Bazon Brock

Metropolia przeciwko metropolis?

Metropolia przeciwko metropolis?

Urbanistyka jako postulat.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to teraz i na wszelką przyszłość absurdalnym chcieć bronić toposu kulturalnego MIASTA przeciwko [już] dawno ustalonemu toposowi cywilizacyjnemu METROPOLIS i ożywiać nową inscenizacją miasta pustynię powszechnego metropolis. Czy jest to również absurdalne przy drugim spojrzeniu – w każdym razie wtedy nie, jeśli w ogóle [ktoś] chce się odważyć spojrzeć na świat, zamiast podążać za procesją ślepców, której przewidywalny upadek już w czasach Breugla utracił całą tragiczność.

Spróbujmy więc być widzącymi, którzy patrzą na obraz ślepców w ich pochodzie przez pustynie metropolis. Przyznajmy się spokojnie do naszej bufonady i arogancji oświeconych; niech brzmi odprężający śmiech raczej desperacko niż cynicznie. Najpóźniej od czasu filmu Fritza Langa pojęcie metropolis jest obciążone negatywnie: pojęcie [to] charakteryzuje przestrzeń życiową ludzi, która jest opanowana aż do sfery prywatności przez techniczną funkcjonalność, a nie racjonalność: techniczną funkcjonalność, a nie racjonalność, jak się do tej pory wielokrotnie lekkomyślnie sądziło. Pomyłka brzemienna w skutki; ponieważ wewnętrzna logika techniki, której rusztowanie [zbudowane] z prawidłowości jest niczym innym jak kontynuacją wewnętrznej logiki natury. Techniczna funkcjonalność była tak skuteczna, ponieważ była po prostu naturalna, czynnie skierowana na walkę o przetrwanie, bezcelowa i nieludzka. Kultury romańskie wiedziały o tym od zawsze. Ich miasta jako terra murata były od natury odgraniczonym rejonem, w których miała panować nie ludzka natura, ale racjonalny koncept społeczeństwa. Sztuki i nauki, prawo i architektura, zwyczaje i rzemiosło, administracja i handel podążają za owymi konceptami racjonalności jako [formy] opanowania i przezwyciężenia natury, również natury ludzkiej; ponieważ człowiek naturalny jest po prostu małpą, wilkiem albo owcą. Kulturom romańskim było dlatego uwielbienie natury, tak jak je rozwinęły narody germańskie zupełnie obce.

Pojęcie natury, tak jak ukuli je Anglicy i Niemcy w drugiej połowie XVIII wieku pozostało dla Francuzów, Włochów i Hiszpanów niedostępne- dzięki Bogu.

