Piotr Szumlewicz

Droga lewicy donikąd? Dwugłos o lewicy w Polsce

Piotr Szumlewicz

Droga lewicy donikąd

Lewica w Polsce praktycznie nie istnieje. Została skutecznie zmarginalizowana przez neoliberalno-konserwatywną prawicę, która sprawuje władzę niezależnie od składu kolejnych rządów i parlamentów. Emancypacyjne postulaty są niesłyszalne w przestrzeni publicznej, a, co gorsza, nieliczne środowiska lewicowe są skoncentrowane na sporach między sobą i działają w rozproszeniu.

Narastająca dominacja prawicy miała niestety bardzo negatywny wpływ na organizację i świadomość nielicznych środowisk lewicy pozaparlamentarnej (czyli lewicy po prostu, bo trudno SLD czy SdPl nazwać partiami lewicowymi). Wielu działaczy lewicowych, często nieświadomie, buduje swój obraz świata w oparciu o dominujący język. Stąd też w licznych organizacjach anarchistycznych czy socjalistycznych coraz częściej pojawiają się zdumiewające wyrazy sympatii dla PiS-u jako formacji rzekomo uwrażliwionej na problemy biedy i wykluczenia społecznego. Autorytaryzm, homofobia czy antyfeminizm PiS nie przeszkadza niszowym organizacjom lewicowym bronić tej partii jako bliskiej postulatom lewicowym i opierać swoje nadzieje na zmianę sytuacji w kraju we wzrośnie jej wpływów. Dyskurs prawicy jest wszechobecny w sferze publicznej i przenika do masowej świadomości. W tym kontekście nie może dziwić rozpowszechniona w sektach lewicowych homofobia czy antyfeminizm, które, co gorsza, są istotną częścią światopoglądu niektórych radykalnych lewicowców. Wielu działaczy anarchistycznych lub trockistowskich przeciwstawia represjonowanych robotników (niezwykle wyidealizowanych) rzekomo uprzywilejowanym gejom i feministkom (postrzeganych przez pryzmat prawicowej ideologii). Geje, zgodnie ze schematem antysemickim, są w tym ujęciu podejrzanie wpływowymi i uprzywilejowanymi ekonomicznie ekscentrykami. Nawet jeżeli nie są oni oceniani negatywnie, to często ich walka o podstawowe prawa obywatelskie jest przedstawiana jako skandal w obliczu sytuacji jedynej grupy mającej prawa do cierpienia, czyli pracowników najemnych. Podobnie feministki są ukazywane jako bogate „paniusie”, które nie mają kontaktu z „realnymi” problemami. Elementarne postulaty feministyczne, takie jak chociażby prawo do aborcji na życzenie, dla wielu anarchistów czy komunistów są w najlepszym razie „tematem zastępczym”, który zasłania problemy „zwykłych” kobiet („zwykły człowiek” to bardzo często przywoływana figura znacznej części niszowej lewicy – oczywiście jest to tylko dziwaczna hybryda wymyślona przez rewolucyjnych radykałów). Chociażby na tych dwóch przykładach widać, w jak dużym stopniu ideologiczna hegemonia prawicy odzwierciedla się w podejściu do rzeczywistości społecznej nielicznych kręgów niszy lewicowej. Wraz z całością sfery publicznej nawet lewica mająca się za radykalną znacznie skręciła na prawo.

Istotną rolę w degradacji pozaparlamentarnej lewicy miał zwrot na prawo, jakiego dokonał SLD. Znikło miejsce dla lewicy w establishmencie, co doprowadziło do jej marginalizacji poza nim. Przy wrogim otoczeniu środowiska lewicowe nie widzą potrzeby, aby wchodzić w dialog z dominującym dyskursem i dlatego szczelnie się od niego odgradzają. W dłuższej perspektywie ta strategia mogłaby przynieść pożądany skutek, czyli doprowadzić do powstania alternatywnego języka w sferze publicznej. Niestety jednak przy obecnej intelektualnej, instytucjonalnej i finansowej słabości lewicy skutki jej zamykania się wobec debat prowadzonych w głównym nurcie są katastrofalne. Większość nielicznych, lewicowych mediów nie ma żadnego kontaktu z realnymi problemami społecznymi, a stopień alienacji lewicy rośnie wraz z jej zadufaniem i przekonaniem, że tylko ona reprezentuje „zwykłych ludzi”. Powstają kolejne mikroskopijne grupki, których założyciele są przekonani, że jako jedyni reprezentują „lud”, podczas gdy w rzeczywistości docierają one jedynie do swoich znajomych i ich otoczenia. Ich członkowie rzadko też podejmują rzetelną analizę sytuacji społeczno-ekonomicznej, tkwiąc w przekonaniu, że wszelkie dane i statystyki ekonomiczne są arbitralne i nie mówią nic o rzeczywistości. Ewolucja środowisk lewicowych łączy więc dwie, pozornie sprzeczne ze sobą tendencje. Po pierwsze polska lewica w coraz większym stopniu odzwierciedla myśl panującą, a po drugie jest coraz bardziej odgrodzona od wszelkich realnych problemów społecznych i skupiona wyłącznie na sobie.

Brak lewicowych pism, stacji telewizyjnych, silnych ruchów społecznych, jakichkolwiek lewicowych głosów w sferze publicznej doprowadził do narastającego sekciarstwa. Wielu ludzi o lewicowych intuicjach, widząc hegemonię prawicy i broniąc się przed nią, odrywa się od rzeczywistości i całość swojego światopoglądu buduje na podstawie własnych doświadczeń. W efekcie powstaje eklektyczna wizja świata, zbudowana po części z własnych obserwacji i indywidualnych przemyśleń każdego działacza lewicowego, a po drugie z zapożyczeń od myśli panującej. Stąd u znacznej części lewicy daleko posunięta alienacja i egocentryzm, które częstokroć skutkują szaleństwem.

Jedynym, choć coraz słabszym, spoiwem różnego rodzaju lewicowych sekt jest ich stosunek do SLD. Mimo stopniowego zamykania się kręgów lewicowych, SLD wciąż odgrywa dla nich ważną rolę jako negatywny punkt odniesienia. Co może zdumiewać, przez wielu działaczy lewicy SLD jest znacznie bardziej znienawidzone niż PO czy PiS. Niechęć do SLD niektórych ruchów lewicowych jest tak silna, że często ochoczo przystępują one do czysto personalnych nagonek na Sojusz, inicjowanych co pewien czas przez środowiska związane z rządem. Nawet krytyka SLD nie ma więc charakteru merytorycznego, a przybiera postać tyleż moralnego, co pustego oburzenia skierowanego przeciwko „bandytom” z SLD (autorzy tego typu sformułowań akcentują w ten sposób swoją własną czystość moralną).

Zadziwiająco silna niechęć do Sojuszu jest też przejawem innego elementu świadomości polskiej lewicy. Otóż jej przedstawiciele nie tylko (słusznie) krytykują SLD za przyjęcie prawicowej ideologii. Odrzucają też oni Sojusz jako scentralizowaną organizację partyjną, która ma swój rozbudowany system procedur, władz czy ekspertów i której celem jest przejęcie władzy w demokratycznych wyborach. Motywowana często własną słabością krytyka partii i wyborów umacnia sekciarstwo i słabość polskiej lewicy. Antyinstytucjonalizm i antypartyjność obecna w świadomości wielu działaczy organizacji socjalistycznych i tym bardziej anarchistycznych skutkuje pogłębiającą się amatorszczyzną, słabością intelektualną, kompletnie nieuzasadnionym optymizmem i jałowym marzycielstwem. Swoją niewiedzę i brak gotowości do starcia się z dominującym dyskursem wielu działaczy lewicowych zasłania demonstracyjnym antyintelektualizmem. W konsekwencji establishmentowi ideolodzy łatwo zbijają nieliczne głosy protestu, ponieważ w samej rzeczy często opierają się one na mizernych przesłankach merytorycznych. Niestety nawet w „korespondencyjnych” starciach intelektualnych między hegemoniczną prawicą i niszową lewicą często bardziej przekonująco wypada ta pierwsza, ponieważ wielu reprezentantom lewicowego marginesu wystarczy bojowy okrzyk „precz z systemem”, który ma przekonać wszelkich wątpiących co do tego, po czyjej stronie jest racja. Rzeczową argumentację wiele niszowych grupek zastępuje anarchistyczno-romantycznym patosem. Budowa sprawnej organizacji partyjnej, zabieganie o własnych, dobrze opłacanych ekspertów i specjalistów czy zdolność do walki z hegemonią symboliczną prawicy poprzez obecność w mediach masowego przekazu schodzą na dalszy plan. Są one przeciwstawione „bezpośredniemu działaniu”, co w praktyce zazwyczaj ogranicza się do setki razy śpiewanych piosenek rewolucyjnych, imprez towarzyskich w gronie „prawdziwych” lewicowców czy rozpamiętywania demonstracji, na których posypały się kamienie. Do roli najistotniejszych wydarzeń lewicy urastają rozklejanie plakatów, starcia z policją, kilkunastoosobowe pikiety czy akcje zbierania podpisów, o których nikt nie wie. U podstaw tego podejścia stoi mit autentycznego rewolucjonisty, który już wkrótce porwie setki tysięcy ludzi. Stąd też na niewielkich demonstracjach często można wysłuchać żarliwych wystąpień wielu lewicowych przywódców, którzy z rozpalonymi oczyma wieszczą nadejście ogólnopolskiej rewolucji. Ma to być nowy sposób uprawiania polityki, rzekomo bliższy „zwykłemu człowiekowi”. Tymczasem większość ludzi, słysząc namiętne wystąpienia trockistowskich czy anarchistycznych liderów, popukałaby się w czoło albo odeszłoby z przestrachem, umacniając się w przekonaniu, że nie ma alternatywy wobec SLD na lewicy.

