Jacek Tittenbrun

Z deszczu pod rynnę

Jacek Tittenbrun, Z deszczu pod rynnę, meandry polskiej prywatyzacji, tomy 1-4, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2007, str. 1876.

Profesor Tadeusz Kowalik pisze o tej książce tak:

"To bezapelacyjnie dzieło życia Jacka Tittenbruna, kopalnia materiału, zwracającego uwagę na problemy i aspekty pomijane najczęściej w studiach nad polską prywatyzacją. Autor wspomina, że prowadził własne badania i kierował zespołowymi. Ale źródłem podstawowym stały się „materiały prasowe , komunikaty spółek, sprawozdania NIK, Państwowej Inspekcji Pracy i inne”. Autor odwołuje się do najróżnorodniejszych źródeł. Wśród dokumentów prasowych – korzystał nie tylko z doniesień czołowych tygodników i dzienników typu „Rzeczpospolita”, „Polityka, „Gazeta Bankowa”, czy „Puls Biznesu”, ale z najszerszego spectrum mediów od „Nie” po „Nasz Dziennik”, a nawet z takich, o istnieniu których dowiedziałem się dopiero z jego książki. Kto zna na przykład pismo Internetowe „Anty-Burżuj”? Nie przypuszczałem, że z tych ogólnie dostępnych, najczęściej publikowanych w prasie, źródeł można aż tyle wydobyć.

Tittenbrun szeroko i wielowątkowo przedstawia proces prywatyzacji, nikogo, ani organów władzy, czy polityków, ani kleru nie oszczędzając. Jest to żywa historia powstawania, wzrostu i upadku wielu firm, wielu prywatnych fortun, związków z niezweryfikowaną częścią aparatu bezpieczeństwa, starej i nowej nomenklatury. Niekiedy autor bywa tak śmiały, że czytając informacje-oskarżenia, rodzi się pytanie, czy autor nie szarżuje.

Kolejne moje zastrzeżenie jest jednocześnie wielką pochwałą autora. Na okładce tytułowej każdego tomu umieszczono zdanie (może to wydawnictwo zrobiło, najpewniej jednak za zgodą autora: „Prywatyzacja polskiej gospodarki to jeden wielki przekręt…”

Otóż, uważam to twierdzenie za przesadne, a oznacza ono jednocześnie zlekceważenie jednej z zasadniczych zalet dzieła Tittenbruna. Mianowicie, ukazuje ono aktywną rolę załóg pracowniczych w procesie prywatyzacji wielu firm państwowych, niekiedy prawdziwie klasową walkę przeciw rozkradaniu publicznego majątku. Często walka ta prowadziła do usensownienia pierwotnych pomysłów prywatyzacyjnych. Właśnie samo-świadomość pracowników, znacznie większa niż w okresie szokowej operacji Planu Balcerowicza, nie pozwala na redukowanie prywatyzacji po prostu do przekrętu"

Wydawca pisze zaś tak:

"Z deszczu pod rynnę" to niezwykła historia polskiej prywatyzacji - kluczowego procesu transformacji ustrojowej. Niezwykła nie tylko bynajmniej ze względu na ilość poświęconych jej stronic [owoc kilkunastoletniej pracy autora]. Jacek Tittenbrun, profesor socjologii z Poznania rozpoczyna tę narrację jeszcze w realnym socjalizmie i prowadzi ją przez wszelkie meandry jakim podlegała po 1989 roku. Czytelnik poznaje wszystkie większe i mniejsze, bardziej i mniej znane, a nawet te zupełnie nieznane afery i skandale w jakie obfitowały przemiany własnościowe w naszym kraju. Specyfika i walor socjologicznego i humanistycznego spojrzenia autora polega na tym, iż na tę powikłaną często historię patrzymy przez pryzmat ludzi - jednostek i grup biorących w niej udział. Takiego spojrzenia na prywatyzację dotychczas w polskiej literaturze nie było. Ale książkę wyróżnia nie tylko to; mimo kompetencji naukowych autora, mnogości przytaczanych faktów nie przytłacza ona czytelnika. Dzięki jego lekkiemu pióru nie jest to bowiem typowa akademicka księga przeznaczona i zrozumiała dla wąskiego czy wręcz elitarnego kręgu osób. Przeciwnie, styl autora w równej mierze co opisywane zdarzenia wciąga czytelnika w lekturę, nie pozwalając mu się od niej oderwać, tak jakby czytał jakiś dobry kryminał. Bo czyż historia rodzimej prywatyzacji nie była kryminałem - sugeruje autor. "

