Arkadiusz Sokol

Nietzscheańskie wątki w moralności Jezusa*

Podczas mojego studiowania literatury poświęconej sylwetce Jezusa z Nazaretu, człowieka uważanego przez większość ludzi za co najmniej autorytet, jeśli nie za wcielonego Boga, natknąłem się na kilka faktów przemawiających na niekorzyść takiego postrzegania Jego osoby. W niniejszej pracy przedstawię te aspekty moralności Jezusa, które – według mnie – nie tylko budzą wątpliwości, ale i godzą w zasady etyczne, mające swoje korzenie w naukach tego właśnie człowieka, którego autentyczne istnienie do dziś budzi wiele kontrowersji i pozostawia sporo niedomówień. Postaram się również dowieść, jak istotną rolę odegrała postać Jezusa w pracy Fryderyka Nietzschego nad koncepcją Übermenscha.

Wypada mi również przyznać, że prezentowane tutaj zestawienie jest niestety tylko zarysem podejmowanego przeze mnie problemu, dlatego też proszę Czytelnika o wyrozumiałość. Zastrzeżenia może także budzić tytuł mojej pracy. Być może sensowniej byłoby tę pracę zatytułować Wpływ Jezusa na moralność Zaratustry, jednakże pozwoliłem sobie na taką właśnie konwersję ze względu na synkretyczny charakter tego opracowania oraz sugestywność takiego, a nie innego tytułu. Co więcej, Jezus jest postacią ponadczasową, a zasadniczym celem moich dociekań – na tle stłumionej religijności Nietzschego – będą mankamenty Jego moralności.

Jestem zdania, że główne przesłanki do powstania idei Nadczłowieka niemiecki filozof zaczerpnął z konduity pierworodnego syna Józefa. Fakt, że uważał go za dekadenta, wynika tylko i wyłącznie z jego uprzedzeń i nienawiści do zastałego oblicza religii. Podświadomie jednak Nietzsche był zwolennikiem pierwotnego chrześcijaństwa, tego słusznego, „nieskarlałego” chrześcijaństwa. W lipcu 1881 roku w jednym z listów pisze: „Przecież to jest najlepszy przykład idealnego życia, jaki naprawdę poznałem; szedłem za nim od kolebki i sądzę, że w głębi serca nigdy nie byłem nikczemny w stosunku do niego”/1/ . Wobec tego moralność Jezusa, a raczej jego obnażony immoralizm z jego nietzscheańskimi elementami, będzie obiektem mojej refleksji.

Nietzsche: Serce Jezusa kontra Umysł Judasza

Źródłem filozofii Nietzschego są według mnie nauki Jezusa, które odcisnęły spore piętno na jego sposobie myślenia. Nauki te początkowo zakotwiczyły się w jego świadomości za sprawą wychowania w protestanckiej rodzinie, później zaprawiła je wiedza nabyta podczas studiowania filologii klasycznej. Jednakże z czasem Nietzsche zaczyna tłumić w sobie swoje chrześcijańskie pochodzenie. Odbija się to na jego filozofii pod postacią różnorakich sprzeczności, tak jak w przypadku Jezusa, którego niejasne pochodzenie – ignorowanie go przez część współczesnych mu śmiertelników – mogło być przyczyną pojawiania się dość częstych antynomii w Jego nauce. Słowo Boże jawi się u Nietzschego mniej więcej tak, jak rzeczywistość jawi się we śnie; bywa mętne, ale i czasem niezwykle odczuwalne w tej „kuźni myśli”, jaką jest dzieło niemieckiego filozofa.

Czasy, jakie zastaje autor Antychrysta, są okresem bytowania ułomnego chrześcijaństwa. Nietzsche uświadamia sobie, że chrześcijanie nie są doskonałymi chrześcijanami, zatem są to czasy opanowane przez pewien rodzaj zła. Toteż domaga się, by „[…]wszystko, co chrześcijańskie, przezwyciężyć za pomocą czegoś ponadchrześcijańskiego, a nie tylko odepchnąć od siebie”/2/ . Czy wobec tego filozof podświadomie nie idzie w ślady Jezusa? To więcej niż prawdopodobne. Wydaje się, że Nietzsche, ustami Zaratustry, nie tylko powtarza myśli Wotana z dramatu Wagnera Walkirie, ale też – czając się za swoim porte-parole – rezonuje gdzieniegdzie w całkiem podobnym stylu, co Jezus (egzemplifikacja w następnej części eseju). Rzecz w tym, że cała działalność Jezusa wskazuje, iż zewsząd czuł się On otoczony przez zło /3/. Nie odpowiada mu również stan religii, który obowiązuje na przełomie er, więc zamierza ulepszyć tę wiarę /4/. Ciekawostką jest, że gdy Nietzsche dokonuje „przewartościowania wszelkich wartości”, robi niemalże to samo, co robił Jezus. Obydwaj zastąpili powszechne wartości swoimi prawdami, stworzyli nową etykę i zainicjowali nowy model moralności.

