreślania rodzicielskiej mocy nie jest zjawiskiem samoistnym, ale wynikiem przeniesienia; projekcją osobistego narcyzmu w obliczu lęku przed wykastrowaniem jako karą za żywioną chęć kastracji Ojca. Dochodzimy zatem do wniosku, wspieranego również przez wyniki psychoanaliz indywidualnych, że wiara w zapłodnienie za pośrednictwem gazu stanowi formę reakcji na niezwykle intensywne fantazje kastracyjne, oraz że występuje ona tylko gdy nastawienie względem Ojca cechuje szczególnie silna ambiwalencja, a wrogie zaprzeczanie Jego mocy przeplata się z poddaniem się najwyższej sile i jej afirmacją.

W micie chrześcijańskim widoczne są obydwie te tendencje. Zapłodnienie zachodzi dzięki action a distance, przez posłańca, zaś droga na której do niego dochodzi (forma gazowa) świadczy o niesłychanej władzy Ojca, której Syn jest zupełnie podporządkowany. Z drugiej strony, instrument użyty do samego zapłodnienia nie jest bynajmniej bardzo męski. Gołąb jest znakiem wszystkich wielkich bogiń miłości, jak Afrodyta, Astarte i Semiramida, wiemy też, że Zeus pod postacią gołębia uwiódł Fteję. Gołąb jest więc co prawda symbolem fallicznym, przede wszystkim wiąże się jednak z miłością w formie zalotów łagodnych i czułych. Mówiąc krótko, jest to najbardziej niemęski ze wszystkich fallicznych symboli.

Widzimy więc, że moc Ojca może się tu przejawiać tylko w połączeniu z oznakami zniewieścienia. Ten sam motyw widać jeszcze wyraźniej w przypadku Syna. Osiąga on wielkość, podporządkowuje sobie matkę i godzi się z Ojcem dopiero po przejściu skrajnych upokorzeń, do tego po symbolicznej kastracji i po własnej śmierci. Każdy naśladowca Jezusa kroczy podobną ścieżką, dążąc do osiągnięcia zbawienia za cenę łagodności, pokory i podporządkowania się Ojcowskiej woli. Ścieżka ta wiedzie w stronę samokastracji; w sytuacjach skrajnych do rzeczywistego samookaleczenia, na ogół jednak do zastępujących je aktów symbolicznych. W ten sposób osiągany jest podwójny zysk. W drodze regresji miłość do matki-obiektu zostaje zastąpiona przez pierwotną identyfikację, dzięki czemu wyklucza się możliwość kazirodztwa jednocześnie pacyfikując Ojca; ponadto pojawia się możliwość zyskania miłości Ojca, o ile przyjmie się wobec niego postawę kobiecą. Spokój ducha zyskuje się tu za cenę zmiany postaw pozorującej zmianę płci.

Powróćmy teraz do kwestii psychologicznego znaczenia Ducha Świętego. Jak ustaliliśmy, stanowi on złożenie pierwotnej Bogini-Matki z twórczą esencją (genitaliami) Ojca. Patrząc na to w ten sposób możemy zrozumieć, dlaczego grzech przeciw Duchowi Świętemu nazywany jest „grzechem niewybaczalnym” i na czym polega szczególna okropność, którą się cechuje. Tego rodzaju wykroczenie jest w planie symbolicznym równoważne zhańbieniu Świętej Matki i próbie wykastrowania Ojca. Jako próba zaspokojenia impulsów edypalnych oznaczałoby to powtórzenie grzechu pierworodnego, który jest grzechem wszystkich grzechów. Teza ta zgadza się w zupełności z doświadczeniem klinicznym. Neurotyk niemal zawsze utożsamia się z owym grzechem w akcie masturbacji, której sens psychologiczny polega, jak ustalono, na podświadomym powiązaniu jej z marzeniem kazirodczym.

W świetle dotychczasowych ustaleń można by zechcieć odnieść postać Ducha Świętego do przerażającej wizji pierwotnej Matki jako fantazmatycznej „kobiety z członkiem”. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Zjednoczenie Matki z Ojcowskim pierwiastkiem twórczym sprawia, że wszelka kobiecość znika, a nowopowstała postać jest jednoznacznie męska. To odwrócenie płci stanowi tu właściwy problem wymagający wyjaśnienia.