prof. dr hab. Jacek Tittenbrun (ur. 1952) - polski socjolog.

Kierownik Katedry Socjologii Przedsiębiorczości i Pracy oraz Zespołu Badań Socjoekonomicznych w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu, profesor zwyczajny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Krytyk z pozycji ortodoksyjnego marksizmu koncepcji tzw. "poznańskiej szkoły metodologicznej", głównie zaś koncepcji Leszka Nowaka. Jego główne zainteresowania naukowe obejmują socjologię gospodarki ze szczególnym uwzględnieniem problematyki własności oraz zagadnienia zróżnicowania społecznego. Jakkolwiek jego praca badawcza koncentruje się zasadniczo na pograniczu między socjologią a ekonomią, to niejednokrotnie wkracza ona w obszary zainteresowań filozofii, politologii i innych nauk społecznych. Implikacją owej interdyscyplinarności może być przesłanie do czytelników, które autor tak lubi określać trawestując Talcotta Parsonsa: Pragnąłbym, aby moje prace nie były uznane przez socjologów za zbyt ekonomiczne, a z kolei przez ekonomistów za zbyt socjologiczne. Laureat wielu nagród naukowych oraz stypendiów zagranicznych: * NATO, * Fundacji Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, * London School of Economics.Należy do wielu zagranicznych towarzystw naukowych m.in.: * European Association of Evolutionary and Comparative Studies, * European Sociological Association, * International Institute of Sociology.

Jego stale poszerzający się dorobek publikacyjny obejmuje niemal 150 szkiców i artykułów w naukowych czasopismach zagranicznych i krajowych oraz pracach zbiorowych, nie licząc wielkiej liczby pozycji publicystyki teoretycznej. Autor ponad 100 publikacji naukowych, w tym 11 samodzielnych książek (2 wydane w Londynie) i współautorstwo 5 innych. Książka Upadek socjalizmu realnego w Polsce zajęła pierwszą pozycję na liście bestsellerów wydawniczych "Nowej Europy". Tłumaczy również literaturę piękną np. studium antropologiczne Żelazny Jan Roberta Bly to bardzo wysoko oceniona powieść o męskości i męskiej inicjacji, a także o problemach i życiowych wyzwaniach współczesnego mężczyzny.

STRONA DOMOWA prof. J. Tittenbruna

Jacek Tittenbrun

"Z deszczu pod rynnę" / fragment/

BEZ MANDATU

Ekipa, która objęła władzę w 1989 r. nie miała żadnego mandatu na budowę kapitalizmu jakiej się podjęła. Wystąpienia robotnicze, których efektem było najpierw powstanie Solidarności, a potem jej legalizacja i podjęcie przez władze rozmów przy Okrągłym Stole miały w istocie wyraźne znamiona antyburżuazyjne. Również postulaty zgłaszane przez stronę Solidarnościową podczas Okrągłostołowych rozmów w niczym nie zdradzały tego co miało już wkrótce nastąpić. […] Strona solidarnościowa zasiadała przy „okrągłym stole” wiedząc, że to początek wielkich przemian, ale…przemiany wyobrażała sobie jako kontynuację procesu przerwanego 13 grudnia 1981 roku (indeksacja, czyli dodatek drożyźniany, samorząd pracowniczy i jego uprawnienia wobec dyrektorów, praca górników w wolne soboty oraz wiele innych ówczesnych zapisów) (Kuczyński, 1992). Nie zawierały też zapowiedzi kapitalistycznej restauracji hasła pod jakimi Solidarność szła do zwycięskich dla niej wyborów parlamentarnych w 1989 r. Mamy więc tu do czynienia, mutatis mutandis, z sytuacją analogiczną do tej wielokrotnie powtarzającej się za PRLu, kiedy to wystąpienia robotnicze wynosiły do władzy nową ekipę, która szybko sprzeniewierzała się swoim własnym obietnicom wyrażającym ducha żądań klasy, służącej jej jako legitymacja do rządzenia (co nazywało się w ówczesnym języku odrywaniem się od mas).