Nietzsche podświadomie, jakby onirycznie wzoruje się na objawionym słowie, jest on jego „odurzonym kontynuatorem”. Innymi słowy (ujmując to metaforycznie), Nietsche dysponuje takimi dwuznacznymi inklinacjami, bo nosi w sobie serce Jezusa, które koliduje z umysłem Judasza.

Jezus prototypem Übermenscha

Nietzsche pisze, że gdy Zaratustra dożył trzydziestu lat, opuścił swój kraj i udał się w góry. Później po dziesięciu latach zszedł pouczać ludzi. Mniej więcej w tym samym wieku Jezus udaje się na pustynię, aby przez medytacje przygotować się duchowo, a po powrocie rozpoczyna nauczać.

Übermensch według filozofii Nietzschego to człowiek o moralności panów, który wzniósł się ponad dobro i zło, pełen dostojeństwa, stanowczy i bezwzględny w dążeniu do wyznaczonego celu. Nadczłowiek wyzwala się spod władzy wszelkich konwenansów, od rutyny i utartych sposobów postępowania, dążąc do stanu pełnej spontaniczności. Ktoś taki jest jednostką autorytatywną, za którą podążają tłumy naśladowców, prostych ludzi szukających poczucia bezpieczeństwa. Skoro tak, to czy definicja ta w jakimś stopniu nie odnosi się do Jezusa? Owszem, Jezus wywarł wielkie wrażenie na ludziach swojej epoki, zarówno na wrogach, jak i na tych, którzy posłusznie szli za nim /5/. Co więcej autorytet, z jakim przemawiał i działał, cudowne wydarzenia, które przy nim miały miejsce, interpretowane były jako dowód wielkiej mocy /6/ lub boskości mistrza /7/.

Jezus powiada również: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują”/8/ . Po czym przemawia do tłumu, iż należy nienawidzić swoich bliskich: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego, i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nawet i życia swego, nie może być uczniem moim”/9/ . Podążając tym tropem, spostrzec można niewiarygodne podobieństwo pomiędzy Nazarejczykiem a Nadczłowiekiem. Otóż dziewiętnaście wieków później identyczne słowa padają z ust nietzscheańskiego Zaratustry: „Kto zaprzysiągł wierność mądrości, musi nie tylko umieć miłować swoich wrogów, ale musi też umieć nienawidzić swych przyjaciół”/10/ . Co więcej Jezus w kazaniu na górze podważa panujące wartości i prawo mojżeszowe /11/. Z kolei Zaratustra mówi: „Ktokolwiek pragnie być twórcą dobra i zła, musi być najpierw niszczycielem, który unicestwia wartości” /12/ .

Dla niemieckiego filozofa „Człowiek jest liną rozpiętą między zwierzęciem i nadczłowiekiem – liną ponad przepaścią” /13/. Dlatego Nadczłowiekiem nie można być, można się nim jedynie stawać. Übermensch jest wojownikiem, żyje w ciągłej walce zarówno z innymi ludźmi – nieufnymi wobec samotników, bo im wyżej wznosi się człowiek podążający ku wyżynom Nadczłowieka, w tym większej pogrąża się samotności – i ich próbami narzucenia mu własnej woli, ale także z samym sobą, z własnymi słabościami. Jego życie jest nieustannym samopokonywaniem się, ciągłym przekraczaniem samego siebie. Jezus nieraz zakłada swoją wyższość, nadczłowieczeństwo, wręcz absolutną boskość. Wielokrotnie mawia, że tylko On zna prawdę, i że jest Mesjaszem /14/. I gdyby nawet wynikało z tego, że syn cieśli nie musi stawać się Nadczłowiekiem, to jednak zdarza się mu „zmagać” z ludźmi usiłującymi narzucić mu własną wolę (Poncjusz Piłat, Herod) oraz ze swoimi słabościami, choćby w ogrodzie oliwnym.

