Jerzy Kochan

...niewidoczny pokój, niewidzialna wojna

Zacznę pewnie od zdjęcia...

Kiedyś w trakcie górskich wędrówek po Sudetach natrafiłem przy drodze, natrafiliśmy przy drodze… w miejscu dość odludnym, mało uczęszczanym…w każdym razie na tyle nieucywilizowanym, że zaspakajało nasze pragnienie dzikości, przygody, górskiego traperowania…natrafiliśmy na planszę z hasłem, transparent...może określenie „ówczesny bilbord” byłoby tu najbardziej na miejscu…o wypisanej czerwoną farbą następującej treści ”40 LAT POLSKI LUDOWEJ. POKOLENIA POLAKÓW ŻYJĄCYCH W POKOJU”[1].

Zdjęcie jest obok. Nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności fotografowania się z tym propagandowym stworem z innego świata, który zawędrował aż tutaj w góry. Zapalam na nim papierosa, w kieszeni flanelowej koszuli mam enerdowską busolę na sznurku a obok mnie siedzi ledwo widoczny, dłonie i oko, przyjaciel, który później porzuci filozofię dla mercedesa.

Czy wojna należy jeszcze w ogóle do dyskursu naszego świata? Po zakończeniu „zimnej wojny” i upadku „imperium zła”, po „końcu historii” i w czasach, w których rozwinięte ruchy społeczne w obronie życia, przeciw karze śmierci, przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt kwitną i rozwijają się z niezwykłą dynamiką. W czasach altergobalizmu i wołania o New Deal w wymiarze globalnym…

Czy jeśli pochylamy się nad każdą zygotą i każdym plemnikiem bez mała…czy wtedy, gdy „humanizujemy” stosunek do zwierząt i przyrody, gdy mówimy o ekosystemie… możliwa jest jeszcze akceptacja masowego mordu, jakim jest każda wojna. Chyba jeszcze mniej, niż wtedy, gdy głoszenie sukcesu pokoju przyjmowałem jako egzotyczną formę propagandy.

* * *

A przecież…a przecież od kilku lat żyję w realnym stanie wojny z Irakiem i wojska mego kraju, łamiąc prawo międzynarodowe, wbrew stanowisku ONZ i NATO uczestniczą w wojennej awanturze, na której giną polscy żołnierze. W tę wojnę wszedłem tak samo niepostrzeżenie, jak wcześniej oczywistościowo i bezrefleksyjnie żyłem w pokoju, przypominanie o tym fakcie mając za karykaturalną formę propagandy. Weszli w nią niepostrzeżenie wszyscy obywatele polscy: bez debaty społecznej, w oparciu o proste i niewyszukane zabiegi maskujące w mediach. W upozorowanym świecie upozorowana nie-wojna. Wtedy niewidzialny pokój, teraz niewidzialna wojna….

* * *

Oczywiście to nie są już żołnierze, którzy za wolność waszą i naszą walczyli pod różnymi sztandarami. Jest nawet gorzej, niż wtedy, gdy armia polska była wykorzystywana przez Napoleona do tłumienia powstania przeciwko wojskom okupacyjnym w Hiszpanii / Samossierra /, buntowi czarnych niewolników na Haiti. Oszukani, posłani w zbrodniczy kontekst żołnierze wierzyli, że walczą o Polskę, jej niepodległość i odrodzenie. Bo przecież „…dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy…” i z losem cesarza zdawał się splatać nierozerwalnie los Polski.

Mundur wojskowy ostrzega każdego, że ten oto człowiek może zabić. Więcej, że ma do tego społeczną legitymizację. Zabić może żołnierz, ponieważ śmierć przez niego zadana nie jest morderstwem, nie wynika z niskich pobudek, z prywatnych nienawiści, z chęci zysku, rabunku, radości mordowania… Śmierć z jego ręki może nas spotkać tylko wtedy, gdy zagrozimy dobru społecznemu w sposób ekstremalny, gdy zbrojnie napadniemy na jego kraj, bądź też bronić będziemy nieludzkich stosunków wyzysku i poddaństwa. Dlatego żołnierz za zabijanie jest nagradzany, odznaczany, czczony.