Dzisiaj, odkąd trzecia rewolucja przemysłowa zalewa cały glob, rzecz wygląda wprawdzie inaczej. Również Romanie muszą się nauczyć, że techniczno- ekonomiczna funkcjonalność oznacza powrót natury na nowym poziomie ewolucji, który niestety do tej pory zdecydowanie nie odpowiada (genügt) nakazom racjonalności ludzkiego ducha. Stare metropolie utopijnego humanizmu zostały przekształcone w powszechną metropolis, w nowoczesną pustynię pozostawionej samej sobie natury ludzkiej. Natura jest równomiernym i równowartościowym złożeniem zależności wszelakich form życia jako totalna funkcjonalność. To jest też właśnie metropolis, ono nie zna żadnych centrów wyższego rozwoju, żadnych wydzielonych okręgów jak [choćby] świątyń, w których manifestuje się Bóg i Duch; w metropolis wszystkie programy (Programmatiken) są równoważne; dostęp do wszystkiego jest zapewniony bezproblemowo dla każdego w każdym czasie podobnie jak [do] abstrakcyjnego prawa. Nie obowiązują żadne normatywne hierarchie wartości za wyjątkiem władzy faktyczności, kto osiąga sukces ten posiada również prawo, kto stawia na swoim, ma jednocześnie (auch) władzę. Ale władza, sukces, zdolność forsowania swoich racji i socjalny brak współczucia pozostają po prostu punktowe; one nadają się wszędzie w metropolis na nowe systemy władzy, bez transcendowania natury i technicznej funkcjonalności. Punktowo skuteczni, pozbawieni skrupułów i dodatkowo też legitymizowani przez prawo możni metropolis przypominają silnych przywódców stada małp, wilków i owiec, którzy jednak jako małpa, wilk albo owca nigdy nie będą w stanie doprowadzić do tego, aby stać się panem całego świata zwierząt. Wszędzie w metropolis są silni, brutalni, bezduszni władcy, jednak metropolis jako całość nie daje się opanować, nie daje się nią zarządzać, nie wspominając już o tym, aby można było ją określić jako społeczeństwo ludzi w poszanowaniu i realizacji ludzkiej racjonalności. Samowola lokalnych możnowładców: to znaczy prowincjonalizm. Metrpolis jest wszędzie, to znaczy, że dzisiaj prowincjonalizm jest wszędzie. To, co [powstałe] z nędzy duchowej, braku fantazji, ściśle określonego interesu własnego, który nie uznaje żadnych nadrzędnych konceptów racjonalności- to jest prowincjonalizm. Zbijać (abschmettern) racjonalną krytykę wskazując na funkcjonalistyczną siłę rzeczy- to znaczy prowincjonalizm. Budować życie ludzi w konstrukcjach, materii, technikach produkcyjnych zgodnie z ekonomicznym, biurokratycznym, socjalno- politycznym standardem minimum bez symbolicznych reprezentacji- w tym manifestuje się prowincjonalizm. (1)


Jeśli elity stają się głupsze od mas, ponieważ nie mają już więcej woli do symbolicznej reprezentacji powszechnie wiążącej racjonalności- stają się wtedy te elity znakomitościami prowincjonalnymi, o których życiu prywatnym sprawozdaje prasa prowincjonalna tak jakby chodziło o afery państwowe, owa prasa prowincjonalna, którą metropolis ma jeszcze do zaoferowania i która konsekwentnie sprawozdaje o rzeczywistych aferach państwowych w taki sposób, jakby chodziło o prywatne sprawy prowincjonalnych książąt.

Ideologia prowincjonalizmu zwie się w planowaniu i budowie miast oraz formach życia „regionalizacją” i „autonomią”: owce domagają się autonomii na ich obszarze pastwiskowym, wilki i małpy każde na swoim. To jest naturalizacja kultury w kierunku technicznej cywilizacji metropolis. Nie wyparliśmy ani nawet nie zniszczyliśmy natury za pomocą technicznej funkcjonalności, ale dopiero pomogliśmy jej w [osiągnięciu] pełnej skuteczności (Durchschlagskraft). Dlatego pokrywa się przede wszystkim w Niemczech cieszący się powodzeniem imperatyw „z powrotem do natury” całkiem wybornie z technologicznym imperializmem. Przemysłowcy produkujący gaz i truciznę podobnie jak ich klienci (a więc my wszyscy) ufamy szczerze naszymi małpimi sercami, że możemy harmonijnie pogodzić naturę i technikę, program, od którego absurdalności uwalnia tylko gromki (berstendes) śmiech.

Jeśli się rozumie przez naturę warunki życia ludzi, slogan przyszłego rozwoju musiałby brzmieć „naprzód w stronę natury”. Nasza ludzka racjonalność dopiero musi stworzyć naturę, [tak] jak Bóg kiedyś stworzył świat. Tylko tak umkniemy ze szpon wściekłej ewolucji. To jednakże oznacza zwalczenie i opanowanie tej drugiej natury technicznej cywilizacji podobnie jak pierwszej. W technicznie ucywilizowanych pustyniach należy w wielu miejscach wznieść metropolie (jako terra murata), ale te przestrzenie życiowe ludzkiej racjonalności wewnątrz powszechnie panujących pustyń cywilizacji będą wyglądały zupełnie inaczej niż dawne metropolie.

