Paul K. Feyerabend

Pluralizm kulturowy czy Nowa Wspaniała Monotonia?*

Paul K. Feyerabend 1924-1994

W styczniu 1985 roku zostałem zaproszony do uczestnictwa w debacie na temat roli sztuki, filozofii i nauki w erze postmodernizmu. W swojej odpowiedzi (a) skrytykowałem założenie, że intelektualne debaty mają cokolwiek wspólnego z problemem „kultury światowej”, (b) wskazałem, że podstawowym zjawiskiem współczesnej „kultury światowej” jest bezpardonowa ekspansja Zachodnich poglądów i technologii – to monotonia, a nie różnorodność jest podstawowym tematem naszych czasów, (c) broniłem różnorodności oraz „kakofonii” gdziekolwiek się one pojawiają, (d) podałem krótki opis rozwoju filozofii nauki od Maxwella do Kuhna. Nie ma potrzeby powtarzać tu mojej ówczesnej wypowiedzi, jako że tymi kwestiami zajmuję się w innych miejscach niniejszej książki. Myślę jednak, że poniższy list, który napisałem w odpowiedzi na długą krytykę tamtego mojego wystąpienia, podnosi pewne nowe kwestie i być może okaże się dla kogoś wciąż interesujący.

3.08.1985

Drodzy Państwo Vergani, Shinoda i Kesler!

Dziękuję za długi i szczegółowy list oraz w ogóle za trud, by odpowiedzieć na mój mały pamflet. Rzecz jasna, nie zgadzam się z Państwem. Proszę mi pozwolić wytłumaczyć dlaczego.

Pytacie: „Ale nie może Pan zaprzeczyć, że ważne jest, by istniała spójna struktura, która organizowałaby [kulturową] różnorodność?”. Odpowiadam, że ani do mnie, ani do Państwa nie należy decyzja w tej kwestii. Należy ona do ludzi, którzy stworzyli tę różnorodność i żyją w jej ramach. Jeśli narody afrykańskie satysfakcjonuje życie obok siebie bez kulturowego ani żadnego innego wzajemnego kontaktu, to do tego też będą dążyć, bez względu na to, co o tym będą sądzić „myśliciele” zza odległych biurek. Jeśli Amerykanom z kolei podoba się „inflacja” dóbr, obrazów, idei, tradycji, jeśli wyczekują oni nowych ulepszonych lakierów do włosów, modeli samochodów i mydlanych oper oraz używają pieniędzy jako ostatecznej miary wartości, wtedy zgorszony intelektualista może, oczywiście, prawić im kazania, ale stanie się tyranem, jeśli spróbuje użyć bardziej zdecydowanych form perswazji.

„Jesteśmy w naszym filozofowaniu funkcjonariuszami społeczności ludzkiej” – pisał Edmund Husserl w swoim niezwykłym eseju zatytułowanym Kryzys nauk europejskich i fenomenologia transcendentalna z 1936 roku. – „Całkiem osobista odpowiedzialność za nasze własne prawdziwe istnienie jako filozofów w naszym własnym, wewnętrznym, osobistym powołaniu niesie w sobie jednocześnie odpowiedzialność za prawdziwe istnienie społeczności ludzkiej, które jako takie [...] może dojść do urzeczywistnienia, o ile w ogóle może, jedynie przez filozofię, poprzez nas, jeśli poważnie jesteśmy filozofami.

[...] Jedynie w ten sposób zostałoby rozstrzygnięte, czy ludzkość europejska niesie w sobie absolutną ideę i czy nie jest jedynie empirycznym typem antropologicznym jak ‘Chiny’ czy ‘Indie’, a także czy dramat europeizowania wszystkich obcych ludów potwierdza w sobie władanie absolutnego sensu należącego do sensu świata, a nie do jakiegoś jego historycznego bezsensu” [za: E. Husserl, Kryzys nauk europejskich i fenomenologia transcendentalna. Wprowadzenie do filozofii fenomenologicznej, tłum. S. Walczewska, Kraków 1987 – przyp. tłum.].