Każdy może oskarżyć rząd polski o zbezczeszczenie munduru polskiego żołnierza i polskiej tradycji żołnierza wolności, przemianę żołnierza polskiego w najemnika, oskarżyć o demoralizację i oszustwo. Nie dość, że merkantylna motywacja żołnierza staje się podstawą jego służby / jadą tam oni bowiem, żeby zarobić, pod przymusem ekonomicznym, w kraju dwudziestoprocentowego bezrobocia /, to jeszcze w przestrzeni komunikacji społecznej uzasadniano udział w międzynarodowym bezprawiu, linczu spodziewanymi korzyściami / „pola naftowe”, zamówienia rządowe, zagraniczne dotacje dla armii /. Zamiana żołnierza w najemnika znalazła więc humorystyczne dopełnienie w imperialnym apetycie na kolonie, podboje i zbrojenia. Sprzedaje się mięso armatnie, polskie tanie mięso armatnie – odmianę pracownika najemnego - dla realizacji imperialnych planów globalnego mocarstwa. Wobec zdobywania Babilonu wyprawa kijowska Józefa Piłsudskiego czy przedwojenna Liga Morska i Kolonialna to przykłady realizmu politycznego i umiarkowania.

* * *

Stosunek do wojny musi nawiązywać do jednego z dwóch stanowisk teoretycznych: albo uznajemy wojnę za stan naturalny, związany z naturą człowieka, przypadłość nieusuwalną z dziejów, albo też zakładamy, że wojna jest czymś, co powstaje w wyniku specyficznego historycznego splotu społecznych okoliczności.

Klasycznym przykładem pierwszego stanowiska jest tradycja stosunku do wojny ukształtowana w ramach chrześcijaństwa. Wojna znajduje tam swoje ugruntowanie zarówno w walce z Lucyferem, jak i wynikającej z grzechu pierworodnego na trwale okaleczonej grzesznej naturze człowieka. „Wojna jest zwykłym stanem rodzaju ludzkiego" - takie stwierdzenie, wypowiedziane przez hrabia de Maistre dobrze oddaje istotę podobnego stanowiska. Co prawda, nie brak we wczesnym chrześcijaństwie, również i później, oporu przeciwko wojnie, przemocy i zabijaniu. Ale w swym zasadniczym nurcie opór ten został podporządkowany zasadzie „Bogu, co boskie, cesarzowi, co cesarskie”. Dziesiątkowanie chrześcijan w legionach rzymskich wynikało z negowania przez nich boskości cesarza a nie odmowy służby wojskowej i zabijania.

Chrystianizacja państwa zlikwidowała ten problem: z jednej strony zakreślając dla zasady „nie zabijaj!” skromne terytorium życia codziennego i cywilnego, z drugiej zaś, sakralizując morderstwa zarówno na wojnie, jak i z ręki kata. Sakralizacji, ale i upaństwowieniu, podlega też dokonywana na wszystkich kontynentach, ogniem i mieczem, ewangelizacja, walka z heretykami i polowanie na czarownice. Ukoronowaniem dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa w tym względzie może się zdawać pierwsza wojna światowa wraz ze swoim najwspanialszym osiągnięciem - bitwą pod Verdun. Oto żołnierze pierwszej córki Kościoła, Francji i żołnierze Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego mordują się przez lata, w błocie okopów i przy wszechobecnym potwornym smrodzie rozkładających się ciał. W tej jednej tylko bitwie ginie 700 tysięcy żołnierzy pilnie wspieranych przez kapłanów obu walczących stron.