Zadanie opracowania programu przejścia od socjalizmu formalnego do realnego kapitalizmu powierzono Leszkowi Balcerowiczowi. W latach 1978-81 kierował on zespołem, który postawił sobie za cel, wedle słów samego kierownika owego zespołu, […] stworzenie projektu systemu gospodarczego, który byłby sprawniejszy od ówcześnie istniejącego, ale zarazem nie przekraczałby granic tego, co uznawaliśmy wtedy za realia polityczne. Nasza praca nie miała czysto akademickiego charakteru — była nastawiona na cel, który potencjalnie mógł mieć skutki praktyczne. Skoro wykluczyło się prywatyzację jako politycznie niemożliwą, to w pozostałym obszarze znalazły się systemy, oparte na własności „nie- prywatnej”, a jednocześnie — w jakimś sensie tego słowa — rynkowe. Logika prowadziła nas do koncepcji samorządu (Balcerowicz, 1996, s.11). W 1981 r. projekt tego samorządowego systemu przyjęła sieć wiodących zakładów przemysłowych NSZZ Solidarność. Nie ten projekt jednak stał się podstawą działania Leszka Balcerowicza, kiedy uzyskał on szansę zrealizowania go w praktyce. Przyjęty przezeń […] na początku model docelowej gospodarki był jasny… opierał się na podstawowym założeniu, że oto Polska odzyskała swobodę kształtowania swego systemu. Oznaczało to, że w polu dopuszczalnych rozwiązań znalazł się ustrój gospodarczy, który jeszcze kilka lat wcześniej wydawał się być wykluczony ze względu na ograniczenia polityczne. Nie musieliśmy wobec tego — tak, jak poprzednio — poszukiwać jakiejś „trzeciej drogi”, gospodarki rynkowej ale niekapitalistycznej (co sprowadzało się do rozmaitych wariantów systemu samorządowego). Zdobytą wolność należało wykorzystać, aby stworzyć system, który sprawdził się w praktyce. …chodziło o ustrój, który ma następujące zasadnicze cechy: przeważają w nim różnego rodzaju przedsiębiorstwa prywatne; …państwo jest odporne na naciski różnych grup interesów, włącznie z naciskami związków zawodowych. Z tak projektowanej gospodarki wynikały główne kierunki działania: prywatyzacja (Balcerowicz,1996, s.38).

Nie należy jednak wyolbrzymiać roli samej osoby L. Balcerowicza w dziele odgórnie sponsorowanego kapitalistycznego budownictwa. Zapewne z takimi lub innymi różnicami każdy z innych branych w rachubę kandydatów do tej funkcji także by ją spełnił. […] Przesądził o tym wybór głównych kierunków polityki gospodarczej zawartej w deklaracji politycznej premiera z 24 sierpnia. Miała to być polityka prowadząca do zerwania z systemem gospodarki komunistycznej. Potrzebna była ekipa liberalna, daleka od lewicy, nawet tej z solidarnościowym rodowodem… Wiedzieliśmy, czego chcemy, mówi najbliższy współpracownik premiera pierwszego post-PRL-owskiego rządu (Kuczyński, 1992, s.52).