Dionizos na krzyżu

Moralność panów jest konstruktywna i wyrasta z przekonania, że dobrze jest, aby człowiek osiągnął zadowolenie z samego siebie. Ludzie dostojni są bezpośredni, szczerzy wobec siebie samych i innych, a szczęście odnajdują w działaniu i aktywności. Charakteryzuje ich pewna nieroztropność, tudzież paroksyzm gniewu czy miłości, swego rodzaju skłonność do ryzyka, w obliczu niebezpieczeństwa lub przed wrogiem. To ludzie szlachetni, którzy potrafią wybaczać i nie wypominać dwa razy tego samego błędu. Czy wobec tego moralność panów nie jest moralnością Jezusa? Jakżeby inaczej, wystarczy otworzyć Nowy Testament a przykłady mnożą się jeden po drugim, gdyż Jezus jest właśnie taką osobą.


Postawię teraz następujące pytanie: czy owe rzekome cuda nie były tego rodzaju gestami, o których pisał Nietzsche? Tak, cuda jako wyrachowane gesty Pana wobec maluczkich. Przestaje być to arbitralną tezą, jeśli przywołam następujące argumenty świadczące o nieetyczności – rzecz jasna z dzisiejszego punktu widzenia – rabbiego. Mam tutaj na myśli Jezusa jako szowinistę odmawiającego uzdrowienia córki niewiasty Kananejskiej z tego powodu, iż nie są one Izraelitkami /15/. Oprócz tego Pan porównuje obce kobiety do psów podjadających to, co należy się prawowitym dzieciom narodu wybranego. Dopiero po namowie uczniów i dla świętego spokoju mówi do kobiety: „Niechaj ci się stanie, jak chcesz”. Podobnie jest z uzdrowieniem epileptyka. Jezus staje się wtedy dość chłodny i podnosi głos: „O rodzie bez wiary i przewrotny! Jak długo będę z wami? Dokąd będę was znosił? Przywiedźcie mi go tutaj”/16/ .

W istocie Jezus jest kimś więcej. Sądzę, że postawa dionizyjska Jezusa jest tylko środkiem do osiągnięcia stanu apolińskiego. Przeto targają nim dwie sprzeczne siły, dwie odmienne moralności. Jezus czuł w sobie rasę panów, ale poddał się moralności niewolników, uczynił ze sobą dokładnie to, co Nietzsche nazywał zwyrodnieniem i dekadencją. Doprowadził do tego, że stał się „symbolem ofiary z życia dla innych dóbr”. O tym nie wiedział lub nie chciał wiedzieć niemiecki filozof.

Verwindung

Nietzsche mówi o doświadczeniu konieczności popełniania błędów, czyli o afirmatywnym rozpoznaniu błędu jako swego rodzaju wartości. Czyli tak zwane verwindung. Cała nietzscheańska genealogia poznania odwołuje się do kategorii błędu jako zasady poznania. Nietzsche mówi, że cała nasza świadomość ogranicza się do pomyłek, ale dzięki nim możemy poszerzać naszą wiedzę.

Ta koncepcja w pewnym sensie ma korzenie w postawie Jezusa. Zgubny dla silnej moralności Jezusa motyw litości jest skutkiem takiego właśnie podejścia. Zatem jeżeli Jezus naprawdę się litował, to musiał – w głównej mierze – kierować się taką właśnie zasadą. Znał przewrotność ludzkiej natury i jej skłonność do grzechu, czyli do błądzenia. Musiał też uznawać grzech za coś konstruktywnego dla człowieka, skoro namawiał do przebaczania i akceptacji zła, nie zaś do karania /17/. Potwierdza to sytuacja, w której Jezus staje w obronie kobiety przyłapanej na cudzołóstwie /18/. Innymi słowy verwindung było takowym kierunkowskazem drogi do nieba. Verwindung jest u Nietzschego po prostu nieświadomym zamaskowaniem przykazania miłości bliźniego.