Nie przypadkiem przecież to właśnie w okopach I Wojny Światowej, na froncie macedońskim, Franz Rosenzweig pisze swe dzieło "Stern der Erlösung" - "Gwiazda zbawienia" / 1916 /, będące podjętą – w obliczu rozpaczy i klęski człowieczeństwa - próbą odnowy moralności i religijności na fundamencie dialogu człowieka z człowiekiem. Stwierdzenia o niemożności wiary w Boga po Oświęcimiu są tylko kontynuacją zasadniczego kryzysu wiary i moralności, jaki ujawnił się w pierwszej wojnie światowej.

Tragedia kolejnej wojny światowej i generalnie całość przemian dwudziestego wieku wpłynęły bardzo mocno na oficjalne stanowisko kościoła katolickiego w sprawie wojny. Zasadnicza zmiana nastąpiła za pontyfikatu Jana XXIII i w czasach II Soboru Watykańskiego. Jan Paweł II wobec wojny w Iraku występuje już jako orędownik wyeliminowania wojny ze świata ludzkiego. "Pokój jest możliwy do osiągnięcia w życiu ziemskim" - to zdanie podkreślali wielokrotnie ostatni papieże. Tym samym proces odchodzenia od sakralizacji władzy państwowej i przyznawania jej z punktu widzenia teologii politycznej świętego prawa do przysięgi, kary śmierci, prawa łaski i prawa prowadzenia wojny ulega zwieńczeniu / przysługiwały one oczywiście tylko w przypadku, gdy władza sprawowana jest z boskiego nadania lub działa w służbie świętych wartości /. W miejsce sakralizacji władzy państwowej wchodzi homocentryczna sakralizacja życia ludzkiego, ludzkości i praw człowieka. Wojna podlega kryminalizacji i nie odgrywa już roli swoistego „sądu bożego”. Jego miejsce zajmuje racjonalna komunikacja międzyludzka, racjonalność walczących stron i dysputa ideologiczna.


* * *

Droga chrześcijaństwa w stronę pacyfizmu i racjonalizacji kolejnego obszaru życia społecznego nie jest oczywiście zakończona i ma wielu wrogów. Odzwierciedla ona jednak długą ewolucję europejskiej myśli społecznej i religijnej pod wpływem liberalnych poglądów kształtujących się jeszcze w XVII wieku. Hugon Grocjusz, niderlandzki jurysta przenoszący myśl Kartezjusza w dziedzinę polityki i prawa, w koncepcji przedstawionej w dziele De iure belli ac pacis /1625/ prezentował idee całkowitego zeświecczenia pojęcia wojny przy zachowaniu tradycyjnego podziału na wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe. Według Grocjusza wojna stanowi zło społeczne, sprzeczne ze stanem natury opartym na pokoju. Jej legalność jako wojny sprawiedliwej byłaby przedmiotem decyzji międzynarodowego trybunału. Większość demokratyczna i ludzki osąd zajmują więc już w jego koncepcji miejsce osądu boga, to, co jest moralne podlega kwalifikacji przez większość. Co więcej, przyznaje się tu pojedynczemu człowiekowi prawo do odmowy udziału w wojnie i prawo do zamiany służby wojskowej na inne pożyteczne zajęcie - w wypadkach, gdy udział w wojnie jest sprzeczny z przekonaniami jednostki.

Postawmy sprawę jasno i klarownie: tradycja liberalna i prawdziwa liberalna myśl polityczna zawsze ostro zwalczała wojnę i nigdy nie miała nic wspólnego z akceptacją społeczeństwa jako pola morderczej walki naśmieć i życie, nie miała nigdy nic wspólnego z panującą ostatnio w stosunkach międzynarodowych mentalnością kowbojskiego linczu. Wojna jest zakłóceniem funkcjonowanie rynku gospodarki towarowo-pienieżnej i tym samy nie tylko, że prowadzi do zniszczeń, marnotrawstwa i dewastacji, ludobójstwa i barbaryzacji stosunków społecznych, ale jeszcze promuje „nadzwyczajne”, brutalne środki interwencjonizmu władzy politycznej w racjonalne mechanizmy rynkowe. Można liberalizmowi zarzucać utopijny pacyfizm, i czyni tak wielu, ale nie da się liberalizmu pożenić z militaryzmem, faszyzmem, rasizmem, nacjonalizmem, dyktaturą bez złamania mu kręgosłupa i przekształcenia we własną karykaturę. Naturalnym, wytworzonym zresztą przede wszystkim pod wpływem liberalizmu dopełnieniem wolnego rynku jest republika demokratyczna a w wymiarze międzynarodowym umowa, konwencja, prawo międzynarodowe.

