Tadeusz Zatorski

Filozoficzny żart poety

Przyczynek do teleologii nie wydaje się na pierwszy rzut oka niczym więcej jak tylko pozbawioną głębszych znaczeń krotochwilą, nieco obsceniczną próbą rozbawienia jakiegoś wąskiego kręgu bliskich autorowi czytelników – w czasach, gdy powstał unikano raczej publikowania tego rodzaju utworów, uważanych wtedy jeszcze za wręcz wyzywające swą nieprzyzwoitością. I rzeczywiście: za życia Heinego wiersz nigdy nie ukazał się drukiem. Po raz pierwszy kilka wyrwanych zeń wersów wydał Adolf Strodtmann w 1863 r. w pierwszej edycji dzieł wszystkich poety. To Strodtmann też prawdopodobnie nadał wier-szowi jego obecny tytuł, dopisując go po prostu na manuskrypcie! Sześć lat później udostępnił jeszcze kilka linijek, zastrzegając się, że druk całości jest niemożliwy „przez wzgląd na dobre obyczaje”. Pełny tekst Przyczynku ukazał się dopiero w 1912 roku w piśmie „Zeitschrift für Bücherfreunde”.

Przyczynek jest jednak w istocie żartem o nieco dalej sięgających ambicjach i można by tu chyba sparafrazować słowa Goethego o Lichtenbergu: Gdzie Heine żartuje, tam kryje się problem. W tym wypadku takim problemem był zapewne rozrachunek Heinego z... filozofią Hegla. Heine był słuchaczem jego wykładów podczas swych studiów w Berlinie w latach 1821–1823, a jeśli wierzyć jego opowieściom przytaczanym w Listach o Niemczech i Wyznaniach, miał także sposobność odbywać z nim bardziej kameralne rozmowy na gruncie prywatnym. Jest jednak kwestią sporną, w jakim stopniu myśl berlińskiego filozofa wpłynęła na poezję Heinego. W Z dziejów religii i filozofii twórca Fenomenologii ducha wzmiankowany jest jedynie marginalnie. Heine nazywa go tam wprawdzie „największym filozofem, jakiego Niemcy wydały od czasów Leibniza”, znamienne jednak, że na tym dość zdawkowym komplemencie poprzestaje. Później wspomni jeszcze, co prawda, jakieś większe swe poświęcone mu dzieło, które, rzekomo, już w całości gotowe, spalił, a powodem tej decyzji miał być bluźnierczy wręcz charakter jego filozofii. I choć dzieło Hegla wcale nie musi dawać powodów do takiej właśnie interpretacji, to przecież Heine, złożony już chorobą, dokonując dramatycznej rewizji swych poglądów na religię, właśnie jego myśl uzna za główne źródło swej dawnej pychy i zuchwałości.

Chwilami, zwłaszcza gdy bóle kręgosłupa stają się nazbyt dojmujące, nachodzi mnie wątpliwość, czy człowiek istotnie jest dwunożnym bo-giem, jak przed dwudziestu pięciu laty w Berlinie zapewniał mnie o tym świętej pamięci profesor Hegel. Pragnę z nieprzymuszonej woli uczynić wyznanie: [...] nie jestem już boskim bipedem [...], nie jestem już tryskającym radością życia, korpulentnym nieco Hellenem, z wyż-szością spoglądającym na ponurych nazarejczyków – jestem teraz już tylko biednym, śmiertelnie chorym Żydem, wychudzonym obrazem nędzy, nieszczęśliwym człowiekiem  [1]

A w 1851 roku, w posłowiu do Romancera, a więc w tekście powstałym prawie jednocześnie z Przyczynkiem, poeta napisze: „Tak, powróciłem do Boga niczym syn marnotrawny, który przez długi czas pasał świnie u hegelianów” [2]..

Trudno się więc dziwić, że w momencie tego gorzkiego przewartościowa-nia filozofia heglowska staje się także przedmiotem ironicznych komentarzy Heinego, zwłaszcza te jej wątki, które o komentarz taki wręcz się proszą. Jak właśnie ów fragment Fenomenologii ducha, który najwyraźniej dostarczył inspiracji do Przyczynku:

Głębia, którą duch wydobywa ze swego wnętrza, ale doprowadza ją tylko do swej świadomości wyobrażającej, tam ją pozostawiając, oraz niewiedza tej świadomości co do tego, czym jest to, o czym ona mówi – połączenie tych dwóch momentów jest takim samym połączeniem rzeczy wzniosłych i niskich jak to, które natura w sposób naiwny wyraża w istocie żywej, łącząc organ jej najwyższej doskonałości, organ rozrodczy, z organem do oddawania moczu. – Sądem nieskończonym jako nieskończonym byłaby tu doskonałość ujmującego samo siebie życia; świadomość zaś tego, nie wychodząca poza wyobrażenie, miałaby takie znaczenie, jak tam oddawanie moczu [3]

Nie jest wprawdzie pewne, czy Heine trudził się kiedykolwiek lekturą Fenomenologii (uważa się to raczej za mało prawdopodobne), jednak z tym akurat spostrzeżeniem jej autora mógł się w końcu zetknąć i na jego wykładach czy zasłyszeć je w jakiejś z nim bezpośredniej rozmowie. Tak można by wnio-skować przynajmniej z następującego fragmentu IV księgi Ludwig Börne:

Natura, powiedział mi kiedyś Hegel, jest wielce zdumiewająca; tych samych narzędzi, którymi posługuje się do najwznioślejszych celów, używa także do czynności najniższych, na przykład ów członek, któ-remu powierzona została najwyższa misja, rozmnażanie ludzkości, służy także do... [4] .