Zapewne zgodzicie się z powyższym cytatem. Ja jednak sądzę, że ukazuje on niezwykłą ignorancję /co Husserl wie o „prawdziwym istnieniu” Nuera?/, fenomenalną zarozumiałość /czy jest choć jeden człowiek, który posiada dostateczną wiedzę o wszystkich rasach, kulturach, cywilizacjach, by móc mówić o „prawdziwym istnieniu społeczności ludzkiej”?/ oraz, oczywiście, ujawnia dużą pogardę dla każdego, kto żyje i myśli w odmienny sposób.

To prawda, że narody i poszczególne społeczności często nawiązują ze sobą pewien rodzaj kontaktu, ale nie jest prawdą, że czyniąc tak, tworzą lub zakładają „powszechny metadyskurs” czy jakąś powszechną więź kulturową. Połączenia mogą być tymczasowe, ad hoc, i całkiem sztuczne: biali przywódcy RPA, czarni muzułmanie i europejscy terroryści – wszyscy oni pałają namiętnymi uczuciami do dolara – ale poza tym niewiele ich łączy.

Nawet bliższe kontakty między kulturami A, B, C itd. nie muszą być „organizowane” poprzez „spójną strukturę”. Wszystko, czego potrzeba, to aby A było w interakcji z B, B z C, C z D i tak dalej, gdzie formy interakcji mogą się zmieniać dla każdej z tych par, a nawet dla poszczególnych epizodów tych interakcji. Doświadczenia cywilizacji Akadów /1/ w okresie Pierwszego Internacjonalizmu są tu dobrym przykładem. Korzystanie z przykładu akadyjskiego nie było konieczną presupozycją tej cywilizacji, lecz jedną z jej wielu cech. Używały go specjalne grupy, które spisywały to, czego dokonały, przyciągając w ten sposób uwagę skrybów pracujących tysiące lat później, czyli, konkretnie, naszych współczesnych akademików. Nie każda ze zmian miała miejsce w samej Akad: dużą rolę odgrywały też kontakty lokalne wykorzystujące dialekty i języki ograniczone do niewielkiego regionu, a nawet te rozszerzały się jedynie tak daleko, na ile wymagały tego potrzeby i ciekawość tych, którzy w wydarzeniach uczestniczyli. Poza tym nie należy utożsamiać kultur z ich pisemnymi manifestacjami czy z wytworami ich artystów i myślicieli. Spisane prawa Hammurabiego miały niewielki wpływ na ówczesną praktykę prawniczą, a pierwsze wykorzystanie alfabetu linearnego B miało czysto handlowy charakter /2/. Grecka edukacja jednakże nie opierała się na pojęciach biznesowych, opierała się na Homerze, tzn. na poezji mówionej (niektórzy późniejsi poeci oraz m.in. Platon nigdy się całkowicie nie pogodzili z faktem rozpowszechniania swych prac w formie pisemnej – zob. np. Platon, Fedon, Siódmy List).

Dziś z kolei mamy wiele marksistowskich książek i równie wiele marksistowskich idei wiszących w powietrzu nad naszymi uniwersytetami i nad naszymi instytutami badawczymi – czy to jednak od razu oznacza, że „nasza kultura” zaraziła się marksizmem? Nie sądzę, nie ma bowiem śladu marksizmu ani w naszych mydlanych operach, ani na religijnych kanałach TV. Sami intelektualiści jeszcze kultury nie czynią.

Rzecz jasna, możemy z grubsza szacować [stipulate], że kultura równa się literatura plus sztuka plus nauka – ale wtedy problem kulturowych wpływów literatury i inne tego typu kwestie rozstrzygamy jakimś rodzajem dekretu, a nie poprzez stosowne badania.