Z uwagi na wymienione wcześniej okoliczności ta zmiana płci musi wiązać się z aktem poczęcia. Przypomina nam się tu inny interesujący przykład zmiany płci związany z tymże aktem. W swych błyskotliwych studiach nad rytami inicjacyjnymi i kuwadą Reik wykazał [7] ,że obyczaje te, za pomocą bardzo szczególnych, lecz przytomnych środków, starają się realizować zamiar, którym jest represja impulsów edypalnych, rozumianych jako chęć zabicia Ojca i współżycia z Matką. Wśród ludów dzikich trwa głęboko zakorzeniony pogląd, nie całkiem zresztą bezpodstawny, wedle którego fatalna siła pożądania łącząca syna z matką wynika z samego faktu biologicznego macierzyństwa. Stosuje się różne skomplikowane procedury żeby, na ile to możliwe, faktowi temu zaprzeczyć. W ramach ustanawianej fikcji chłopiec zostaje w każdym szczególe zrodzony na nowo dzięki Ojcu. W ten sposób Ojciec stara się, po pierwsze, wyrugować wszystkie ślady życzeń kazirodczych, po drugie zaś, przywiązać potomka do siebie – dzięki tym dwóm manipulacjom spodziewa się uniknąć ojcobójstwa. W języku teorii instynktów powiemy więc, że poddany sublimacji homoseksualizm zastępuje kazirodczą fiksację heteroseksualną.

Jeśli uświadomimy sobie zasięg opisywanej tendencji - według Reika podobne ryty spotyka się w każdej części świata - bez ryzyka możemy uznać interesujący nas przypadek postawienia płci męskiej w miejscu kobiecej za jej przejaw. Twierdzę więc, że w przemianie Bogini Matki w Ducha Świętego znalazła swój wyraz potrzeba stłumienia impulsów kazirodczych i ojcobójczych przez zbudowania w ich miejscu silniejszej więzi z Ojcem, przy czym zjawisko to stanowi ścisły odpowiednik rytów przejścia znanych dzikim ludom. Tłumaczy to, dlaczego religia Chrześcijańska kładzie większy od Judaizmu nacisk na miłość jednostki do Boga Ojca. Na rzecz mojej tezy przemawia też szeroka rola jaką pełni poddany sublimacji homoseksualizm w całej religii chrześcijańskiej. Zdaniem Freuda osobliwa zasada powszechnej miłości braterskiej, zgodnie z którą każdy powinien kochać jak siebie nie tylko sąsiada, ale nawet wroga, nakłada na nas w sferze społecznej zobowiązania, którym możemy sprostać tylko dzięki uczuciom o proweniencji homoseksualnej. Oznaki braku męskich cech u kleru - kobiece stroje, przymusowy celibat, golenie głów i tym podobne - stanowią ekwiwalent symbolicznej samokastracji.

Tak utworzona postać stanowi androgyniczny kompromis. Łączy w sobie cechy obydwu płci, rezygnuje z pewnych męskich prerogatyw w zamian zyskując prawo do rodzenia dzieci. Ten hermafrodytyczny ideał dany nam przez chrześcijaństwo okazał się mieć nieocenione znaczenie dla ludzkości. Oto jedno z ważniejszych źródeł cywilizującego wpływu tej religii - człowiek pierwotny nabywa kulturę opanowując kompleks Edypa i przekształcając go w dużej mierze w wysublimowaną postać homoseksualizmu (instynkt stadny, bez którego nie może istnieć żadne społeczeństwo). Wiemy teraz, dlaczego prawdziwe chrześcijańskie nawrócenie określa się zwykle jako "odnowę w duchu Świętym", a jego znakiem jest zanurzenie się nawróconego w wodzie (symbol narodzin); możemy też wreszcie zrozumieć, czemu, na co wskazałem w innym szkicu [8], płyn używany do chrztu wywieść można prosto z płynów ustrojowych (uryny i spermy) Ojca. Przy okazji przestaje nas dziwić, dlaczego do najmocniej przeżywanych nawróceń dochodzi wśród osób w wieku pokwitania (czyli w homoseksualnej fazie dojrzewania) a w wieku dojrzałym wśród pijaków; pamiętajmy, że pijaństwo stanowi szczególną oznakę konfliktu wewnętrznego na tle wypartego homoseksualizmu.

Konkluzje, do których doszliśmy, zgodne są z tezą Freuda na temat związku łączącego religię chrześcijańską i totemizm, której dowodził podążając inną niż my ścieżką. Chrześcijaństwo stanowi w dużej mierze powrót do pierwotnego systemu totemicznego, ale też jego udoskonalenie. Tak samo jak w totemizmie, relacje z Ojcem cechuje w nim ostra ambiwalencja, tyle że aspekt wrogości jest wypierany w znacznie wyższym stopniu. Tą samą tendencję widzimy w opisanych przez Reika prymitywnych ceremoniach inicjacji. Postęp, który się względem nich dokonał polega na tym, że postawienie czynnika męskiego przed żeńskim w porządku prokreacji ma miejsce wcześniej - nie w czasie pokwitania ale w momencie narodzin; podobne przesunięty w czasie został też chrzest jako akt inicjacji. Zamiast czekać do okresu pokwitania, żeby dokonać odrodzenia przy pomocy ojca i zapomnieć, że pochodzi się od matki, w chrześcijańskim micie przekształca się sam moment narodzin.