Jestem świadomy, że mogę [wydawać się] podejrzanym [używając] tej prostackiej argumentacji, podążając za krytyką cywilizacji prowadzonej w Niemczech z druzgocącym powodzeniem od stu lat. To podejrzenie byłoby przedwczesne. Podczas gdzie chociażby jeszcze Thomas Mann (jak większość wielkich reprezentantów niemieckiej historii idei ostatnich stu lat) w „Betrachtungen des Unpolitischen” z roku 1918 (2) oskarżał przede wszystkim niemieckich przeciwników wojennych o napędzanie dewastującego, nieludzkiego mechanizmu techniczno- funkcjonalnego procesu cywilizacyjnego i gdzie Thomas Mann, podobnie jak wielu innych wielkich wyznaczył kulturze reprezentowanej przez Niemców zadanie propagowania ludzkiej racjonalności przeciwko technicznej cywilizacji, tam już nikt dzisiaj nie chce aktywizować racjonalnej kultury przeciwko funkcjonalistycznej cywilizacji za pomocą nacjonalistycznych czy rasowych czy [też] światopoglądowych argumentów. Ta w przyszłości decydująca walka kultury przeciwko cywilizacji jest zadana społeczeństwu światowemu (tak samo ważne pojęcie ukute przez tradycję niemiecką (deutsche Begriffsbildung) jak rozróżnienie na kulturę i cywilizację). Ta konfrontacja wkroczy na miejsce starej walki klas i będzie miała większe oddziaływanie niż walka klas.

Konwencjonalne strategie, które pozwalają sztukom jako pierwotnym reprezentantom ludzkiej racjonalności na zmaganie się z metropolis, nie są zbyt skuteczne. W Republice Niemiec liczne gminy, w tym Berlin, Düsseldorf, Kassel, Münster, Essen, Hamburg, Kolonia, Monachium zleciły w ubiegłych latach równie licznym artystom interwencję z wykorzystaniem ich dzieł na pustyniach metroplis. Program nosił miano ”Sztuka w przestrzeni publicznej”. Ale czy są w ogóle ulice, place i parki metropolis przestrzenią publiczną? To pytanie nasuwa się już tylko dlatego, ponieważ szuka się wyjaśnienia, dlaczego nawet prace znakomitych artystów w tej rzeczywistości wystawowej pozostały jaskrawo blade i bez wyrazu. Rozczarowanie jest duże i to nie może być przecież sprowadzone do zbyt niskiej jakości wystawionych dzieł. One pozostają w tych wystawach znacznie poniżej swoich możliwości oddziaływania, ponieważ znajdują się właśnie w niepublicznych przestrzeniach, lecz w między- przestrzeni tego, co nieukształtowane i niewyartykułowane.

Ulica nie stanie się przecież już z tego powodu przestrzenią publiczną, ponieważ nie należy do żadnego rentiera. Ulica jest przestrzenią publiczną, ponieważ architektura elewacji domów ja definiujących jest tak pomyślana i wybudowana, aby określić (thematisieren) granice tego, co wewnętrzne i tego, co zewnętrzne, tego, co prywatne i publiczne.

Gdzie można znaleźć jeszcze w naszych miastach takie architektoniczne planowanie (Zielsetzungen), które kiedyś sprawiło, że Plac św. Marka w Wenecji, Piazza dell Signora we Florencji i niezliczone stolice w wielu częściach Europy stawały się rzeczywistymi przestrzeniami publicznymi. Nasze ulice i place są po prostu (bloβes) krajem niczyim, pakownymi górami przypadkowo wokół nich ustawionych betonowych silosów, składowych baraków, garaży i żałosnych sypialni (Behausungen), które z braku fantazji i historycznej znajomości [rzeczy] nazywamy domami (3).