Przyznaję również, że wspomniane wyżej kontakty z czasem stawały się znacznie silniejsze i prowadziły do takiego rodzaju kulturowych unifikacji, które Państwo wydają się mieć na myśli. Zwróćmy jednak baczną uwagę na to, jak to osiągnięto: w większości przypadków owa jedność bywała narzucana siłą, a tylko wyjątkowo była rezultatem życzeń i dążeń ludzi, których miała dotyczyć. Dzisiejsi naukowcy, artyści czy standardowi intelektualiści zdają się nie mieć nic przeciwko takiemu biegowi wypadków – mogą go nawet wspierać. To dlatego starają się przenikać do agend rządowych, to dlatego irytują się, gdy ich wytwory mają podlegać kontroli publicznej, to dlatego podziwiają kulturowych „liderów”, którzy podzielają ich ideologię i ich żądzę władzy, oraz tych, którzy wspierają ich w swych rozgrywkach o władzę.

Wasza tęsknota za nowym „metadyskursem” niebezpiecznie pachnie historyczną powtórką z machinacji Konstantyna Wielkiego /3/ czy edukacji Indian amerykańskich. Ja z kolei preferuję taką formę życia, w której unifikacje powstają przypadkowo, wyłaniając się z tymczasowych powiązań, i które mogą się rozpadać w momencie, gdy powiązania te przestają być już atrakcyjne.

Moja następna uwaga dotyczy tego, że sami wydajecie się nie być w stanie jednoznacznie ustosunkować się do obecnej sytuacji „kultury światowej”. W swoim Oświadczeniu redakcyjnym utrzymujecie, że mamy do czynienia z „chaosem kulturowym” pozbawionym jednoczącego elementu. Z kolei w swoim liście stwierdzacie, iż być może istnieje taki jednoczący element, z tym że jest to element, którym gardzicie (pieniądze). Zgadzam się z Waszym listem: mamy do czynienia z rosnącą uniformizacją, nie tylko w tzw. „pierwszym” świecie (zabawna zarozumiałość, nazywanie tego nadętego spóźnialskiego „pierwszym” światem!), ale i w innych dziedzinach również. Wszystkie różnice i pluralizmy, które wszak również istnieją, nikną, gdy tylko dokonujemy porównań. Pojawiające się niewielkie zakłócenia nie są w stanie zmącić spokoju General Motors, Procter & Gamble czy Pentagonu. Mimo to, nawet w swoim liście powtarzacie, że „rozprzestrzenianie się chaosu stanowi istotę naszej kultury”. To brzmi sympatycznie, abstrakcyjnie i filozoficznie, ale ciekaw jestem, na ile wnikliwie zbadaliście sprawę. Czy porównaliście klientelę mydlanych oper, Reverend Falwell /4/ czy Finałów Mistrzostw w Kręgle z klientelą sztuki współczesnej albo sporu racjonalizm–irracjonalizm w filozofii? Dysponujecie stosownymi statystykami? Oceną siły zaangażowania? Ich wpływem na nasze życie? Nie sądzę. Ja również nie posiadam takich informacji, ale najprostsza kalkulacja pokazuje, że w żaden sposób nie możecie mieć racji: obecnie w USA i Kanadzie mamy około 10 000 filozofów. Większość z nich to uniżeni słudzy status quo, ale załóżmy, że 25% z nich to „twórcy chaosu” – co i tak jest znacznie zawyżonym szacunkiem. Przypuśćmy ponadto, że każdy z owych „rewolucjonistów” ma po 100 studentów. Większość z nich uczestniczy w zajęciach z filozofii tylko dlatego, że są one obowiązkowe, nudzą się na nich śmiertelnie i są szczęśliwi, gdy zajęcia i egzaminy się kończą. Załóżmy jednak, że 25% z nich staje się zaangażowanymi naśladowcami swojego niepokornego, „kreującego chaos”, nauczyciela. To daje nam ostatecznie 40 000 /5/. Czy wiecie, ile milionów ludzi ogląda serial Dallas? Ilu ludzi ogląda Mundial? Znacie liczbę wiernych widzów wszystkich telewizyjnych kaznodziejów? Pamiętacie, ilu ludzi głosowało na Reagana? Ilu ludzi wciąż popiera założenia i styl uprawiania jego polityki? Rząd wielkości idzie tu w dziesiątki milionów – nieporównanie większy niż, i tak już przesadzony, wynik uzyskany w mojej małej kalkulacji.