Rozważając dzieje przekształcenia Bogini-Matki w Ducha Świętego pominęliśmy pewien rzucający nam się w oczy wątek. Choć w chrześcijańskiej Trójcy miejsce Matki wziął na wyłączność Duch, jest jeszcze jedna postać kobieca, która odgrywa dużą rolę w teologii: Maria Dziewica. Dawna Bogini została zatem, mówiąc ściśle i używając języka mitoznawców, „rozłożona” [decomposition] na dwoje; po części stając się Duchem Świętym, po części Świętą Panienką. Aby dopełnić naszej analizy musimy powiedzieć trochę o drugiej z tych osób.

Z punktu widzenia psychologii, postać boskiego Ojca lub Matki, czyli Boga lub Bogini, stanowi dziecięcą wizję Ojca lub Matki jako osoby obdarzonej wszelkimi atrybutami doskonałości i siły, uwielbianej i traktowanej z czcią. Rozpatrywana przez nas dekompozycja polega na tym, że atrybuty przypisywane Matce przez dziecko uległy przeniesieniu na ideę Ducha Świętego, podczas gdy cechy czysto ludzkie, znane dorosłemu, pozostały cechami pewnej prostej kobiety. W pierwszym przypadku ma miejsce omówiony już przez nas przypadek zmiany płci. Pomijając ten aspekt, proces dekompozycji przypomina rozszczepienie pojęć, do którego dochodzi zwykle w latach dojrzewania, kiedy w oparciu o rozdźwięk w żywionych uczuciach młody człowiek dzieli kobiety na dwie kategorie, w pierwszej z nich umieszczając te, z którymi może się zetknąć śmiertelnik, w drugiej zaś niedostępne i godne czci istoty do których zbliżać mu się zabroniono. Formy skrajne znamy jako dziwkę oraz „damę”. Dzięki wynikom psychoanaliz niezliczonej ilości przypadków wiemy, że rozszczepienie to jest prostą projekcją dwóch typów uczuć żywionych dawniej przez chłopca wobec Matki; te z nich, które żywi się w oderwaniu od celów seksualnych zostają powiązane z rozmaitymi szacownymi osobami, podczas gdy inne, o grubszym zabarwieniu erotycznym, znajdują ujście tylko wobec dziwek, służących i kobiet podobnej klasy. Zarówno „dama” jak i dziwka stanowią więc formy pochodne Matki. Możemy uznać, że podział pierwotnej Bogini na dwie osoby, do którego doszło w Chrześcijaństwie, jest przejawem podobnego wyparcia impulsów kazirodczych.

Rolę Dziewicy Marii można wyjaśnić odwołując się do tych ustaleń i zestawiając kobiety z mitologii chrześcijańskiej z kobietami z innych Trójc mitologicznych. Do tego celu wybierzmy trzy postacie szczegółowo analizowane przez Frazera; każda z nich niegdyś poważnie rywalizowała o wpływy z Chrześcijaństwem i każda stanowi źródło pewnych jego podstawowych elementów. Mam na myśli trzech Bogów-Zbawicieli, Adonisa, Attisa i Ozyrysa. W przypadku każdego z nich mamy do czynienia z Synem-Kochankiem, który ginie, zwykle wykastrowany, następnie zaś jest opłakiwany, głównie przez kobiety, a jego zmartwychwstanie jest początkiem dobrobytu i zbawienia wszystkich ludzi. Dwaj pierwsi Zbawcy różną się w pewnym ważnym aspekcie od trzeciego. O ile bowiem Adonis i Attis, jako impotenci, podlegli są Bogini-Matce (odpowiednio: Astarte i Cybele), o tyle Ozyrys jest uznawany za co najmniej równie potężnego jak Izyda. Pisze Frazer: „O ile legendy przedstawiają zwykle Adonisa i Attisa jako prostych zakochanych chłopców, myśliwych bądź pasterzy, których nieludzka miłość bogini wyniosła na krótką, pełną melancholii chwilę ponad ich przyziemną sferę, o tyle Ozyrys w tradycji pojawia się zawsze jako król, wspaniały i dobrotliwy.”J. [9]. W dalszej części wywodu stwierdza jednak, że „(...) wszystko to może świadczyć o tym, że Isis stanowiła niegdyś potężniejsze bóstwo w parze, podobnie jak Cybele i Astarte" [10]. Szereg imion: Astarte, Izyda, Maria, przedstawia więc serię Matek coraz bardziej odartych z mocy. Maria, choć zachowała wszelkie doskonałości, straciła boską, nieprzystępną chwałę i stała się po prostu dobrą kobietą. To umniejszanie pierwotnej Matki i rugowanie z jej obrazu elementów postrzeganych z punktu widzenia dziecka koresponduje z przypisaną przez nas mitologii chrześcijańskiej tendencją do wywyższania Ojca kosztem Matki. Wskazywaliśmy już, że robi się to w celu stłumienia impulsów kazirodczych przez umocnienie więzi z Ojcem.