Ponieważ przestrzeń publiczna w ogóle nie istnieje w naszych miastach, nie znajdują dzieła sztuki żadnego miejsca, w którym mogłyby doświadczyć swojej definicji. Bez zdefiniowanej przestrzeni dzieło sztuki nie może się utrzymać i nie mówiąc już nic o tym, aby jako pojedyncze było godne uwagi. Jedyną przestrzenią publiczną, która w naszych miastach jeszcze jedna pozostała to muzeum, które właśnie dlatego może zaprezentować się (vorstellen) większości artystom jak jedyne miejsce publicznej prezentacji ich dzieł. Mając na celu to miejsce obmyślają swoje prac- z parametrami muzeum wiedzą, jak się obchodzić. Wiedzieliby z pewnością, jak liczyć się z parametrami ulic i placów, gdyby miejsca te były rzeczywiście publicznymi przestrzeniami. Ale właśnie nimi nie są; dowód na to może choćby dostrzec w tym, że wystawy muzealne z podobnymi dziełami tych samych artystów, które się już teraz widzi w turystycznych miejscach kempingowych naszych miast wypadają najwyraźniej znacznie lepiej- zarówno w prezentacji dzieł jak i w ich konfrontacji z publicznością.


Bądźmy optymistami, wyjdźmy z tego założenia, że organizatorzy wspomnianych wystaw dzieł sztuki na ulicach i placach naszych miast wiedzą aż nazbyt dobrze, że te miejsca właśnie nie są publicznymi przestrzeniami, ale dzięki postawionym rzeźbom takimi winny się stać. Dzieła sztuki czy kosmetyczna korekta? Dzieła sztuki jako balsam na rany, które, jak [to] chętnie wyrażają ojcowie miasta, pozostawiała (schlugen) wojna i błyskawiczny rozwój techniczny najmłodszej przeszłości na historycznie wyrosłych miastach? Żeby to osiągnąć, czy musiałyby gminy tysiące dzieł sztuki wyekspediować w twórczy chaos ich przestrzeni życiowych. Skąd mają [jakoby] pochodzić te dzieła sztuki? Wysiłek ich umiejscowienia i wysiłek przeforsowania ich roszczeń do oddziaływania wobec obywateli byłby tak duży, że można by zaraz zabrać się za gruntowne zmiany za pomocą klasycznych, architektonicznych metod kształtowania miasta, zamiast zajmować się upiększającymi operacjami plastycznymi [wykonywanymi] na organizmie miasta.

Zamiast sztuki w mieście (am Bau) i między budynkami obowiązywałoby realizować architekturę w mieście. To się rzuca w oczy, że nie uczestniczył w tych poddawanych w wątpliwość wystawach żaden, choćby jeden artysta, jak na przykład Wolfgang Körber (4), który realizował właśnie takie wytyczne architektury w mieście (am Bau). Architektura nie jest sztuką między innymi sztukami pięknymi, którą można sprywatyzować we własnym domu. Architektura jest sztuką tworzenia przestrzeni publicznych, również tam, gdzie tworzy (realisiert) tylko budynki osób prywatnych. W odróżnieniu od zwykłych rzeźb pośredniczy architektura pomiędzy definicją obiektu w przestrzeni i przestrzeni stworzonej przez te obiekty. Rzeźba pozostaje tylko obiektem w przestrzeni, nie jest jednak w stanie sama stworzyć przestrzeni. Z takich prawidłowości wewnętrznych (Eigengesetzlichkeiten) różnorakich sztuk omawianych systematycznie przez stulecia należy wnioskować, że [nawet] tak wiele rzeźb na ulicach i placach nie można jeszcze zdefiniować (artikulieren) jako przestrzeni. Jest z gruntu pomyłką chcieć żądać, aby rzeźby spełniały to zadanie.

Czy więc wszystkie te wystawy, które już aby je w swojej żałosności przeforsować wymagały od ich organizatorów tak wiele wysiłku spełzły na niczym? Właśnie nie i na to powinniśmy my artyści, obywatele, ojcowie miasta i organizatorzy wystaw z naciskiem za każdym razem wskazywać. Wszystkie te wystawy są na tyle sensowne i potrzebne, na ile one nam jasno pokazują, jak stoją nasze miasta jako publiczne przestrzenie życiowe.