Porównajcie też ilość pieniędzy, która wykorzystywana jest dla podtrzymania „chaosu”, z ilością pieniędzy wydawanych dla wsparcia „monotonii”. Zestawienie wielkości odsetek PKB wydawanych na Ministerstwo Obrony z wydawanymi na państwową promocję sztuki, dałoby pierwsze przybliżenie. Ujawnia ono, na ile wyceniane są dziś nauki humanistyczne i sztuka – a „siły chaosu” to i tak jedynie drobna ich część. Nie mówcie, że liczby i statystyki nie mają znaczenia. Artyści i naukowcy od badań podstawowych nieustannie trują o pieniądzach, gdy chcą pokazać, jak mało uwagi poświęca się ich dziedzinom. Ja niniejszym korzystam z tego samego argumentu, by podważyć Waszą tezę o „rozprzestrzenianiu się chaosu”.

/Przy okazji, nie powinniście być tak skromni i tłumaczyć „redakcyjnym brakiem doświadczenia” swoje utożsamianie „kultury światowej” z „kulturą pierwszego świata”. Akademicy z wieloma tytułami i wieloma książkami oraz artykułami w dorobku mówili i mówią dokładnie w ten sam sposób. Wystarczy jeszcze raz przeczytać podany wyżej cytat z Husserla. Ludzie ci mówią o „kul-turze”, o „Człowieku”, ale to, co mają na myśli, to oni sami oraz tych kilka nieszczęsnych stworzeń rozumiejących ich teksty. Jak zatem widzicie, jesteście w doborowym towarzystwie/.


Przejdę teraz do ostatniego punktu, w jakim się z Wami nie zgadzam. Piszecie, iż wierzycie „w autonomię sztuki, myśli oraz uczuć w stosunku do pieniędzy”.

Ponownie piszecie w sposób, który może robić wrażenie, ale nie ma w tym śladu wskazówki mówiącej, jakie konkretne konsekwencje dla realnego świata macie na myśli. W prawdziwym świecie artysta potrzebuje pieniędzy: pieniędzy na czynsz, jedzenie, farby, pędzle, wizyty w muzeach. Być może on czy ona musi utrzymywać kochankę lub żonę, kochanka lub męża, czasem nawet jedno i drugie, on czy ona, mogą mieć dzieci itd., itp. To samo dotyczy filozofów, tancerzy, reżyserów, scenarzystów, poetów. Wszyscy ci ludzie potrzebują i chcą większych pensji i/lub wyższych cen za swoje utwory.

A zatem, co macie na myśli pisząc o autonomii? Czy to, że artysta powinien sobie radzić bez pieniędzy i głodować albo mieszkać w szczurzej norze? Czy może to, że jej czy jemu powinno się zapewnić wikt i opierunek, ale bez udziału pieniędzy? Na bazie barteru na przykład? Cóż, to już zależy od samego artysty. Jeśli lubi mieszkać w wiejskim szałasie i trzymać krowę na mleko, to niech Moc będzie z nim, niemniej jednak i do tego potrzeba jakichś pieniędzy, choćby na początek. A może macie na myśli to, że w ogóle byłoby lepiej, gdyby wokół nas nie było pieniędzy? To ciekawa mrzonka, ale bez związku z naszym problemem, bo pytanie nie brzmi, jak artyści mogliby żyć w Nibylandii, ale tu i teraz, w 1985 roku, w tym kraju. A tu i teraz istotne są pieniądze.

W samej istocie pieniędzy nie ma nic złego. To środek do osiągania różnych celów. Bywały one wykorzystywane do złych celów, a niektórzy ludzie są nimi tak zafascynowani, że gotowi są poświęcić całe swoje życie dla ich akumulacji. Zakładam jednak, że nasz artysta nie jest jednym z takich ludzi /jeśliby jednak taki był, nie czyniłoby go to zaraz gorszym artystą. Giotto często wykłócał się o pieniądze i dokładał wielkich starań, by się bogacić, mimo to był jednym z największych artystów, jaki kiedykolwiek żył/.