[…] Kuczyński poszukiwał ekonomisty, który nie zmiękczałby socjalizmu, ale poszedł w kierunku liberalnym — mówi Aleksander Hall, minister odpowiedzialny za współpracę z organizacjami politycznymi i stowarzyszeniami w rządzie Mazowieckiego. O Balcerowiczu przypomniano sobie w ostatniej chwili. Wszyscy o nim zapomnieli, choć w latach 1978-1981 kierował grupą ekonomistów, która opracowała najlepszy wtedy projekt reformy gospodarczej — przyznaje Kuczyński w „Zwierzeniach zausznika”. […] Podczas tworzenia rządu mieliśmy jasność, w którą stronę powinna pójść reforma gospodarcza — wspomina Waldemar Kuczyński, najbliższywspółpracownik i szef zespołu doradców Tadeusza Mazowieckiego, a później minister przekształceń własnościowych. […] Szukaliśmy człowieka do zdefiniowanej wcześniej koncepcji. Uważałem receptę liberalną za najwłaściwszą, żadnych eksperymentów i trzecich dróg, tylko korzystanie ze sprawdzonych wzorów. Balcerowicz nie miał jakiejś tajemnej, niedostępnej innym wiedzy. Miał za to cenną cechę, ośli upór („Wprost” 52/98). Strategiczne decyzje zapadły podobno w lipcu 1989 r., czyli po wyborach, ale przed powołaniem rządu Tadeusza Mazowieckiego, na spotkaniu w Brukseli, grupy działaczy Solidarności. W spotkaniu w brukselskim, biurze Solidarności” poświęconym opracowaniu zarysu ideowego przemian społeczno-gospodarczych w Polsce uczestniczyli m.in.: Jerzy Milewski jako gospodarz, prof. Witold Trzeciakowski, późniejszy minister w rządzie T. Mazowieckiego, Jacek Merkel, J.K. Bielecki, później premier, Andrzej Milczanowski, wieloletni minister MSW, Zdzisław Najder, szef doradców premiera Jana Olszewskiego, Jeffrey Sachs, najbardziej aktywny zagraniczny doradca ministra finansów, prof. Jacek Rostowski z Londynu, doradca ministra finansów w latach 1989-1991. Ten ostatni zapytany przez „Życie Gospodarcze”, czy umowy Okrągłego Stołu nie krępowały zebranych w poszukiwaniach nowych rozwiązań, w tym prof. Trzeciakowskiego, który był sygnatariuszem ich części ekonomicznej, odpowiedział: […] Oczywiście. I chodziło tu głównie o odejście od tych umów (1 stycznia 1990 r.) zniesiono państwową regulację i kontrolę cen większości towarów (co wcześniej rząd Rakowskiego wykonał w odniesieniu do żywności). Wobec równoczesnego zniesienia większości dotacji i przy wielkich niedoborach wywołało to niebywałą eksplozję drożyzny. Ekipa Balcerowicza świadomie ją spotęgowała, podnosząc odgórną decyzją o 200% księgową wartość majątku przedsiębiorstw państwowych (na tej podstawie wyliczono wspomnianą wyżej tzw. dywidendę) i podwyższając o 400% urzędowe ceny nośników energii. Zarazem podniesiono do niebotycznej wysokości oprocentowanie kredytów bankowych — w 1990 r. wyniosło ono ponad 60%, a w 1991 r. ponad 120%. Gigantyczna inflacja uruchomiona tymi decyzjami miała być następnie zahamowana przez zmniejszenie popytu tak ze strony państwa, jak i sektora przedsiębiorstw oraz ludności. Zredukowano więc wydatki publiczne, finanse przedsiębiorstw oprócz podatku obrotowego i dochodowego uszczuplił dodatkowo podatek od wartości majątku trwałego, zwany myląco dywidendą. W wielu wypadkach okazał się on zabójczy, bo płatny, w tej samej wysokości przy malejących obrotach i dochodach. Oprocentowanie wkładów na zwykłych książeczkach PKO zwiększono tylko nieznacznie, miliony ludzi straciły więc swoje oszczędności w wyniku błyskawicznego spadku wartości pieniądza. Przykładowo, w dniu 30.11.1979 r. wpłacono na książeczkę PKO Nr 0279143 Bł-2 15 000 zł, powiększając sumę wkładu do 15 036 zł. Wpłata była przeznaczona na pokrycie kosztów pogrzebu właściciela książeczki. Suma była w zupełności wystarczająca na sprawienie przeciętnego pogrzebu, tj. na pokrycie wszystkich kosztów z tym związanych. W 1989 r. PKO dopisało obowiązujące odsetki (13. III.1989 r. — 12 781 zł), powiększając sumę do 27 817 zł, tj. do wartości 1/3 lichej trumny. W ciągu tych bez mała 10 lat PKO powiększyło oszczędności współczynnikiem 1,85, podczas gdy w styczniu 1982 r. przemnożono ceny podstawowe współczynnikiem 2,41.