W ten sposób środowiska lewicowe same się marginalizują, poświęcając masę czasu i energii na akcje, które nie mają szans dotrzeć do masowej świadomości i nie prowadzą do jakichkolwiek zmian. Działacze lewicy nie zauważają, że często mogliby bardziej wpłynąć na rzeczywistość, pokazując czynniki odpowiedzialne za masowe ubóstwo i sposoby walki z nim niż organizując 10 piętnastoosobowych pikiet na rzecz jednej pokrzywdzonej rodziny (co i tak zazwyczaj nie zmienia jej sytuacji) czy dając się złapać policji na 50-osobowej demonstracji. Generalnie wśród środowisk anarchistycznych i socjalistycznych dominuje orientacja na wąsko pojmowane działanie, które przeciwstawiane jest rzekomo „abstrakcyjnej” teorii. Lewica w ten sposób oddaje walkowerem władzę w debacie publicznej i pomija fakt, że bez własnego języka jej aktywność będzie pojmowana jako „skrajna”, „awanturnicza” czy „utopijna”. Aby działalność na rzecz pomocy represjonowanym grupom miała istotne konsekwencje społeczne, to społeczeństwo musi ją doceniać i utożsamiać się z nią, tak aby protest mógł osiągnąć masowy rozmiar i doprowadzić do zmiany układu sił. Jeżeli jednak prawica narzuca miary tego, co jest sensowne i sprawiedliwe, a co godne potępienia, to lewica nie może liczyć na sukces. Nawet bowiem jej najbardziej chwalebna praktyka zostanie ośmieszona w świadomości społecznej. Hegemonia symboliczna oznacza przede wszystkim zdolność do nadawania poszczególnym wydarzeniom sensu, czego wielu lewicowców zdaje się nie widzieć. Wydaje im się, że np. publiczne nawoływanie do rewolucji albo pochwała użycia przemocy wobec przedstawicieli władz są po prostu słuszne i nie trzeba ich uzasadniać. Nie zauważają oni, że tego typu postulaty, gdyby dotarły do świadomości większości Polaków, zostałyby raczej uznane za przejaw choroby psychicznej niż zapowiedź powszechnego wyzwolenia.

Aby więc pojęcie rewolucji, czy nawet socjalizmu zyskało jakikolwiek odzew w społeczeństwie, to najpierw musiałaby zostać podważona hegemonia symboliczna prawicy. Wszystkie sondaże opinii publicznej pokazują, że większość polskiego społeczeństwa ma egalitarne intuicje i zarazem nie ufa kolejnym ekipom rządzącym. Nie oznacza to jednak, że Polacy pragną rewolucji socjalistycznej czy nawet reform prosocjalnych. Niezadowolenie społeczne i masowa nędza mogą stać się przyczyną masowych protestów społecznych i w konsekwencji doprowadzić do zmiany systemu społecznego na bardziej sprawiedliwy. Niestety jednak anomia społeczna częściej prowadzi do kryzysu demokracji i rozpowszechniania się postaw autorytarnych. Hegemonia prawicy sprawia, że ludzie zamiast wychodzić na ulicę i wyrażać gniew wobec państwa czy pracodawców, kanalizują swoje niezadowolenie w niechęci do Żydów, „układu postkomunistycznego”, „agentów” czy gejów. Sama aktywizacja społeczeństwa nie musiałaby więc wiązać się z powstaniem ruchu emancypacyjnego, a w obecnej sytuacji raczej umocniłaby obecny układ sił. Aby egalitarne intuicje Polaków mogły przerodzić się w postępowy ruch społeczny, uprzednio lewicowe postulaty i argumenty musiałyby przebić się do masowej świadomości. Dlatego tak pilną potrzebą lewicy jest budowanie przez nią ośrodków intelektualnych i przebicie się do masowej opinii publicznej.

Ciekawe, że ta pogarda dla wiedzy, kultury czy mediów swoje źródło ma w największym wrogu polskiej lewicy, czyli SLD. Konsekwentnemu skrętowi na prawo całych polskich elit towarzyszyła od początku transformacji defensywna postawa SLD na obszarze aktywności artystycznej czy intelektualnej. Środowiska socjaldemokratyczne już na początku przemian ustrojowych wycofały się z uczestnictwa w tworzeniu kultury i oddały ją pod kuratelę konserwatywnych elit związanych z Solidarnością. Znaczna część niszowej lewicy niejako dziedziczy po SLD tę pogardę dla wiedzy i edukacji.

W obecnej sytuacji polska lewica jest niezwykle słaba i pozbawiona perspektyw na odegranie istotnej roli w życiu społecznym. SLD tak bardzo skręcił na prawo, że nawet jego krytyka ultraprawicowego rządu jest zazwyczaj czysto personalna, a niekiedy też dokonywana z pozycji neoliberalnych. Wraz z tym zwrotem SLD pozaparlamentarna lewica zamknęła się w sobie i obecnie nie odgrywa już prawie żadnej roli na scenie politycznej. Czy więc są jakieś szanse na odbudowę silnego środowiska lewicowego w najbliższych latach? Nie ma sensu stawianie jednoznacznie negatywnych diagnoz i szerzenie czarnowidztwa, niemniej jednak, aby cokolwiek się zmieniło, w świadomości działaczy polskiej lewicy musiałyby nastąpić radykalne zmiany. Przede wszystkim nieliczne kręgi lewicowe musiałyby porzucić anarchistyczno-romantyczny patos. Powinny zrezygnować z mrzonek, że tylko one są prawdziwymi reprezentantami ludu (choć lud jeszcze tego nie wie), że za rok będzie ich setki tysięcy, że droga do budowy „prawdziwej” lewicy biegnie poza mediami czy parlamentem i w opozycji do nich, że pieniądze oraz infrastruktura partyjna to domena „burżuazyjnych partii”. Lewica powinna porzucić mit, że zmieni świat klejeniem plakatów, śpiewaniem piosenek i organizowaniem kilkunastoosobowych pikiet. Rewolucyjne podniecenie pozbawione argumentów i siły politycznej prędko się marnuje, a z perspektywy czasu okazuje się zabawnym kaprysem młodości. Poprzestanie na nim jest natomiast świetną receptą na wariactwo lub zamkniętą w sobie megalomanię. Lewica powinna zabrać się za budowę własnych mediów, powoływania swoich centrów badawczych i wreszcie tworzenie profesjonalnej partii, która prowadzi szkolenia, warsztaty i konferencje, ma swoich ekspertów i etatowych pracowników. Przy obecnych środkach jest to oczywiście mało prawdopodobne, jednak póki co na lewicy nawet nie widać woli dokonania kroku w tym kierunku. Jeżeli obecny trend się utrzyma, dominacja prawicy jeszcze się umocni, a lewica w poczuciu zadowolenia i dobrze wykonanej misji pogrąży się w kompletnym niebycie.

Piotr Szumlewicz

Tekst ukaże się w najbliższym numerze "Przeglądu Socjalistycznego". Na stronie "NK" umieszczamy go za www.lewica.pl.