A zatem nasz artysta będzie korzystał z pieniędzy, ale nie będzie ich czcił jak Boga. Kto mu będzie płacił? Być może bogaty sponsor. W takim przypadku jednak, możliwe, że artysta będzie musiał dostosować swoją twórczość do ży-czeń swojego patrona. Czy zatem, gdy mówicie o „autonomii”, macie na myśli to, że ów sponsor nie ma prawa ujawniać swoich życzeń? Bo artysta, przez sam fakt bycia artystą, jest ponad innymi ludźmi i nie podlega ich osądom? To jest czysty elitaryzm, który odrzucam, tak jak odrzucam pogardę dla innych ludzi, który on implikuje. Nawet z większą emfazą odrzucam elitaryzm tam, gdzie uwikłany jest on w kwestię wydatków publicznych. Jeśli ktoś jest opłacany ze społecznych funduszy, to musi być gotów zaakceptować społeczny nadzór. Mam niemiłe podejrzenie, że gdy mówicie w swój abstrakcyjny sposób o „autonomii” – chcąc pozostać najwyraźniej z daleka od tak niskiej i brudnej rzeczy jak pieniądze – to tak naprawdę chcecie, by społeczeństwo opłacało artystom (oraz naukowcom i innym „natchnionym”) ich pracę i sposób życia taki, jaki do nich widocznie pasuje, tj. pasożytniczy.

Akademikom, korzystającym z czapki-niewidki „wolności akademickiej”, już dawno udało się uczynić pasożytnictwo godnym szacunku – teraz artyści chcą uszczknąć coś dla siebie. Jestem przeciwny pasożytnictwu (chyba że zgo-dzą się na to zainteresowane strony), a to oznacza, że jestem przeciwny wolności akademickiej oraz, oczywiście, przeciwny jakiejkolwiek jej odpowiadającej „wolności artystycznej”.

„Ależ wielka sztuka” – zapewne odpowiecie – „zakłada całkowitą autonomię artysty”. Jednak wcale tak nie jest, jak tego dowiedli choćby artyści renesansowi, którzy musieli słuchać władz miejskich i prywatnych sponsorów czy kompozytorzy tacy jak Haydn i Mozart, którzy pisali Gebrauchmusik, dostawali za nią pieniądze i mimo to tworzyli arcydzieła w waszym ukochanym „pierwszym świecie”.

„Ależ dziś” – możecie się upierać – „sytuacja jest całkiem inna! Dzisiejsza publika pozbawiona jest gustu – popatrzmy choćby na popularność Dallas i Dynastii”. Tu właśnie argumentujecie z Pogardy. Dallas i Dynastia to sztuka dla mas – to prawda. Ale na te masy składają się poszczególne jednostki, a zatem możecie albo powiedzieć „jednostki takie jak ty i ja” – wtedy będziecie humanistami i uszanujecie ich wybór – albo możecie powiedzieć „jednostki bez gustu” – i wtedy będziecie zarozumiałymi łajdakami, więc dlaczego te masy miałyby wam płacić?

Poza tym, dobry film, a więc film, który jest artystyczny bez schlebiania wyrafinowanym gustom pojedynczych wysublimowanych dusz – a jest wiele takich filmów – pokazuje, jak bliskie może być współdziałanie wielkiej sztuki z pieniędzmi. Kolaboracja taka nie jest rzeczą prostą – w ogóle niewiele ważnych rzeczy na tym świecie jest proste – lecz może być owocna, a właśnie taka owocna współpraca dała nam wielką sztukę przeszłości, a nie mglisty (a u podstaw pogardliwy) wymóg autonomii.