Wolność, czyli „nie pokój, a miecz”

Intrygujące jest podobieństwo pomiędzy swobodą działania Jezusa, a tym jak Nietzsche rozumiał wolność. Otóż dla tego drugiego wolność jest nie tylko tym, czego się pragnie, ale i tym, co się wywalcza. Walka jest wychowawczynią wolności. Wobec tego czymże był żywot Jezusa, czymże wedle proroctw miało być przeznaczenie Mesjasza, jak nie walką par excellence? Niewątpliwe dla Jezusa walką było wypełnianie woli Bożej, zaś forma jej objawienia w tym kontekście odgrywa tutaj drugorzędną rolę. Wiadomo, że Jezus pochodził z religijnej rodziny związanej z sektą esseńczyków, a jako młodzieniec chodził konwersować z mędrcami do świątyni Jerozolimskiej, więc znał wszelkie legendy i przepowiednie /19/. Rozsądnie byłoby zatem przypuszczać, że był człowiekiem inteligentnym. Wobec tego, kiedy uznał, że nadszedł czas na walkę w imię „wyemitowanego” przez proroków słowa, innymi słowy w imię Boga, walkę wpisaną w Jego naturę; zostawia rodzinę, pracę i rozpoczyna swoją misję. Jest to dokładnie to, o czym pisze Nietzsche, więc Jezus czuł potrzebę wyrobienia w sobie siły poprzez walkę. Świadectwem są jego słowa: „Nie mniemajcie, że przyszedłem, by przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem, by przynieść pokój, ale miecz” /20/ .

Możliwe, że rabbi mówi to, gdyż duch czasów, z jakim się zetknął, maksymalnie napiętnowany był przez żydowski mistycyzm, a prosty lud wyczekiwał mściciela zadanych na ziemiach Izraela krzywd. Niemniej jednak faktem jest, że takie słowa padły z ust Syna Boga miłości. Nawet, jeżeli Jezus dopuścił się makiawelicznego kłamstwa lub użył populistycznego sloganu, nie usprawiedliwia to Jego intencji, tej dionizyjskiej postawy, która raczej nie warunkuje – rozwiniętej na podstawie jego nauk, chociaż gdzieniegdzie przeobrażonej przez Kościół katolicki – ogólnie rozumianej dziś etyki chrześcijańskiej. Skoro tak, to jak to się dzieje, że Jezus jest niepodważalnym wzorcem postępowania, kimś, kto realizuje wszelkie rodzaje miłości w sposób absolutnie pełny i doskonały? Dlatego jestem zdania, że dla ludzi uważających się za chrześcijan Jezus może być autorytetem tylko i wyłącznie wtedy, jeśli zaczną oni abstrahować od tego rodzaju dziwacznych wypowiedzi. Może uchodzić za autorytet, jeśli ktoś zignoruje następującą definicję wolności Nietzschego: „Wolność: to znaczy, że instynkty tryumfalne, wojownicze, męskie zawładnęły innymi, na przykład instynktem <>. Człowiek wyzwolony, tym bardziej duch wyzwolony, gardzi nikczemną błogością, o której marzą przekupnie, chrześcijanie, krowy, kobiety (…) Człowiek wolny jest wojownikiem” /21/. Czyż według Ewangelii Jezus nie gardził szczęściem ziemskim? Ba, wręcz nakazywał innym czynić podobnie. Jezus żąda od swoich prozelitów zaparcia się dotychczasowego życia, żąda by opuszczali swoje rodziny. Według niego nie należy zaspakajać swoich pragnień w sensie doczesnym. Również swojej rodziny rabbi nie potraktował najlepiej. Najpierw porzuca owdowiałą matkę, a później odpędza ją i swoich braci od siebie /22/. Dla niego rodziną są tylko i wyłącznie ci ludzie, którzy postępują identycznie jak On /23/. Jezus był nawet w stanie poświęcić siebie i innych dla takiej właśnie wolności, nietzscheańskiej wolności. Tezę tą popierają jego słowa: „[…]przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową”/24/ . Dalej zaś można przeczytać jak przemawia przez niego pycha: „Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłuje syna albo córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien”/25/ . Także u Zaratustry szczęście – to nędzne, brudne, żałosne zadowolenie – wywołuje pewien niesmak. Zaratustra mówi: „Kocham tych wszystkich, którzy nie wiedzą, jak żyć, i idą na dno. Tylko oni wypłyną ostatecznie na powierzchnię”/26/ . W podobny sposób Jezus błogosławi smutnych i ubogich w duchu /27/. W pierwszej kolejności wychodzi On naprzeciw nieszczęśnikom, grzesznikom i celnikom. Mawia, że ostatni będą pierwszymi /28/.