W Berlinie zdaję się, że to się już powiodło. Ostre, delikatnie rzecz ujmując, reakcje wielu obywateli na przyczynki Wolfa Vostellsa albo Olafa Metzelsa do bulwaru rzeźb należy z cała pewnością sprowadzać do tego, że obywatele boleśnie zdali sobie z tego sprawę, co zostało przed nimi zatajone (vorenthalten) z form i jakości życia poprzez zniszczenie przestrzeni publicznych. Sprzeciw wobec pracy Vorstellsa był wszędzie tak uzasadniany: to jest skandal, że ten artysta na naszych oczach realizuje to, co jest naszą codzienną bolączką. Bezsilna wściekłość kieruje się, zgodnie ze znanym psychologicznym mechanizmem ścięcia głowy posłańcowi, aby nie trzeba było przyjmować do wiadomości wieści, przeciwko Vorstellsa [wyraźnej] artykulacji zniszczenia przestrzeni publicznej przez bezsensownie rozpleniający się prywatny ruch pojazdów samochodowych. Obywatele sądzili, że Vorstells chce za pomocą swojego pomnika gloryfikować jeszcze nieznośną sytuację. Tak głęboko tkwi w obywatelach zrozumiały przesąd, jakoby dzieła sztuki służyły sławiącemu przejaskrawieniu poruszanego tematu (Themenstellung). To byłoby zadaniem pośrednictwa kultury i [pośrednictwa] organizatorów wyjaśnić obywatelom, że w pracach Vorstellsa i Metzelsa nie zostało im cynicznie odebrane prawo choćby oburzania się, jeśli oni [sami] już nic nie mogą zmienić w swojej sytuacji; dzieła same są formami oburzenia, ale z możliwością choćby artykulacji przeciwko czemu kieruje się to oburzenie: właśnie przeciwko zniszczeniu przestrzeni publicznej.

Jak doszło do tego zniszczenia? Był kiedyś przecież ogarniający wszystko interes cechów, kościołów, książąt, władców miast i państwa, przeciwko któremu mieszczaństwo musiało postawić żądanie prywatności, [wysunąć] roszczenie dotyczące nienaruszalności mieszkania aż do sfery intymności wykluczającej wszelką przestrzeń publiczną (Öffentlichkeit) .

To roszczenie do zabezpieczenia prywatności przeciwko interesom społeczeństwa (Öffentlichkeit) doprowadziło również do prywatyzacji sztuk, do korzystania i użytkowania ich jako własności. Co początkowo jako prywatne przywłaszczenie sztuk i jako ochrona przed cenzurą i monopolem opinii publicznej wydawało się sensownym, okazało się jednakże wkrótce ograniczeniem możliwości oddziaływania sztuk. Emancypacja mieszczaństwa nie mogła być wywalczana jako prawo do prywatyzacji przeciwko definicyjnej władzy instytucji, lecz została zrodzona ze stopniowej realizacji innej formy przestrzeni publicznej. Prywatyzacja sztuki uniemożliwiała jej samej stać się definicyjną władzą mieszczańskiego kontr- społeczeństwa. Dzieła sztuki skarłowaciały do obiektów prywatnego budownictwa. Wystawianie rzeźb w naszych miastach pozwala uświadomić sobie ten brak i spróbować zwrócić dziełom część ich możliwości rozwoju jako definicyjnej władzy (Definitionsmacht) przestrzeni publicznej. Jeśli to się nie może powieść w obliczu panujących warunków pozostaje przecież zasługą pokazać, czego brakuje i za czym najwidoczniej wielu tęskni.


Bycie publicznością nie wystarcza jako jedyna forma wspólnoty fundującej społeczeństwo. Do wspólnoty wierzących, zagorzałych członków partii (Parteisoldaten) i poszukiwaczy prawdy nie możemy już raczej powrócić.

