Barbara Stanosz

Rozmowa z profesor Barbarą Stanosz

[2006-03-10 10:52:21]

Z prof. BARBARĄ STANOSZ rozmawia Krzysztof Lubczyński - źródło: www.Lewica.pl

PNG - 49 kb

Barbara Stanosz - emerytowana profesor filozofii i logiki Uniwersytetu Warszawskiego, tłumacz literatury filozoficznej, współzałożycielka kwartalnika "Bez dogmatu"

Krzysztof Lubczyński: Jesienią ubiegłego roku nastąpił w Polsce radykalny przełom, pierwszy tak wyraźny od 1989 roku, choć zapewne bez tamtej skali historycznej. Na pewno jednak po 1989 roku żadna zmiana układu sił i przemiana polityczno-ideologiczna nie była tak głęboka, jak jesienią 2005. Czy mogłabyś syntetycznie zdefiniować, ze swojego punktu widzenia, co się zdarzyło między 1989 a 2005 rokiem?

Barbara Stanosz: Chyba powinnam uprzedzić, że nie należy po mnie oczekiwać żadnych głębokich analiz i szerokich uogólnień w historiozoficznym stylu. Odnoszę się sceptycznie do wszelkiej historiozofii, dopatrującej się jakiegoś sensu, celu czy kierunku dziejów ludzkości, w tym przemian jej struktury wewnętrznej i politycznych form organizacji. Moim zdaniem, nie istnieją żadne „historyczne konieczności" czy nieubłagane „prawa dziejowe", a w każdym razie nie mamy podstaw, by wierzyć w ich istnienie. To, co stało się kilkanaście lat temu w naszym zakątku świata, było rzeczywiście wydarzeniem istotnym z punktu widzenia zamieszkującej ten zakątek społeczności, zmieniło bowiem dość radykalnie zasady współżycia społecznego. Usunięto wszelkie zapory powstrzymujące proces rozwarstwienia materialnego i kulturowego, ze wszystkimi tego konsekwencjami: szybkim wzbogaceniem się nielicznych i pauperyzacją rzeszy „niezaradnych", zyskaniem przez tych pierwszych dominującego wpływu na los drugich oraz z eksplozją korupcji i rozmaitych innych form przestępczości. Nadto rolę ideologicznego nadzorcy państwa przyznano kościołowi katolickiemu, co drastycznie zredukowało zakres wolności, która była pierwotnie sztandarowym hasłem tych przemian.

Tak, oczywiście, być nie musiało. Nastąpiło to za sprawą garstki wpływowych eks-opozycjonistów, którzy czuli się dłużnikami Waszyngtonu, stosowali się więc do jego zaleceń i do rad zaoceanicznych Kaszpirowskich od ekonomii, oraz za sprawą równie nielicznej, lecz dziarskiej grupy „ludzi Kościoła", którzy zdołali wmówić reszcie nowej klasy politycznej, że opór wobec aspiracji tej instytucji będzie równoznaczny z końcem kariery. Poza tym loteria wyborcza przydzieliła nam kolejno dwie bylejakie głowy państwa – najpierw człowieka intelektualnie i charakterologicznie nie nadającego się do pełnienia funkcji tego rodzaju, a potem istnego „człowieka bez właściwości" – osoby pozbawionej nie tylko poglądów, lecz także zmysłu wzroku i słuchu w sprawach społecznych. To zaś, co stało się w Polsce parę miesięcy temu – dojście do władzy wojowniczej, zapowiadającej quasi-rewolucję polskiej odmiany chadecji – jest chyba kwestią odruchu chwytania się czegokolwiek przez tonącego: w odmętach neoliberalizmu jako deska ratunku jawiła się ludziom zwodnicza idea solidaryzmu społecznego.

Czy ta masowa bieda w Polsce spowodowała degenerację kapitału społecznego w skali, która jest jeszcze odwracalna czy też już w znaczącym stopniu nieodwracalna?

Doraźnym skutkiem masowej biedy i niepewności jutra jest degradacja zdrowotna i moralna dużej części aktualnej populacji. W dalszej perspektywie bieda dziedziczna – a obecna bieda jest dziedziczna w skali znacznie większej niż ta z poprzedniego systemu – staje się źródłem ogromnego marnotrawstwa kapitału społecznego: kapitału talentów i energii ludzi niejako genetycznie skazanych na wykluczenie przez warunki, w jakich upływa ich dzieciństwo i wczesna młodość. Pamiętam wielu bardzo dobrych studentów Uniwersytetu Warszawskiego, którzy pochodzili ze wsi lub małych miast. Dziś wśród kandydatów na studia w tej uczelni prawie nie ma osób pochodzących z takich środowisk. Jest wierutnym kłamstwem propagandowym, że masowe bezrobocie i bieda to „nieuniknione koszty transformacji", czy też „cena, jaką musimy zapłacić za wychodzenie z komunizmu". Wszak nie płacą takiej ceny na przykład Czesi; przeciwnie, mają oni najniższy w całej UE odsetek gospodarstw domowych o dochodach poniżej granicy ubóstwa! Raz utracony kapitał społeczny jest, oczywiście, nie do odzyskania. Można jedynie zapobiegać lub ograniczać dalsze straty tego rodzaju. Nie wydaje się jednak, by w Polsce uczyniono to w bliskiej przyszłości; miarą „solidarnościowej" wyobraźni obecnych organizatorów życia społecznego jest żałosny pomysł osławionego „becikowego".