Zakończenie

Wszystko, co zostało tutaj powiedziane, może być całkiem niesubtelnie przeciwstawione powszechnej, głęboko przyjętej moralności Jezusa. Można z pełną swobodą zarzucić mu tą właśnie przemilczaną niemoralność z jej nietzscheańskim brzmieniem. Oczywiście można przyjąć – a nawet powinno się – że jest to niemoralność powierzchowna. Pełne nienawiści sentencje Jezusa, które zacytowałem nie muszą być brane dosłownie. Można rozumieć je w ten sposób, że nie chodzi w nich o nienawiść, która neguje miłość bliźniego, tylko o rezygnację z tego, co dotychczas dla człowieka stanowiło dobro, czyli rodzina, dom, praca, przyjaciele /29/. Sęk w tym, że Jezus jako człowiek nie ma prawa – z punktu widzenia etyki – tego od nas wymagać, co innego jeśli uznamy go za Zbawiciela. Nietrudno też będzie znaleźć w Nowym Testamencie dla każdego z przytoczonych przeze mnie cytatów jego zupełne przeciwieństwo. Jednak pozostaje pytanie, dlaczego te kwestie, w których Jezus nawołuje do miłości należy brać dosłownie? Wydaje się, że wszystko zależy od interpretacji. Dlatego stwierdzenie i wiara, że Jezus jest Synem Boga miłości w żaden sposób nie usprawiedliwiają lekceważenia tegoż paradoksu moralności Jezusa w chrześcijańskiej etyce. Jeżeli chodzi o Nietzschego, to z jego filozofią jest podobnie. Daje ona dużą swobodę interpretacji, zarówno wirtuozom filozofii życia, jak i tym maluczkim (mowa chociażby o nazistach), którzy biorą jego słowa dosłownie.

Konkludując, forma nietzscheańskiego Nadczłowieka jest dość zbieżna z sylwetką Nazarejczyka i zostało to przeze mnie dowiedzione. Z tą różnicą, że Nietzsche przemawia w imieniu Dionizosa, a Jezus w imieniu Jahwe. Nietzsche głosi filozofię życia „tu i teraz”, natomiast Jezus namawia do życia tylko i wyłącznie „w Nim”. Nietzsche próbuje wskazać szczęście za życia, a Jezus po śmierci. Filozof pochwala dążenie do indywidualności, zaś rabbi mówi: „Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie[…]” /30/. Zatem naucza, że jest tylko jedna właściwa indywidualność, którą nakazuje naśladować, czyli On sam. Zdaje się, że Nietzsche po prostu zredukował fenomen Jezusa do optimum, którym jest właśnie ta „rozpięta lina”. Złotym środkiem w moralności pomiędzy radykalną nauką Jezusa a reprezentowaną przez bigoterię degrengoladą, okazują się idee Zaratustry. Pozostaje pytanie, czy niemiecki filozof zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę? Chciałem zwrócić uwagę na doniosłość tego pytania.


Nietzsche wierzył, że prawdziwy filozof jest twórcą, poszukiwaczem i tym, który przygotowuje wielkie wyzwolenie. Wierzył w to, lecz pominął w tym wyznaniu Tego, którego podświadomie (przez co enigmatycznie) naśladował, być może i w samym życiu – Jezusa. Ciekawostką odnośnie tej kwestii okazuje się być przypuszczenie Tomasza Manna, że nic nie wskazuje na to, by Nietzsche kiedykolwiek miał kontakt seksualny z kobietą czy mężczyzną. Prawdopodobnie z Jezusem było podobnie. Być może obydwaj po prostu postradali zmysły z braku kobiecych wdzięków u swego boku. Zaskakujące jest, co pisze na ten temat Nietzsche. Mianowicie receptą na wywołanie opętania jest: „Nieustanny post, trwałe powstrzymywanie się od przyjemności seksualnych, wycofanie się na pustkowie lub ucieczka w góry (…). Myślenie tylko o tym, co wywołuje ekstazę lub rozprzężenie umysłu”/31/ .