Głównym instrumentem zmniejszania popytu stało się jednak blokowanie płac za pomocą podatku od ponadnormatywnego wzrostu wynagrodzeń, znanego powszechnie jako popiwek. Gwarantowało to szybki spadek realnych zarobków klas pracowniczych — tym głębszy, im wyższa inflacja. Przedsiębiorstwa zderzone ze skurczonym popytem wewnętrznym jak i zewnętrznym, w wyniku utraty rynków byłej RWPG, przygniecione ciężarem odsetek i duszone przez fiskusa, ograniczyły drastycznie produkcję, co pociągnęło za sobą masowe bezrobocie (w ramach tzw. planu Balcerowicza traciło pracę codziennie średnio ok. 3000 osób, co odpowiadało likwidacji jednego dużego zakładu przemysłowego) (Staszyński). Restrykcje narzucone przedsiębiorstwom publicznym były więc starannie przemyślane i celowo — z punktu widzenia nadrzędnego zadania ustrojowej przebudowy — dobrane. Podwójny nelson popiwku i dywidendy pchał je do przekształceń własnościowych, gdyż oba te podatki obciążały jedynie przedsiębiorstwa państwowe. Gdyby zaś mimo wszystko nie miały na taką transformację ochoty, pompy ssące polityki fiskalnej i kredytowej miały je wyniszczyć do stanu, w jakim mógłby na nich położyć rękę likwidator. Ułatwieniu zaś jego działań poprzez osłabienie załóg, z których oporem się liczono, miała posłużyć akcja Urzędu Antymonopolowego, jaki z 290 wielkich przedsiębiorstw utworzył 966 nowych podmiotów gospodarczych. Cel owej akcji określił jasno współpracujący z J. Lewandowskim J. Szomburg: […] Przedsiębiorstwa te są zbyt słabe politycznie, aby nie pozwolić się zlikwidować (Staszyński, 1997, s.29).

Politykę pieniężną wspierano innymi narzędziami z bogatego repertuaru działań makroekonomicznych, takich jak polityka celna; zniesienie bądź zredukowanie opłat importowych, połączone z zamrożeniem kursu dolara, wystawiło znaczne połacie krajowego przemysłu na rujnującą konkurencję produktów zagranicznych. „Niewidzialna ręka” rynku miała współdziałać z twardą łapą państwa w dziele likwidacji socjalistycznego sposobu produkcji, o czym bez ogródek mówił np. jeden z głównych pomocników Balcerowicza, ówczesny minister przemysłu Tadeusz Syryjczyk: […] Oczekujemy, że przedsiębiorstwa nie dostosowane do rynku zbankrutują, a ich zasoby (majątek, załoga, zaopatrzenie) przejdą do nowych przedsiębiorstw. Wedle świadectwa Ewy Tomaszewskiej, członkini KK „S” i RS AWS, posłanki AWS z 1990 r: […] Rząd wówczas wyraźnie demonstrował, że aktywność pracowników go nie obchodzi, że byli oni potrzebni tylko do walki. W lutym 1990 byłam na spotkaniu z panem Balcerowiczem w dawnych zakładach im. Róży Luksemburg. Pokazano mu czarno na białym, że to, co miało służyć rozwojowi, niszczy gospodarkę i szanse życiowe pracowników. On nie chciał tego słuchać. Szok cenowy już się wtedy pojawił, wiadomo było, że trzeba rozwiązywać pojawiające się problemy. Pomysłu nie było, była za to niechęć do rozmawiania. W jej opinii to jak elity polityczne potraktowały środowiska pracownicze”: można streścić następująco: […] Byliście potrzebni do obalenia komunizmu, a teraz won („Gazeta Wyborcza” 1.12.00).