Nasuwa się tutaj, aby sztukom z ich ponadindywidualnym pytaniami (Themenstellung) powierzyć zadanie określenia społeczeństwa (Öffentlichkeit) (jego przestrzeni i form działania). To jednak wymaga od artystów zasadniczo innej postawy niż od rentierów, którzy mają zazwyczaj w świadomości prawnie chronionej autonomii przedsiębiorstwa prywatne z pojedynczymi, często abstrakcyjnie przedstawiony adresami. Leonardo, Michał Anioł, większość artystów w baroku i klasycyzmie nie czuło się zbyt wyrafinowanymi, by projektować i realizować ikonografię społeczeństwa dworskiego jak i mieszczańskiego, kościelnego jak i świeckiego, i nawet tylko na ulotną chwilę oficjalnych świąt i uroczystych aktów państwowych.

Można wyjść z tego [założenia], że zatwierdzona autonomia sztuk doprowadziła do decydujących postępów w rozwoju w historii sztuk pięknych dopiero wtedy, gdy artyści byli gotowi wpłynąć z tej pozycji na interes publiczny. Dlaczego miałoby właściwie społeczeństwo być gotowym stawiać artystom świątynie za ich prywatną twórczość, jeśli nie wolno oczekiwać, że dzięki tym publicznym prezentacjom dzieł zostanie stworzona również przestrzeń publiczna (Öffnetlichkeit), w końcu, że w publicznym działaniu artyści widzą swój cel właściwy. Kto dziś jako artysta jest do tego gotowy, temu ukazują się zadania w takiej obfitości, że potrzebna by była zapewne nieśmiertelność, aby można było poświęcić się też tylko niektórym.

Co dzisiaj zostało nazwane przestrzenią publiczną (Öffentlichkeit), zwie się w klasycznych definicjach kultury miasta urbanistyką. W studiach L. Mumfordsa poświęconych kulturze miasta z roku 1938 zostało za pomocą wielu przykładów wyraźnie pokazane na czym polega urbanistyka. Dawna urbanitas oznacza przede wszystkim dobre zachowanie we wspólnocie ludzkiej; tą wspólnotę ludzką posiadała urbanistyka, jeśli wspólnota form ludzkiej racjonalności była formułowana w prawie i zwyczajach, administracji i rzemiośle, w handlu i społecznych rytuałach. Urbanistyka jako takie godnie ludzkie zachowanie stało się cechą charakterystyczną miast, ponieważ w miastach to godnie ludzkie zachowanie miało większe szanse, żeby się rozwinąć niż poza miastem. Miasta stały się metropoliami ludzkiej racjonalności. Jeśli w przyszłości w metropolis miałaby powrócić ten bastion, to w pierwszym rzędzie nie dzięki planowaniu miasta, lecz dzięki pobudzeniu urbanistyki. Mieszkańcy metropolii nie mieszkają przede wszystkim w cegle, marmurze, szkle i stali, lecz w architekturze ludzkiego ducha, którego fundamenty tworzy owo godnie ludzkie zachowanie, które stanowi definicję urbanistyki.

Historycy kultury, socjolodzy miasta, psychologowie społeczni i urbaniści wychodzili niestety zbyt pewnie w ubiegłych stu latach z założenia, że da się urbanistykę jako godnie ludzkie zachowanie wymusić przed odpowiednie środki zaradcze planowania i budownictwa. Projekty miast ogrodów, miast satelickich (Trabantenstaedte), projekty uwalniania centrów miast (Stadtkernentflechtung) od mieszkania i pracy były z pewnością dobrze pomyślane, i nie powinny też być spisane dla przyszłości metropolii jako totalne niepowodzenia. Musimy jednak dla przyszłości metropolii nauczyć się w metropolis, że urbanistyka nie może być tworzona przez architekturę i planowanie miasta, lecz że urbanistyka polega na odpowiednim wykorzystaniu architektury, jak ona by zawsze nie wyglądała.

Poza historycznymi analizami stanie się fakt ten dla każdego (Jedermann) empirycznie doświadczalny. Trzeba będzie kiedyś zaobserwować owych mieszkańców metropolis, którzy mogą sobie pozwolić na każde pożądane kształtowanie ich przestrzeni życiowej. Ci możni metropolis nie posiadają jeszcze urbanistyki jako godnie ludzkiego zachowania, co im zostało uniemożliwione, nie dlatego, że nie mieszkają godnie po ludzku, lecz dlatego, że ich ściśle funkcjonalnie określony interes własny przeszkadza im w uznaniu wiążących, racjonalnych idei życia społecznego.