Andrzej Smosarski

Dziecięca choroba technokratyzmu

tekst jest polemiką z artykułem Piotra Szumlewicza "Droga lewicy donikąd" http://www.lewica.pl/?id=13208 i ukazał się na stronie www.syndykalista.org

W zamieszczonym niedawno na łamach portalu lewica.pl artykule pt. Droga lewicy donikąd Piotr Szumlewicz wyśmiewa działania organizacji radykalnych, polegające na prowadzeniu kampanii społecznych i udzielaniu prostej pomocy poszkodowanym przez system obywatelom. Jego zdaniem owe dziecięce igraszki lewaków czas zastąpić modelem o wiele dojrzalszym opartym na sprawnej machinie partyjnej, wiedzy dobrze opłacanych ekspertów i własnych mediach powszechnego rażenia. W tej sytuacji, racjonalne staje się pytanie: co tak skromnie? A co z własną bazą kosmiczną i poligonem atomowym? Jak powinna działać radykalna lewica, aby uzyskać większy wpływ na rzeczywistość? Jakich metod i narzędzi używać dla pozyskania serc i umysłów obywateli dla własnej wizji świata, której wprowadzanie w życie musiałoby przecież przynieść większości z nich wymierne korzyści w postaci lepszego standardu życia i to bynajmniej nie tylko w sferze materialnej? Gdzie tkwią błędy codziennych działań, zmniejszające efektywność poczynań organizacji lewicowych? Odpowiedzi na te pytania udzielić niełatwo. Każdy głos w dyskusji, każdy nowy punkt widzenia warto dokładnie przemyśleć i wycenić, nie oczekując od ich autorów znalezienia jakichś cudownych, jedynie słusznych leków na całe zło i dając im prawo do formułowania kontrowersyjnych tez czy popełniania błędów.

Niestety, najnowszy tekst Piotra Szumlewicza, autora o niekwestionowanej wiedzy i inteligencji, potrafiącego - gdy nie opanowuje go ideologiczne szaleństwo - interesująco uzasadniać swoje tezy podkładem faktograficznym, zawiera tyle uproszczeń i nonsensów, że wyrozumiałość odbiorcy znającego trochę realia lewicowego światka wystawiona zostaje na wielką próbę. W potoku ogólników i zupełnie nieprzekonywujących uzasadnień tezy głównej oraz niektórych propozycji rodem wprost z krainy political fiction, zagubiła się bowiem szlachetna intencja krytyki amatorszczyzny i ignorancji (rzeczywiście obecnych na lewicy) oraz rzadka w tych kręgach idea szukania błędów we własnej metodzie działania, a nie warunkach świat zewnętrznego. Prezentowana wizja profesjonalizacji lewicy jest jednak całkowicie oderwana od rzeczywistości i przez to właśnie skrajnie nieprofesjonalna. Co więcej, czytając postulaty pozytywne sformułowane przez autora tekstu "Droga lewicy donikąd" można łatwo nabrać przekonania, że nie umie on wyciągnąć żadnych wniosków z historii działania lewicy (nie tylko radykalnej) po roku 1989, w której przecież od kilku lat już sam tkwi. Natomiast obserwując ich rozmach - że trzyma w worku pod łóżkiem albo na bankowym koncie banku dobre kilkadziesiąt milionów dolarów, bo pewnie tyle byłoby potrzeba do rozpoczęcia zaledwie budowy sieci medialnej w proponowanej formie.

Tęsknota za masami

Śmiesznie i dziwnie robi się czytelnikowi już na początku tekstu Piotra Szumlewicza, kiedy to autor dokonuje negacji istnienia siebie samego i dobrych kilkuset czy kilku tysięcy osób w kraju, głosząc, że lewica w Polsce praktycznie nie istnieje. Pomijając już niestosowność takiego stwierdzenia wobec wielu osób, które dziesiątki godzin w miesiącu poświęcają na działania dla dobra świata pracy i grup pokrzywdzonych przez system - czy to w komisjach zakładowych Inicjatywy Pracowniczej albo Sierpnia 80, czy to w organizacjach politycznych wspierających lokatorów, represjonowanych związkowców albo pracowników sezonowych - zawarta w podtekście sugestia, że egzystencję lewicy mierzy się jej liczebnością, grzeszy naiwnością. Historia ruchów lewicowych stanowi - poza okresami, gdy etykietka lewicowości służyła za zasłonę dla najzwyczajniejszej w świecie biurokracji rządowej często skrajnie antylewicowych reżimów - dzieje walki niewielkich grup aktywistów, których ogół często traktował jako zbiorowisko dziwaków i mitomanów. Marksowskie przekonanie o panowaniu w każdym społeczeństwie idei klasy posiadającej zachowało w pełni swoją aktualność, a pojawiające w tej mierze co jakiś czas niosące ze sobą pochodnię postępu zawirowania, stanowią tylko momenty w historii rozwoju człowieka. Na co dzień, reformatorów każdego rodzaju, a w szczególności społecznych, opinia publiczna traktuje nieufnie, a chwilami wrogo, odkładając ich myśli z zasady do szuflady albo przyzwalając z uciechą na stosy czy więzienia. Prawdziwa aktywność radykała politycznego nie ma w sobie nic z romantyzmu wiedzenia tłumu na barykady czy wieszczenia rychłego końca kapitalistycznej zarazy - przeciwnie, to ciężka praca organiczna, wykonywana w gronie nielicznych dla równie nielicznych. To działania samopomocowe, edukacyjne, organizacyjne, dogrywanie szczegółów technicznych, błądzenie w stronicach nudnych jak flaki z olejem analiz oraz statystyk i niekoniecznie ciekawszych współpracowników czy beneficjentów działań. To wysłuchiwanie - zarazem - kpin od tych, co się w systemie zaczepili i mają wszystko w nosie póki ich nie boli oraz biadań innych, co właśnie otrzymali cios od systemu i teraz są w baranim szoku, bo dotychczas byli równie nieczuli jak ci pierwsi. Nie mówiąc już o wątpliwej przyjemności obcowania z liczną rzeszą wszystkich miernot społecznych, kręcących się obok, i popierających, solidaryzujących się, wzruszających, rozpaczających, wygrażających - ale nigdy nic konkretnego nie robiących, które koniecznie własne ego pragną karmić złudzeniem działania społecznego.

Następną bolączką trapiącą autora tekstu "Droga lewicy - donikąd" wydaje się być fakt, iż "nieliczne środowiska lewicowe są skoncentrowane na sporach między ze sobą i działają w rozproszeniu". Podając owe stwierdzenie, autor powtarza trwający od lat rytuał biadania nad brakiem całości tego, co nijak skleić się ze sobą nie da, a jednocześnie doskonale wpisuje się w ogólnonarodowe wierzenie, że wszyscy w sferze politycznej zasługują na nieufność z racji kłótliwości. Tymczasem mądrość ludowa wyrażona w porzekadle głoszącym, że "zgoda buduje, a niezgoda rujnuje" bardziej sprawdza się przy budowie domu czy gotowaniu obiadu niż w sferze polityki, która jest niekończącą się debatą o prymacie idei nad ideami konkurencyjnymi, a także - co z reguły jeszcze bardziej dzieli - nad wyborem właściwych strategii, taktyk czy prostych działań. W tej dyskusji emocje i podziały są nieuniknione. Szukanie konsensusu na siłę skutkuje produkcją osobników mydłkowatych i pozbawionych własnej twarzy, takich Kwaśniewskich, Marcinkiewczów, co to wszystkim chcieliby się podobać od przodu i od tyłu. Jako człowiek sytuujący się na lewicy (zbudowanej wszak na oporze przeciw jednoczeniu ludzi na sztucznym gruncie) Piotr Szumlewicz powinien raczej wykazać większy dystans do wszelkich idei jednoczących "bo jesteśmy w gruncie tacy sami", a także realizm w odniesieniu do konkretnej sytuacji. Któż bowiem miałby się z kim jednoczyć? Konkretne stronnictwa tworzą wszak menażerię stworów skrajnie od siebie odmiennych. Mamy tu partie polityczne bez elektoratu i nieformalne młodzieżówki stronnictw jeszcze nie powstałych, mamy - generałów polityki bez armii (ale z ambicjami światowymi) i tych co imię wolności wszelkie rodzaju wodzów wykopaliby za drzwi. Są ubeckie ścierwa udające dziś obrońców utraconego socjalistycznego raju (a przy okazji własnych emerytur) i wsadzani przez ów czarujący system do więzień, ludzie rozumiejący prawidłowości świata godni miana intelektualistów (niekoniecznie salonowych) i ewidentni kretyni umiejący jedynie - nie wiadomo po co - powędrować na kolejne forum społeczne czy po prostu zadymę, oczywiście jeżeli ktoś załatwi im transport i nocleg. Mamy też - konkurujące ze sobą - dla zasady - filie kolejnych międzynarodówek i tych co u nich żebrzą, partyjnych hochsztaplerów wykorzystujących bez jakiegokolwiek uzasadnienia nazwy przedwojennych partii, a także rewolucjonistów ożywiających się tylko w obliczu nadchodzących wyborów. Historia radykalnej lewicy zna kilka prób powiązania tych wszystkich organizacji w koalicję, zwłaszcza w momentach rozmaitych klęsk lub w chwilach nasilenia naiwnej wiary w ewentualny sojusz wyborczy. Kończyły sie one szybko, bowiem nie prowadziły do przełomu jakościowego czy jakichkolwiek sukcesów. Ewentualne pola współpracy mogą powstać jedynie tam, gdzie organizacje w praktyce i teorii dążą do wejścia w rolę dostarczycieli wsparcia w rozwiązywaniu problemów obywateli, a pod tym względem na lewicy od niepamiętnych czasów panuje straszliwa posucha. W przygniatającej liczbie poszczególne organizacje istnieją w świadomości swoich członków i wiodą żywot czysto biurokratyczny - dokonują wyborów do władz krajowych, wydają oświadczenia nie czytane przez nikogo, usiłują podlizać się komuś z oficjalnej polityki lub trzymającemu w rękach woreczek pieniędzy (zazwyczaj srebrników). Po jakie licho Piotr Szumlewicz chciałby więc działającą w takim stylu lewicę jednoczyć?