Liberalizm i tradycja socjalistyczna podzielają przekonanie o możliwości i konieczności eliminacji wojny z życia międzynarodowego. Różnica polega na tym, że myśl socjalistyczna przełomu XIX i XX wieku uznawała nieuchronność wojny jako rezultat kapitalistycznych stosunków produkcji, zaś tradycja liberalna traktowała wojnę jako nieuprawnione odejście od czystych mechanizmów rynku kapitalistycznego.

I Wojna Światowa była zarówno porażką liberałów jak i socjalistów. Jedni i drudzy ponieśli klęskę w konfrontacji z tendencjami militarystycznymi i nacjonalistycznymi. W wypadku ruchu socjalistycznego zaowocowało to tragedią rozbicia politycznego i zamrożeniem na sto lat realizacji hasła „Socjalistycznych Stanów Zjednoczonych Europy”.

Opór wobec podłączenia się do narodowych sił wojny stawiły tylko nieliczne odłamy klasy robotniczej i nieliczni ich polityczni reprezentanci. Tylko oni, a wśród nich miedzy innymi Róża Luksemburg, na serio potraktowali teoretycznie przemyślany w ramach ruchu socjalistycznego stosunek do wojny, zgodnie z którym w warunkach zagrożenia wojną między państwami należy dążyć do przekształcenia wojny imperialistycznej w wojnę domową, mającą na celu obalenie systemu kapitalistycznego i tym samym, obok osiągnięcia innych celów, likwidację systemu społecznego nieuchronnie prowadzącego do wojen. Uznano bowiem, że nie można dopuścić do wykrwawiania się narodowych oddziałów klasy robotniczej w bratobójczej wojnie w interesie partykularnych celów właścicieli kapitału. Tym bardziej, ze jest to wojna o utrwalenie niewolnictwa prowadzona rekami niewolników i z wykorzystaniem ich jako mięsa armatniego.

Wojna domowa, im mniej krwawa tym lepiej, i związane z nią przejęcie władzy miały by więc przede wszystkim ograniczyć i zablokować na zawsze zbiorowy mord. To właśnie mniej więcej oznaczało hasło: ”Wojna wojnie !”. Z tej perspektywy, nawiązujące do sięgającego daleko w przeszłość rozróżnienia na wojnę sprawiedliwą i niesprawiedliwą / prezentowanego między innymi przez Cycerona, św. Ambrożego i św. Augustyna /[1], nowe rozumienie uzasadnionej wojny przeciwstawia niesprawiedliwą wojnę między państwami sprawiedliwej wojnie domowej, będącej tylko negacją wojen imperialistycznych i ostatnią wojną, likwidującą przesłanki wojen w ogóle.

* * *

Jak widać, również rozumienie wojen sprawiedliwych, jak i niesprawiedliwych ma swą historię i logikę. Trudno chyba mówić o wojnie jako zjawisku naturalnym, sprzężonym z istotą gatunkową człowieka czy też związanym z jego grzeszną odwiecznie kondycją. Problem zgody na naturalistyczne pojmowanie wojny leży chyba głównie w zbyt pochopnym uogólnianiu pewnych grup zjawisk. I tak na przykład, znany ze swego entuzjastycznego stosunku do wojny teolog katolicki, profesor filozofii J. M. Bocheński uzasadniając akceptację wojny twierdził, że wymaganie poświecenia życia jednostki dla dobra ogółu jest czymś oczywistym, bo inaczej nie można by wymagać odwagi od strażaka czy policjanta [2].