Mnie największy zawód sprawili nawet nie politycy, ale intelektualiści, ludzie nauki, ponieważ to oni nie zdobyli się ani na uczciwą analizę zaistnialego stanu rzeczy, ani na protest, do którego byli tak skłonni w Polsce Ludowej. Do tego ten pogardliwy stosunek do biednych jakjo do tych, którzy rzekomo zawinili swojej biedzie. Elity intelektualne zasługują na osobny opis psycho-społeczny, analogiczny jak psychologia tłumu. Sądzę, że opis taki rozwiałby wiele mitów dotyczących tej warstwy, w tym mitu o jej szczególnej wrażliwości społecznej i gotowości do obrony nieegoistycznych wartości. Intelektualistów, którzy egzemplifikują ten mit, zawsze było niewielu i uchodzili oni w swoich środowiskach raczej za niebezpiecznych dziwaków niż za autorytety moralne, nawet wtedy, gdy byli – jak Bertrand Russell – niekwestionowanymi autorytetami w swoich profesjach. Tym, co niewątpliwie wyróżnia ludzi należących do tej warstwy, jest skłonność do racjonalizacji postaw oportunistycznych i umiejętność prezentowania ich jako przejawu mądrości życiowej lub zgoła sprawdzonej wiedzy o świecie. Taki charakter mają powtarzane dziś w inteligenckich kręgach tezy, że świat należy do energicznych i przedsiębiorczych, że sprawiedliwość społeczna jest nieosiągalna, a próby jej urzeczywistnienia muszą prowadzić do unicestwienia wolności, że prawa ekonomii (oczywiście tej neoliberalnej) są równie „twarde" jak prawa fizyki, itp.

Jednak w Polsce doszły one do krańcowej postaci konformizmu i bez żenady głoszą jakieś absurdalne oceny, jak np. znany psycholog społeczny, który stwierdził jakiś czas temu, że tak naprawdę w Polsce ludziom żyje się znakomicie i użył nawet określenia "kraj-raj". Był to albo żart, który miał przypomnieć, jak łatwo jest manipulować danymi statystycznymi, albo kliniczny objaw konformizmu tak jawnie chorobliwego, że jego moc perswazyjna jest bliska zeru.

Jednocześnie te same elity intelektualne są bardziej uległe w stosunku do kościoła katolickiego niż kilkanaście lat temu. Świadczy o tym nie tylko to, co się działo wokół śmierci Jana Pawła II, ale także fakt, że dziś np. byłaby niewyobrażalna taka akcja, jak zebranie w 1992 roku 1,5 miliona podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie karalności za przerywanie ciąży. Kościół katolicki po paru latach umościł się wygodnie w „polskiej demokracji", usuwając zeń wiele podstawowych wartości nowoczesnej demokracji. Pomogli mu w tym politycy, a także nowa, prężna grupa społeczna, którą można by nazwać inteligencją medialną: liczni dyspozycyjni „analitycy" telewizyjni i prasowi, prawomyślnie komentujący niemal wszystko, co się wydarza. Zagłuszają oni dość skutecznie rzeczywistą opinię publiczną i paraliżują spontaniczne reakcje obywatelskie.

W całej tej diagnozie czas na zatrzymanie się przy lewicy, bo przecież od niej w dużej mierze zależy zawsze kształt życia społecznego i politycznego. Polska leiwca jest w stanie złym, a rządy najsilniejszej instytucjonalnej lewicy, czyli SLD okazały się bardzo nielewicowe.

Lewicy na polskiej scenie politycznej po prostu nie ma; przetrwała tylko nazwa, kojarząca się w świadomości społecznej raczej z jakimś kamuflażem prawicowych zamysłów niż z programem autentycznie lewicowym. Spowodowała to, rzecz jasna, jawnie niezgodna z takim programem praktyka niedawnych rządów nominalnej lewicy. Czy problem lewicy to nie jest brak takiej gleby społecznej, jaką ma prawica? Skądże! Lewicowe idee, zarówno w sferze gospodarczo-społecznej, jak i w kulturowej, są nadal bliskie dużej części polskiego społeczeństwa. Problemem jest natomiast materializacja tej postawy ideowej w postaci znaczącej siły politycznej. Przeszkód jest wiele, od czysto technicznych po psychologiczne, związane z rosnącym poczuciem obywatelskiej niemocy.

Czy widzisz jakieś światełko w tym ciemnym tunelu?

Cóż, nadal można wiązać pewne nadzieje z formalną przynależnością do wspólnoty europejskiej, choć nie powinny to być wygórowane nadzieje. Może z czasem ukształtuje się w Polsce jakiś rodzaj państwa socjalnego zachodnioeuropejskiego typu. Może i u nas nabiorą siły rozmaite semi-lewicowe ruchy emancypacyjne, wymuszając na politykach rozwiązania prawne na rzecz równości między ludźmi i wolności jednostki. Może i tu dotrze laicyzacja.

Mimo takiej perspektywy kościół popierał wstąpienie Polski do Unii. Dlaczego?

Liczył się z realiami politycznymi, a zapewne miał też na uwadze doraźne korzyści własne, płynące z pojawienia się oddanych mu polskich polityków na europejskiej arenie. Ale chyba były to błędne rachuby.

Dziękuję za rozmowę.

Barbara Stanosz - emerytowana profesor filozofii i logiki Uniwersytetu Warszawskiego, tłumacz literatury filozoficznej, współzałożycielka kwartalnika "Bez dogmatu"

Dodano dnia:14 lutego 2007

Niedawno opublikowane