Poza wszystkim, warto chyba zadać sobie pytanie, czy aby epoka wielkich ruchów pracowniczych nie odeszła do lamusa wraz ze zmianami w strukturze gospodarki, które drastycznie zmniejszyły liczbę wielkich zespołów ludzkich zjednoczonych wspólnotą miejsca pracy? Jeżeli przyjąć - znów za Marksem - iż stosunki produkcji (czy po prostu pracy) kształtują rzeczywistość społeczną, to niesposób niezauważyć, że przenoszenie zatrudnienia w sferę usług musi prowadzić do atomizacji społecznej i utrudniać budowanie wielkich struktur społecznych. Nie jest wykluczone, że świat przyszłości kształtowany będzie raczej przez koalicje małych organizacji obywatelskich złączonych czasowo chęcią uzyskania określonych celów, niż przez jakieś wielkie wspólnoty ludzkie złączone więzami ideologii i nakierowane na realizację koncepcji całościowych.

Na pasku prawicy

Być może owo mityczne zjednoczenie lewicy tak bardzo sie ckni Piotrowi Szumlewiczowi z obawy, że spora jej część będzie wpadała w szpony prawicowej propagandy. Tak przynajmniej można wywnioskować z dalszej części, w której autor tekstu zarzuca części działaczy skrajnej lewicy popieranie konserwatywnego modelu społecznego według linii prezentowanej przez Prawo i Sprawiedliwość. Jego zdaniem, wynikiem takiego podejścia jest niedocenianie na lewicy problematyki obyczajowej, a nawet szerzenie się homofobii (m.in. przez postrzeganie mniejszości seksualnych jako reprezentantów klasy wyższej) i antyfeminizmu (brak wyjaśnienia czy pojęcie owo oznacza postawę negatywną wobec kobiet czy tylko feministek). Dowodem na tego rodzaju postawę ma być - co stanowi argument królujący dziś na uniwersyteckich salach - język debaty (w nowomowie: dyskursu), pełen uprzedzeń i aprobaty dla niby-socjalnej partii Kaczyńskich. No cóż zacznijmy od języka. Postrzeganie poglądów człowieka przez system pojęciowy jakiego używa znacznie zawęża pole postrzegania, a u ludzi którzy zajmują się produkcją tworów językowych na co dzień - tak jak Piotr Szumlewicz - stanowi po prostu zwyczajne spaczenie zawodowe, podobne temu, które prezentują np. chłopi postrzegając częstokroć bliźnich przez pryzmat tzw. stosunku do ziemi. Z całą pewnością zjawisko nie jest psychologicznie niezrozumiałe, jednak dążenie do obiektywizmu w formułowaniu ocen nakazywałoby raczej stosować zasadę wzmożonej dywersyfikacji w argumentacji jakiejś tezy. Rzekoma apoteoza działań PiS w rzeczywistości nie jest żadnym poparciem dla ideologii konserwatywnej czy uznaniem lewicowości tego ugrupowania, a jedynie konstatacją faktu, że w obliczu dominacji neoliberalnego szaleństwa nawet niektóre tendencje zachowawcze mogą wydawać się bardziej sensowne. Sytuacja społeczna nie jest nigdy statyczna, w chwili obecnej mamy do czynienia z nieustannym rozwojem kontrreformacji społecznej, toteż pewne działania hamujące ten kierunek zmian - takie jak regulacje wzmacniające możliwości ingerencji państwa w stosunki pracy albo wydłużające okres urlopu wychowawczego - godne są dostrzeżenia i uznania, nawet gdy wynikają z innych pobudek aksjologicznych. Istotne wady konserwatyzmu w wydaniu partii braci Kaczyńskich - autorytaryzm w forsowaniu zmian prawnych, militaryzm i tendencja do nadmiernej regulacji w życiu pozagospodarczym - są faktem, ale póki co znacząco swoim wymiarem nie przekraczają podobnych tendencji poprzednich ekip rządzących, tyle, że są mniej maskowane makijażem politycznej poprawności. Nie jest prawdziwe lansowane przez oficjalną opozycję przekonanie, że oto demokratyczne państwo prawa zostało zastąpione przez jakieś skrajne, niemal faszyzujące siły. W rzeczywistości państwo polskie skraca smycz swym obywatelom od szeregu lat, a polityka PiS-u stanowi tylko udaną kontynuację tego procesu.

Czy zauważający te prawidłowości działacze lewicy to rzeczywiście homofobi i wrogowie emancypacji kobiet, gotowi sprzedawać prawa obywatelskie części społeczeństwa za skromne zwycięstwa socjalne? Czy naprawdę "przeciwstawiają represjonowanych robotników (niezwykle wyidealizowanych) rzekomo uprzywilejowanym gejom i feministkom​​? Oczywiście, diagnoza ta nie jest słuszna, gdyż nie ma i nie może być żadnego bezpośredniego powiązania między kwestiami związanymi z podziałem klasowym i kwestiami obrony określonych grup społecznych, zwłaszcza definiowanych w oparciu o parametry seksualności. Bycie gejem czy kobietą nie oznacza pozostawania w obrębie klasy dyktatorów lub niewolników porządku społecznego i na odwrót - dyrektorska posada czy robota w sklepiku za 750 złotych na rękę nie ma wpływu na poziom tolerancji obyczajowej. Grup tych nie należy ani z sobą utożsamiać ani przeciwstawiać. Oczywiście, marksizm, próbując stworzyć całościowy system opisujący świat od atomu do poziomu całej ludzkości i posługując się w tym celu wulgarnym materializmem, próbował narzucić swoje koncepcje także w sferze związanej z płcią i życiem rodzinnym, co jednak - podobnie jak w ocenie zjawisk duchowych np. religijności - wydaje się być jego piętą achillesową. Znalazło się też niemało pisarczyków i mądrali, którzy - zwłaszcza w okresie gdy wzrost poziomu życia klasy pracującej w krajach rozwiniętych niwelował ostrość podziałów klasowych - usiłowali formułować nowe doktryny społeczne oparte o czynniki psychologiczne i kulturowe. Człowiek nie jest jednak ani maszyną bez woli jadącą po torach obiektywnej rzeczywistości, ani radosnym jarząbkiem bujającym w obłokach z dala od ekonomicznych uwarunkowań, więc wszystkie te koncepcje należy rozpatrywać jedynie jako modele teoretyczne, dostarczające może materiału do przemyśleń, ale nie do ślepej wiary. Obrona praw kobiet czy gejów (przy czym kwestii tych łączyć ze sobą nie sposób, jako odmiennych od siebie chociażby faktem bycia wielkością lub mniejszością ogółu populacji) stanowi wprawdzie część misji lewicy, ale nie wchodzi w zasadniczy krąg jej zainteresowań, od zarania koncentrujących się na problematyce wzajemnego oddziaływania na siebie własności i pracy.