O ile sektor publiczny poddano restrykcyjnej polityce makroekonomicznej, o tyle na drugim biegunie, dosłownie potraktowano hasło swobodnej przedsiębiorczości, usuwając wszelkie ograniczenia rozwoju gospodarczej działalności prywatnej. Forsowano przyspieszoną pierwotną akumulację prywatnego kapitału, zarówno w celu jego samoistnego rozwoju, jak i ułatwienia przejmowania przezeń denacjonalizowanego majątku. szczególnie skutecznym narzędziem tej akumulacji była całkowita swoboda obrotu dewizowego i handlu zagranicznego. W połączeniu z systemem zwolnień i ulg podatkowych, wprowadzeniem wewnętrznej wymienialności złotego, a także brakiem kontroli skarbowej, pozwoliła ona na usankcjonowanie i ekspresową rozszerzoną reprodukcję różnych form, lumpenkapitału, zwłaszcza tej postaci lumpenkapitału pieniężnego, jaką reprezentował kapitał cinkciarski, który skrzyżowawszy się z grupami nomenklaturowymi, mnożył się za pośrednictwem sieci legalnych kantorów walutowych, transakcji z bankami, handlu hurtowego oraz importu. Nadzwyczajne zyski w imporcie dóbr wyrastały nie tylko z arbitraży cenowych, ale również z lumpenźródeł (łączących się na ogół z łatwym korumpowaniem aparatu celnego), czego jednym z licznych przykładów może być tzw. „afera paliwowa”, polegająca na zaniżaniu wartości celnej sprowadzanych paliw. Nieskrępowanemu robieniu tego rodzaju interesów sprzyjała decyzja podjęta — trudno przypuszczać, że przez przeoczenie — w 1989 r. w ramach reformy MSW, o rozwiązaniu V zarządu specjalizującego się w przestępstwach gospodarczych, a także likwidacja Biura do Walki z Przestępczością Zorganizowaną przy KG MO. Odtworzono je dopiero wiele lat później („Rzeczpospolita”8.2.03). Przez dwa pierwsze lata tworzenia w naszym kraju nowego ustroju nie było więc w państwie instytucji zwalczającej tę formę przestępczości. W 1992 r., po głośnych politycznych deklaracjach o puszczaniu aferzystów w skarpetkach, utworzono w policji scentralizowaną, podległą tylko komendantowi głównemu policji, strukturę nazwaną K-17. Miała się ona zajmować walką z przestępczością aferową. W K-17 pracowało 2,7 tys. tajnych funkcjonariuszy. Ale szybko K-17 — tym razem po cichu — przekształcono w wydziały ds. przestępczości gospodarczej, podległe komendantom powiatowym policji. W praktyce funkcjonariusze w wydziałach wojewódzkich często wiedzą tylko o tym, co się dzieje na ich podwórku. Nie mogą więc połączyć faktów i osób działających w całym kraju, co jest typowe dla przestępczości gospodarczej. Dlatego też wykrywalność tego rodzaju przestępstw jest niezwykle niska. W Polsce nie ma też prawnych możliwości wymiany informacji między policją, a urzędami kontroli skarbowej, Generalnym Inspektoratem Celnym, Głównym Urzędem Ceł, wywiadem skarbowym oraz Urzędem Ochrony Państwa.(„Wprost” 46/00). Dopiero po siedmiu latach odtworzono podobną jednostkę w KG Policji. To właśnie z tego okresu pochodzą informacje o niebotycznych zarobkach celników i policjantów. Po otwarciu granic przemycano wszystko, co mogło przynieść zysk. Celnicy w Głuchołazach, według ustaleń prokuratury, wzięli 200 tys. zł za wpuszczenie do Polski transportu 300 tys. litrów spirytusu „Royal”