Jeszcze jedna uwaga zanim sobie pójdę. Często obserwuję dyskusje i reakcje widzów na Phil Donahue Show /6/. To są zwyczajni ludzie, ci którzy oglądają TV, chodzą do kina, wielu z nich popiera ten czy inny element polityki Reaga-na, wielu z nich jest ludźmi religijnymi, ciężko pracują na swe dochody, by wychować dzieci, by pomagać swym krewnym. Czytuję też autorów takich jak Russell Baker (jego autobiografię) czy Evelyn Keyes (jej autobiografię). Oni również piszą o ludzkich sprawach, piszą jasno i prosto, używają konkretów. Mają serce, okazują mądrość i zrozumienie. Często bywają zagubieni, czegoś nie wiedzą – i o tym mówią. Nie chowają swego zagubienia za pustymi słowami. Otóż wygląda na to, że interesy tych ludzi oraz Wasze interesy idą w parze – wszyscy jesteście zaniepokojeni niekorzystnymi tendencjami – ale jakaż różnica w języku! Prosta i osobista narracja z jednej strony, niestrawny bigos bezosobowych abstrakcji z drugiej. Wiem, co eksperci mówią o tym kontraście. Mówią, że krytyka społeczna podejmuje trudne kwestie i wymaga wykorzystania wysoce teoretycznego dyskursu, by dać sobie z nimi radę. Moja odpowiedź na to jest taka, że dyskurs teoretyczny ma sens w naukach przyrodniczych, gdzie abstrakcyjna terminologia stanowi skrót uzyskanych już rezultatów, natomiast teoretycznym tezom dotyczącym kwestii społecznych często brak treści i stają się one albo nonsensowne, albo trywialnie fałszywe, gdy treść jest podana /zob. mój krótki komentarz do Waszej głównej tezy oraz apelu o „artystyczną autonomię”/. Ściana niezrozumienia wznoszona przez taki język opiera się zatem nie na wiedzy, lecz na uroszczeniach i chęci zastraszenia – to jeszcze jeden powód, by bardzo krytycznie przyjrzeć się wielu przywilejom, jakie udało się intelektualistom wykraść w naszym społeczeństwie.

A teraz życzę Państwu wszystkiego najlepszego oraz sukcesów w podejmowaniu dalszych działań!

Berkeley, 1985 Paul Feyerabend

Z języka angielskiego przełożył Marek Więcław


PRZYPISY:

*P. Feyerabend, Cultural Pluralism or Brave New Monotony?, [w:] Farewell to Reason, wyd. Verso, London 1987, s. 273–279.

/1/ Feyerabend ma tu na myśli pierwsze starożytne imperium semickie sprzed ok. 3000 r. p.n.e. w południowej Mezopotamii. Jego nazwa (używana już w drugiej połowie III tysiąclecia p.n.e.) pochodzi od stolicy Akad, założonej ok. XXIV w. p.n.e. Akadowie na początku III tysiąclecia p.n.e. zamieszkiwali tereny na południe od Sumeru, gdzie utworzyli ośrodki państwowe. W XXIV w. p.n.e. na tron wstąpił Sargon Wielki I, założyciel dynastii i twórca państwa, obejmującego, oprócz Akadu, Sumer, rejon Mari i Ebla, Syrię aż po Liban i góry Taurus, Subartu w północnej Mezopotamii oraz Elam (przyp. tłum.).

/2/ Zaadaptowane przez Mykeńczyków do potrzeb języka greckiego pismo Krety minojskiej zwane jest dziś przez archeologów pismem linearnym B. Stosowane między 1100 a 1600 r. p.n.e. (przyp. tłum.).

/3/ Szczegóły zob. np. Ch.S. Clifton, Encyklopedia herezji i heretyków, przeł. R. Bartołd, Oficyna Wydawnicza Atena 1996 (przyp. tłum.).

/4/ Program Wielebnego Jerry’ego Falwella jest znanym w USA telewizyjnym forum przedstawiającym ortodoksyjno-konserwatywne poglądy Kościoła katolickiego. Dla przybliżenia niektórym charakteru tych wystąpień, warto może wspomnieć m.in. o znanym ataku Wielebnego z marca 1999 roku na – znany również w Polsce – program dziecięcy „Teletubisie”, który Wielebny oskarżył o przemycanie treści homoseksualnych (przyp. tłum.).

/5/ Można mieć wątpliwości, czy nie ma w tej kalkulacji jakiegoś niewielkiego błędu rachunkowego. Nie ma on jednak znaczenia dla sensu tego argumentu Feyerabenda (przyp. tłum.).

/6/ Popularny w latach 80. i 90. telewizyjny talk show w USA (przyp. tłum.).

Dodano dnia:12 kwietnia 2015

Niedawno opublikowane