Dla Nietzschego prawdziwa filozofia była miłością mądrości, sposobem życia i pewnym typem wrażliwości. Lecz Nietzsche nie był tylko filozofem, tak jak Jezus nie był tylko człowiekiem. Nietsche był prorokiem noszącym maskę Nadczłowieka, natomiast Jezus był świadomym swej roli „narzędziem” wykonującym wolę proroków. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to dwa sprzeczne żywioły myśli. Jednakże pozory mylą, a fakt, iż właśnie sprzeczności targały ich duszami niczym najdziksze pasje miłości, przemawia raczej za tym, że mieli ze sobą coś wspólnego. Sęk w tym, że pewnych idei nie sposób wyrazić, nie używając sprzeczności, a Jezus i Nietzsche byli w posiadaniu takich idei.

Karl Jaspers stwierdził, że prawdziwe jest tylko to, co dzięki Nietzschemu wychodzi z nas samych. Zaś sam Nietzsche mawiał, że pragnie być „światłem” jedynie dla tych, którzy jeszcze nie nadeszli, ponieważ on sam urodził się pośmiertnie. Z kolei Jezus zgodnie ze słowami Alberta Schweitzera wciąż może „[…]przejść obok nas, obcy i zagadkowy dla naszych czasów”/32/ . I abstrahując od Jego historycznego otoczenia, pozostała „[…]część portretu Jezusa jest indywidualnym wyobrażeniem każdego z nas”/33/ . Dlatego też moje przemyślenia wydają mi się całkowicie uzasadnione i sądzę, że udało mi się je wyrazić w dość przekonujący sposób.

PRZYPISY:

*Arkadiusz SOKOL jest studentem piątego riku filozofii Uniwersytetu Śląskiiego w Katowicach. Jego esej ukazał się pierwotnie w: Zeszyty Filologiczne - Rocznik naukowy studentów Wydziału Filologicznego UŚ Pod redakcją: Magdaleny Jaworskiej i Wojciecha Rusinka Zrzeszenie Animatorów Kultury WZIERNIK, Katowice 2005

1/Cyt. za: K. Jaspers, Nietzsche a chrześcijaństwo, www.filozof.pl, s. 1.

2/Cyt. za: Tamże, s. 1.

3/Zob. Ewangelia wg św. Jana, Gideon, 15, 18-21.

4/Zob. Ewangelia wg św. Mateusza 5, 17-19.

5/Zob. Ewangelia wg św. Jana 1, 35-51.

6/Zob. Ewangelia wg św. Marka 1, 22 – 27.

8/Zob. Tamże, 9, 2 – 8.

9/Ewangelia wg św. Mateusza 5, 44.

10/Ewangelia wg św. Łukasza 14, 26.

11/Cyt. za: R. Hayman, Nietzsche – Nietzsche’s voices, tł. J. Hołówka, Warszawa 1998, s. 10.

12/Zob. Ewangelia wg św. Mateusza 5

13/Cyt. za: R. Hayman, dz, cyt., s. 23.

14/F. Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, tł. W. Berent, Poznań 1995, s. 11.

15/Zob. Ewangelia wg św. Mateusza 16, 13-20.

16/Zob. Tamże, 15, 21-28.

17/Tamże, 17, 17.

18/Zob. Tamże, 5, 39.

19/Zob. Ewangelia wg św. Jana 8, 1-11.

20/Zob. Ewangelia wg św. Mateusza 2, 41 – 49.

21/Tamże, 10, 34.

22/Cyt. za: E. Paczoska, Młoda Polska, Warszawa 2000, s. 153.

23/Zob. Ewangelia wg św. Mateusza 8, 19-21.

24/Zob. Ewangelia wg św. Marka 3, 35.

25/Ewangelia wg św. Mateusza 10, 35.

26/Tamże, 10, 37.

27/Cyt. za: R. Hayman, dz. cyt.. s. 42.

28/Zob. Ewangelia wg św. Mateusza 5, 3-4.

29/Zob. Ewangelia wg św. Łukasza 13, 30.

30/Zob. Tamże, 14, 33.

31/Ewangelia wg św. Mateusza 12, 30.

32/Cyt. za: R. Hayman, dz. cyt., s. 62.

33/Cyt. za: B. Thiering, Jesus The Man, tł. J. Markiewicz, Warszawa 1995, s. 88.

34/Tamże, s. 88.

Dodano dnia:12 sierpnia 2005

Niedawno opublikowane