Podobnie ma się sytuacja w wypadku stanowisk wyprowadzających naturalność wojny z aktów agresji występujących w całych dziejach ludzkich.

Wojna nie jest po prostu agresją, ani wymaganiem poświęcenia życia w celu ratowania ogółu. Wojna jest zjawiskiem międzypaństwowym i jeśli mówimy o likwidacji wojen, to myśleć winniśmy nie o likwidacji wszelkiej agresji, lecz o stworzeniu społecznych mechanizmów likwidujących tę formę przemocy państwowej. Nie chodzi jednak o „powrót do stanu natury”. Źródeł nowego ładu dopatrywać się raczej należy w tym, co nowe, kulturowe, „sztuczne”, historyczne i cywilizacyjne.

Wszelkim obrońcom konserwowania fatalnych nawyków ludzkości można zresztą przypomnieć, że również pływanie pod wodą czy latanie w powietrzu, na przykład z prędkością ponaddźwiękową, trudno zaliczyć do naturalnych zdolności ludzkich a jednak w wyniku postępu cywilizacyjnego stały się one istotnym składnikiem natury współczesnego człowieka. Zgoda na wojnę jako „stan naturalny” zakłada nie tylko jej naturalną proweniencję, ale zakłada także swoisty fatalizm „skazania ludzkości na wojnę”, fatalizm odporny na ukształtowaną historycznie społeczną interwencję w stopniu o wiele większym niż niemożność latania z prędkością ponaddźwiękową.

Agresja i przemoc posiadają swoje przeróżne formy istnienia, swoją hierarchię, strukturę a także historię, genezę i przyszłość. Istotowe traktowanie przemocy abstrahujące od jakościowej struktury przemocy i jej historycznych form, ma na celu wygenerowanie taniej, by nie powiedzieć tandetnej, teoretycznie formy uzasadniania wojen w świadomości potocznej, jest działaniem na rzecz akceptacji zbiorowego mordu i niemającego w przyrodzie precedensu typu stosunków wewnątrzgatunkowych. Wojna jest zbrodnią i każdy, kto przyczynia się do jej wywołania, istnienia, usprawiedliwienia jest wspólnikiem w tej zbrodni. Wspieranie wojny łamiącej kruche międzynarodowe konwencje, ustalenia i instytucje działające na rzecz międzynarodowego ładu i pokoju jest szczególnie obrzydliwe i karygodne. Kpienie z ONZ i nobilitacja międzynarodowej burdy, wspieranie ostentacyjnej, pewnej swej bezkarności, opartej na sile agresji to działanie na rzecz dehumanizacji stosunków społecznych, tzn. destrukcji z trudem i ofiarami wywalczonych i zbudowanych form racjonalizacji międzynarodowej przestrzeni społecznej. Z perspektywy Polski, kraju, po którym przetoczyły się dwie wojny światowe, jest to szczególnie nieodpowiedzialne. Promuje bowiem agresję i ucodziennia łamanie istniejącego porządku międzynarodowego

* * *

Współczesne skłonności do tworzenia zawodowej armii, jakże często uzasadniane potrzebą jej profesjonalizacji i stabilizacji kadrowej, są w swej istocie formą obejścia kształtującej się powszechnie świadomości zbrodniczego charakteru wojen. Wojna prowadzona w oparciu o powszechną mobilizację napotyka na zbyt wielki opór społeczny i w wielu krajach jest współcześnie niemożliwa do poprowadzenia / przypomnijmy sobie opór w USA przeciwko wojnie w Wietnamie, który przerósł w ogólnopaństwowy kryzys /. Armia zawodowa zbliża się w swym statusie do armii zaciężnej, do armii najemników czy kondotierów a więc armii o osłabionej lojalności ogólnospołecznej, podatnej na społeczną alienację i instrumentalne wykorzystywanie w imię społecznie partykularnych interesów. To już nie jest „uzbrojony lud”, milicja, pospolite ruszenie, dla którego wojna jest oderwaniem od normalnego życia. To są prawdziwe „psy wojny”: skoszarowani, poddani paranoidalnemu reżimowi i praniu mózgów, zorganizowani w dużym stopniu w zamkniętą enklawę subkulturową.