Forsownej akumulacji lumpenkapitału służyły też rozliczne luki w prawie i systemie podatkowym, generujące krociowe fortuny. Na realny kapitał zamieniano też informacje o przygotowywanych decyzjach gospodarczych. Biorąc pod uwagę tylko (oczywiście nie całość tej niepełnej listy obciąża konto rządów solidarnościowych) aferę FOZZ, aferę rublową, alkoholową, papierosową, Art-B, udzielanie pożyczek kombinatorom, radio „Maryja” wyliczyło straty z tego tytułu na 100 bln starych złotych („Gazeta Wyborcza” 13.2.97, s. 13/14). Straty jednej strony zawsze, rzecz jasna, są jednocześnie zyskami strony drugiej i ten pieniądz przecież nie rozpłynął się, jest gdzieś obecny w obiegu gospodarczym..

O ile jednak pierwszy człon tej strategii przyniósł, jak można uznać, sukces uwidaczniający się na powierzchni życia gospodarczego w postaci rozkwitu tzw. prywatyzacji założycielskiej, o tyle prywatyzacja w sensie właściwym napotkała, jak zauważyliśmy, nieprzewidziane bariery, w tym zwłaszcza społeczną.

PRZYPISY

1. W efekcie tej polityki wobec sektora publicznego, udział przedsiębiorstw deficytowych w ogólnej liczbie przedsiębiorstw wzrósł z 9,9% w roku 1990 do 37,7% w roku następnym, zaś liczba branż deficytowych w przemyśle — z 26 do 57; wynik finansowy netto spadł aż o 124,7%, a wielkość łącznej straty wynosiła prawie 20 bln zł, na co składała się strata netto przedsiębiorstw deficytowych w wysokości 66 bln zł i zysk netto przedsiębiorstw rentownych w wysokości 46 bln zł. Sytuacja ta była rezultatem nałożenia na przedsiębiorstwa obciążeń fiskalnych, przekraczających wynik brutto 30%, zaś w przemyśle państwowym aż o 62%. Dodajmy, że w 1990 r. obciążenia te stanowiły tylko 54% wyniku finansowego brutto, co obrazuje skalę nasilenia się fiskalizmu w przemyśle polskim (Jakóbik, 1999). W 1993 r. podatki przypadające na jednego zatrudnionego były w sektorze publicznym trzykrotnie wyższe niż w sektorze prywatnym (w sektorze publicznym wynosiły przeciętnie 20 467 zł, a w sektorze prywatnym 6800 (Jarosz, 1996, s.341). W rozbiciu na działy gospodarki podatki i parapodatki (popiwek, dywidenda) obciążające przedsiębiorstwa państwowe w 1992 r., w porównaniu z sektorem prywatnym były w przemyśle — 2,3 raza wyższe, w budownictwie — 1,7 raza, w rolnictwie — 3 razy, w leśnictwie — 2,5 raza, w transporcie — 1,5 raza, w handlu — 1,5 raza, w pozostałych działach — 1,8 raza wyższe (Staszyński, 1996, s.16).

2.Mówiła o tym m. in. Ewa Tomaszewska: […] Lansowano tezę, że potrzeba nam polskiego kapitału i niechby nawet ten pierwszy milion został ukradziony. Słyszałam to od niektórych moich kolegów z podziemia! („Gazeta Wyborcza” 1.12.00).

3. Na przykład należałoby dokonać podziału odpowiedzialności za drugą z wymienionych afer, która miała swoje początki w przeprowadzonym w grudniu 1988 r. zniesieniu koncesji na import alkoholu w ramach tzw. obrotu niehandlowego.