Fakt, iż problematyka określana mianem walki o prawa obyczajowe musi być realizowana w sposób niejako fakultatywny do głównego nurtu działań lewicy, nie wynika bynajmniej z jakiejś niechęci do określonych grup społecznych, ale z oczywistej konieczności wyboru priorytetów prowadzonej działalności. Są to względy praktyczne, a nie ideologiczne, bo bronić wszystkich w jednym momencie można tylko na papierze, zaś gdy przechodzi się do sfery działań rzeczywistych trzeba dokonywać wyborów - czasem trudnych i nieprzyjemnych - aby ustalić hierarchię celów i dobrać odpowiednio metody i narzędzia działania. Jak w każdym działaniu rzeczywiście nakierowanym na realizację potrzeb ogółu, określając priorytety należy wyjść od potrzeb społecznych, a nie własnego widzimisię. W warunkach kraju poddawanego przez lata szokowej "kuracji" liberalnej racjonalny wybór może być tylko jeden. Skala przemian gospodarczych i społecznych dokonanych po roku 1989 i związanych z nimi zjawisk takich jak: pozbawianie zatrudnienia, niewypłacanie wynagrodzeń, odbieranie praw do mieszkań, demontaż zabezpieczeń społecznych itp., po prostu zmusza każdego uczciwego lewicowca do zaangażowania się w obronie ofiar tych procederów rynku i państwa, nie dlatego, że to są to ludzie "lepsi" czy "gorsi" niż np. homoseksualiści, ale z uwagi na dotkliwość cierpień przez nich ponoszonych i jakość zagrożeń wynikających z takich działań dla całego społeczeństwa. Różnica w dolegliwości liberalnego kapitalizmu w sferze materialnej i obyczajowej dla większości społeczeństwa jest tak wyraźna, że niedostrzeganie tego świadczy o prawdziwym zaniku postrzegania wymiarze społecznym. Nie może dziwić, iż podlegający tej ślepocie ludzie wydają się wielu lewicowcom podejrzani ideowo, ale nie z racji swoich gejowskich sympatii, ale niewłaściwej hierarchii priorytetów działania, świadczącym nader wszystko o braku wrażliwości.

Co więcej - ci, którzy uważają, iż zadaniem aktywistów jest organizowanie obrony w sferach, w których system rani najbardziej dotkliwie - a nie tam gdzie tylko wymierza lekkie klapsy - nie mogą przechodzić do porządku dziennego nad kilkoma innymi faktami dotyczącymi walki o prawa emancypacyjne w sferze pozamaterialnej. Pierwszym z nich jest oczywisty fakt, iż część zagadnień tego rodzaju - np. problem stosunku aborcji - ma charakter sporu wychodzącego znacząco poza sferę polityki, ekonomii czy obyczajowości. Debata w tej sprawie toczy się na podłożu filozofii, medycyny, możliwości stosowania norm prawnych, co sprawia, że w znacznym stopniu ma charakter nierozstrzygalny i sięga podstaw kultury europejskiej, choć obie strony konfliktu swoim zacietrzewieniem i prostactwem udanie potrafią spłycić jego wymiar. Polityczny - a często wręcz partyjny - wymiar tej debaty jest w znacznym stopniu wykreowany, bowiem pogląd co do tego czym jest płód i jaki jest zakres jego ochrony, nie musi wcale przebiegać wzdłuż linii podziałów politycznych czy religijnych. Z kolei drugą okolicznością, o której warto pamiętać, jest fakt, iż tematyka ochrony praw i wolności kobiet czy gejów nie jest już bynajmniej własnością lewicy. Dominująca kultura liberalna - nawet w polskich warunkach spychania jej na prawo przez wzrastający wpływ domieszek konserwatywnych - w pełni akceptuje owe swobody w sferze wartości, a że realia tego w pełni nie potwierdzają, to już kwestia samej zasady funkcjonowania systemu, który racjonuje egzekwowanie praw w zależności od faktu uczestnictwa w danej klasie społecznej. Sytuacja sojuszu lewicy i liberałów w obronie praw kobiet i mniejszości seksualnych rodzi dwa skutki: jeden pozytywny, a drugi będący potencjalnym zagrożeniem. Na plus owa koalicja działa w ten sposób, iż można odciążyć działkę obyczajową (nawet uprawianą w sposób fakultatywny) i przenieść siły do walki ekonomicznej - tak też czynią ci, którzy nie zadowalają się jedynie wyważaniem uchylonych już drzwi i szukają na lewicy czegoś więcej niż tylko poklasku opinii publicznej, prezentacji w mediach czy darmowego wyżywienia ma konferencyjnych cateringach. Negatywnym skutkiem takiego sojuszu z bez porównania silniejszym partnerem jest możliwość przekierowania działań przedstawianych jako feministyczne albo antyhomofobiczne na realizację celów sprzecznych z podstawami światopoglądu lewicowego, takich jak propagowane przez polskie organizacje kobiece zwiększenie dostępu kobiet do sfer kierowniczych w biznesie i państwie kapitalistycznym. To już jednak chyba tylko burżuazyjna parodia feminizmu, a z całą pewnością lewicowości, zaś namawianie pracowników najemnych czy samozatrudnionych, aby dokładali starań dla samego tylko przekształcenia struktury płciowej warstwy wyzyskiwaczy i jest po prostu niemoralne.

SLD - przeciw, a nawet za

Kolejnym istotnym zagadnieniem, przewijającym się resztą w całym artykule "Droga lewicy donikąd" okazuje się być analiza roli formacji postkomunistycznej w kształtowaniu kondycji lewicy w ostatnich latach. Trzeba przyznać, iż stosunek autora do Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest tak ambiwalentny, że konia z rzędem temu kto rozezna się w meandrach jego rozumowania. Oto bowiem, choć na początku tekstu Piotr Szumlewicz zaznacza wyraźnie, iż "trudno SLD czy SdPl nazwać partiami lewicowymi" to dalej konstatuje dość zaskakująco w świetle tej pierwszej oceny, iż wraz z tajemniczym "zwrotem na prawo" w Sojuszu "znikło miejsce dla lewicy w establishmencie, co doprowadziło do jej marginalizacji poza nim". Niestety, nie wyjaśnia autor ani kiedy ów zwrot na prawo nastąpił, ani dlaczego osłabienie partii nie lewicowej i to jedynie w rozumieniu jej pozycji wśród elit miałoby nagle rzucić na kolana lewicę. A szkoda, bo warto by na przykład zidentyfikować kiedy SLD traciło polityczną cnotę: wtedy gdy jej posłowie popierali wejście Polski do NATO, czy już wcześniej kiedy wzięli udział w rozgrabianiu majątku narodowego, znanym jako prywatyzacja? Może później, kiedy pod ich rządami katowano robotników Ożarowa, tworzono akty prawne zezwalające na eksmitowanie tysięcy ludzi na bruk albo decydowano o ataku na Irak? Trzeba niemałej wyobraźni, aby stworzyć tezę o jakiejś nagłej odmianie partii, która wywodzi się wprost z klasy wyższej PRL-u, a w minionych osiemnastu latach prowadziła jedynie neoliberalną politykę, przecinaną od czasu do czasu przedwyborczymi spektaklami demagogii socjalnej! No i drugie pytanie, którego wprost nie da się autorowi tekstu postawić: czy sile lewicy decyduje rzeczywiście jej obecność na salonach? Jeżeli przyjąć takie kryterium, to polscy radykałowie byli najsilniejsi w Europie, bowiem jeszcze kilkanaście miesięcy temu idolka ich znacznej części pełniła funkcję zastępcy prezesa rady ministrów. Tylko co z tego zostało, poza stworzoną przez nią efemerydą - Unią Lewicy, z której sama ewakuowała się w odpowiedniej chwili do tak kontestowanej ponoć przez siebie partii liberalnej? Jakie to wpływy zdobyła dzięki temu, jakie batalie wygrała, cóż to za pozycje strategiczne zostały zajęte, aby prowadzić walkę dalej? Sny o potędze skończyły się - jak to zawsze bywa u tych co jednocześnie chcą być w establishmencie i poza nim - obudzeniem z ręką w nocniku i wydawałoby się, że ta nauczka uwolni radykałów choć na parę lat od parlamentarnej mitomanii, ale jak widać były to nadzieje przedwczesne.