Urbanistyczna architektura metropolii nie wychowuje nas do godnie ludzkiego postępowania, do dobrego zachowania pod kontrolą racjonalności poprzez siłę emanacji form i materiałów (Materialien); urbanistyczna architektura unaocznia nam niezmiennie zobowiązanie do ludzkiej racjonalności, jeśli ta architektura sama posiada władzę do symbolicznej reprezentacji racjonalnych imperatywów. Gotycka katedra sama nie przekonuje za pomocą architektonicznych idei i manifestacji właśnie ogromnego królestwa materialnego; katedra ma siłę oddziaływania tam, gdzie może zostać zrozumiana jako symboliczna reprezentacja niebiańskiego Jeruzalem. Klasycystyczne budynki władzy (Herrschaftsbauten) i przynależne do niech miejskie zespoły wywoływały przemożne wrażenie nie dzięki czystemu językowi form i materialnej monumentalności; klasycystyczne budynki władzy (Herrschaftsbauten) zyskiwały wpływ o ile były podporządkowane woli reprezentowania ponadindywidualnej (transinduviduelle) całości społeczeństwa (5).

Oczywiście słuszny jest zarzut, że w elektronicznym metropolis przyszłości będzie coraz trudniej wyrazić imperatywy ludzkiej racjonalności, kształtować je. Jeśli ulice w metroplis staną się pasami startowymi albo plątaniną baz danych (Datenstationen) i komputerów prywatnych połączonych siecią- jeśli place staną się ekranami, a ogrody studiami telewizyjnymi, wówczas nie pozostaje dla symbolicznej reprezentacji, która przecież musi zawsze być uprzedmiotowiona, prawie żadna z do tej pory utartych form realizacji. Ale ponieważ właśnie w metroplis wszelkie stylizowanie jest niewidoczne i wszystkie decydujące siły oddziaływania nie mogą być ani dotkniętymi, usłyszanymi, posmakowanymi, powąchanymi ani zobaczonymi jest to tym ważniejsze, aby zamanifestować imperatywy racjonalności w urbanistycznym postępowaniu, nie w samych technicznie, racjonalnie ukształtowanych przedmiotach, lecz w obejściu z nimi, w użytku, jaki z nich robimy.

przełozyła: Alina Kruszewicz

(1)Heinrich Klotz: Moderne und Postmoderne, Architektur der Gegenwart 1960 ö 1980, Braunschweig/Wiesbaden 1984, str. 34 i następna ("Funkcjonalizm gospodarki budowlanej")

(2) Thomas Mann: Betrachtungen eines Unpolitischen, Stockholmer Gesamtausgabe, Frankfurt 1956. (W kwestii ewolucji jego stanowiska zobacz wprowadzenia Eriki Mann.)

(3) Walter Grasskamp: Unerwünschte Monumente, Moderne Kunst im Stadtraum, Monachium 1989.

(4)Wolfgang Körber: Bauen für den Augenblick/ Kommunikationsbauten/ Architektur am Bau, Retrospektivausstellung, Kolonia 1990.

(5) Franco Borsi: Die monumentale Ordnung, Stuttgart 1987.

Bazon Brock Die Re-Dekade: Kunst und Kultur der 80er Jahre; z grafiką z:"Tagebücher der 80er Jahre" przez Simona E. Wa§ermann/Bazon Brock. Monachium: Klinkhardt u. Biermann, 1990

(Zeit Zeuge Kunst, wydane przez Bazon Brock i Achim Preiβ)

Publikacja eseju:

II/8. METROPOLIA PRZECIWKO METROPOLIS? URBANISTYKA JAKO POSTULT z RE-DEKADE str. 227 i dalsze udostępnione za uprzejmą zgodą ze strony biura prof. Bazon Brock, Wuppertal.

Dodano dnia:16 stycznia 2014

Niedawno opublikowane