Być może, jak podejrzewa Jean-Pierre Lefebvre w swym eseju poświęconym Przyczynkowi [5] , za tą kpiną z filozofii Hegla kryje się także zamiar polemiki z ideą teodycei, wywodzącej się jeszcze od Leibniza, wyobrażeniem świata jako doskonale zaplanowanego mechanizmu, w którym wszystko zdaje się mieć swój cel i sens, a pozorne tegoż mechanizmu mankamenty służą jedynie jakiejś wyższej ekonomii, osiągnięciu w końcowym rozrachunku jeszcze większego dobra. Zgodnie zresztą i ze słynnym stwierdzeniem Hegla, iż „wszystko, co jest, jest rozumne”. Oczywiście, przeprowadzenie takiego akurat dowodu na dosko-nałość boskiego dzieła stworzenia nie dodaje takiemu wyobrażeniu świata przesadnej powagi. Zresztą, zwraca uwagę Lefebvre, obraz ludzkości wyłaniający się z pierwszej części Przyczynku nie jest zbyt chwalebny: jego dominujące cechy to gnuśność, chciwość,, pijaństwo, obżarstwo, skłonność do kłamstwa, nieudacznictwo (by nie wspominać już o „nagniotkach”):

Bóg jest rzeczywiście marnym Pigmalionem i w żadnym razie nie przypomina godnego podziwu stwórcy człowieka, jest okropnym naśladowcą samego siebie: zamiast aniołów spłodził same jedynie potworki. Stworzenie jest koszmarnym blamażem. A filozoficzni sykofanci jego perfekcji uczyniliby lepiej, zamykając własne egzemplarze ustegzemplarze ust [6]

Warto wspomnieć tu jeszcze może o losach jednego z manuskryptów Przyczynku. Przypuszcza się, że Heine ofiarował go Elise Krinitz (1825–1896), swej sekretarce i... ostatniej namiętnej – choć jedynie platonicznej już – miłości. Jej prawdziwe nazwisko brzmiało Johanna Christiana Müller. Adoptowana w jeszcze niemowlęctwie przez bezdzietne małżeństwo Adolfa i Emilie Krinitz znalazła się wraz ze swymi przybranymi rodzicami w Paryżu, gdzie już jako osoba dorosła usiłowała ze zmiennym szczęściem zyskać sławę pianistki i pisarki. Miała jej w tym pomóc protekcja wybitnych postaci paryskiego życia kulturalnego (przez jakiś czas była przyjaciółką Hyppolite’a Taine’a). Z Heinem zetknęła się po raz pierwszy w czerwcu 1855 roku, a więc na niespełna rok przed jego śmiercią. Ten zakochał się prawie natychmiast w młodszej o 18 lat kobiecie (skądinąd, jeśli wierzyć jedynemu zachowanemu jej zdjęciu, dość przeciętnej urody). Dogorywający w swej „krypcie z materacy”, sparaliżowany poeta będzie ją nazywał „ostatnim kwiatem swej żałośliwej jesieni” i poświęci jej kilka przejmujących wierszy, których głównym wątkiem jest wyłącznie duchowy już i pozbawiony wszelkiej cielesności charakter ich związku – pełnego „słów”, ale pozbawionego już „czynów” („Worte, Worte, keine Taten”). W jednym z owych wierszy porówna ukochaną do „kwiatu lotosu”, który

Kielich swój w świetle Księżyca otwiera,
Lecz zamiast płodnego życia,
Wiersz tylko jeszcze odbiera.

Pewnie takim właśnie podarunkiem dla „kwiatu lotosu” miał być przesycony erotycznymi obrazami i aluzjami Przyczynek.

[1] Berichtigung, [w:] H. Heine, Sämtliche Schriften, hrsg. v. K. Briegleb, München 1975, Bd. 1, s. 11, Bd. 5, s. 109. .

[2] Posłowie do Romacero, ibidem, t. 6/I, s. 182–183

[3] Cyt. za: G.W.F. Hegel, Fenomenologia ducha, przeł. A. Landman, Warszawa 1963, t. I, s. 392 i n. .

[4] Ludwig Börne. Eine Denkschrift, [w:] H. Heine, Werke und Briefe in zehn Bänden, hrsg. v. H. Kaufmann, 2. Aufl., Berlin und Weimar 1972, Bd. VI, s. 202.

[5] Heines Gedicht „Zur Teleologie”. Eine Rede aus Anlaß des Erwerbs der Handschrift, „Heine Jahrbuch” 1992, s. 216 i n.

[6] .Ibidem, s. 219.

Dodano dnia:2 listopada 2008

Niedawno opublikowane