Kontynuując swoje ubolewanie nad osłabieniem SLD Piotr Szumlewicz użala się też nad losem tej partii nie-lewicowej, która doznaje ze strony lewicy niezasłużonych przejawów nienawiści i pogardy, choć - jak można wywnioskować z tonacji artykułu - z nieznanych przyczyn powinna być traktowana o niebo lepiej niż inne partie nie-lewicowe, Jego sprzeciw budzą krytyki - postrzegane jako nagonki jedynie personalne - i straszliwe wyzywanie funkcjonariuszy tej partii od "bandytów" oceniane bezkompromisowo jako mające na celu li tylko "prezentowania własnej czystości moralnej". Biorąc pod uwagę fakt, iż w innym fragmencie tekstu autor twierdzi iż dopiero po osłabieniu SLD "przy wrogim otoczeniu środowiska lewicowe nie widzą potrzeby, aby wchodzić w dialog z dominującym dyskursem i dlatego szczelnie się od niego odgradzają" może się okazać, iż stosunek Piotra Szumlewicza do SLD w ogóle nagle traci widocznie na krytycyzmie. W związku z tym warto by zadać pytanie: cóż to za urokliwe otoczenie dla lewicy było za rządów Sojuszu i jakie to postacie spośród wpływowych osób tego stronnictwa jawią mu się tak powabnie? Czy był to Leszek Miller lansujący z fotela premiera liberalizację prawa pracy, czy jego następca Marek Belka, odpowiedzialny za próbę odebrania wcześniejszych emerytur górnikom? Może Piotrowi Szumlewiczowi przypadł do gustu Krzysztof Janik, jako szef resortu spraw wewnętrznych aprobujący pacyfikowanie robotników broniących przed zamknięciem przynoszącej dochód fabryki i nakazujący swoim podwładnym przyglądać się w milczeniu jak bandyci w mundurach firmy ochraniarskiej Impel biją klęczące kobiety? Może Ryszard Kalisz, odrażający w swojej obłudzie, ubolewający dziś nad wejściem komorników do szpitali na podstawie ustawy zasadniczej, której wejście w życie popierał jako prawnik prezydencki? Są jeszcze do wyboru - wielki współtwórca polskiego udziału w irackiej zbrodni wojennej Jerzy Szmajdziński, przesławny łowca złośliwych rencistów i tropiciel państwa socjalnego - Jerzy Hausner, lider "nowej fali" w Sojuszu znany z absolutnego braku wyrazistości poglądów - Wojciech Olejniczak, gromiąca PiS za brak cięć socjalnych w projekcie budżetu (a jednocześnie znana ekspertka od skarpetek homoseksualistów) Anita Błochowiak i inne tego rodzaju postacie. Rzeczywiście, grono to niezwykłe, z którym marzeniem byłoby spożyć wigilijną wieczerzę. Pytanie tylko co ci ludzie i ich przesławne czyny mają wspólnego z lewicowością? Czy w tej Sodomie, jaką stanowią elity Sojuszu (nie mylić z ogółem członków tej formacji) znalazłoby się choć dziesięciu sprawiedliwych? Wątpliwe, ale znajdzie się z pewnością tyleż osób o rękach umazanych krwią irackiej ludności, decydentów udziału w sprzecznej z prawem międzynarodowym agresji (a ludzi popełniających czyny niezgodne z prawem, skutkującej rozlewem krwi zwie się właśnie zbrodniarzami), tej nieludzkiej wojny, rozpętanej pod kłamliwymi - niczym polski napad na radiostację w Gliwicach - pretekstami, skutkującą liczbą ofiar dwa - trzy razy większą niż Powstanie Warszawskie! Jeżeli Piotr Szumlewicz sytuuje na poważnie swoją kondycję moralną się na równi z tą częścią działaczy i sympatyków SLD, którzy ponoszą odpowiedzialność za udział Polski w napaści na Irak, to można mu tylko współczuć... Zapewne także wypadałoby postarać się o rychłe zapewnienie pomocy psychologicznej, bo człowiek przyrównujący się do zbrodniarzy wojennych musi być chyba na skraju załamania nerwowego.

Romantyzm kontra partyjna maszyna

Wyraźna ambiwalencja stosunku do Sojuszu Lewicy Demokratycznej może być jednak wytłumaczona o wiele prościej. Rysując obraz Sojuszu Piotr Szumlewicz wyraźnie usiłuje zasugerować, że choć niezadowalający treścią, twór ten może podobać się formą - zwłaszcza jako alternatywa dla radykałów, przedstawianych jako zbiorowisko osobników organizacyjnie niedojrzałych. Prawdopodobnie więc autor, szukając antywzoru dla nielubianych przez siebie za formę działania środowisk lewicowych, po prostu zagalopował się w polemicznej zajadłości. Skoro tak, to teraz warto skupić się na jego krytyce działań środowisk lewicowych oraz rozpoznać dokładnie, jakie to dobre rozwiązania kryje za sobą forma organizacyjna SLD.

Już na pierwszy rzut oka, dostrzec można że clue problemu kryje się - zdaniem autora - w formie organizacyjnej ruchu, przy czym główną oś debaty ma wyznaczać odwieczny na lewicy spór wokół pytania: partia czy nie partia? Redaktor Lewica.pl nie ukrywa przy tym, że ma na ten temat jednoznaczną opinię, opowiadając się za partyjną formą organizacji ruchu. Gorzej niestety z argumentacją, choć wyrazistość opinii stawia zawsze wymóg szczególnej staranności w dowodzeniu racji. Piotr Szumlewicz rysuje bardzo szablonowy obraz radykalnej lewicy, wyśmiewając pospolitość jej działań, przy czym w jednym szeregu stawia tu uczestnictwo w zamieszkach czy śpiewanie rewolucyjnych piosenek z ciężką, nieprzyjemną pracą organiczną jaką jest plakatowanie czy zbieranie podpisów. Słusznie ubolewając nad słabością intelektualną ruchu, przyczyny jej widzi w antyinstytucjonalizmie i antypartyjności aktywistów co rzekomo "skutkuje pogłębiającą się amatorszczyzną, słabością intelektualną, kompletnie nieuzasadnionym optymizmem i jałowym marzycielstwem". Jako przykład tej amatorszczyzny uznaje m.in. małe pikiety w obronie lokatorów, czyli działania na rzecz konkretnych cierpiących ludzi. Wyśmiewa także radykałów za utożsamianie się z ludem (pisanym w cudzysłowie), którym jednocześnie zarzuca prostactwo, wyrażające się rzekomo w powszechnym rozumowaniu, jakoby tylko ich formacja reprezentowała ogół. zamiast tych mrzonek, proponuje wielką batalię o świadomość społeczną, realizowaną przez jakąś wymarzoną infrastrukturę. "Lewica powinna zabrać się za budowę własnych mediów, powoływania swoich centrów badawczych i wreszcie tworzenie profesjonalnej partii, która prowadzi szkolenia, warsztaty i konferencje, ma swoich ekspertów i etatowych pracowników", proponując dodatkowo przedsięwzięcia technologiczne o wartości dziesiątek milionów dolarów w postaci stacji telewizyjnych i radiowych....Uff... Człowiek przeciera oczy i nie wie, czy zyje w tym samym wymiarze co autor "Drogi lewicy donikąd", czy może któraś ze stron wywaliła w kosmos do innego układu słonecznego i stąd owo zaskoczenie sposobem postrzegania i mentalnością Piotra Szumlewicza. Partyjna droga jako ścieżka profesjonalizacji lewicy? To chyba jakiś żart ponury. Przyjrzyjmy się dokładniej istniejącym na lewicy partyjkom i spróbujmy poszukać jakichś cech świadczących o ich przewagach w dziedzinie merytorycznej nad resztą lewicy. Nie widać? Słusznie, bo sytuacja ma się akurat odwrotnie. Czołowi znawcy konkretnych, ważnych dla zwykłego człowieka tematów spośród aktywistów politycznych, zagadnień takich jak budżet partycypacyjny, dyrektywa usługowa (Bolkesteina), mieszkalnictwo czy stosunki pracy, znajdują się akurat w środowiskach anarchistycznych Krakowa, Warszawy i Poznania. Partie polityczne? Wystarczy poszperać nieco po ich stronach, aby zorientować się w ich dorobku intelektualnym, który zazwyczaj zawiera się w paru ogólnikach programowych, które przeciętnie inteligentny człowiek byłby w stanie sformułować samemu, i to nawet po dużej wódce. Co więcej, nawet gdy stworzyć aktywistom partyjnym przestrzeń do działania, to albo nie wykażą tym zainteresowania, albo czmychną gdy tylko zacznie się od nich wymagać czegoś więcej niż bezrefleksyjnego wysiadywania na spotkaniach.