Chwila namysłu nad historią wiary chrześcijańskiej pozwala stwierdzić, że wyznaczony cel zrealizowany został tylko częściowo; że zaproponowane rozwiązanie kompleksu Edypa nie było powszechnie stosowalne; oraz że wieczny konflikt pomiędzy Synem i Ojcem trwał nadal prowadząc do nowych prób rozstrzygnięcia. W społeczeństwie od zawsze znającym kult Bogini proces przechodzenia od Matki do Ducha Świętego musiał od pierwszej chwili mieć niespokojny przebieg. Pewne sekty obstawały przy boskości Marii, jako właściwej dziedziczki Isis, Hery, Astarte, Afrodyty i innych bogiń, a podjętej przez Melchitów próbie utrzymania pierwotnej Trójcy złożonej z Ojca, Marii i Mesjasza kres położył dopiero I Sobór Nicejski. Na tysiąc lat kwestia przycichła, być może z powodu wdrożenia w owych latach niezwykłego projektu synkretyzacji, dzięki któremu została zasymilowana wszelka mitologia pogańska, w tym większość mitów Bogini. W tym samym czasie coraz częściej wzywano też do przyznania Marii Dziewicy wyższego miejsca w hierarchii. Tendencja ta zwyciężyła w Kościele Katolickim, można też rzec, że nadal przybiera w nim na sile - zaledwie pół wieku temu dobiegł końca proces, w którym wykazano, że Maria została poczęta również w sposób niepokalany. Potrzeba oddawania czci Matce była wśród ludzi przemożna, toteż musiano im Ją przywrócić. W ten sposób, podobnie jak w wielu innych przypadkach, chrześcijaństwo znalazło kompromis pomiędzy obecnym u Hebrajczyków pojmowaniem poczęcia jako prerogatywy męskiej i właściwą kulturom klasycznym skłonnością do stawiania w centrum Bogini-Matki.

Wyjątkowa treść religii chrześcijańskiej, którą katolicyzm przyjął w wersji rozwodnionej, była więc bezpośrednim rozwinięciem koncepcji hebrajskiej. Reformacja Protestancka miała być najwyraźniej próbą przywrócenia pierwotnej koncepcji i rozszerzenia jej aż do ostatnich granic, czyli do oczyszczenia religii z ostatnich śladów kultu Matki; siłę owego impulsu doceni w pełni tylko ten, kto miał okazję doświadczyć z jakim wstrętem przedstawiciele radykalnie Protestanckich odłamów społeczeństwa potrafią mówić o „Szkarłatnej Kobiecie” [11]. Warto dodać, że im dalej omawiany proces postępuje, tym mniejsza staje się potrzeba przyjmowania w życiu religijnym postaw homoseksualnych; kapłani skrajnych wyznań protestanckich żenią się, nie noszą żadnych osobliwych strojów ani innych oznak pełnienia roli niewieściej, podczas gdy wszystkie te przejawy dążeń do samokastracji widać wyraźnie tam, gdzie ubóstwienie Matki jest silniejsze. Można by rzec, że protestanckie rozwiązanie kompleksu Edypa polega na zastąpieniu Matki przez Kobietę, natomiast rozwiązanie katolickie zakłada zastąpienie postawy męskiej - kobiecością.

przekład: Michał Sokolski

[1] J. Frazer, Adonis, Attis, Osiris, 1914, s. 160.

[2] Z. Freud, Totem und Tabu, 1913, s. 142.

[3] E. Jones, The Madonna’s conception through the ear, [w:] Essays in applied psychoanalysis, Londyn-Wiedeń 1923, ss. 261-359

[4] J. Frazer, The dying god, 1911, s. 5

[5] O. Rank, Der Mythus von der Geburt des Helden, 1909

[6] „Jahrbuch der Psychoanalyse”, 1912, zeszyt IV, s. 588 i nast

[7] Th. Reik, Probleme der Religionpsychologie, 1919, r. 1 i 2.

[8] E. Jones, The symbolic significance of salt in folklore and superstition, [w:] op. cit., ss. 112-203.

[9] Frazer, Adonis, Attis, Osiris, 1914, s. 158-159.

[10] Ibidem, s. 202.

[11] „Szkarłatna kobieta to obelżywa nazwa używana przez zwalczające się religie”(Wł. Kopaliński, Słownik Symboli , Warszawa 1990, hasło „Czerwień”) - przyp. tłum.

Dodano dnia:27 czerwca 2011

Niedawno opublikowane