Bezsens wojskowej egzystencji niknie wraz z wojną/ popatrzmy tylko na bzdurę musztry, której sensem jest pozbawienie refleksyjnej podmiotowości, czy „ćwiczenia z zabijania” – będące powtórzeniem ciężarnej zbrodnią zabawy w strzelanego na podwórku /. Już stary Hegel twierdził, że na wojnie wolni są żołnierze. Wolni i, dodajmy, groźni. Podobnie jak bezradni i śmieszni stają się cywile.

Merkantylizacja i profesjonalizacja wojny / chodzi nie tylko o opłacanie żołnierzy jak swoistych „pracowników najemnych”, którzy produkują zamiast np. rowerów – trupy, w Iraku wręcz wynajmuje się „firmy ochroniarskie” do spełniania zadań niemożliwych z różnych względów dla żołnierzy / to alienowanie wojska ze społeczeństwa, ograniczanie demokratycznej kontroli nad środkami przemocy i komercjalizacja śmierci.

* * *

Sensacją dnia jest terroryzm. Ale, jak pisałem już wcześniej w książce „Wolność i interpelacja”, o wiele ważniejsza od ataku na WTC jest ODPOWIEDŹ na atak [3].

Terroryzm jest odpowiedzią na beznadzieję i bezsilność, to krzyk rozpaczy.. Jak likwidować rozpacz? Popatrzmy na takie kraje jak Dania, Norwegia i spróbujmy ich doświadczenie upowszechnić. Tu nie ma żadnych tajemnic i zagadek. Potrzebna jest wola polityczna i polityczna siła.

Atak był zbrodnią, ale odpowiedzią było podbicie Afganistanu i Iraku a w samym Iraku, jak się próbuje zliczyć, 180 000 zabitych. Odpowiedzią jest ograniczenie praw obywatelskich w USA, obóz w Guantanamo…normalizacja okazuje się uzwyczajnieniem i wszechobecnością zniewolenia i terroru, rozwojem manichejskiej logiki, odtworzeniem logiki konfrontacji z czasów zimnej wojny. Tym razem widoczne „imperium zła” zastępowane jest przez niewidoczne, wszechobecne zło, „terrorystów”…

Bezpaństwowy wróg uniwersalizuje dopuszczalną przemoc. Niewidoczne, upozorowane zło nie jest wcale mniej groźne: budżet na wydatki zbrojeniowe poszybował w górę nadspodziewanie dobrze…cui bono?

PRZYPISY:

[1] tekst ten ukazał się własnie drukiem na łamach czasopisma "[fo:pa]" III/kwieciń 2005

[2] Wojna sprawiedliwa ma według Cicerona / Cyceron, O państwie. Opr. I. Żółtowska. Kęty 1998, III, 23 / respektować czytelne reguły: winna być wypowiedziana, w związku z czym przeciwnik nie obawia się niespodziewanej napaści, ewentualnie toczona w celu odzyskania utraconych ziem. Z perspektywy Augustyna wojnę uzasadnia sprawiedliwość, utożsamiana w gruncie rzeczy z ewangelizacją: "pożyteczne jest, by ludzie dobrzy wzdłuż i wszerz rozprzestrzeniali swoje władztwo oraz długo je sprawowali" Św. Augustyn, O Państwie..., Opr. W. Kornatowski. Warszawa 2003, IV, 3; XV, 4.

[3]J.M. Bocheński OP, De Virtute Militari. Zarys etyki wojskowej. Kraków 1993, s. 8-11.

[4]J. Kochan, Wolność i interpelacja, Szczecin 2003, s. 230

Dodano dnia:17 grudnia 2007

Niedawno opublikowane