W trakcie kreowanej przez moje własne środowisko polityczne kampanii "Mieszkanie Prawem Nie Towarem" przez obrady grupy roboczej przewinęło się sporo takich mniej lub bardziej zamaskowanych reprezentantów stronnictw o ambicjach wyborczych. Żaden z nich nie przyniósł ze sobą własnej analizy problemu, projektów rozwiązań do dyskutowania, czy chociażby praktycznej wiedzy, z której można byłoby sporządzić jakieś interesujące studium przypadki. Wręcz przeciwnie, w okresie przedwyborczym osobnicy aż z trzech partii (w tym jednej centrowej) usiłowali wepchnąć się do środka Kampanii, aby - korzystając z otwartej formy - podczepić swój szyld partyjny pod cudze działania, zdobyć nieco wiedzy potrzebnej do stworzenia programu i przejąć kontakty z tak pogardzanym przez Piotra Szumlewicza ludem. W świetle tych faktów, apoteoza partyjności przez autora tekstu okazuje się być daleko bardziej fetyszyzacją opartą na imaginacji niż odnalezieniem właściwej ścieżki postępowania. Partyjna forma organizacji niekoniecznie musi wymuszać sprawność struktury, a tym bardziej jakość merytoryczną. Wiele wskazuje na to, że z pewnych względów bywa odwrotnie - formalizacja stwarza wiele czynności pobocznych (zjazdy, wybory do ciał statutowych itd) które z jednej strony zajmują czas i siły, które można by przeznaczyć na podstawowa działalność, a z drugiej strony stwarzają złudzenie aktywności samym zainteresowanym. Jeśli przyjrzymy się działaniu istniejących obecnie na autentycznej lewicy formacji partyjnych, to zobaczymy, że są to w rzeczywistości kółka dyskusyjne, które poza gawędami, narzekaniem i snuciem rojeń o przyszłej wielkości, koncentrują uwagę swoich członków właśnie na wypełnianiu tych wszystkich czysto organizacyjnych i reprezentacyjnych czynności. Formuła partyjności powiązana jest w zasadzie niemal zawsze z silną personalizacją przywództwa, co oznacza, że stronnictwa takie budowane według jak najbardziej prawicowego modelu opierania uczestnictwa aktywności na autorytecie liderów. To zaś rodzi kolejne zagrożenia. Po pierwsze - przywódcy mają to do siebie, że niekoniecznie muszą być mądrzy czy uczciwi (a nawet jeżeli tacy są mogą nie być w stanie zrealizować zbyt szerokiego zakresu obowiązków), a wyraźna hierarchizacja (nawet nieformalna) struktury utrudnia albo nawet uniemożliwia identyfikację i naprawienie błedów w oparciu o mądrość kolektywu. Pod drugie zaś - personifikacja organizacji w świadomości społecznej i zaślepienie autorytetem powoduje przyciąganie do jej szeregów osób nie w oparciu o wspólnotę wartości, ale zaufanie do konkretnej osoby. Taki sposób rekrutacji członków - jak uczy praktyka wszystkich partii autentycznej lewicy - powoduje znaczącą nadpodaż w ich szeregach osobników o wyjątkowej niskiej kreatywności, często prawdziwych sierot bożych, traktujących organizację polityczną jako swoiste przytulisko i tyleż ślepo zapatrzonych w lidera, co nie będących w stanie wspomóc go w czynnościach intelektualnych czy nawet organizacyjnych. Efektywność tego rodzaju jest zazwyczaj niska i nie ma nic wspólnego z liczbą formalnie zapisanych, a świadomość tego dysonansu z czasem skutecznie osłabia jedyne spoiwo - zaufanie do lidera, powodując załamanie danej struktury.

Całkowicie nieusprawiedliwione - z racji teorii zarządzania, praktyki działań niektórych organizacji skrajnej lewicy jak i jakości argumentacji autora, jest przeciwstawianie czynności intelektualnych działaniom praktycznym. Świata nie zmieniają skutecznie ani kretyni rzucający kamieniami dla samej zadymy - co akurat Piotr Szumlewicz słusznie zauważa - ani jajogłowi bujający w obłokach debat oderwanych od życia - w co wydaje się on dość naiwnie wierzyć. Szanse na to mają jedynie ludzie dysponujący jednocześnie myślą i czynem, a działania te można w sobie pobudzać i kształtować właśnie w ramach działań społecznych. Zwyczajna działalność samopomocowa czy aktywność w sprawach konkretnych ludzi ma przy tym wiele walorów edukacyjnych, czego autor tekstu zdaje się zupełnie nie zauważać. Przede wszystkim, uczy wiedzy praktycznej o zjawiskach społecznych, dając ich obraz równie cenny, a nierzadko pełniejszy niż naukowe analizy (przy czym sfery teorii i praktyki nie należy tu sobie przeciwstawiać, zmorą dzisiejszego świata wydaje się być właśnie nadmiar osób czerpiących wiedzę jedynie z papierzysk bądź wyłącznie historii swego żywota, podczas gdy ideałem jest dostęp do obu typów informacji). Poza tym, stanowi ona także bezcenny instrument służący do identyfikacji błędów systemu, nie kryjących się za linijkami prawniczych tekstów ustaw i zarządzeń, ale za zaniechaniami lub nadgorliwością w ich interpretacji i egzekucji (dla przykładu obecne problemy lokatorów prywatnych kamienic wynikają tylko po części z ustawodawstwa, a w znacznej liczbie stanowią efekt anemii organów wykonawczych). Większość ludzi wydaje się być choć trochę zainteresowana sensem tego, czemu poświęca swój czas i energię, więc praktyczna działalność w sposób oczywisty pobudza zainteresowanie istotą problemów, których dotyczy. Nawet wtedy, gdy jest ona tak mało wyrafinowana jak plakatowanie (chyba, iż autor tekstu uważa, że na posterach muszą koniecznie znajdować się jakieś partyjne slogany czy reklamy wyborcze) może ona działać w tym względzie bardziej skutecznie (zależnie od typu osobowości) niż prelekcje czy lektury. Wreszcie, praktyczna, mozolna działalność to prawdziwa kuźnia kadr lewicowej organizacji, która pozwala skutecznie odsiać wszelkiego rodzaju pozorantów i karierowiczów z natury swojej niezainteresowanych realną działalnością dla ogółu, sprawdzić umiejętności i uzdolnienia poszczególnych działaczy oraz - dzięki zachowaniu zasady uczestnictwa wszystkich członków w najbardziej nawet niewdzięcznych zajęciach - zapobiec wytwarzaniu się podziałów na generalicję i szeregowców, co stanowi rys podstawowy wszystkich formacji partyjnych. Wiecznych filozofów należy pozostawić uczelniom - niechaj tam bujają w obłokach - a pozorantów i karierowiczów podobnym im cwaniakom właśnie z organizacji pokładających nadzieję w mechanizmie wyborów, którzy z natury rzeczy skazani są na kolekcjonowanie ludzi jak leci, na zasadzie swoistej hodowli członków i ich możliwości elekcyjnych.

Jest rzeczą fascynującą obserwować, jak bardzo nietrafnych przykładów użył Piotr Szumlewicz dla wskazania wad owych nielubianych przez siebie radykałów. Idealizacja robotników czy innych wspieranych przez siebie środowisk? Dobre sobie, akurat chłopomania od zawsze stanowi domenę tych, którzy chłopów nie widują, a ich życie znają jedynie z książkowych opowiastek - życie włościan w samych jasnych barwach postrzegali wszak młodopolscy inteligenci, mit "dobrego dzikusa" tworzyli europejscy filozofowie, a o klasie robotniczej jako żyjącej non - stop rewolucyjną walką bredzili zawodowi aparatczycy z biurokracji rządowej państw obozu sowieckiego. Bez wątpienia na tych, którzy swoje lewicowe idee starają się wcielać w życie tworząc i wpierając inicjatywy społeczne czyha wiele intelektualnych niebezpieczeństw (takich jak groźba postrzegania rzeczywistości przez pryzmat jednego czy dwóch zjawisk albo możliwość pełnego niedostrzegania kontekstu znanych sobie zjawisk) ale z pewnością nie jest nim skłonność do dziecięcego zachwytu nad społeczeństwem, bo pomaga się wszak osobom mniej sprawnym od siebie w jakiejś dziedzinie. Co więcej, każdy praktyk polityki o przeciętnej inteligencji jest w stanie bez trudu dostrzec masę uproszczeń, błędów czy braków w opisach zjawisk społecznych formułowanych przez badaczy czy polityków, bowiem żadna analiza nie odda nigdy wszystkich barw życia, a naturalna zmienność drobnych elementów rzeczywistości z natury rzeczy musi być rejestrowana z opóźnieniem. Ta konstatacja dotyczy także ludzi z którymi się współpracuje czy którym sie pomaga: ich charakterów, reakcji na określone bodźce, cech psychologicznych i postawy wobec świata. Jednocześnie, właśnie "na dole" widać najpełniej niejednoznaczność sytuacji życiowych, które powodują, iż partnerzy w jakimś konkretnym działaniu, zazwyczaj różnią się od nas - nierzadko diametralnie - swoją opinią i postępowaniem w stosunku do innych zagadnień.

Z logiką życia politycznego mija się całkowicie inny zarzut autora, którego zdaniem podziała na lewicy wynika z narcystycznego przekonania istniejących tu ugrupowań o swoim prawie do monopolu na reprezentowanie interesów. Owa wykazana powyżej admiracja dla partyjniactwa sprawia najwyraźniej, iż Piotr Szumlewicz zupełnie nie dostrzega dość oczywistego faktu, iż taka skłonność do egzaltacji własną postawą jest akurat pochodną stosowania proponowanej przez niego metody działania. Któż bowiem usiłuje nachalnie zmonopolizować własną przydatność dla społeczeństwa - partyjni watażkowie konkurujący ze sobą o głosy wyborców (a raczej o ich promile) czy aktywiści pomagający prześladowanym pracownikom czy lokatorom? Jaką korzyść dla anarchisty czy komunisty próbującego przestawić o kilka centymetrów w pożądaną stronę jakiś klocek w systemowej układance może mieć konkurowanie z inną grupą? Że ktoś lepiej pomoże jakiemuś człowiekowi, napisze pozew, wpłynie na kamienicznika, albo rozda więcej ulotek? Tylko się cieszyć, bo efekt będzie lepszy, a roboty dla własnej grupy mniej, i może starczy czasu, aby napić się piwa, albo zając jakimś hobby. Problem w tym, że właśnie na poziomie spraw codziennych łatwo zyskać monopol całkowicie niepożądany, bo wymuszony biernością innych... Tam bowiem, gdzie nie chodzi powiedzenie kilku banałów, dopchanie się do mediów czy wyjazd na zagraniczną wycieczkę - zadymę czy konferencyjkę - tam chętnych do roboty na lewicy nie ma i można doprawdy pozazdrościć np. grupom religijnym aktywności w tym względzie.

Przy okazji, warto zwrócić uwagę na fakt wyjątkowo pogardliwego używania słowa "lud" przez autora "Drogi lewicy - donikąd". W całym tekście znaleźć autor jakby powątpiewa w istnienie "zwykłych ludzi", "ludu", których mogłaby reprezentować lewica. Trzeba przyznać, że jest to postawa jak na człowieka lewicy dość oryginalna, choć przypominająca jednocześnie, iż indywidualizacja myślenia nie zawsze bywa cnotą. Czyżby Piotr Szumlewicz przestał nagle wierzyć w istnienie większościowej grupy ludności, oczywiście wielce niejednolitej po wieloma względami, ale charakteryzującej się pozostawaniem poza obrębem elit: finansowej, politycznej, prawnej i medialnej? To z kogo (i dla kogo) chce w takim razie konstruować swoje ukochane partie polityczne? I skąd ta wyższość, tak podobna do wszystkich tych prześmiewców "mocherowych beretów" z grona liberalnych aparatczyków, zbyt tępych aby zrozumieć, że rechoczą z wyglądu starszych osób, którym bynajmniej nie konserwatyzm każe chodzić wiele lat w jednym ubraniu? Pogarda dla ogółu to wszak typowa cecha osobowości prawicowej, choć dziś nawet liberałowie muszą ukrywać ją zręcznie pod makijażem frazesów.

Program na jutro

Po rozprawieniu się z tymi, których wiedzie "anarchistyczno-romantyczny patos" i mało zrozumiały dla publicysty portalu Lewica.pl, nadchodzi czas na formułowanie wniosków pozytywnych. Piotr Szumlewicz ma tu wyrobione zdanie, proponując batalię o - jak się wydaje rozumianą całościowo - świadomość społeczną. Do tego celu niezbędne są - wspomniane powyżej - profesjonalna partia, własne media i placówki naukowe, a skupieni w tych ostatnich profesjonalni i "dobrze opłacani" eksperci mają udowodnić na drodze intelektualnej wady systemu przekonując ogół do rozwiązań socjalistycznych. W koncepcji autora tak odżegnującego się od wizji romantycznych, zwraca uwagę bynajmniej nie racjonalistyczny rozmach, gdyż wierzy on w możliwość budowania lewicowych stacji radiowych i telewizyjnych, a to już prawdziwe "szklane domy" w dzisiejszej sytuacji. Systemu finansowania tychże przedsięwzięć Piotr Szumlewicz jednak nie wskazuje, podobnie jak nie podaje czy sam zamierza dołączyć wynagradzanych sowicie fachowców, czy też do tych, którzy muszą robić ściepę na apanaże dla tych ostatnich. Brakuje też załączonej listy reklamodawców, którzy chcieliby zasilać poważnymi kwotami budżet medium domagającego się wyższego opodatkowania takich jak oni albo przynajmniej wykazu milionerów - dziwaków, skłonnych do sponsoringu wrogich sobie treści...

Wizja rozwoju lewicy Piotra Szumlewicza, która miała być pokazem dojrzałości myślenia i stanowić alternatywę dla infantylnej - w pojęciu autora - koncepcji modelu anarchistyczno - społecznego, okazuje się być dziecinną ułudą. Tu wszystko jest jednoznaczne, wielkie, potężne i profesjonalne, jak to w wyobrażeniach każdego technokraty, a w dodatku, nie trzeba użerać się z przyziemną stroną życia, bo cała rzeczywistość tworzy się od góry. Gdzieś, na szczytach wiedzy ludzkiej, walczą ze sobą o zdobycie tzw. hegemonii symbolicznej mityczni tytani wiedzy i ideologii i tylko od wyniku walki między nimi zależy światopogląd maluczkich - posądzanie ich o jakąkolwiek kreatywność w myśleniu byłoby niepożądaną idealizacją. Herosom walk o dusze prostaczków potrzebne są tylko dobre wypłaty i media oraz zaplecze partyjnych urzędników, którzy zajmą się przekazywaniem mądrości w "dół", tak aby ludzie mieli w co wierzyć. Znaczenie mają tylko ogromne organizacje ludzkie i wielkie przedsięwzięcia, zwykli ludzie nie mają znaczenia, a być może są tylko "dziwaczną hybrydą wymyśloną przez rewolucyjnych radykałów". Zresztą nawet jeżeli istnieją, to też niezbyt dobrze, bo złośliwie odmawiają postawienia na piedestale problemów kobiet i mniejszości seksualnych jako głównych przekazów opresyjności kapitalizmu. Wiedza bierze się od góry i stanowi przeciwieństwo wspierania ludzi w konkretnych prowadzonych przez nich walkach - poważny człowiek czy ruch społeczny walczy bowiem od razu z całym kapitalizmem, a nie tam jakimś kamienicznikiem czy pracodawcą. Partie polityczne działają z natury sprawniej niż organizacje innego typu, tedy z góry cześć im i chwała. Skąd bierze się ten zbiór tez nieprawdziwych, czasem wręcz absurdalnych? Skąd ta pogarda dla rzeczy zwykłych, codziennych, doraźnych? Jak się ukształtowała u człowieka, który twierdzi, że wyznaje wartości socjaldemokratyczne , ta przejmująca oziębłość w podejściu do ludzi oraz pogarda dla pracy organicznej (samopomocowej i organizującej grupy społeczeństwa wokół doraźnych celów), którą przecież właśnie socjaldemokracja przedstawiała jako alternatywę rewolucyjnych pohukiwań i romantyzmu barykad? Odpowiedź nie wydaje się trudna. Oto kolejny człowiek, który, zmęczony słabością polskiej lewicy, organizacyjną i intelektualną, próbuje wmówić sam sobie, ze oto ma szanse być trybikiem w wielkiej lewicowej machinie, i to kto wie, może nawet trybikiem o czymś decydującym, "eksperckim". Zamiast rozpatrywać sprawy codzienne i tym samym pozbawione stygmatu wielkości, zamiast drobnymi kroczkami dążyć do lepszego świata, Piotr Szumlewicz woli prezentować wizję cudownej machiny partyjno - medialno - eksperckiej, która zaczaruje świat od góry. Oto właśnie modelowy przykład dziecięcej choroby technokratyzmu, ucieczki - w obliczu nieciekawej rzeczywistości - do bajkowego świata, w którym będzie można się poczuć poważnym i docenionym w swej aktywności oraz ubrać w kostium dojrzałego polityka. Kłopot tylko w tym, że ta machina nie istnieje, że nie ma - i nie będzie jeszcze długo - żadnej wielkiej struktury lewicowej - w której można by było zyskać poważanie elit i ogółu, zasmakować kolejnych wiktorii w walce z systemem i może nawet przyzwoicie z tego żyć.

Dojrzałość - której tak bardzo domaga się autor tekstu - polega nie na formułowaniu celów w oparciu o marzenia, ale na umiejętności prowadzenia walki właśnie pomimo wiedzy o tym, jak bardzo oddalony jest ostateczny sukces. Niestety, walka toczy się o zdobycie małych skrawków terenu, o zbudowanie przyczółka, a tego nie uczynią żadni technokraci, potężne odgórne siły, zbudowane z piasku wyobraźni stacje telewizyjne, tylko codzienna praca dla ludzi. Ta praca, którą Piotr Szumlewicz tak bardzo wyśmiewa. I tylko warto zastanowić się, czy samozwańczy generałowie planujący wielkie w imieniu nieistniejących armii nie bywają bardziej zabawni niż małe grupki szeregowców, próbujące zdobyć kolejny pagórek na terenie wroga.

Andrzej Smosarski

tekst przytaczamy za www.syndykalista.org

Dodano dnia:26 lipca 2007

Niedawno opublikowane